Cormac McCarthy, W ciemność. Recenzja.

Męka w świetle słońca

Podczas jednej z niezwykłych podróży Swiftowski Guliwer trafił na wyspę zamieszkałą przez ludzi olbrzymów. Będąc w ich skali maciupeńkim, miał niepowtarzalną okazję przyjrzeć się człowiekowi całkowicie z bliska, obejrzeć z niezwykłą dokładnością jego skórę, zaciągnąć się jego intensywniejszym w tej dysproporcji zapachem. I wtedy ogarnęło Guliwera ogromne obrzydzenie. Człowiek w przybliżeniu okazał się odrażający, cuchnący, nieestetyczny – jego skóra pełna koszmarnych plam i brodawek. Guliwer podczas swoich dalekich podróży odkrył więc prawdę o nas samych. Nie tylko tą związaną z naszą wstrętną powierzchownością, ale i wstrętem naszego charakteru.

Ludzie skarleni, odpychający i zwierzęcy – to bohaterowie powieści Cormaca McCarthy’ego pt. „W ciemność”. Takich ludzi nie da się pokochać, polubić, to wyrzutki – przerażają, budzą odrazę. Nie budzą za to współczucia. Są zwierzęcy, brzydcy i obłąkani. Daleko im do szlachetnego piękna. Swift byłby zadowolony.

Dark-forest (tumblr.com)McCarthy tym razem opowiada historię rodzeństwa – Rinthy i Holme’a. Ci mieszkają gdzieś na końcu świata, w siermiężnej chacie na skraju lasu. Są prości i wiejscy. Rinthy w spartańskich warunkach rodzi syna. Holme, w tajemnicy przed siostrą, porzuca chłopca w lesie, udając że dziecko zmarło. Dziewczyna desperacko, bez grosza, bez dorobku, samotna i nieporadna, wyrusza na poszukiwanie synka. Holme, chcąc odnaleźć siostrę, opuszcza chatę tuż po niej. Opis wydeptanych przez tę dwójkę szlaków oraz napotkanych przez nich dziwactw i strachów stanowi fabułę powieści. Rodzeństwo napotykać będzie ludzi wynaturzonych i strasznych. Ci często będą chętni, by pomóc włóczęgom. Nigdzie jednak dwójka bohaterów nie zazna ciepła, nie schroni się w bezpiecznym kącie. Krok w krok za nimi będzie podążała jakaś ponura tajemnica – każe uciekać w mroczną ciemność. Tak mroczną jak oni sami. Świat McCarthy’ego jest naprawdę nieprzyjazny.

To świat, który umiera. Uczucie upału i duszności potęguje tu wrażenie rozkładu i gnicia. Gnije świat ludzi – towarzyszy mu woń stęchlizny, pleśni, zapach zwłok. McCarthy pisze: „pod markizami sklepowymi ludzie przemykali z cienia w cień po jasnej, rozpalonej popołudniowym słońcem glinie, powłóczając nogami i poruszając się w oślepiającym żarze niczym wyrobnicy, jak przez sen, oszołomieni, bez żadnego celu”. Wydłużone w czasie uczucie bólu, spleen i niepokój intensywnie towarzyszą bohaterom. Wszystkich tu zalewa morze czarnej żółci.

W przeciwieństwie do świata ludzkiego, rzeczywistość natury i przyrody jest tu bardzo wybujała, nieskrępowana, tryska życiem. Jej opisom McCarthy poświęca wiele miejsca. Podążamy zatem wraz z bohaterami dróżkami różnej maści, szosami, obmywamy się w rzeczkach, słuchamy śpiewu ptaków w otoczeniu pól, polan, zieleni lasów. Przyroda nie jest jednak ostoją dla zbłąkanego człowieka. Jest wroga. Rwąca rzeka nie pozwala bezpiecznie dopłynąć na drugi brzeg, rozwścieczony koń cwałuje prosto na człowieka, w tabunach świń, jak w Ewangelii, czają się nieposkromione, oszalałe demony.

McCarthy-Outer-darkMcCarthy nie daje nam wniknąć w myśli bohaterów. Nie znamy motywów ich postępowania. Są dla nas obcy, dziwaczni, na granicy obłędu, przypominają manekiny, nic nieznaczące kukły wyzbyte autentycznych emocji. Są także smutni. My, jako czytelnicy, nie smucimy się z nimi. Są dla nas zbyt straszni, by im współczuć.
Wędrówka bohaterów sprawia natomiast wrażenie zupełnie bezcelowej, mimo że przecież jej cel już na początku został określony bardzo jasno. Wszak: „po co miałby widzieć drogę ten, co go na nią posłano?”. Zatrzymani w bezczasie krążą w baśniowym letargu. Cała fabuła jest senna – autor podsuwa nam jedynie kontury, symbole, obrazki. Niewiele opowiada. Nie jest gawędziarzem.
Mimo tego potrafi utrzymać nas w napięciu, od czasu do czasu przerażając koszmarnymi scenami, gotyckimi straszakami, gdzie dziecko bez oka łypie na nas groźnie, a przy drodze straszą wisielce. Rodzaj napięcia, które buduje McCarthy, jest całkiem inny od tego, znanego ze standardowych powieści grozy. Odgrywa się bowiem na drugim planie, brak tu jakiejkolwiek nachalności. Niby jest celowym zabiegiem, ale sprawia wrażenie niezamierzonego chwytu – przemycane po cichu pięknie skonstruowaną frazą lub mrocznym porównaniem. Tu plusk fal to „plątanina wariatów w zakładzie zamkniętym”, a ludzie „sprawiają wrażenie przybyszy z grobu, wstających czasem z martwych na ziemiach spustoszonych przez zarazę”. Niektórzy odnajdą w tych porównaniach przesadę, inni zachwycą się wysublimowanym, słowiarskim smakiem autora.

Minimalistyczna proza McCarthy’ego potrafi ciążyć. Mimo że autor jest wybitnie oszczędny w słowach, to jej treści są bardzo zagęszczone. Pisarz pokazuje fragment świata, który mógłby się wydawać zupełnie nieludzki, fantastyczny, daleki od realności. Tymczasem to tylko złudzenie. McCarthy umiejętnie sięga po ciemną stronę nas samych. Jonathan Swift ponad trzysta lat temu ze wstrętem utożsamiał ludzką rasę ze zwierzętami. Dzisiaj człowiek McCarthy’ego stoi znacznie bliżej zwierzęcia niż człowieka. Wstręt, którym go obdarzamy, może przerazić nas najbardziej.

Cormac McCarthy, W ciemność, tłum. Maciej Świerkocki, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011.

 Dorota Jędrzejewska

Informacje Dorota Jędrzejewska
Lubię czasami coś poczytać i coś napisać.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: