Yiyun Li, Tysiąc lat dobrych modlitw. Recenzja.

Był sobie człowiek

Babcia Lin wraca z wizyty u brygadzisty Pekińskich Zakładów Tekstylnych „Czerwona Gwiazda”, pieczołowicie ukrywając zaświadczenie o przyznaniu jej tytułu zasłużonej emerytki tychże zakładów. Z tytułu owej emerytury babcia Lin nie otrzyma jednak złamanego grosza, bowiem zakłady zbankrutowały. Po chwili zostajemy poinformowani, że nie „zbankrutowały”, bo przecież „państwowa firma zbankrutować nie może”. Wstrzymanie emerytury jest zaś tylko „czasowe”. Nie wiadomo natomiast jak długo potrwa.
To wszystko wiemy już po lekturze połowy strony pierwszego opowiadania. Dopiero później dowiemy się, że babcia Lin w rzeczywistości nie jest babcią, a kobietą w dojrzałym wieku. Babcię uczyniła z niej chora rzeczywistość, brak miłości, rodziny i zwykłej nici ludzkiego porozumienia z otoczeniem. Bo Babcia Lin bardzo chciałaby być prawdziwą babcią.

Tak gęsto zbudowane są opowiadania ze zbioru „Tysiąc lat dobrych modlitw” Yiyun Li – trzydziestodziewięcioletniej Chinki, która w 1996 roku wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych. Jej bohaterowie to często chińscy uchodźcy, ukazani na różnych biegunach tego samego świata. Przenikają się w tej twórczości kultury Wschodu i Zachodu, absurdalność komunizmu z bezlitosnym kapitalizmem, maoizm z american dream, pustkowia Mongolii z nowojorskimi drapaczami chmur.

A pomiędzy tym wszystkim, wciśnięty niewidzialną ręką w stalowe tryby nienazywalnego mechanizmu – człowiek. To on jest bohaterem opowiadań Yiyun Li. Wielka proletariacka rewolucja kulturalna, giełda papierów wartościowych czy susza na prowincjonalnej wsi są tylko tłem – arenami, na których autorka ukazuje losy jednostki lub społeczeństw z tych jednostek złożonych. Homoseksualista, którego matka chce za wszelką cenę wyswatać; dwójka kuzynów, ukrywających w zaciemnionym pokoju i wychowujących od przeszło dwudziestu lat swoje upośledzone dziecko; nieszczęśliwe miłości, zdrada, skrajna bieda i bogactwo, które niczym grom z jasnego nieba uderza do głowy. Yiyun Li nie szczędzi swoim protagonistom cierpkich słów, ale okazuje im zrozumienie. Staje w ich obronie, niejednokrotnie wyzwala w czytelniku uczucie empatii, skłania do refleksji.

Yiyun-LiWszystkie opowiadania są zwięzłe, napisane oszczędnym językiem w czasie teraźniejszym. Potęguje to wrażenie aktywnego uczestnictwa odbiorcy w tych historiach. Yiyun Li pisze przy tym bardzo ładnie – mamy tutaj subtelne frazy, momenty wzruszające, ale wyzbyte nadmiernej egzaltacji. „Oto jest człowiek i jego opowieść. Nasza litość niewiele mu pomoże, ale pamiętajmy o nim” – zdaje się mówić pisarka. Nawet najbardziej drastyczne historie pozbawione są komentarza. To pod naszą rozwagę pozostawia go autorka, unikając w ten sposób niepotrzebnego dydaktyzmu i mentorstwa. Całości dopełniają świetnie skonstruowane dialogi – celne, nie zabijające rytmu, budujące napięcie pomiędzy postaciami.

Była to pierwsza książka Yiyun Li, po którą sięgnąłem. Nauczony doświadczeniem, przestrzegającym mnie przed często na wyrost interpretowanymi cytatami z amerykańskiej prasy, podszedłem do niej ostrożnie. Okazało się, że tym razem wszelkie zachwyty są jak najbardziej na miejscu. „Tysiąc lat dobrych modlitw” to kawał świetnej literatury i jestem przekonany, że Yiyun Li ma jeszcze wiele do powiedzenia. A Ameryka zadba już o to, żeby jako „Amerykanka chińskiego pochodzenia” napisała dla czytelników kolejne historie.

Yiyun Li, Tysiąc lat dobrych modlitw, przeł. Michał Kłobukowski, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2011.

Rafał Niemczyk

Informacje Dorota Jędrzejewska
Lubię czasami coś poczytać i coś napisać.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: