Haruki Murakami, 1Q84, tom 2. Recenzja.

Jak księżyc na niebie

Stara niepisana prawda literacka głosi, że w przypadku trylogii – najtrudniejsze do stworzenia są drugie tomy. Zaznaczmy od razu, że książka w dalszym ciągu pozostawia niedosyt – choć ma miejsce wiele intrygujących wydarzeń, nic nie jest wyjaśnione do końca. Wszystkie tajemnice przyjdzie nam poznać dopiero podczas lektury ostatniego tomu. No ale czy można się było spodziewać czegoś innego? Raczej nie – „klątwa środkowego tomu” jest bezlitosna.

Konstrukcja powieści nie uległa żadnej zmianie: w dalszym ciągu losy bohaterów poznajemy naprzemiennie – jeden rozdział poświęcony Aomame, a następny Tengo. „1Q84” ewoluuje momentami w kierunku rasowego thrillera, mocno trzymając czytelnika w kleszczach napięcia. Atmosfera zagęszcza się, nieuchronnie wieszcząc katastrofę. Biją pioruny, wiatr uderza w szyby, a dwa księżyce spoglądają ponuro na to, co się dzieje. A dzieje się różnie.

Aomame dostaje ostatnie zlecenie w swojej „karierze” zawodowej morderczyni. Ma odebrać życie budzącemu grozę liderowi Sakigake i zniknąć na zawsze, zmieniając przedtem tożsamość. Zanim do tego dojdzie, kobieta przejdzie swoisty „kurs” z filozofii – poczynając od Junga, poprzez wątki z teorii Nietzschego, a na antropologicznych rozważaniach sir Jamesa G. Frazera kończąc.

Zagubiony Tengo zostaje coraz bardziej wplątany w aferę, związaną z ukazaniem się powieści Fukaeri „Powietrzna poczwarka”. Przy okazji odkrywa dręczące go sekrety przeszłości, odwiedzając w domu opieki ojca, cierpiącego na starczą demencję.

Dwa niezależne istnienia są jednak połączone nostalgicznym wydarzeniem sprzed dwudziestu lat, kiedy jako dziesięcioletnia dziewczynka Aomame ścisnęła w szkolnej klasie dłoń Tengo. Nieskażone dorosłością uczucie, jakie ich wtedy połączyło, zakorzeniło się w najgłębszych zakamarkach podświadomości. Jest teraz niewidocznym magnesem, przyciągającym ich do siebie, mimo że pozornie każde z nich żyje własnym, jakże różnym od siebie, życiem. Znamy już ten motyw z wcześniejszych powieści japońskiego pisarza. Nie można oprzeć się odczuciu, że para bohaterów Murakamiego pod wieloma względami przypomina też Florentino i Ferminę z „romansu wszechczasów” – „Miłości w czasach zarazy”. Podobnie jak kochankowie Marqueza, Aomame i Tengo, zanim się spotkają, muszą przebyć pełną wybojów drogę. Autor zrobiłby nam nie lada psikusa, gdyby się okazało, że ich uczucie na wieki pozostanie platoniczne. Przyznacie jednak, że mało kto w to wierzy.

 

Jako że Murakami ma w Polsce tak wielu zagorzałych miłośników, dołożę teraz do ich ulubionej potrawy łyżkę dziegciu. Drugi tom „1Q84” mógłby być na przykład o sto stron krótszy. O ile do połowy książki akcja posuwa się naprzód, częstując nas coraz to nowymi wątkami, tak później wkradają się zbędne, nawet kilkunastostronicowe przerywniki. Po raz wtóry pojawiają się wspomnienia z dzieciństwa Tengo, które wnoszą do całości niewiele nowego – a znamy je dobrze już z pierwszego tomu. Nużą czasem zbyt rozwlekłe opisy prozaicznych czynności; śledząc choćby dokładnie wyczyny Tengo przy garnkach, można by spokojnie zrobić z tego japoński dodatek do rodzimej książki kucharskiej. Murakami, znany z tego, że w subtelny, nienarzucający się sposób, potrafi opisywać sceny seksualne – tym razem lekko przesadził w pokazie swojej bezpruderyjności. Zdaję sobie sprawę, że spełniają one w powieści ważną (i odważną) rolę. Lecz scen tych jest sporo, a momentami stają się zbyt dosadne, tracąc przez to wiele ze swojej delikatności. Japończyk przy końcu posuwa się też do zabiegu stworzenia „książki w książce” – poznajemy dzięki temu nikczemnych Little People, ale cena tego jest znacząca. „Powietrzna poczwarka”, stając się „otwartą księgą”, przestaje ujmować swoją niesamowitą tajemniczością.

Haruki Murakami jest pomimo tego nietuzinkowym pisarzem. Potrafi znienacka trzasnąć fantastycznym porównaniem, oryginalną metaforą, wyrazistym opisem, a w jego postaciach wielu z nas odnajdzie cząstkę siebie (ja odnalazłem taką cząstkę w Tengo Kawanie). Myśli jego bohaterów są ujmujące zarówno w swojej prostocie, jak i nieszablonowości. Czasem są zwykłymi ludźmi, wrzuconymi – wbrew własnej woli – do niezwykłego świata. Innym razem ich myśli są skomplikowane, „literackie” i zaskakujące. Pewnie każdy z nas miewa takie myśli. Choć nie każdy z nas jest początkującym pisarzem-marzycielem, który szuka od dwudziestu lat swojej drugiej połówki – nie wiedząc, że eliminuje ona za pomocą szpikulca zło, by utrzymać w ryzach równowagę świata.

„1Q84” niesie przy tym prastare przesłanie. Przesłanie banalne, tandetne i trywialne (zagrzmi niejeden), ale najprawdziwsze w świecie. Jeżeli go „nie rozumiesz bez tłumaczenia, to znaczy, że nie zrozumiesz, choćbym ci nie wiem ile tłumaczył”. Głosi ono ni mniej, ni więcej jak to, że miłość jest największą siłą na tej naszej schorowanej planecie. Nieważne przy tym, czy mamy właśnie rok 1984, 1Q84 czy 2011. Dla Murakamiego to jest jasne. Jak księżyc na niebie.

Haruki Murakami, 1Q84 (tom 2), przełożyła z japońskiego Anna Zielińska-Elliott, wyd. MUZA, Warszawa 2011.

Rafał Niemczyk

Informacje Dorota Jędrzejewska
Lubię czasami coś poczytać i coś napisać.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: