John Irving, Hotel New Hampshire. Recenzja

Hotel-New-Hampshire-okladkaZaszajbowani na amen

Powieści Johna Irvinga wywołują u czytelników na ogół dwie skrajne postawy: apoteozę lub zniesmaczenie. Jedni wręcz przepadają za pisarstwem tego autora, zachłannie chłonąc jego zdania, humor i wytwory wyobraźni. A drudzy całkowicie odrzucają jego estetykę i percepcję świata, jako zbyt dosadną, przesadzoną w efektowności, naiwną, może nawet infantylną. Kto choć raz czytał książkę tego autora, ten będzie wiedział, o co chodzi. Parafrazując inny przepis artystyczny: zaczyna się od trzęsienia ziemi, a potem jest tylko ciekawiej. Przy czym „trzęsienia ziemi” zawsze są indywidualne, osobiste i tkwią w codzienności, zaś towarzyszy im takie samo, z codzienności i zwykłych wydarzeń utkane, tsunami, które powraca falami do końca powieści.

To rodzaj pisarstwa impresjonistycznego, posługującego się bardzo jaskrawymi obrazami, często abstrakcyjnymi – w tym sensie, że choć możliwe, w realnym życiu raczej się nie pojawiają. Irving nie tworzy literatury w sposób klasyczny, europejski a już na pewno odrzuca z konsekwentną premedytacją przymiotnik piękna – za to kreuje opowieści. Nie aspiruje do form wielkich, monumentalnych, choć wykazuje mistrzowską technikę formułowania swych dykteryjek. Kwestii smaku pozostaje osąd, czy są one zbyt natarczywe i dosłowne, za bardzo sentymentalne lub zupełnie nieprawdopodobne. Sam mówi, ustami pewnej drugorzędnej postaci z „Hotelu New Hampshire” (z powołania radykalnej rewolucjonistki, z zawodu studentki anglistyki, posiadającej tak kruche i romantyczne usposobienie, że prowadzi ją to do unicestwienia): „Wiesz – mawiała Fehlgeburt – jedyny element, którym literatura amerykańska różni się od reszty literatury światowej, to jakiś taki trzpiotowaty, nielogiczny optymizm. Łączy ona znaczne wyrafinowanie techniczne z ideologiczną naiwnością.”

John_IrvingIrving to nie pisarz w klasycznym sensie tego słowa, to raczej gawędziarz albo arabski poeta wędrowny z czasów powstawania „Baśni z tysiąca i jednej nocy”. Zawiera z czytelnikiem pewnego rodzaju układ. Poprzez mistrzowski sposób narracji spoufala się ze swoim odbiorcą, wciąga go do swojej powieści. Co jakiś czas znacząco puszcza do niego oko albo mówi mu, że tak naprawdę wszyscy jesteśmy podobni w swych narowach, słabościach albo dziwactwach; że nie ma powodu robić oburzonej miny; że jest, jak jest i nic na to nie poradzimy. I kto nie wzdrygnie się i nie odrzuci surrealnego, czasem dosadnego lub zbyt dosłownego humoru tudzież niesmacznych okoliczności – jest już „stracony” na zawsze, co w tym wypadku oznacza „do końca powieści”. Pozostaje w paczce Irvinga i jego bohaterów.

Osią fabuły „Hotelu New Hampshire” są dzieje i perypetie (być może w odwrotnej kolejności) amerykańskiej rodziny Berry (i osób z nimi w większym lub mniejszym stopniu związanych), a także dwóch niedźwiedzi oraz psa Smutka, który natomiast zabił co najmniej dwie osoby, sam będąc już martwym.

Rodzinka Berry

Rodzina Berry jest podobna do innych amerykańskich rodzin, choć przy tym zupełnie zwariowana (jak mawiał Bob Trener – senior dziadek: „wszyscy jesteśmy zaszajbowani na amen”). Poza wspomnianym Bobem Trenerem,  tworzą ją:

– Tata Win, niepoprawny marzyciel, żyjący bardziej przyszłością niż teraźniejszością, w której realizuje swe nieco ekscentryczne pomysły; jak choćby prowadzenie hotelu w zapadłym miasteczku w budynku dawnej szkoły żeńskiej, w którym armatura łazienkowa jest przystosowana swą wysokością i wielkością dla dziewczynek w wieku przedszkolnym, a stoły i krzesła w restauracji z pewnych powodów są na stałe przyśrubowane do podłoża.

– Mama Mary (Bates z czasów panieńskich), która miała zostać porwana w małżeństwo przez przystojnego, młodego, inteligentnego itd., mającego wywieść ją jak najdalej od zapadłej amerykańskiej prowincji, tymczasem pokochała Wina, urodziła mu piątkę dzieci i, pomiędzy ogarnianiem wzburzonej przez męża rzeczywistości i wybaczaniem mu tego wzburzania rzeczywistości, wzrusza najpiękniej, najszlachetniej i najdumniej na świecie ramionami; bez wątpienia Mary najbardziej odstaje od całej rodzinki, najmniej u niej wariactwa, najmniej skłonności do ulegania sobie, swoim dziwactwom.

– Najstarszy syn Frank: nieprzystosowany, stroniący od innych nastolatek o skłonnościach homoseksualnych, który w przyszłości stanie się dorosłym i świadomym swej seksualności gejem, świetnym agentem show biznesu, a przy okazji ostoją ekonomicznych interesów rodziny.

– O rok młodsza siostra, Franny, zdecydowanie najładniejsza z postaci występujących w książce; również zdecydowanie najbardziej doświadczana z tego powodu; ale także osoba, która lubi być w centrum uwagi, nie bojąc się przy tym wziąć na siebie odpowiedzialności i podejmowania trudnych decyzji.

– John – narrator powieści: zakochany od zawsze w swojej rok starszej siostrze; by móc ją chronić, latami podnosi ciężką sztangę, co ostatecznie pozwala mu posiąść tyle siły, aby zabijać ludzi, zgniatając ich oburącz.

– Lilly: mała dziewczynka, która w pewnym momencie przestała w ogóle rosnąć, stając się karlicą; później zajęła się pisarstwem, gdyż uwierzyła, iż każde napisane słowo powoduje, że staje się większa, jednak ostatecznie wybrała inne rozwiązanie, nie „mijając zdrowo otwartego okna”.

– Najmłodszy brat Jajo: nieco przygłuchy, z tego też powodu uwielbiający ponad wszystko okrzyk „Co?” – odpowiedź na każde pytanie skierowane w jego stronę; ponadto obdarzony pewnego rodzaju melancholijnym smutkiem.

Hotel_New_Hampshire_film

Dalsza część ekipy, czyli postaci drugoplanowe

– Junior Jones – ogromny, czarnoskóry gracz futbolu amerykańskiego, który po zakończeniu kariery zamiast zapijać się w małych barach, wspominając czasy, gdy uprawiał sport, skończył prawo i zaangażował się w działalność społeczną, tworząc Czarne Ramię Sprawiedliwości.

– Freud drugi – nazwany tak dla odróżnienia od twórcy psychoanalizy, bezpośredni sprawca powstania drugiego hotelu, prestidigitator, sztukmistrz i jasnowidz, a przy okazji idealista; Żyd tak bardzo kochający Austrię, że wrócił do niej w 1938 roku, mając w nosie hitlerowskich kolesi.

– Susie: najmądrzejsza niedźwiedzica na świecie, w wolnych chwilach lesbijka i obrończyni zgwałconych kobiet.

– Radykałowie z Instytutu Wschód-Zachód – stali dzienni mieszkańcy wiedeńskiego hotelu New Hampshire, dążący za wszelką cenę do rewolucji i twórcy bomby sympatycznej.

– Prostytutki – stałe nocne mieszkanki wiedeńskiego hotelu New Hampshire, dążące za wszelką cenę do uzyskania korzyści materialnych z czynności seksualnych.

Amerykańska prowincja i Wiedeń

New-Hampshire_destination360Główne miejsca akcji są w powieści dwa: klasyczna u Irvinga amerykańska prowincja (miasteczko Dairy w stanie Main), a także Wiedeń lat pięćdziesiątych, gdzie znajdował się drugi hotel New Hampshire. Poza tym odwiedzimy Wiedeń fin-de-siecleowski, znany z mnóstwa anegdot z kręgów arystokratyczno-operowych oraz Wiedeń Mysikróla: „Jeszcze mijam zdrów otwarte okna. To stary wiedeński kawał. Był taki jeden błazen uliczny, nazywano go Mysikról: tresował gryzonie, stawiał horoskopy, potrafił udawać Napuleuna, uczył psy pierdzieć na komendę. Pewnej nocy wyskoczył z okna razem z pudłem, w którym zamknął wszystkie swoje zwierzątka. Na pudle był napis <Życie jest serio, a sztuka dla frajdy>. Podobno jego pogrzeb zamienił się w ogólne balowanie. Uliczny sztukmistrz się zabił. Przedtem nikt mu nie pomagał, ale kiedy go zabrakło, wszyscy to poczuli. Kto po jego śmierci każe psom muzykować, myszom sapać?… Trzeba wiele pracy i ogromnej sztuki, żeby żyć mniej serio…”. Kilka wątków ma miejsce w Nowym Yorku.

Trudna sztuka oswajania rzeczywistości

To, jak niemal każda książka Irvinga, powieść o dorastaniu; o trudnej sztuce oswajania rzeczywistości, o jej przystosowywaniu i adaptacji dla potrzeb własnego w jakiejś mierze zrównoważonego i harmonijnego życia, nieważne że z zewnątrz wyglądającego co najmniej ekscentrycznie. Autor po raz kolejny powtarza swoją najważniejszą prawdę: świat poznaje się i ogarnia samemu, jednak trudno pozostać w nim przy zdrowych zmysłach, nie mając przy sobie bliskich. Nawet jeśli oni są całkiem zbzikowani. W bliskości liczy się lojalność a nie normalność. Tak naprawdę to, jakimi są bliscy nam ludzie, nie ma większego znaczenia. Szczęście to bliskość, a nie racjonalność. Warunkiem szczęścia jest obłaskawienie rzeczywistości, zwłaszcza tej, z którą najczęściej mamy do czynienia. A jak to łatwiej zrobić, niż lubiąc miejsca i  kochając ludzi nas otaczających? To prosta i wydaje się oczywista recepta na życie, lecz jak wie każdy z nas, nie taka łatwa do uskutecznienia.

„<Smutek> na wierzch wypływa” z zatrważającą regularnością i konsekwencją. Wszystkich dotyczy fatum tak właściwe dla naszego świata: „(…) przecież poślizg w dół to naturalny finał wszystkich spraw bez względu na okoliczności… sęk w tym, że prędzej czy później musimy się stoczyć… Nie ma znaczenia od czego taki zjazd się zaczyna”. Jednak szczęście jest możliwe i wydarza się, jeśli tylko odrobinę się o to postaramy. Potrzebna do tego jest wyobraźnia, dystans do siebie i do spraw wokół, odrobina szaleństwa i lojalność bliskich osób, potrafiących podać nam rękę, kiedy stracimy kontakt z gruntem.

John Irving, Hotel New Hampshire, przeł. Michał Kłobukowski, Prószyński i S-ka, Warszawa 2001.

Dominik Śniadek

Informacje Dorota Jędrzejewska
Lubię czasami coś poczytać i coś napisać.

2 Responses to John Irving, Hotel New Hampshire. Recenzja

  1. Miałem swego czasu okres fascynacji pisarstwem Irvinga i przeczytałem chyba wszystkie jego książki, które ukazały się po polsku. Należę zdecydowanie do tych, którzy będą chwalić jego prozę:)

  2. Pingback: John Irving, Ratować Prośka. Recenzja. | EXPERYMENT

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: