John Updike, Miesiąc niedziel. Recenzja

„Jestem grzesznikiem i o tym wiem…”

Jakże wielkie było moje zaskoczenie, gdy przebrnęłam przez kilka pierwszych rozdziałów tej rozkosznie zdrożnej powieści. Przyznać bowiem muszę i szczerze pochylić głowę niczym w konfesjonale, że „Miesiąc niedziel” był moim pierwszym spotkaniem z prozą Johna Updike’a. Spodziewałam się lektury na wskroś amerykańskiej – „ciętej” jak żyletka, podszytej cynizmem, klarownej i „szybkiej” w odbiorze. Tymczasem Updike zrobił mi psikusa i szybko ostudził moją laicką pewność. Mimo typowego dla amerykańskiej prozy polotu i energicznej narracji – książka ta sprawia niemałe kłopoty. Stawia bowiem opór. Czytać ją chce się szybko, bo dynamizm zdań pisarza do tego zachęca, a jednak gęstość narracji  sprawia, że przedzieranie się przez dżunglę słów nie przypomina wcale spaceru po parku.

Warto jednak podjąć wysiłek, wyszperać nieco cierpliwości i skupić swoją uwagę. Updike ma bowiem do opowiedzenia przewrotną historię i robi to w sposób niebanalny. Bawi niczym najlepszy kawalarz, jednocześnie zmuszając do intensywnego myślenia. Wodzi za nos, nieustannie prowokując pytania. Często sam sobie na nie odpowiada, stawia tezy, by potem im zaprzeczyć. Ot, taka gra czy zabawa, w której mimowolnie próbujemy doszukać się sensu czy głębszej filozofii, być może z marnym skutkiem lub z ułudą, że coś udało nam się „mądrego” wyłuskać. Momentami ciężko rozgryźć, „co autor miał na myśli”, a nieustępliwy gąszcz słów nie ułatwia rozwiązania tej zagadki. Mimo to zabawa jest przednia.

John-Updike-Guardian.co.ukNa pewno dobrze bawi się sam narrator. Niektórzy powiedzą, że nie sposób go nie polubić. Ja uważam całkowicie odwrotnie – nie wiem, jak lubić go można. Osobiście zapałałam do niego szczerą niechęcią już na samym początku, a uczucie to pogłębiało się ze strony na stronę, osiągając apogeum w ostatnich rozdziałach. Kim zatem jest ten irytujący antybohater? To pastor – mąż, ojciec, duchowy przewodnik, a jednocześnie mężczyzna z niezdrowymi skłonnościami. Mężczyzna, który zdradza żonę z połową własnej parafii, a głównym tematem jego myśli jest seks i kobiece wdzięki. Wbrew pozorom to nie skłonność do cudzołożenia stała się powodem mej niechęci. Winowajcą była tu sama postawa niechlubnego bohatera. Tom Marshfield, bo tak nazwał go Updike, jest człowiekiem inteligentnym, oczytanym, bystrym, jednak inteligencja ta wyrządza mu specyficzny rodzaj krzywdy, której istnienia sam nie jest świadom. Winduje bowiem jego ego na nieprawdopodobne wysokości, uczy tłumaczyć swoje występki, usprawiedliwiać się, zamiast żałować. Tom Marshfield ma naprawdę ogromny tupet.

W sposób jego myślenia wnikamy dość szczegółowo. Cała książka skonstruowana jest na kształt osobistego dziennika grzesznego pastora, do którego prowadzenia został niejako zmuszony podczas „terapii” w ośrodku dla „upadłych” księży. Trafił tam, zaraz po tym jak jego grzechy w postaci licznych kochanek wyszły na jaw i zrobił się z tego niezły kocioł. W dzienniku opowiada historię swoich zdrad, stosunków rodzinnych (i nie tylko), odkrywa myśli i spostrzeżenia, miesza je z ogólnożyciowymi refleksjami, filozofuje, cytuje, dywaguje, czasem w duchu Freuda, czasem w duchu Pascala, prawi kazania, które zwykle nie kończą się pobożnymi wnioskami, obnaża siebie, swoje słabości i ciągoty, a tuż po tym, gdy mówi o zbawieniu, przypominają mu się krągłości jednej czy drugiej kochanki.

Z opowieści tych wyłania się interesująca, złożona (i – jak dla mnie – okropnie irytująca) postać człowieka, który nagmatwał, nakłamał i nakombinował w swoim niby pobożnym życiu za trzech albo i pięciu innych grzeszników. W ten sposób Updike skonstruował także niemniej ciekawy portret niekochanych kobiet, które sfrustrowane swoim codziennym życiem wypełnionym nudnymi obowiązkami u boku dawno już znienawidzonych mężczyzn, teraz szukają przygody, bądź miłości, dobrego powiernika problemów czy potwierdzenia swojej wartości.

Potwierdzać ją lubi – i w słowie, i w czynie, w łóżku, w zakrystii czy w konfesjonale, nasz nieprzyzwoity bohater, naznaczony szkarłatną literą niczym u Hawthorne’a (warto zresztą wiedzieć, że „Miesiąc niedziel” jest pierwszą częścią trylogii zwanej właśnie „szkarłatną”). W tym swoim rozbuchanym ego, nieokiełznanej pewności siebie, znielubiony bohater ma jednak sporo racji. „Etyka to hydraulika, konieczna, ale brudna” – powie – „Tym, co nas interesuje, nie jest dobro, lecz pobożność. Nie życie dobre, lecz życie wieczne”. Wykroczenia, które nasz pastor popełnił z rozbrajającą beztroską są w ostateczności wymierzone nie tylko w niego, a w świat pełen hipokryzji, pobożności na pokaz, rzeczywistość sztywnych reguł społecznej moralności.

John Updike, Miesiąc niedziel, tłum. Jerzy Kozłowski, wyd. Rebis, Poznań 2012.

Dorota Jędrzejewska

Informacje Dorota Jędrzejewska
Lubię czasami coś poczytać i coś napisać.

One Response to John Updike, Miesiąc niedziel. Recenzja

  1. Kaja says:

    Recenzja mnie zaciekawiła, muszę sięgnąć po tę książkę :)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: