Cormac McCarthy, Droga. Recenzja.

Człowieka można zniszczyć, ale nie pokonać

Wyobraź sobie, Drogi Czytelniku, że w jednej chwili zostaje ci odebrane wszystko. Wszystko, poza życiem – twoim i twojego syna. Wraz z bladym świtem uderza w ludzkość, nie poprzedzony żadną mroczną przepowiednią, cywilizacyjny holokaust. Pchając przed sobą czterokołowy wózek, na który pakujesz resztki swojego dobytku, wyruszasz w nadziei odnalezienia gdzieś ocalałego człowieczeństwa. Wkrótce okazuje się to poszukiwaniem Atlantydy, albowiem resztki umierającego człowieczeństwa znajdują się w twoim jedynie sercu. W zrujnowanym świecie, w którym dusze ocalałych toczy wirus zagłady i bólu, a droga usłana jest szkieletami umarłych, odartych z godności łzami wstydu i grymasem bezsilności.

W tytułową postapokaliptyczną „Drogę”, za którą autor w 2007 roku otrzymał Nagrodę Pulitzera, zabiera nas wraz z dwójką bohaterów swojej powieści Cormac McCarthy. Uważany za jednego z najważniejszych współczesnych prozaików amerykańskich, nazywany jest czasem Dickensem Appalachów. Porównywany do Hermana Melville’a pisarz z Providence, którego ulubioną powieścią jest, jak sam deklaruje – „Moby Dick”. Ojciec w podeszłym wieku, dla którego inspiracją twórczą były narodziny ostatniego syna oraz doświadczenia związane z relacjami z dzieckiem i jego wychowywaniem.

The-Road-movie-1

Proch, pył i strach

Postapokaliptyczny świat ukazany w powieści przeraża swoim okrucieństwem. Przeraża w sposób namacalny, szczery i ludzki. Na kartach powieści czuć dreszcze wywołane strachem i przejmującym zimnem – słońce nie wyłania się już nawet na moment zza kotary złowrogich chmur. Nie straszą nas jednak upiory, popromienne mutanty, ani groźne bestie. Przemierzając wraz z bohaterami ziemie umierającej Ameryki, najsilniejszy strach czujemy przed tym, co czai się za najbliższym zakrętem, na szczycie wzgórza, w zamkniętym pokoju opuszczonego domu. Śmiertelnym zagrożeniem dla ocalałych pielgrzymów są inni ludzie, brak żywności czy lekarstw. Oto bowiem ci, którzy pozostali, za wszelką cenę próbują przetrwać. Cena pozostania przy życiu jest najwyższa z możliwych. To przekroczenie ostatniej granicy ludzkiej godności i wyzbycie się człowieczeństwa. Sugestywne, porażające brutalnym realizmem, choć opisane oszczędnym językiem sceny przemocy, pokazują ludzi posuwających się do bezwzględnych mordów na kobietach, a nawet do kanibalizmu nowonarodzonych dzieci.

Nigdy się nie urodzić, to być może największy skarb ze wszystkich

The-Road-movie-2Świat umiera. Wyludnione, zdewastowane miasta. Tysiące wysuszonych trupów. Nie znajdziemy już na ziemi oazy dobrobytu, nie znajdziemy zwierząt, pól uprawnych, krystalicznych rzek, zielonych drzew, ani niebieskiego nieba. Refleksje mężczyzny o tym co odeszło, sprowadzają się do snów o szczęśliwym życiu, świętach spędzanych z rodziną, czy lekcjach odrabianych w domowym zaciszu wraz z rodzeństwem. Wspomnienie kobiety swojego życia, matki jedynego syna, która odeszła, chcąc oszczędzić sobie upodlenia i utraty godności jest w książce przedstawione fragmentarycznie. Symboliczne pozbycie się zdjęcia żony ujawnia nam, że pomimo tęsknoty i cierpienia, chcąc przetrwać musi stłumić je w sercu. Stara się nie okazywać przy dziecku słabości. Płacze nocami, z dala od obozu, w samotności wyrzucając z siebie łzy rozpaczy i bezsilności. Parafrazując słowa greckiego filozofa – nigdy się nie urodzić, to być może największy skarb ze wszystkich…

Przepraszam, że nie jest niebieskie

Krajobraz „Drogi” pełen jest szarzyzny, brudu, zgliszczy. Nie ma już miejsca na poranki udekorowane wschodem słońca, ani na gwieździste noce. Rozpadające się miasta, ruiny domów, rdzewiejące samochody z powybijanymi szybami, poprzewracane słupy elektryczne, skarłowaciałe drzewa w umarłych lasach, posępne, złowieszcze niebo – to obrazy, jakie ujawnia nam wędrówka na południe, ku wybrzeżu. Właśnie z wybrzeżem wędrowcy wiążą resztki nadziei na spotkanie choćby odrobiny normalności, dawnej cywilizacji.
Jak przekonuje ojciec chłopca „niosą płomień i szukają dobrych ludzi”. W trakcie drogi nic nie wskazuje jednak na to, że gdzieś za horyzontem ukryty jest lepszy świat. Znajdują po drodze południowoafrykańskie kurregandy, a u brzegów wybrzeża rozbity hiszpański okręt z Teneryfy. „Przepraszam, że nie jest niebieskie” – mówi do dziecka, kiedy u stóp plaży widać już morze: szare, brudne, toksyczne i martwe.
Nie ma już Ziemi, nie ma Ameryki, nie ma nieodkrytych lądów, do których mogliby dotrzeć, niczym niegdyś Kolumb czy Vasco Da Gama, odkrywający Nowy Świat.
Świat się skurczył, pogrążył w zapadających ciemnościach i autodestrukcji.

The-Road-movie-3Elegia po zagładzie

Język McCarthy’ego jest surowy, łatwo przyswajalny, chirurgiczny wręcz. Wizja rozkładu naszej cywilizacji jest opisana ciętym, adekwatnym do historii stylem. Równoważniki zdań, specyficzna atrybucja dialogów – wpleciona bez myślników dialogowych, potęgują podczas czytania uczucie wyobcowania. Obraz jest sugestywny, mimo że momentami brakuje dokładnych opisów. Czytając „Drogę” odnalazłem kilka tylko słów, których znaczenia musiałem szukać w encyklopedycznych źródłach. Nie znaczy to bynajmniej, że powieść McCarthy’ego jest napisana banalnym stylem – wręcz przeciwnie. Język w powieści znamionuje to, jaki stał się świat: skurczony, wypalony, umierający. A jednak, jak napisał Jacek Dukaj: „powieść McCarthy’ego w najbardziej ponurych momentach osiąga lotność poezji”, stając się poruszającą elegią. W prostocie tkwi tutaj największa siła, czytając wędrujemy wraz z bohaterami, widzimy świat ich oczami. Wiemy kiedy jest im zimno, kiedy są głodni, czujemy momenty napięcia, bólu, przerażenia. Brakowało mi czasem w powieści refleksji nad tym, co się wydarzyło. Autor nie stawiał pytań „dlaczego?”, „za co?”, celowo pozostawiając je do ewentualnej rozwagi samemu czytelnikowi.

Człowieka można zniszczyć, ale nie pokonać

A jednak jest „Droga” także opowieścią o ojcowskiej i dziecięcej miłości, smutną historią o nadziei, która trwa bez względu na skutki kataklizmu. Pochwałą uporu i determinacji, niezłomnej wiary. Bohaterowie McCarthy’ego nie oczekują współczucia – niezłomnie „niosą płomień”, światełko człowieczeństwa, w nadziej że któregoś dnia zatli się mocniej. Postawieni w obliczu niezawinionego bezgranicznego cierpienia, kroczą drogą ciemności ku nieuchronnemu zatraceniu. Droga zawsze jednak będzie miała dla nich sens – mają wszakże swoją miłość, więzi której nie przerwie żaden ból czy marność świata. Ani tego, ani jakiegokolwiek innego.

Cormac McCarthy, Droga, tłum. Robert Sudół, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2008.

Rafał Niemczyk

Informacje Dorota Jędrzejewska
Lubię czasami coś poczytać i coś napisać.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: