Haruki Murakami, Na południe od granicy, na zachód od słońca. Recenzja.

Jak we śnie. Intymny pamiętnik.

Murakami i tym razem okazuje się romantykiem. Jego proza znowu pobudza zmysły. Jakimś tajemnym sposobem pisarz subtelnie ożywia te ciepłe i delikatne rejony naszej wrażliwości, że sami pragniemy osiągnąć metafizyczną bliskość z drugim człowiekiem. „Na południe od granicy, na zachód od słońca” to książka o bliskości i o jej pragnieniu; o marzeniach, uroku dzieciństwa, inicjacji w dorosłość i pustce niespełnienia. Jedni powiedzą – banały, inni – będą doszukiwać się drugiego dna, interpretować na różne sposoby, wskazywać palcem na wątki egzystencjalne. Znajdą się też tacy, którzy lekturę potraktują (z zawodem lub z zachwytem) jako sztampowy romans. Żaden jednak z różnorodnych sposobów lektury nie odmówi Murakamiemu intrygującego i osobliwego uroku.

Oś fabuły „Na południe od granicy…” stanowi historia Hajime i jego intymnych relacji z kobietami. Mamy tu obsesyjną miłość z dzieciństwa, następnie pierwszą dziewczynę, pierwszą kochankę, a później żonę. Murakami swobodnie i szczerze opisuje odkrywanie własnej seksualności, fascynację dotykiem, ciałem, drugim człowiekiem, zmianę perspektywy, która następuje, gdy zaczynamy „czuć” obok siebie inną osobę. Główny bohater, jak to u Murakamiego często bywa, przeciętny – nie za przystojny i niezbyt przebojowy – wszystkie swoje pragnienia, tęsknoty i żądze lokuje we wspomnieniu przyjaciółki z dzieciństwa. Ona uwarunkuje całe jego późniejsze życie, będzie maniakalnie wracała w pamięci, stanie się uosobieniem niespełnionych marzeń. Wróci jednak – realnie pojawi się akurat wtedy, gdy Hajime po wielu pustych, zmarnowanych i biednych latach, pełnych rozczarowań i samotności, nareszcie układa sobie życie. Ma piękną, wierną, można by nawet rzec – idealną żonę. Ma dwójkę dzieci. Apartament, dom w górach, BMW – jego interesy kręcą się wyjątkowo dobrze. I w takim momencie rodzi się pytanie o zagłuszanie własnych pragnień. Czy dobrym wyborem jest ich tłumienie, czy należy za nimi podążać po trupach? Co zrobić, gdy nieszczęśliwy traf sprawia, że te trupy są konieczne, że nie da się ich ominąć, jeśli chcemy poczuć się szczęśliwi? Hajime ponownie (wcześniej zdarzyło mu się to w latach jeszcze młodzieńczych) odkrywa ciemne zakamarki swojej duszy. Kolejny raz przekonuje się, że bycie egoistą tkwi w ludzkiej naturze. Samolubstwo nieustannie w nas śpi, a budzi się, gdy dopada nas głód – łaknienie niezrealizowanych pragnień i okazja by je osiągnąć. To właśnie ten głód, to, czego nam w życiu brakuje – określa naszą osobowość.

Fabuła powieści nie jest wyrafinowana – mamy trójkąt miłosny i mamy dylematy, jakie literatura zna już przecież od wieków. Nie odnajdziemy także w historii Hajime charakterystycznej dla Murakamiego fantastyki. Mimo tej „zwyczajności”, przeciętnym i bardzo ludzkim wydarzeniom towarzyszy magiczna i nienaturalna otoczka. Nie jest do końca „normalnie”. Pisarz formułuje powieść na kształt intymnego pamiętnika, pełnego wspomnień oraz marzeń sennych. Muska swojego czytelnika słowem, jest delikatny, a wydarzenia przedstawia jakby za mgłą. Pisze prostym, charakterystycznym dla siebie stylem – dzięki któremu lektura nie sprawia czytelnikowi najmniejszych problemów. Choć używa najzwyczajniejszych słów i nieskomplikowanych konstrukcji, język jakim operuje, nie jest naiwny, ale łagodny i gładki. Murakami lubi także niedopowiedzenia – udowadnia to kolejny raz. Umiejętnie ich używa, przez co wielu czytelników na świecie głowi się: „co też ten pisarz miał na myśli?”.

Nie dziwię się, że Murakami zyskał sobie światową popularność. Każdą powieść, która wyszła spod jego ręki, a po którą sięgam ja – czyta się po prostu dobrze. Mimo ciągłych powtórzeń tych samych wątków (miłosny trójkąt, przeciętność bohatera, jazz w tle, praca w wydawnictwie), nie jest się łatwo zmęczyć tego typu prozą. Murakami umiejętnie żongluje schematami, wątkami i elementami, które wpasują się w gusta masowego odbiorcy, ale dodaje do nich coś jeszcze. Naddatek treści, naddatek atmosfery, które czynią tę prozę ezoteryczną, niemalże czarodziejską. Pisarz na nowo nazywa dla nas proste rzeczy i zjawiska. Odświeża je. Dlatego chcemy uczestniczyć w snach, które buduje – tak bliskich nam, a jednocześnie tak dalekich i egzotycznych. Czytając jego prozę, uczymy się odkrywać cudowności w świecie na wskroś szarym i beznamiętnym. Udajemy się wraz z nim na południe od granicy zwyczajności. A przecież lubimy takie wycieczki.

Haruki Murakami, Na południe od granicy, na zachód od słońca, tłum. Aldona Możdżyńska, wyd. Muza, Warszawa 2006.

Dorota Jędrzejewska

Informacje Dorota Jędrzejewska
Lubię czasami coś poczytać i coś napisać.

2 Responses to Haruki Murakami, Na południe od granicy, na zachód od słońca. Recenzja.

  1. Ja mam z tym autorem spory problem – jest szalenie popularny, wręcz „osławiony”, chwalony na rozmaitych blogach i ogólnie „wypada” jego twórczość znać. Ale dla mnie jest troszkę… może nie przereklamowany, ale nie rozumiem do końca tego fenomenu.
    Jego książki generują szczególnego bohatera – co zostało bardzo trafnie ujęte w recenzji – bez cech szczególnych, ja bym jednak poszła dalej – nijakiego. Gdyż właśnie tego w bohaterach literackich (i w ludziach obok mnie) nie lubię – jakieś takiej specyficznej miałkości, bez polotu i szaleństwa. Tacy dla mnie są bohaterzy jego książek, choć jest szansa, że ich po prostu nie rozumiem:)
    W swoim blogu, w poście „Kolory literatury” nadałam książkom Murakamiego kolor sieny, sepii. Wtedy nie wiedziałam czemu. Teraz chyba już wiem – to kolor ciepły, jak miłe wspomnienie, ale jednocześnie obojętny, jak kadr zapomnianego filmu.

    • Experyment says:

      Mam bardzo podobne odczucia i spostrzeżenia do Pani. Murakami potrafi naprzemiennie czarować i
      irytować; emocjonować, ale też przynudzać, kolejny raz powielając ulubione motywy. Należy go
      chyba przyjmować „na raty”, w zbyt dużych ilościach może być ciężkostrawny.

      Fenomen Japończyka jest w dużej mierze oparty na ludyczności jego literatury, choć nie można mu
      odbierać przebłysków geniuszu pisarskiego. Szczególnie ważny jest pewnie ten nieszczęsny
      bohater, „bez cech szczególnych”, zapewne przez to bliski Czytelnikom. W moim przekonaniu nie
      bez znaczenia jest również „wtłoczenie” go w japoński świat, japońską kulturę, dzięki czemu
      staje się dla Europejczyka bardziej egzotyczny, nawet w swojej przeciętności.

      Posłużyła się Pani subtelnym porównaniem do „ciepłego koloru, miłego wspomnienia, kadru
      zapomnianego filmu”. Uważam, że jest to porównanie niezwykle trafne.

      Pozdrawiam serdecznie:)

      Rafał

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: