Jose Saramago, Miasto białych kart. Recenzja.

Historia pechowego miasta

Nad tym tragicznym miastem zawisło chyba jakieś fatum. Cztery lata po bezlitosnej zarazie ślepoty, znowu dzieje się coś niewytłumaczalnego. Tym razem jednak nowa epidemia nie przychodzi z niewiadomokąd – i jest całkiem inna od niebezpiecznej białej ślepoty. Jest ludzkim dziełem – wyrazem goryczy oraz rozczarowania, zbiorowym głosem społeczeństwa. Miasto białych kart” rozpoczyna się z dniem wyborów. Niespodziewanie, bez wcześniejszych podejrzeń, przecieków informacji i ostrzeżeń – 80% mieszkańców bezimiennej stolicy postanawia zrezygnować z danego im przez demokrację przywileju. Większość obywateli do urn wrzuca białe, niezapisane karty. Nie trzeba długo czekać na efekty. W tempie ekspresowym rozpętuje się polityczna burza. Rozpoczyna się polityczny teatr.

Wielu zachwycało się „Miastem ślepców”, stawiając tę książkę na swoim najważniejszym regale. W Polsce powieść zdobyła ogromną popularność, zasiloną dodatkowo ekranizacją historii białej ślepoty. Czytelnikom, którzy jej ulegli, należy wytłumaczyć, że „Miasto białych kart”, choć jest kontynuacją tamtych, opisanych przez Saramago, tragicznych wydarzeń – jest równocześnie powieścią całkiem inną od swojej „pierwszej części”. Czytać ją należy za pomocą innego klucza, na innych bazuje emocjach i oczywiście prowadzi do zgoła innych wniosków. Błędne byłoby jednak twierdzenie – że to nowe „Miasto” jest gorsze od swojego poprzednika. Mnie się spodobało – uwierzyłam w tę wizję, zostałam kupiona. Nie dam jednak gwarancji, że Ci, którzy zachwycali się pełną napięcia i tragizmu opowieścią o niewidomych mieszkańcach, tym razem również westchną z zachwytem.

Jose-SaramagoMiasto ślepców” to dramatyczna powieść o człowieku. „Miasto białych kart” to satyra na władzę. To mitologia polityki, gdzie Saramago umiejętnie rozszyfrowuje symbole narodowe, wyświechtane gesty i formuły rządzących, które przy każdym użyciu tracą trochę ze swojej właściwej treści. To krytyka nieudolnej władzy dla władzy, rządów, które podejmują absurdalne decyzje, politycznych strategii wymierzonych w obywatela, nie pomagających mu w lepszym życiu. Polityka przedstawiona przez noblistę jest w pełni represyjna – przesłuchania, wykrywacze kłamstw, groźby, tajni agenci, zamachy, cenzura. Według jej zasad wyroki stawia się jeszcze przed śledztwem, a zeznania dopasowuje się do swoich przekonań. Wizja iście apokaliptyczna. Nie oczekujmy od niej jednak realizmu. Saramago korzysta z konwencji groteski. Hiperbolizuje swoich polityków, rysuje sytuacje nieprawdopodobne, ale uniwersalne – takie, które fragmentarycznie możemy dopasowywać do prawdziwych wydarzeń, znanych z autentycznej polityki rozciągniętej w latach. W pierwszej części tworzy schematy, struktury – nie postacie. Bohaterów bowiem mamy tutaj zaledwie dwójkę. Są nimi – władza i społeczeństwo. Z tym że historia opisywana jest tylko z perspektywy władzy, która obserwuje jednoczące się społeczeństwo i panicznie boi się obalenia. Przez ten strach i ograniczenie horyzontów podejmuje cały szereg absurdalnych działań – oczywiście ze szkodą dla przeciętnego obywatela.

Druga część powieści skonstruowana jest już w całkiem inny sposób. Tutaj bowiem wchodzimy do miasta i skupiamy się już na historiach ludzi, nie strukturach. Spotykamy też bohaterów, których poznaliśmy jeszcze w „Mieście ślepców”. Szczęśliwie dla tych, którzy nie czytali wcześniejszej powieści Saramago, nie trzeba znać historii białej ślepoty, by móc w pełni zrozumieć nową opowieść noblisty. „Zapożyczone” postacie są bowiem tylko tłem, występują w drugoplanowych rolach. Głównym bohaterem jest natomiast komisarz, pracujący dla władzy, jego dylematy moralne i sumienie. Historia ta spisana została na kształt zagadki kryminalnej z elementami thrillera. Wciąga i przyśpiesza akcję powieści. Całość zwieńczona jest mocną, mało optymistyczną końcówką.

Język Saramago i tym razem może przysparzać problemów. Trzeba się z nim oswoić. Narracja jest ciągła, brak tu opisów, dialogi nie są wyszczególnione, zlewając się z całym tokiem opowieści. Noblista pisze jednak w sposób niezwykle sprawny i lekki. Umiejętnie posługuje się słowem, nieustannie przeobrażając swój język. Raz uderza w poważne tony, innym razem parodiuje, by zacząć nagle pisać w konwencji powieści popularnej. Robi z narzędziem swojej pracy to, co mu się podoba. Nie stosuje się do powszechnych zasad interpunkcji, tworzy przydługawe zdania, mimo to jesteśmy pod wrażeniem elastyczności wypowiadanych przez niego myśli. Wielokrotnie w jego słowach przebija się poczucie humoru i żartobliwość. Książka nie jest więc śmiertelnie poważna. Skłania jednak do myśli jak najbardziej „poważnych”. I apokaliptycznych. Polecam.

Jose Saramago, Miasto białych kart, tłum. Wojciech Charchalis, wyd. Rebis, Poznań 2009.

Dorota Jędrzejewska

Informacje Dorota Jędrzejewska
Lubię czasami coś poczytać i coś napisać.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: