Michał Witkowski, Drwal. Recenzja

Neurotyczny pisarz na tropie

Michał Witkowski jest obdarzony niepoprawnym poczuciem humoru. Cecha ta, w zestawieniu z giętkim językiem, luzem pisania i wyobraźnią, może być przyczynkiem do wydania na świat dziełka, które w obrębie swych 400 stron będzie stanowiło kawał świetnej i swoiście radosnej rozrywki. „Drwal” dostarcza całe pokłady czytelniczej radości. Osiągnąć ją jednak można dopiero pod jednym warunkiem. Pochylony nad powieścią czytelnik powinien wcześniej wyzbyć się wszelkich uprzedzeń, fochów skierowanych w stronę samego autora i dać się ponieść – przygodzie i brawurowej narracji. Bez względu na specyficznie barwną osobowość pisarza.

Czytając Witkowskiego, należy przyzwyczaić się do kilku charakterystycznych dla niego manier. Jedną z nich jest nieposkromiona chęć autopromocji. Autor „Drwala” lubi stosować PR-owe wtręty, kreować siebie i mówić o sobie – można mu to jednak wybaczyć, bo szczęśliwie nie przekracza w tym granicy dobrego smaku. Przynajmniej mojego. Inną manierą jest zamiłowanie pisarza do gadżetów, przeładowanie swojej prozy nazwami marek, w imię nowoczesnej rzeczywistości hołdującej facebookowi, Ikei i Apple. Nie każdemu to w smak, jednak oko na niuanse przymknąć warto, bo opowieść jest naprawdę rasowa.

Witkowski jest narratorem książki i jej głównym bohaterem. Poszukując natchnienia, trafia do zagubionej w lesie chaty tytułowego drwala, lekomana – trębacza. Wszystko wskazuje na to, że ten skrywa w sobie jakąś mroczną tajemnicę. Pisarz nie byłby pisarzem, gdyby nie próbował jej odkryć i opisać, a towarzyszyć mu w tym będą: jurny lujek, prostytutka Jadzia Parszywa, stary taksówkarz i cały szereg fantastycznie skonstruowanych postaci.

Wydawca informuje na okładce „Drwala”, że mamy do czynienia z kryminałem. W rezultacie już wielu recenzentów wytknęło palcem pisarzowi (lub jego wydawcy), że książka ta z gatunkiem kryminału ma niewiele wspólnego – ledwie nawiązuje do jego konwencji. Intryga  ponoć słaba, zakończenie mało zaskakujące, bez „wkrętu”, tajemnica rozwikłuje się już w połowie – a to przecież nieprawda, przynajmniej do pewnego stopnia. „Drwal” być może nie jest rasowym kryminałem, ale czy w ogóle do tego miana pretendował? Jest za to tym, czym chyba miał być pierwotnie – niczym więcej, niczym mniej. I chwała za to pisarzowi, któremu wyszło dziełko kompletne, nienaciągane, „kryminałopodobne” i w żaden sposób nie jest to jego wada.

Michal-Witkowski (fot.Kasia-Kobel)Tempo „Drwala” jest zabójcze. Przez tekst brniemy bez przeszkód i z czystą przyjemnością, od czasu do czasu śmiejąc się spontanicznie głośno lub pod nosem. To jedna z tych książek, którą zasłużenie można opatrzyć popularną rekomendacją – „wciąga”. Witkowski ujmuje czytelnika nie tylko żywym sposobem opowiadania. Jedną z zalet jego najnowszej powieści jest także atmosfera – wyraźna i plastyczna. W trakcie lektury bardzo intensywnie pracuje nasz węch. Zaciągamy się zapachem zadymionych, odrapanych knajpek nadmorskich po sezonie, gdzie oprócz zaspanego chłodu wyczuwamy również opary kaca i taniej wódki. Wyziera z tych stron nieocenzurowana polskość – alkoholowa, brudna, tandetna, polskie twarze, a raczej „mordy” – skrzywione, wąsate, naburmuszone, z PRL-ową przeszłością. Wszystko to podaje Witkowski w formie dobrej komedii, z przymrużeniem oka, tworzy swoje postacie za pomocą prostych, acz trafnych skojarzeń. Umiejętnie operując humorem sytuacyjnym, buduje groteskowe, niesforne obrazki – cuchnące rodzimą beznadzieją, ale dobrze nam znane.

Witkowski z imponującą lekkością bawi się w swojej książce konwencjami. W drugiej połowie „Drwala” mamy wrażenie, jakbyśmy czytali Nienackiego w wersji dla dorosłych. Zresztą nazwisko ojca „Pana Samochodzika” przywołuje sam pisarz, gdy podążając za wcześniej wywęszonym tropem jako bohater swojej książki, przybywa pod osłoną nocy do opuszczonego ośrodka wypoczynkowego, w którym spotykają się nasi polscy, rasowi, brzuchaci bandyci. Smakowite są kawałki, w których czujemy dreszczyk emocji, podszyty szczerym rozbawieniem (bądź rozbawienie podszyte dreszczykiem), bo fabuła książki się totalnie kotłuje, bohaterowie są nieporadnie komiczni, wariactwo ściga wariactwo, Witkowski straszy paralizatorem, a dziwka Jadzia tapla się w błocie i wyje. Wszystko tu współgra, jest na swoim miejscu, trzyma poziom i przekonuje. ”Drwala” można polubić – nie tylko na facebooku.

Michał Witkowski, Drwal, wyd. Świat Książki, Warszawa 2011.

Dorota Jędrzejewska
(z Jaworzna – Starej Huty)

Informacje Dorota Jędrzejewska
Lubię czasami coś poczytać i coś napisać.

One Response to Michał Witkowski, Drwal. Recenzja

  1. palanee says:

    Świetna recenzja! A „Drwala” mam już w swoich czytelniczych planach.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: