Beata Krupska, Sceny z życia smoków. Recenzja.


Sceny z zycia smokow okladkaDowiadujemy się, że dobrze być sobą

Konfrontacja z lekturami z dzieciństwa po latach to zazwyczaj ryzykowna sprawa. Nie ukrywam, że po „Sceny z życia smoków” Beaty Krupskiej, książeczkę, nad którą niegdyś pochylaliśmy się z bratem w zadziwiającej zgodzie, dzisiaj sięgałam ze sporą ciekawością. Na szczęście nie zawiodłam się, dzięki czemu z całym przekonaniem mogę zaświadczyć: to nadal fajna, pełna humoru i warta uwagi literatura (nie tylko) dziecięca.

Jest pewna brawura w „Scenach z życia smoków”. Wiele tu absurdu, dziwacznych pomysłów, a mało logicznych rozwiązań. Mimo to cały ten barwny miszmasz, w którym smoki noszą termosy na szyjach, żabie śni się, że jest cebulą, a motyl Kapustnik podkochuje się w ostatniej potomkini dinozaurów, kupujemy bez najmniejszych zarzutów. Przede wszystkim dlatego, że podano go w rozbrajająco szczery, bezkompromisowy, a w swoim braku logiki – naprawdę rozweselający sposób.

Sceny z zycia smokow 1Historię o smokach podzielono na piętnaście scen, z których dowiadujemy się m.in., że „smok jest zwierzęciem domowym”, „co może wydarzyć się podczas prania” czy „jaki ciężki jest los żaby”. Na historyjki opowiadane przez Krupską składają się stare dowcipy („ludzie mogą zjeść muchomory tylko raz, potem na nic już nie mają ochoty”), dziecięce „przekrzykiwanki” i zabawy językowe („Nie bój żaby – zaskrzeczała Żaba. Nie bój smoka! – podchwyciły smoki”), piosenki, mniej lub bardziej wybredne żarty, aż wreszcie kolorowe, często abstrakcyjne akapity. Od czasu do czasu dowiemy się stąd czegoś pożytecznego (np. czym jest „definicja”), mamy okazję do krótkiej refleksji (podział na „rasowe smoki”, które mieszkają za murem i smoki „kundle”), bywa też, że zaskoczymy się błyskotliwością niektórych puent w ustach bohaterów. To działa niezależnie od naszej metryczki.

Sceny z zycia smokow 2

Sceny z zycia smokow 3Bohaterowie „Scen z życia smoków” ujmują również swoją odmiennością. To grupa barwnych (nawet jak na bajkowe realia) dziwolągów, które dodatkowo bywają leniwe, bardzo nieporadne, niezręczne i wcale nie mądrzejsze. Nie moralizują, a jednak mają dobre serca, co słusznym morałem jest samo w sobie. Trzymają się razem, przyjaźnią się i dobrze im w tej ich osobności. Podjęta przez nich próba wyruszenia gdzieś dalej i zasmakowania bardziej światowego życia kończy się fiaskiem. Nie ma to jak w swoim towarzystwie, nie ma to jak na własnych śmieciach. Książeczka Krupskiej to także pochwała nieposkromionej wyobraźni, która zwalnia nas z obowiązku posiadania matematycznej wiedzy („zawsze przerażały mnie smoki, które widziały, ile jest 36 razy 36”), ale za to nakazuje być sobą i zachować entuzjazm. To dobre wzorce.

Sceny z zycia smokow 4Słówko o nowym wydaniu. Wznowienie, które w 2014 roku przygotowało wydawnictwo Prószyński i S-ka, opatrzone jest ilustracjami Zbigniewa Larwy. Wielu czytelników przyjęło pracę znanego ilustratora entuzjastycznie, inni zaś krytykowali ją za przesadną pstrokatość. Mnie się jego wizja podoba. I choć niektóre postacie trochę straciły na uroku względem pierwszego wydania „Scen” (np. mniej charakterystyczne są smoki zza muru czy Makrauchenia, a termosy smoków gubią się gdzieś w ogromie szczegółów), książeczka i tak prezentuje się zachęcająco i czaruje swoją intensywnością. Bardzo szczegółowe, zniuansowane ilustracje są być może trochę oldschoolowe, stając w opozycji do współcześnie modnego minimalizmu, ale też zachęcają do „zatopienia się nich”, uważnej obserwacji, odkrywania drobiazgów, śledzenia palcem oraz interpretacji. Nowe „Sceny z życia smoków” wyglądają efektownie i z pewnością, podobnie jak kilka pokoleń temu, spodobają się niejednemu maluchowi. I jego rodzicom.

Beata Krupska, Sceny z życia smoków, ilustrował Zbigniew Larwa, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2014.

Dorota Jędrzejewska

Sceny z zycia smokow 5

Przeminęło z wiatrem. Od bestselleru do filmu wszech czasów. Recenzja.


przeminelo-z-wiatrem-brown-wiley-okladkaJak stworzyć Scarlett O’Harę?

Muszę przyznać, że „Przeminęło z wiatrem. Od bestselleru do filmu wszech czasów” to w mojej osobistej historii czytania autentyczny fenomen. Publikacja ta liczy prawie 500 stron, czyli więcej niż przeciętnie, mimo że jej temat jest wyraźnie ograniczony. Oto mamy książkę o książce. Strona po stronie, rozdział po rozdziale, od początku do samego finału rzecz dotyczy wyłącznie słynnej powieści Margaret Mitchell i ani na moment nie wyjeżdża poza margines. Moglibyśmy więc przypuścić, że mamy do czynienia z publikacją wyjątkowo nużącą. Bo czy na opisanie tej „wąskiej” historii nie wystarczyłaby broszurowa objętość? Czy to nie temat bardziej na artykuł niż na opasłą publikację? Jak się okazuje – absolutnie nie.

Z książką Ellen Brown i Johna Wileya Jr. jest tak jak z dobrym filmem dokumentalnym, gdzie często na jednym, niby niewielkim wycinku rzeczywistości, buduje się głęboką, pełną zakrętów i fascynującą fabułę. To prawdziwa sztuka mówić uniwersalnie i zajmująco na tematy hermetyczne. By się udała, trzeba spełnić co najmniej kilka warunków. Po pierwsze: należy być chorobliwie wnikliwym i drobiazgowym. Jak detektyw cierpliwie badać, odkrywać, „grzebać”, katalogować, a poza tym mądrze łączyć fakty. Po drugie: dobrze być wprawnym gawędziarzem, który zamiast przytłoczyć swojego czytelnika nadmiarem szczególików, sprzeda je w zaciekawiający, przyjemny w odbiorze sposób. Tak właśnie jest w przypadku tej książki.

Przeminelo-z-wiatrem-Tara

Tara – posiadłość Scarlett O’Hary, gdzie toczy się spora część opowieści. A także scenograficzne cudo, za które Lyle Wheeler otrzymał w 1940 r. Oscara.

Jej dwie największe zalety to: drobiazgowo opracowany materiał i płynnie opowiedziana historia. Autorzy zaczynają tam, gdzie trzeba, czyli od samego początku. Po krótkiej charakterystyce samej Margaret Mitchell wchodzą w długą i pełną zakrętów historię pisania, wydania, odbioru i dalszych kolei największego bestselleru wszechczasów. „Gdybym miała pojęcie o problemach, jakie wiązały się z Przeminęło z wiatrem, zastrzeliłabym się przed napisaniem powieści” – powiedziała pisarka już po osiągnięciu sukcesu. I owszem, wiele miejsca poświęca się tu na opisanie mozolnej pracy nad ostatecznym kształtem dzieła Mitchell, a także licznych problemów z nieoczekiwaną sławą, promocją, prawami autorskimi itd.

Scarlett-Ohara

Scarlett O’Hara w pełnej krasie. Oscar dla Vivien Leigh za najlepszą kobiecą rolę pierwszoplanową (1940).

Opis tych wszystkich perypetii działa na czytelnika stymulująco. Skrupulatność, którą autorzy odziedziczyli chyba po samej Mitchell, sprawia, że oczami wyobraźni wyczuwalnie przenosimy się do tamtych czasów, momentami zaś mamy wrażenie obcowania z ciekawą fabułą, a nie reportażowym pisaniem. Mitchell z „oczami bardziej niebieskimi niż Paul Newman”, gadatliwa, przejęta, zaangażowana, czasem dziwna, bardzo bezpośrednia, silna, lecz wycofana i ujmująco skromna, sama staje się bohaterką. Kampania reklamowa, szelest rękopisów i telegramów, zebrania w sprawie wydań, pierwsze spotkania autorskie, negocjacje z Hollywood, biznesowe lunche, czerwony dywan, powódź listów i wiele innych elementów życia słynnej pisarki nie tylko same w sobie stanowią ekscytujący materiał. Ogromne znaczenie dla wartkości opowieści ma też opisanie tego wszystkiego we właściwy sposób – prosto, bezpretensjonalnie, sugestywnie i z sympatią do tematu.

Przeminelo-z-wiatrem-Scarlett-Rhett

Legendarna para filmowych kochanków: Scarlett O’Hara (Vivien Leigh) i Rhett Butler (Clark Gable).

„Przeminęło z wiatrem. Od bestselleru do filmu wszech czasów” to nie tylko książka dla miłośników omawianego w niej dzieła. Choć oczywiście fani perypetii Scarlett O’Hary i Rhetta Butlera będą zachwyceni. Dowiedzą się np., że Scarlett miała mieć na imię Pansy, a książce proponowano takie tytuły, jak „Nikt nie był tak ślepy” czy „Trąby wyśpiewały prawdę”. Również sam opis pracy nad powieścią jest arcyciekawy. Imponująca dokładność Mitchell kazała jej na przykład wędrować całe kilometry, by ulokować wyimaginowane miejsca znane z książki tak, aby nie stały tam, gdzie w realnym świecie z pewnością nie mogłyby stanąć. Za dowód staranności autorki niech posłuży cytat:

„Mitchell przejmowała się w szczególności jedną kwestią: czy dobrze określiła porę wysiewania ziaren bawełny przed rozplenieniem się kwiecika bawełnianego. Ponieważ nie potrafiła skupić się na pozostałych sprawach, zwróciła się z prośbą o pomoc do rolnika, który wcześniej pomógł jej z gryką. Przyznała, że nikt poza Georgią nie zorientowałaby się, że popełniła błąd, <<ale ja bym o tym wiedziała i prawdopodobnie budziłabym się w nocy z krzykiem z tego powodu.>>”

margaret-mitchell

Margaret Mitchell ze swoim bestsellerem.

Dziś nie każdy czytelnik „Przeminęło z wiatrem” zdaje sobie sprawę, że sukces tej książki był w swoich czasach ogromnym zaskoczeniem. Nikt nie spodziewał się, że powieść debiutującej autorki, do tego opasła i niełatwa, bo opowiadająca o trudnym okresie w historii Ameryki, zyska taką sławę. Wątpliwości przed jej wydaniem wzbudzała również niejednoznaczność bohaterów (czy są dobrzy, czy źli?), a także otwarte, „zawieszone” zakończenie. Powiedzieć, że ryzyko wydawcy się opłaciło, to mało. Nie da się bowiem bardziej strzelić w dziesiątkę niż w tym przypadku. Dzięki temu opowieść o powstaniu „Przeminęło z wiatrem” zyskuje drugie dno i optymistyczną wymowę. Stanowi jeden z niezbitych dowodów na to, że los potrafi mile zaskakiwać i zupełnie znienacka zamieniać rzeczy niemożliwe w realne. To budujące, że autorka największego bestselleru świata była debiutantką, a sukces osiągnęła za pomocą zupełnie nie-filmowej pracowitości. Publikacja Ellen Brown i Johna Wileya Jr. jest więc nie tylko książką o książce, ale książką o… życiu.

Ellen F. Brown, John Wiley Jr., Przeminęło z wiatrem. Od bestselleru do filmu wszech czasów, tłum. Emilia Skowrońska, wyd. Aleja Róż, Warszawa 2013.

Dorota Jędrzejewska

Larry McMurtry, Czułe słówka. Recenzja.


Czule-slowka-okladkaJak pies z kotem, jak matka z córką

Larry McMurtry to imponująco płodny pisarz z doniosłymi sukcesami (wśród nich Pulitzer za „Na południe od Brazos” i Oscar za scenariusz do „Tajemnicy Brokeback Mountain”). W Ameryce czyta się go chętnie, a każda kolejna jego książka to wydarzenie literackie. A w Polsce? To jeden z tych licznych „nieodkrytych” – słyszy się o nim niewiele, nie wydaje się go prawie wcale, a jego nazwisko mało komu cokolwiek mówi. A szkoda. Do mnie McMurtry trafił drogą kina. Znakomite ekranizacje jego powieści, jak „Ostatni seans filmowy” Petera Bogdanovicha, „Hud, syn farmera” z Paulem Newmanem czy doskonały miniserial na podstawie wspomnianego „Na południe od Brazos” to tytuły, które znajdują się gdzieś w okolicy czołówki mojego osobistego filmowego rankingu. Z taką „podkładką” zabranie się za czytanie McMurtry’ego wydawało się jedynie kwestią czasu. Pretekst okazał się doskonały – oto w księgarniach pojawiło się wznowienie „Czułych słówek”, czyli kolejnego pamiętnego dzieła tego pisarza, utrwalonego głośną, oscarową adaptacją.

No i jak było? Muszę przyznać, że z „Czułymi słówkami” mam mały problem. To książka dość nierówna. Po iskrzącym od energii, obiecującym początku, gdzie żywe postacie ujęte zostają w ramy ujmującej, amerykańskiej obyczajowości, historia powoli zaczyna zgrzytać. Już gdzieś w pierwszej połowie opowieści następuje coś na kształt znużenia, czytelniczej niecierpliwości, zwłaszcza wtedy, gdy pisarz wydaje się być bardziej naiwny niż jest w rzeczywistości. Na szczęście wychodzi z tego obronną ręką.

Czule-slowka-1

Niezapomniane trio z „Czułych słówek” (1983) w reżyserii Jamesa L. Brooksa: Shirley MacLaine (Aurora), Debra Winger (Emma) i Jack Nicholson (Garrett). Oscary za najlepszy film, reżyserię i scenariusz adaptowany.

Głównymi bohaterkami są tu dwie panie: energiczna, perfekcyjna, wiecznie młoda duchem Aurora Greenway oraz jej córka – zdominowana przez matkę młoda żona, nieidealna, trochę zmęczona i zrezygnowana, choć jednocześnie pełna miłości. Jedną z najciekawszych warstw powieści jest relacja między tą dwójką – skomplikowana, zażyła, oparta na wzajemnych, choć niespełnionych oczekiwaniach. Aurora jest uzależniona od Emmy, Emma od Aurory. Aurora bywa wobec córki nieczuła, apodyktyczna i niesprawiedliwa, choć w gruncie rzeczy nawet w swojej egoistycznej postawie chce dla niej dobrze. Emma ucieka przed dominującą matką w małżeństwo bez przyszłości, co całkowicie zdeterminuje jej życie. Obie panie będą się wzajemnie zwalczać i kochać jednocześnie, co zaowocuje zarówno niezłą komedią, jak i przejmującym dramatem.

Czule-slowka-Nicholson

Oscarowe kreacje Jacka Nicholsona i Shirley MacLaine. Co ciekawe, grany przez Jacka charyzmatyczny Garrett Breedlove w powieści McMurtry’ego… w ogóle nie występuje.

I cała książka jest taka: na przestrzeni niespełna 600 stron raz wpadniemy w melodramatyczne nastroje, by po chwili być świadkami niezłej tragifarsy. McMurtry zaskoczył mnie swoim komediowym talentem, wyrażonym choćby w znakomitych fragmentach o pobocznych postaciach, w tym o gosposi Aurory i jej niewiernym, głupkowatym mężu-zazdrośniku, obfitujące w soczyste, świetnie opisane scenki rodzajowe. Właśnie ze względu na ów lekki ton, można nieopatrznie zbagatelizować treści, które kryją się pod jego płaszczykiem. Mowa tu nie tylko o wspomnianej trudnej relacji matki z córką, ale i strachu przed przemijaniem i starością (w wykonaniu Aurory), złych wyborach, niespełnionych marzeniach i smutnej prozie życia (w wykonaniu Emmy), a nawet miejscu kobiety w patriarchalnym społeczeństwie, które rzadko bywa uprzywilejowane czy o problemie męskości, nieraz słabej i tchórzliwej. McMurtry pociąga za wiele sznurków, nie komentując kolei losów swoich bohaterów. Ich historię rozcieńcza czysto zabawowymi dialogami i wesołymi sytuacjami, które niestety bywają męczące, szczególnie te w wykonaniu Aurory – bohaterki charyzmatycznej, ale denerwującej zarówno w świecie przedstawionym, jak i w czytelniczym odbiorze. Dopiero smutny, bardzo przejmujący finał daje nam sygnał, że mamy do czynienia z opowieścią bardziej znaczącą, niż nam się z początku wydawało.

Ostatnia, znacznie szczuplejsza część książki w całości poświęcona jest wyłącznie losom Emmy, spychanej wcześniej na margines, zarówno przez swoją matkę, jak i… autora. Jest mi naprawdę smutno, że McMurtry nie rozciągnął tej części na więcej rozdziałów, bo to tutaj najwyraźniej objawia się jego talent i wrażliwość. To strony pisane z wyraźną empatią i czułością dla swojej bohaterki. Po ich lekturze nabiera się zupełnie innej optyki na całą opowieść, wreszcie dostrzega się jej faktyczną wartość. Rozumiem przewrotny zabieg McMurtry’ego, a jednocześnie kieruję w jego stronę wyrzuty. Sam autor w jednym z wywiadów wyznał, że to jedne z najlepszych stron, jakie napisał. Ich stworzenie kosztowało go ponoć sporo, bo utratę weny trwającą aż osiem lat. Tak trudno było mu się rozstać ze swoimi bohaterami, tak źle było się żegnać z Emmą – naprawdę ciepłą i autentyczną kobietą. Nie wiem, na ile to prawda, na ile kokieteria, da się jednak wyczuć w tej części szczególnie silne emocje.

Larry McMurtry kolekcja

Prywatna kolekcja powieści McMurtry’ego. W Polsce wciąż brakuje wydań wielu świetnych książek tego amerykańskiego pisarza.

Mimo ambiwalentnych odczuć, które towarzyszyły mi w trakcie lektury „Czułych słówek”, po dotarciu do końca wiedziałam, że z McMurtrym jednak nie kończę. Że wkrótce do niego wrócę. Szczególnie, że to rodowity Teksańczyk i obecnie jeden z bardziej znanych pisarzy opowiadających o Amerykańskim Zachodzie (czyli moje klimaty). Niestety McMurtry’ego w polskiej ofercie wydawniczej tyle, co kot napłakał (ja naliczyłam 7 książek z ponad 30-stu) – większość wydań ma już swoje lata, a jedyne wydanie „Na południe od Brazos” chodzi po Allegro w dość wymagającej cenie. Tekst o „Czułych słówkach” kończę więc apelem: Drodzy Wydawcy! Weźcie się, proszę, za książki Larry’ego – naprawdę jest tu co zaproponować polskiemu czytelnikowi. Byłoby fajnie, gdyby „Czułe słówka” stanowiły zaledwie początek większej, amerykańskiej przygody.

Larry McMurtry, Czułe słówka, tłum. Jolanta Mach, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2015.

Dorota Jędrzejewska

Catwoman. Rzymskie wakacje (komiks). Recenzja.


Catwoman Rzymskie wakacje okladkaW Rzymie grasują koty

„Opuszczam Gotham z kobietą-kotem. Tak!” – śpiewa hipnotycznie Marcin Świetlicki na najnowszej płycie Świetlików. Nie dodaje co prawda dokąd ta wyprawa, ale my, kołysząc się w rytm jego piosenki, możemy sobie wyobrazić, że choćby do Rzymu. A co można robić w Rzymie z Kobietą-Kotem? Na szczęście tej odpowiedzi już udzielono. Uczynił to zgrany duet Jeph Loeb (scenariusz) i Tim Sale (rysunki) w komiksie pt. „Catwoman. Rzymskie wakacje”– doskonałej, zabawnej i cholernie seksownej propozycji na pachnący latem, rozkoszny wieczór.

Catwoman Rzymskie wakacje 1„Rzymskie wakacje” zawieszone zostały pomiędzy dwoma innymi, świetnymi tytułami tych samych twórców – „Batman. Długie Halloween” oraz „Batman. Mroczne zwycięstwo”. Ściślej mówiąc, akcja „kociego” komiksu rozgrywa się po wydarzeniach z pierwszego z wymienionych albumów i w tym samym czasie co drugi. Ale niezależnie od obu. Tym razem jednak narratorką, główną mącicielką i nie do końca szlachetną bohaterką jest Catwoman. Można by pomyśleć, że w porównaniu z Mrocznym Rycerzem nasza ulubiona Kotka została potraktowana trochę po macoszemu. Na tle reszty umownej trylogii jej historia wydaje się ledwie chwilą, fraszką jakąś, czymś jakby usuniętą sceną z filmu, którą wrzuca się już po premierze na rozszerzone wydanie DVD. Można by tak pomyśleć, ale… po co to robić? Najistotniejsza informacja jest taka, że po ten komiks warto sięgnąć.

Catwoman Rzymskie wakacje 2Dlaczego „Catwoman. Rzymskie wakacje” może się podobać? Po pierwsze: to rewelacyjnie narysowany, tętniący kolorami komiks. Po drugie: jest ujmująco przyjemny w lekturze – trzyma w napięciu, uderza dobrą energią i bawi. A czegóż więcej oczekiwać od wakacji? Po trzecie natomiast: głównym wabikiem jest tu oczywiście postać Kobiety Kot.

Selina Kyle – mokry sen potężnego grona wielbicieli komiksu…

…jej twardy tyłek, niemała pierś, umięśnione uda i hardy charakter. No i to poczucie humoru! Sale potrafi zawirować nam w oczach kadrami z kocią bohaterką na pierwszym planie – czy to w standardowym uniformie, pięknych strojach czy nagą, ledwie owiniętą w prześcieradło lub odzianą w minimalistyczne figi. Ale to nie kształty Catwoman wysuwają się tu na plan pierwszy, ale jej osobowość (mówi się przecież, że to ona jest najważniejsza). Co prawda trudno oczekiwać od tej zwartej, wartkiej opowieści intensywnej psychologii, ale z tych krótkich ujęć i tak dowiemy się sporo. Selina śni o Batmanie, który stanowi dla niej zarówno ziszczenie marzeń, jak i kwintesencję lęku. Ucieka przed nim i nie może zaznać spokoju. Jest zalotna i nieuchwytna, wciąż na pograniczu. Niczym seksbomba z prawdziwego zdarzenia otacza się samymi facetami – u swego boku ma głupkowatego pomagiera (Człowieka Zagadkę), z drugiej strony lowelasa jak z filmu gangsterskiego (złotowłosy Sycylijczyk, zabójca na usługach mafii), a do tego z każdej otaczają ją jakieś kłopoty.

Catwoman Rzymskie wakacje 4Czerwona okładka, niczym palące słońce, zapowiada scenariusz pełen wrażeń. I słusznie. Selina poszukuje we Włoszech prawdy na temat tożsamości swojego ojca. Nie będzie to jednak spokojna wyprawa w głąb duszy. Po drodze trzeba skopać parę tyłków (efektowna walka Cheetah to czysta komiksowa przyjemność), a przecież nie możemy zapominać, że w gruncie rzeczy mamy do czynienia z mafijną opowieścią. „Rzym istnieje już tak długo, że praktycznie wszystko tutaj jest pokryte brudem (…) Gdzie nie spojrzeć, wszędzie ukrytych jest wiele brudnych tajemnic” – myśli Selina, przemierzając Rzym na zielonej Vespie (jakie to stylowe!). Jak na historię z mafiosami przystało, mamy tu również intrygę. Niektórzy powiedzą, że naciąganą, inni – że trochę mało dopracowaną. Ja mówię, że w sam raz na komiks w takim tonie. Na wpół wakacyjnym, na wpół kobiecym.

Jeph Loeb (scenariusz) i Tim Sale (rysunki), Catwoman. Rzymskie wakacje, tłum. Tomasz Sidorkiewicz, wyd. Mucha Comics, Warszawa 2014.

Dorota Jędrzejewska

Catwoman Rzymskie wakacje 5

„Podobno ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Coś w tym jest. Ale dzięki niej mamy większą kontrolę nad otoczeniem. A większości kobiet właśnie o to chodzi” (Selina Kyle)

Dennis Lehane, Brudny szmal. Recenzja.


Brudny-szmal-okladkaBob, jego sumienie i jego pies

Człowiek sukcesu może ukryć swoją przeszłość,
ale ten, któremu się nie udało, przez resztę życia walczy,
żeby ta przeszłość go nie pogrążyła.

Bob Saginowski, trochę niezdarny, wycofany i nieśmiały barman-wielkolud, codziennie o siódmej rano pojawia się na mszy u Świętego Dominika. Tu, w miejscu cichego majestatu, w wielkiej, chłodnej ławie, gorliwie się modli, rozmyśla, żałuje, ale nigdy nie przyjmuje komunii. Jak bardzo nieczyste sumienie musi mieć facet, który szczerze wierzy, ale boi się wyspowiadać ze swoich grzechów?

„Brudny szmal” Dennisa Lehane’a to powieść, której z pewnością można przypisać etykietę „dobra robota”. Jej powstaniu towarzyszy dość zawikłana historia. Zaczęło się od odrzuconego w kąt pomysłu na książkę o samotniku, który znajduje w śmietniku psa. Wówczas nie udało się stworzyć z tego czegoś konstruktywnego – natchnienie nie dopisało, zdania się nie kleiły, coś poszło nie tak. Lehane powrócił do tematu dopiero kilka lat później, pisząc opowiadanie pt. „Animal Rescue”. To z niego wykluł się scenariusz, a na sam koniec – tuż przed zakończeniem prac nad filmem w reżyserii Michaela Roskama – powstała niniejsza książka. Jej lektura nie stawia przed czytelnikiem większego oporu, wciąga i łatwo poddaje się wyobraźni. Pod koniec przyspiesza, by po ostatniej kropce pozostawić w niemałym osłupieniu.

Tom-Hardy-pies-brudny-szmalBob Saginowski jest barmanem w obskurnej knajpie swojego przegadanego, cwaniackiego kuzyna Marva. Pracuje tu od lat, wiodąc nudne, ciche i samotne życie. Wydaje się poczciwy, wzbudza zaufanie, nie narzeka, oszczędza pieniądze, nie rości sobie praw do euforycznego szczęścia. Jest zagubiony i dogłębnie smutny. Co innego Marv, któremu we własnym mniemaniu wiele się od życia należy. Bar, który wspólnie prowadzą, jakiś czas temu zawłaszczyła sobie okoliczna mafia i zarządziła tu „dziuplę”, czyli miejsce „zrzutu” brudnej kasy. Bohaterowie poddali się twardym żądaniom gangsterów, jako tako przyzwyczajając się do całej sytuacji. Wreszcie jednak przychodzi dzień, w którym coś idzie nie tak. Na knajpę napada dwóch średnio rozgarniętych rabusiów i kradnie mafijne pieniądze. Mniej więcej w tym samym czasie Bob znajduje w kuble na śmieci zmaltretowanego szczeniaka, by zaraz potem wejść w delikatną relację z tajemniczą kobietą po przejściach. Jakby tego było mało – na horyzoncie pojawia się też pewien socjopata-szantażysta.

noomi-rapace-tom-hardy-brudny-szmalWkrótce zarysowane lekką ręką wątki zaczynają się zazębiać, by stworzyć zgrabną, ciasną całość z mocnym, koncertowo skonstruowanym finałem. Warto zauważyć, że „Brudny szmal” nie jest typową, gangsterską historią, nad którą unosi się odór mnożących się trupów i świst kolejnych wystrzałów. To zatopiony w chłodnej melancholii dramat. Opowieść o samotności, winie i karze, o życiu, które wymyka się z rąk, o błędach rodzących bolesne konsekwencje i nieprzystosowaniu. Lehane prezentuje całą galerię pokaleczonych, pokrzywdzonych zarówno przez los, jak i przez własne złe wybory dusz. Najbardziej przejmującą z postaci jest Bob (genialnie zagrany w filmie przez Toma Hardy’ego) – skulony w swojej niebieskiej, zimowej kurtce, nieporadny, z bólem wypisanym na twarzy i zmarszczonym czołem. Nie on jeden mierzy się tu z demonami przeszłości, lecz to on podchodzi do własnych błędów najbardziej świadomie i refleksyjnie, bo w gruncie rzeczy jest dobrym facetem, któremu los napisał niewłaściwy scenariusz. Być może więc to właśnie na Boba czeka odkupienie w postaci przychylnego spojrzenia drugiego człowieka. Odkupienie chwiejne i niepewne, jedyne na jakie zasługują ciężkie grzechy. Tajemnicza przeszłość to bomba zegarowa, którą Bob będzie dźwigał za pazuchą niebieskiej kurtki już przez całe życie.

James-Gandolfini-Tom-Hardy-Brudny-szmalGdy zestawimy film z książką, nasuwa się kilka wniosków. Mimo że Lehane pozostał w miarę wierny pierwotnej scenariuszowej wersji, materia powieści pozwoliła mu opowiedzieć o swoich bohaterach coś więcej, dopisać swego rodzaju postscriptum do filmowych wydarzeń. Wyraźniejszych konturów niż na ekranie nabiera w książce prowadzący śledztwo w sprawie napadu na bar detektyw Torres czy wspominany socjopata, Eric Deeds. Pisarz pozwala nam również wejść do głowy Boba i „poczytać mu w myślach”. I choć muszę przyznać, że książka jest dobra, wydaje się jedną z wielu po prostu dobrych książek. Film natomiast jest w moim odczuciu czymś więcej. Akurat tej, podszytej tajemnicą i bólem historii, filmowa skrótowość i oszczędność dialogów wychodzi bowiem na dobre. Wartki, pospieszny język Lehane’a obdziera ją nieco z subtelnej atmosfery, która dla odmiany towarzyszy filmowi Roskama. Niemniej jednak trzeba oddać cesarzowi, co cesarskie: Lehane to świetny opowiadacz, który w bezbłędny sposób potrafi swoimi historiami przykuwać uwagę. Niezależnie od medium.

Dennis Lehane, Brudny szmal, tłum. Maciejka Mazan, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2014.

Dorota Jędrzejewska

Tom-Hardy-Bob-Saginowski-bar

Zdjęcia pochodzą z filmu „The Drop” na podstawie książki (2014, reż. Michael R. Roskam, wyst. Tom Hardy, James Gandolfini, Noomi Rapace)

Obserwuj

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.

Dołącz do 52 obserwujących.

%d bloggers like this: