L.M. Montgomery, Ania z Wyspy Księcia Edwarda. Recenzja.

Odnaleźć drogę powrotną

Nie należy do najłatwiejszych zadań wracać do skarbków dzieciństwa i na powrót analizować ich wartość. W takich przypadkach strach przed rozczarowaniem jest jak najbardziej uzasadniony. Doświadczać osobistego oświecenia, że coś wcale nie jest takie, w jakie wierzyliśmy, to jakby przekreślić całą słodycz tamtych rozkosznych dni, kiedy słońce świeciło intensywniej. Nikt nie byłby zadowolony, gdyby skradziono mu dzieciństwo.

Wielkim skarbkiem dziecięcych lat dla całej masy rozmarzonych dziewcząt był dom na Zielonym Wzgórzu. Zapach ciasta unoszący się w kuchni, smak domowego puddingu (choć mało która z nas kiedykolwiek go próbowała), malutki pokoik, a jakże przytulny, szemrzący strumyk, cień brzóz, delikatny wiatr i falujące trawy zielonych wzgórz – plastyczność języka Montgomery przeniosła niejedną czytelniczkę w świat prostych, pachnących ciepłą jesienią marzeń. Jego jednoczesna realność i magiczność w ujmujący sposób dodawały kolorytu wakacjom, bądź zimowym wieczorom, w zależności od momentu, w którym wracałyśmy do ukochanej i już wyeksploatowanej książki.

Marzyłyśmy o sukienkach z bufiastymi rękawami, mimo że dawno wyszły już z mody. Nadawałyśmy nazwy uroczym zakątkom na własnym podwórku, podobnie jak Ania tworzyła Lasy Duchów i Jeziora Lśniących Wód. W ponurej sąsiadce pragnęłyśmy dostrzec panią Linde, w ukochanej ciotce – surową acz najukochańszą Marylę. Rzeczywistość zawsze jednak przegrywała z tym, co stworzyła dla nas Montgomery. „Ania z Zielonego Wzgórza” była autentycznym cudem, teleportem w to, co lepsze i ładniejsze. Stanowiła szkółkę wyobraźni, kształtowała wrażliwość i nauczyła miłości do książek. Czytając ją, wszystkie byłyśmy marzycielkami.

Anne-of-Green-Gables-movieNic dziwnego więc, że lektura „Ani z Wyspy Księcia Edwarda” wzbudziła wśród wielu z nas dreszczyk emocji. I strach, że nie będzie już tak „oszałamiająco pięknie” – jakby to powiedziała ruda bohaterka. Szczególnie że, im Ania starsza, tym mniej urokliwa. Od ostatniej kropki postawionej w trzeciej części serii coś zaczęło zgrzytać. Urwis o marchewkowych włosach przemienił się w kobietę, lecz mniej ciekawą niż zapowiadał jej niepokorny potencjał. Talent i charakter zostały zamienione w gospodarność, matczyność i „żonowatość”. Późniejsze części nie cieszyły już „bez zakłóceń”. Przyjemniej było wracać do samego początku, do tej „pierwotnej” Ani. Nigdy niezawodnej – nawet dziś.

Cóż zatem otrzymaliśmy w swe ręce w czerwcu tego roku? Czego oczekiwać możemy od ostatniego już spotkania z Anią z Zielonego Wzgórza? Przygotujmy się na inne oblicze, nie tyle najfajniejszego rudzielca wszech czasów, a autorki która go stworzyła. To nieco inna Montgomery, którą tak ukochałyśmy sobie będąc jeszcze w podstawówce. A Ania? Ani tu naprawdę (niestety… a może „stety”?) niewiele. Co z kolei odnajdziemy w tym zbiorze?

Zaskoczenie przyszło już przy pierwszym opowiadaniu. Owszem, odszukałam w nim znane mi już elementy, czyli szczegół opisu, urokliwe miejsca, skłonność do gawędziarskich historyjek, uchwycenie społecznych, międzypokoleniowych relacji. Jednak wraz z „Paroma głupcami i jedną świętą” autorka odkryła zupełnie nowe karty. Tajemniczość, mrok, wzorowo budowane napięcie niczym w klasyce horroru, gniew, złość i chęć zemsty – to w serii tych książek całkowita nowość. I jest w tym zbiorze więcej podobnych (i niepodobnych do sielskiej Ani) motywów. Jest ból i gorycz kumulowane w sobie latami, jest przerażający, nawiedzony ogród, są ludzie obłąkani, nieślubne dzieci, a nawet krwawa zemsta. Całość to zbiór niezależnych od siebie historii, zaczerpniętych z życia dalszego lub bliższego sąsiedztwa Ani i Gilberta. Osią je łączącą są, wplecione między fabularne opowieści, wiersze Ani i jej syna Waltera oraz towarzyszące ich odczytywaniu rozmowy rodziny Blythe’ów.

Anne-and-GilbertMimo tych nowości w twórczości Montgomery „Ani z Wyspy Księcia Edwarda” nie można określić mianem ponurego zbioru opowiadań. Każda bowiem z tych historii obrazuje czyjeś spełnione marzenie, przez co mamy tu całe mnóstwo happy endów, szczęśliwych powrotów, zaskakujących zwrotów akcji (oczywiście na dobre) i nieprawdopodobnie pomyślnych okoliczności. Tak wiele tu dobra (często objawiającego się dopiero w finale), że aż chciałoby się coś zepsuć, dopisać jakieś gorsze zakończenie, coś pomieszać, poprzestawiać, szczególnie że zapowiadało się inaczej, bardziej złowrogo, niekoniecznie różowo. I mimo wielkiego uwielbienia dla części pierwszych,  wypełnionych po brzegi dziecięcymi marzeniami, gdzie zło zostało ograniczone do minimum, w tej ostatniej części brakuje właśnie pazura. To tak jakby autorka pragnęła pogodzić w jednej książce dwie konwencje – tę jasną stronę, radosną, niewinną, w ramach której realizuje się każde pragnienie, i tą niepokorną, ciemną, która nie wyklucza ludzi nieszczęśliwych i złych zakończeń. W rezultacie otrzymujemy lekturą nierówną – zarazem fascynującą i dojrzałą, a jednocześnie infantylną.

Jak zatem przedstawia się spotkanie z nową Anią na tle emocjonalnego jej wspomnienia sprzed lat? Jest zupełnie inaczej. Odnajdziemy tu język, którego szukamy, znajdziemy elementy tamtego świata, jednak to tylko mgnienia, ułamki zapamiętanej radości. Mimo mankamentów, co innego przynosi satysfakcję. Choć tamta Ania, z którą pragnęłam się ponownie zobaczyć, na spotkanie nie przyszła, znalazłam w tej lekturze wiele niespodziewanych, literackich podniet. „Odwet”, „Spełnione marzenia” czy „Niepozorna kobiecina” to całkiem inne niż cały cykl o Ani opowiastki. Trzymające w napięciu, pomysłowe, złowrogie. Romantyczny dreszczyk poczułam przy lekturze „Droga do Wczoraj”, zafascynowała mnie historia o nawiedzonym ogrodzie.

Czy opłacało się wrócić „do Avonlea”? Myślę, że tak. Zarówno po to, by przypomnieć sobie ukochaną autorkę sprzed lat, zaskoczyć się miło i niemiło, a także uświadomić sobie po raz kolejny, choć pewnie nieostatni, że Zielone Wzgórza zostają bezpowrotnie za nami.

L.M. Montgomery: Ania z Wyspy Księcia Edwarda, tłum. Paweł Ciemniewski, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011.

Dorota Jędrzejewska

Informacje Dorota Jędrzejewska
Lubię czasami coś poczytać i coś napisać.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: