Winshluss, Pinokio. Recenzja

Pinokio z karaluchem w głowie, czyli gangrena w świecie bajek

Pinokio z powieści dla dzieci Carla Collodiego jest niegrzecznym i egoistycznym pajacykiem, który nim zmieni się w chłopca, przechodzi wewnętrzną przemianę znamienną dla klasycznych bajkowych bohaterów. Uczy się życia na podstawie przygód nie z tej ziemi, spotykając na swojej drodze zło pod różnymi postaciami. Ot, weźmy choćby Lisa i Kota, przebiegłych zbójców podszywających się pod żebraków, czy woźnicę, który para się bałamuceniem dzieciaków, ogłupiając ich i w efekcie zamieniając w osły. Pinokio Collodiego ma jednak po swojej stronie Gepetta, ojczulka-stworzyciela, który wyrzeknie się dla niego ubrania, a pędząc mu na ratunek, wyląduje w paszczy straszliwego rekina; również piękną Dzieweczkę, dobrą wróżkę-opiekunkę, która wybaczy mu wszystkie winy. Pinokio Winshlussa ma większy problem.

Nie jest drewnianym pajacykiem, a bojowym robotem, jego twórca jest podłym materialistą, przybrana matka gwałt na nim przypłaci śmiercią, a na dodatek w jego mózgu zamieszkał karaluch-nierób (powieściowy Gadający Świerszcz?) – niespełniony filozof-pisarzyna, który spędza dnie na dojeniu piwa i oglądaniu telewizji. Zaś sam Pinokio to stworzenie skrzywdzone i apatyczne, porzucone na pastwę losu w złym i brutalnym świecie. Perypetie komiksowego Pinokia, ukończone w 2008 roku, przypominają uwspółcześnione bajki braci Grimm, do których swoją „brudną” rękę przyłożyłby Quentin Tarantino.

Samego tekstu u Winshlussa jest mało (gada głównie karaluch Jiminy; losy Pinokia poznajemy za pomocą mistrzowsko narysowanych i wykadrowanych obrazków oraz plansz), a mimo to zostajemy wciągnięci w intrygę naszpikowaną literackimi i kulturowymi nawiązaniami, reinterpretacjami, przy czym są one często ponure, mroczne, a czasem wręcz obsceniczne. Proponowane przez francuskiego artystę rozwiązania fabularne, epatujące brutalnością, seksem, a nawet sadyzmem tworzą fascynującą opowieść – sieć niteczek, które scalają się z każdą stroną, tworząc kompletną historię. Arcydzieło Winshlussa (oui, oui!) dopracowane jest perfekcyjnie, a mnogość drugoplanowych postaci, które na swojej drodze napotyka instrumentalnie traktowany Pinokio, wzbudzi uznanie nie tylko wśród fanów komiksu.

Wśród nich są tatko-konstruktor Gepetto, który na perspektywę zarobionych grubych dolców szczerzy się jak pies w reklamie karmy; ślepy Murzyn Wonder (Stevie?), któremu objawia się Bóg i przywróciwszy mu wzrok, czyni zeń proroka-radykała; siedmiu zboczonych krasnali, zamawiających u handlarza organów ludzkie serce, które chcą wprawić Śpiącej Królewnie, by wykorzystywać ją seksualnie; ogarnięty depresją i dekadentyzmem detektyw, alkoholik związany spirytualnie z duchem własnego kota, którego zastrzelił; banda dyktatorów manipulujących ludźmi, jeden gorszy od drugiego; właściciel fabryki zabawek, wyzyskujący dzieci grubas rodem gdzieś z kraju trzeciego świata. Karaluchowi Jiminy’emu można by poświęcić osobny akapit – złożoność jego wewnętrznych batalii uzupełniana jest duchowym wymiarem jego egzystencji. Słowem: nie robi w zasadzie nic, ale ukrywa się pod parasolem ogromnego, wydumanego przez samego siebie ego. Jak wielu ludzi, nie tylko wszak artystów.

Wszystkie postacie zarysowane w komiksie nie byłyby tak sugestywne i wyraziste, gdyby nie geniusz rysunków autora. Winshluss posiada imponujące czucie obrazu i stuprocentowe rozumienie zasad operowania nimi, dzięki czemu bez wspomagania się słowami stworzył nie tylko wielki, pojemny i ponury świat, ale i epicką historię, z rozmachem odzwierciedloną podróż po przeróżnych krainach i miejscach. To jednak niejedyna zaleta jego wszechstronnego talentu. Dominik Szcześniak z „Ziniola” nazywa album Winshluusa „przebieżką przez historię komiksu” i jest to trafne określenie. „Autor rozpoczyna kreską  inspirowaną pracami tworzącego na początku XX wieku George’a Herrimana, by za chwilę przejść do krótkiej, dowcipnej, ale też i niespełnionej tijuańskiej biblii” – pisze dalej. W istocie – „Pinokio” zadziwia mnogością stylów, ale przede wszystkim swobodą w przemieszczaniu się pomiędzy nimi. Przygody Pinokia-robocika od pierwszej strony czytamy z zapartym tchem, zapominając zupełnie o medium, z którym mamy się do czynienia – na pierwszy plan wysuwa się historia i nie liczy się nic więcej.

Nawiązania do książki Collodiego są szczątkowe, ale wyraziste. Tu i ówdzie pojawiają się sporadycznie promyczki cieplejszych uczuć. Nie ma ich co prawda zbyt wiele, ponieważ świat Winshlussa, zasadzony na najgorszych ludzkich instynktach, wyzuty jest z empatii, serdeczności i naturalnych przejawów dobroci. To wizja dość fatalistyczna, przejaskrawiona, ale uprawniona. Nawet planety spoza Układu Słonecznego obżerają się tutaj hamburgerami. Czy w tym wszystkim Winshluss zapomina o miłości? Otóż nie – w drobnych epizodach zdołamy dostrzec jej elementy. Próżno tu jednak oczekiwać uczucia pięknego i bez skazy. W srogim świecie przedstawionym w „Pinokiu” nie miałoby ono możliwości rozwinąć swoich skrzydeł. Tutaj skrzydła podcina się jeszcze przed wzlotem w niebo. A miłość – zawsze wykrzywiona i naznaczona traumą – kończy się ucieczką albo nieuchronnym kopniakiem w tyłek.

Vincent Paronnaud (Winshluss), Pinokio, scenariusz i rysunki: Winshluss, kolory: Cizo, tłumaczenie: Katarzyna Koła, Wydawnictwo Kultura Gniewu, Warszawa 2010.

Dorota Jędrzejewska
Rafał Niemczyk 

Informacje Dorota Jędrzejewska
Lubię czasami coś poczytać i coś napisać.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: