Cormac McCarthy, Strażnik sadu. Recenzja.


Już odeszli. Uciekli, wygnani w śmierć lub na obczyznę, straceni, zgubieni. Słońce i wiatr wciąż wędrują nad ową krainą, aby palić i kołysać drzewa, trawy. Żaden awatar, potomek ni ślad nie pozostał po tym ludzie. Na ustach obcej rasy, która dziś tam mieszka, jego imiona są mitem, legendą, prochem.

Cztery pory roku Cormaca McCarthy’ego

„Strażnik sadu” z 1965 roku jest debiutancką powieścią Cormaca McCarthy’ego, autora stawianego obok m.in. Philipa Rotha, Thomasa  Pynchona czy Dona DeLillo w gronie najwybitniejszych współczesnych powieściopisarzy amerykańskich. Wielką trójkę łączy oprócz pisania to, że urodzili się w Nowym Jorku lub, jak Roth, w Newark (New Jersey) – osiem kilometrów od Manhattanu. Urodzili się w Ameryce w latach New Deal – Nowego Ładu. W Ameryce zmuszonej stawić czoło skutkom Wielkiego Kryzysu, który pozostawił po sobie zrujnowaną gospodarkę, biedę, bezrobocie, chaos w strukturach politycznych i prawnych.

Tennessee-Cove-Mountain-Trail (fot. Brian Stansberry)Taka Ameryka jest tłem powieści McCarthy’ego, który akcję powieści osadza w malowniczym stanie Tennessee, położonym w Appalachach, na wyżynie Cumberland i w dolinie Missisipi. To amerykańska prowincja lat 30. i 40. w okresie przed industrializacją, która nie do poznania zmieniła te dziewicze, piękne i groźne ziemie. McCarthy spędził na tych terenach swoje dzieciństwo. Żył z ludźmi tej epoki, w otoczeniu dzikich zwierząt i przyrody, która wyznaczała osadnikom rytm życia. „Strażnik sadu” to hołd złożony przez pisarza tamtym czasom. Książka została uhonorowana Nagrodą Faulknera, bo i w pisarstwie McCarthy’ego pozostał wyraźny ślad, odciśnięty przez swojego wielkiego poprzednika.

W powieści splatają się ze sobą losy trójki mężczyzn różnych pokoleń.
John Wesley Rattner to nastoletni chłopiec, żyjący samotnie z matką, który oczekuje na powrót ojca, w swoim mniemaniu bohatera wojennego. Stara się usamodzielnić, jak najszybciej wejść w dorosłe życie. Kręci się po okolicy, poluje, podpatruje, słucha opowieści starszych.
Marion Sylder to mężczyzna w średnim wieku, pomysłowy kombinator, sprytny przemytnik zarabiający na szmuglowaniu alkoholu. Kiedy chłopiec wyciąga go z tonącego samochodu, który podczas wypadku stoczył się do rzeki, między tą dwójką rodzi się interesująca więź. Dorastający John widzi w mężczyźnie substytut ojca, podoba mu się jego niezależność, życie w opozycji do przedstawicieli prawa. Sylder obdarza chłopca sympatią, pomaga mu i go chroni. Razem spędzają sporo czasu, rozmawiają, polują.
Ogniwem spajającym wszystkie wątki jest Arthur Ownby. Blisko dziewięćdziesięcioletni staruszek jest nestorem tych ziem, tytułowym strażnikiem sadu, spadkobiercą umierającej przeszłości. Mieszka w starym domu wraz z prehistorycznym psem Zwiadem, obserwuje góry, wiatr, deszcz, odczytuje znaki, zbiera rośliny.
„Ścieżką nadchodzili ci dwaj: wynędzniały pies ledwie się wlókł w aureoli własnego nieprawdopodobieństwa, starzec zaś ostrożnie stąpał po spękanych łupkach i kwarcach. Na ramieniu kołysał mu się w takt kroków czarodziejski kij, a w ręku niósł zwiotczałą, zatłuszczoną torbę z papieru, pełną osobliwie powykręcanych korzeni, przeznaczonych na handel.”
Stary Ownby chroni ponurą tajemnicę sprzed lat. W ukrytym na terenie sadu zbiorniku z chemicznymi odpadami (w ujęciu McCarthy’ego symbol nadchodzącej epoki) przechowuje porzuconego trupa, który okazuje się być zamordowanym przez Syldera ojcem Johnego Rattnera.

Tennessee-South-Fork-of-Citico-CreekHistoria jest jednak dla pisarza tylko pretekstem do pokazania amerykańskich realiów po wielkim kryzysie. Czasów zbuntowanej zorganizowanej przestępczości, przemytu, kłusownictwa, ciągle obecnego w świadomości ludzi rasizmu. A jednak z nostalgią opowiada McCarthy o tamtych czasach, stawiając je naprzeciw zbliżającemu się nieuchronnie uprzemysłowieniu.
Symboliczną jest scena, kiedy młody Rattner udaje się do gmachu sądu, by odebrać zarobionego dolara za zabicie jastrzębia. Po kilku miesiącach wraca, informując urzędniczkę, że chce oddać dolara i zabrać z powrotem swoją zdobycz. Co oczywiście jest niemożliwe – jastrząb już dawno wylądował w państwowym piecu. „Źle żem zrobił, ptak nie był na sprzedaż” – mówi chłopiec, kładąc wymiętego dolara na ladzie i wybiega.

Esencją „Strażnika sadu” są epickie opisy dzikiej przyrody. Leniwie posuwająca się do przodu fabuła ustępuje pola wspaniałym krajobrazom Appalachów, wzburzonych rzek, mieszanym i jodłowo-świerkowym lasom, tulipanowcom, wiciokrzewom, groźnym kuguarom czy rozśpiewanym przedrzeźniaczom. McCarthy dokonuje celowego zabiegu zdeharmonizowania opowieści, by ukazać ogrom natury, jej relacje i wpływ na człowieka.
Na tym tle ludzkie problemy wydają się mniejsze, zagubione – choć istotne. Podobną stylistykę można dostrzec w „Drodze”, najbardziej znanej w Polsce powieści McCarthy’ego – tam poetyckość sięgała najwyższych lotów, by podkreślić tęsknotę za tym, co zostało utracone.

Tennessee-Goodpasture-Mountain (fot. Brian Stansberry)Wiatr ustał i w ledwie słyszalnej, dymiącej ciszy nocnej lasu słychać było tylko dobrotliwy deszcz, uderzenia kropel u gałąź, ich miarowe kapanie do kałuży zebranej w zagłębieniu liścia. Starzec usiadł z ustami pełnymi trawy i rozejrzał się, słysząc żebracze nagabywanie deszczu, cichy śpiew w owym mrocznym języku czarów, który woła kulę ziemską do ślubu.

Trzeba tutaj oddać należną cześć tłumaczowi, panu Michałowi Kłobukowskiemu, który stanął na wysokości zadania i genialnie oddał klimat powieści. Zarówno w warstwie dialogowej (regionalizmy, terytorialna gwara), jak i literackich popisów autora (metafory, opisy).

Premierowa powieść Cormaca McCarthy’ego to nie lektura na jeden wieczór, nie zalecam czytać jej w pociągu czy zatłoczonym autobusie. Ci, których nuży poetyka i głębia literackiego rzemiosła, mogą poczuć się momentami zmęczeni. Gdy jednak uda wam się nastroić wyobraźnię na najwrażliwsze tony, przymknąć oczy, zapominając na chwilę o zatłoczonych ulicach, pełnych trąbiących samochodów, i dać się ponieść obrazowi, możecie poczuć się zachwyceni. „Strażnik sadu” to literacka uczta na najwyższym poziomie, do smakowania w ciszy i spokoju.

Cormac McCarthy, Strażnik sadu, tłum. Michał Kłobukowski, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010.

Rafał Niemczyk

Informacje Dorota Jędrzejewska
Lubię czasami coś poczytać i coś napisać.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: