Tomasz Kopecki, Mediapolis. Recenzja.

Cała ta awantura… To wszystko z JEJ powodu. W ciągu jednego dnia wywróciłem do góry nogami całe swoje życie.
Chwilami zastanawiam się, czy przypadkiem nie zwariowałem. Wiesz, to chyba możliwe.

Tak tłumaczy powody swojego postępowania Abel – główny bohater świeżej książki autorstwaTomasza Kopeckiego pt. „Mediapolis”. Miłość do kobiety jest tu głównym elementem zapalnym fabuły i właśnie przez tę jedną niewiastę, całkowicie zresztą zepchniętą na marginalny plan powieści, rozgrywa się większość wypadków w historii o fantastycznym mieście przyszłości. Znowu wszystko przez kobietę. Należałoby zapytać, czym jednak jest to „wszystko”?

Abel i Anna to para kochanków egzystujących gdzieś pośród szarych, niebezpiecznych i przygnębiających murów kontrolowanego przez „chorą” władzę miasta. Abel to idealista. Z jego ust usłyszymy wiele krzepiących serca haseł o pielęgnacji „wolnej myśli” wśród uciśnionego społeczeństwa, o zawładniętych przez system duszach i walce z tymże systemem, o drodze do wolności „po trupach”, mimo wszystko i wbrew wszystkiemu. Anna natomiast to, jak pisze Kopecki, „po prostu kobieta”: z jednej strony twarda, doświadczona przez życie i tajemnicza, z drugiej zagubiona, łamiąca się, niedowierzająca ideałom. Anna to także centrum wszechświata Abla. On snuje opowieści o ich przyszłym, lepszym życiu, jest w stanie poświęcić dla niej całego siebie, zaopiekować się nią, ochronić przed wrogą rzeczywistością lecz niestety… Ona znika. Zostawia pożegnalny list i odchodzi, niemalże rozpływając się w powietrzu. W tym właśnie momencie rozpoczyna się „cała ta awantura”. Abel, stawiając wszystko na jedną kartę i paląc za sobą wszelkie mosty, zaczyna swoje poszukiwania. Droga do celu okazuje się jednak nie tylko podróżą detektywistyczną za śladem ukochanej, ale też krwawą i niebezpieczną walką z wrogim miastem.

„Mediapolis” to bowiem opowieść o pewnym mieście. Jego obraz w wizji Kopeckiego nasuwa jednoznaczne skojarzenia z takimi dziełami światowej literatury, jak „1984” G. Orwella czy „451 stopni Fahrenheita” R. Bradbury’ego, a także z opartym na podobnych chwytach fabularnych produktem X muzy – z „Equilibrium” w reżyserii K. Wimmera. Mamy tu zatem społeczeństwo kontrolowane, nieustannie obserwowane przez nieobliczalną i siejącą postrach władzę, „niewyłączalne” telewizory w każdym z mieszkań jako środek służący do rozsiewania propagandy, fałszywych informacji i „odmóżdżania” odbiorców audycji, eliminację jednostek wybitnych, redukcję wszelkich przejawów pełnowartościowej sztuki na rzecz niezrozumiałego bełkotu, a nawet palenie na stosie! Miasto jest wrogie, bezbarwne, budzące wstręt wśród swoich mieszkańców. Strach przechadzać się jego ulicami bez broni, ba! Strach przechadzać się jego ulicami nawet z bronią.

Odnajdziemy tu również buntowników, idealistów, rebeliantów kryjących się w podziemiach, standardowo planujących przewrót i obalenie władzy. Dla tej strony medalu niezależny Abel to niezwykle smakowity kąsek. Jego nieprzeciętny umysł, determinacja, umiejętność wychodzenia cało nawet z najbardziej beznadziejnych sytuacji, a co najważniejsze – zdolność wyłączania odbiorników TV, mogłyby pomóc doprowadzić buntowników do zwycięstwa nad zakonem – wrogą władzą. Z drugiej jednak strony właśnie te przymioty naszego wyjątkowego bohatera czynią go celem tejże niezadowolonej władzy, oraz innych różnego rodzaju oprychów i degeneratów, których udało mu się rozwścieczyć podczas swych poszukiwań. Abel nie ma więc łatwego życia, a jeden z jego bardziej emocjonujących etapów posłużył za szkielet sensacyjnej historii, jaką jest bez wątpienia „Mediapolis”. Bo…

Na próżno szukać w powieści Kopeckiego głębi czy rozbudowanych portretów psychologicznych postaci. „Mediapolis” to książka sensacyjna, trącąca nieco klimatem „Ściganego” w reżyserii Andrew Dawisa, czy „Uciekiniera” Stephena Kinga. Seks, przemoc i szybka akcja – pod taką etykietką można by umieścić ją na półce. Czytelnicze doświadczenie uczy, że najlepsze powieści tego typu zwykle pochłania się jednym tchem. Jest tak nie tylko z powodu prostego w przekazie języka, czy nieskomplikowanemu budowaniu fabuły, ale także dzięki kreowanemu systematycznie przez autora napięciu. W trakcie lektury drżymy więc o los naszego bohatera, jesteśmy ścigani wraz z nim, czy też wraz z nim ścigamy, emocjonując się napotykanymi przeszkodami czy zaskakującymi zwrotami akcji.

Niestety od „Mediapolis” nie możemy oczekiwać zbyt wielu emocji. Czegoś tu zabrakło. Choć mogłoby się wydawać, że Kopecki daje czytelnikowi wszystko, co mogłoby trzymać nas mocno w napięciu, czyli zaszczutego bohatera, morze trupów, mocne sceny rodem z Piły, to w rezultacie te elementy powieści, mówiąc potocznie, spływają po czytelniku jak po kaczce. Akcja, choć prowadzona szybko, nie pobudza wyobraźni. Oddanie strzału w sam środek czoła albo poderżnięcie gardła, akurat w tej książce nie wzruszają. Czy to ja jestem niezbyt wrażliwa, czy może to w konstrukcji powieści coś nie coś szwankuje?

Wydaje mi się, że jednym z podstawowych mankamentów „Mediapolis” są mało wiarygodne sylwetki postaci. Kopecki konstruuje je jakby nakreślał kalki kadrów filmowych czy komiksowych. Bohaterowie mówią, zachowują się, a nawet przybierają postawy bardzo konwencjonalne, stereotypowe, takie, o których czytaliśmy, czy które widzieliśmy już nie raz. W następstwie za prostymi przyczynami idą tu proste i przewidywalne skutki. Brak oryginalności, brak elementów zaskoczenia, cała masa frazesów i gdzieś już zasłyszanych banałów sprawia, że nie do końca można uwierzyć w wizję Kopeckiego, nie przekonuje ona czytelnika. Oprychy w świecie „Mediapolis” nie przerażają, nie wzbudzają grozy. Ich brutalne zagrania nie idą w parze z ich płaskimi charakterami czy schematycznymi kwestiami. Sam autor, zarysowując sylwetki niektórych ze swoich bohaterów pisze, że „cała postać wyglądała niczym wycięta z tandetnej historyjki obrazkowej” (Ulger) lub też „portret ten pokrywał się z odwiecznym filmowym stereotypem” (Rufus) i należy przyznać mu rację, bo niemalże wszystkie postaci w jego książce można by wcisnąć w ramy stereotypu.

Schematyczność w tej powieści nudzi. Oczywiście w „Mediapolis” znajdą się także i lepsze momenty. Na przykład fragment rozgrywający się w Instytucie Nauki potrafi nieco rozbawić swoją groteskowością i przerysowaniem. Nie zawsze jednak przerysowanie wychodzi tej powieści na dobre. Jest ona zatem pełna lepszych i gorszych momentów. Podobnie też można określić warsztat pisarski autora. Są w książce fragmenty, w których Kopecki jakby zaczynał pisać  „lekkim piórem”, by potem zamienić je na pospolity długopis, tworząc nieco nieudolne partie tekstu.

Na koniec recenzji należałoby spojrzeć na „Mediapolis” oczami fana postapokaliptycznej literatury. Po lekturze całej książki okazuje się, że niewiele mamy tu „czystego postapo” w standardowym jego rozumieniu. Czytając tę powieść, można jednak „powdychać” klimat nieprzyjaznego, przestępczego świata po katastrofie. Jeżeli ktoś ma więc ochotę „zaciągnąć” się oparami po Orwellowskiej klasyce, a także odetchnąć chwilę przy niezbyt wymagającym czytadle spod znaku sensacyjnej popkultury, może po „Mediapolis” sięgnąć bez obaw. Kto jednak w Tomaszu Kopeckim chciałby odnaleźć polskiego Orwella, cóż… Zawiedzie się.

Tomasz Kopecki, Mediapolis, wyd. Zysk i S-ka, Poznań 2009.

Dorota Jędrzejewska

Informacje Dorota Jędrzejewska
Lubię czasami coś poczytać i coś napisać.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: