Stanisław Lem, Bajki robotów.


Bajki_robotow_okladkaO Wielkim Elektroniku, który nakłonił sceptyczną techmłodzież do lektury bajek konstruktora StanLemosa

Wielki Elektronik postukał się po antywstrząsowym kasku, symulując ziewanie i leniwie przestawiając soczewki optyczne na zdolność rozpraszającą, aby dostosować poziom widzenia do trzeciego już tego dnia wschodu słońca. Przykręcił poluzowane śrubki skafandra, a ponieważ spieszył się na wykład i nie chciał marnotrawić czasu na pławienie się w luksusie zmysłowych doznań, przełączył przycisk na automatyczny kamuflaż termooptyczny. Połknąwszy kolorową kapsułkę z napisem ŚNIADANIE, wcisnął przycisk pilota, który odpowiadał za jednoczesne rozwarcie się drzwi na taras i wysunięcie się płata minilotniska. Nie mając w planie zatrzymywania się gdzieś po drodze na Uniwersytet im. Siedmiu Arcyzasad Dynamiki Wentona, postanowił skorzystać z niezwykle praktycznej kapsuły samodostarczalnej. Zatrzasnąwszy się w kapsule, zapiął pasy, wstukał w panelu sterującym skrót UNIWERSYTET WENTONA i wystrzelił się w niebo. Trzecie Słońce nie zdążyło nawet mrugnąć solarnym okiem, kiedy kapsuła z Wielkim Elektronikiem zatrzepotała w uniwersyteckiej siatce parkingowej o numerze 221B.

Bajki_robotow_Daniel_MrozDo dzisiejszego wykładu podchodził bardzo ambicjonalnie – tym bardziej, że zdawał sobie sprawę ze smutnego faktu, iż współcześni mu techstudenci rzadko sięgali do książek w klasycznej odmianie. A już z pewnością nigdy nie zdołałby nakłonić ich do lektury, gdyby hologram wypalony na woluminie wskazywał na tysiącletniego starocia. Wielki Elektronik był jednak technohumanistą, kreatorem labiryntu Cybernatora Nimosa, twórcą spoidła mózgowego jego kalekiego syna z nieprawego łożyska. Pośród mnogości jego zalet – poza naturalną inteligencją (NI) oraz wszechwiedzą – można było wykopać skarby mniej poślednie, a mianowicie spryt właściwy jego praprzodkom, a także empatię, dzięki którym to cechom zaskarbiał sobie sympatię kolejnych pokoleń techmłodzieży.

Uniwersyteckie konwenanse zalecały wykładowcom poruszanie się po terenie uczelni i prowadzenie wykładów w cybergarniturach. W chwili, gdy przestępował próg auli, Wielki Elektronik nacisnął jednak przycisk na pasku, zamieniając oficjalny strój na LUŹNE CYWILNE CIUCHY (Model 3: T-shirt + dżinsy). Powitała go cisza, gdyż techstudenci darzyli go szacunkiem, zaś jego nieoficjalny strój nagrodzono wewnętrzną aprobatą.

– Moi drodzy, dzisiejszy wykład będzie inny niż zwykle – zaczął, modulując głos do poziomu minus 8, na granicy szeptu i cichej mowy; takim tonem, z dodatkiem charyzmatycznej chrypki, snuli swe opowieści Starożytni, a Wielki Elektronik hołdował, kiedy tylko się dało, klasycznym wartościom.

Bajki_robotow_2_Daniel_Mroz– Opowiem wam bowiem historię wielkiego konstruktora z zamierzchłych lat – mówił już rozluźniony, ponieważ wkraczał w swój żywioł – ale nie dajcie się zwieść sztuczkom czasu, porzućcie przekonanie o jego potędze i techwładzy. Tak, wiem, uczą was tutaj czegoś zupełnie innego, ale umówmy się, że jednorazowa wycieczka poza technokratyczne ramy, uczyniona na potrzeby nauki, zostanie przyjęta ze zrozumieniem. Czasami jest tak, że aby pchnąć postęp, nadać mu pędu, właściwego kierunku i wektora, trzeba zrobić krok wprzód. To trochę jak przeskakiwanie przepaści w czasach, kiedy nie wynaleźliśmy jeszcze Jet-packów: pięć kroków w tył, rozbieg i skok. Summa summarum: dziesięć kroków naprzód.

– Lata świetlne wstecz – kontynuował Wielki Elektronik, kierując historię na właściwe tory – w odległej galaktyce z jednym tylko słońcem, być może takiej, której powierzchni ani nasza stopa, ani podwozie naszych kosmolotów nigdy nie będzie w stanie dotknąć, żył wielki konstruktor, choć Człowiek. – Według Starych Ksiąg na imię było mu StanLemos, lecz czasami spotyka się w techkronikach imię nieco inne. Został powołany do życia w przestarzałym procesie prokreacji, dlatego wszelkich umiejętności – biologicznych, społecznych i twórczych – musiał był wyuczyć się sam.

Bajki_robotow_3_Daniel_MrozPo auli przeszedł szmer podniecenia i niedowierzania, ponieważ Wielki Elektronik, zastępca Techrektora Uniwersytetu im. Siedmiu Arcyzasad Dynamiki Wentona, android poważany, niesłychanie mądry i praktyczny, najwyraźniej poprzepalał sobie obwody mózgowe.

– Panie Wielki Elektroniku, technauczycielu nasz wspaniały, jak żaden inny zaufania godny, skarbnico wiedzy niezmierzona, cóż zamiarujesz uczynić, opowiadając nam bajki, w które nie dalibyśmy wiary jako embriony Y, a co dopiero jako techstudenci Czwartego Poziomu? – zawołał żałosnym głosem Angullo, grupowy prymus, który znany był z tego, że pozwalał sobie zuchwale na wplatanie w swoje wypowiedzi słów ze Starej Mowy, większości jego rówieśnikom nieznanej.

– Prawdę powiadam, Angullo, mój ty niewierny w dobrej wierze – odpowiedział Wielki Elektronik, podobnie jak uczeń posiłkując się Starą Mową, co dowieść miało podniosłości dyskusji. – Azali dowieść ci tego zdołam w jeden jedyny sposób, sposób niezawodny i niepodważalny.

Mówiąc to, podszedł do ściennego Metawariografu, z którego korzystali wykładowcy, chcący zweryfikować pochodzenie wiedzy techstudentów podczas egzaminów. Ponownie opowiedział historię konstruktora StanLemosa, tym razem do specjalnego mikrofonu. A kiedy stało się tak, że lampka kontrolna urządzenia zapaliła się na jaskrawy zielony kolor, weryfikujący prawdopodobieństwo prawdy na poziomie 91-97%, nie odezwał się już nikt. Takim oto sposobem Wielki Elektronik, który zdradzał także talenty polityczne i retoryczne, przy prawdopodobieństwie prawdy na poziomie 91-97%, zdobył sobie 100% uwagi swojej publiczności – techstudentów-niedowiarków.

– Konstruktor StanLemos – podjął po chwili – był w stanie czynić rzeczy niezwykłe, nie mając do dyspozycji ani nowoczesnych narzędzi, ani kapsułek wiedzy, ani robotów-asystentów, ani podprojektów, na których opieramy wszak wszystkie nasze dokonania od setek lat. Swoje konstrukcje budował za pomocą SŁOWA.

87% techstudentów wstrzymało oddech, ale już żaden nie odważył się zabrać głosu.

Bajki_robotow_4_Daniel_Mroz– Trzeba wam bowiem wiedzieć, że tysiące lat temu Słowo Pisane było bronią potężną, która potrafiła siać w umysłach tak wiarę, jak i zwątpienie, tak nienawiść, jak miłość, tak prawdę, jak i kłamstwo. Mistrz StanLemos tworzył w czasach, kiedy nie wszystko można było wypowiedzieć na głos, ba, nie wszystko można było napisać. Tworzył pod kontrolą złych przywódców, a groźba cenzury często zmuszała go by swoim dziełom przydawać woal nieprawdopodobieństwa. Za pomocą siły swojego umysłu i nadludzkiego IQ nieprawdopodobieństwa swoich historii przekuwał na prawdę o prawdopodobieństwie 93-98%. Jeśli sięgniecie po jego dzieła, obiecuję w przyszłości dać wam dostęp do stosownej dokumentacji, która potwierdzi wymienione statystyki.

– Jeden z najbliższych przyjaciół StanLemosa, także słowny konstruktor, zwany SlawMrozem, pozwolił sobie na takie oto wyznanie: „Byłem zawsze przytłoczony ponadnormalnością Twojej inteligencji, nieco przerażającej, bo noszącej znamiona ewolucyjnego skoku. Wszelka nawet myśl o rywalizacji musiała być śmieszna, bo to są różnice nie poziomów (które ewentualnie można podciągać czy obniżać), ale rejonu”.

Bajki_robotow_5_Daniel_Mroz– Księga, którą wam dziś prezentuję, osadzona jest we współczesnych nam realiach, choć StanLemos z racji czasów, w których przyszło mu tworzyć, stosował dość przestarzałą terminologię. Napisał ją w konwencji fantastyki naukowej, jednak wplótł tam także motywy typowo baśniowe – gatunku literackiego, który w naszych czasach został praktycznie zaniechany. StanLemos przyjął koncepcję, że nawet żyjąc w niedoskonałym, zacofanym technologicznie świecie, wszystko można skonstruować, ponieważ posługując się Słowem Pisanym, był w stanie wyzbyć się jakichkolwiek barier. Jeżeli Wszechświat jest nieskończony, a za taki go wówczas uważano, to dlaczego skończona ma być twórczość oparta na Słowie Pisanym? Owszem, rozważano już wtedy casus Biblioteki Babel, który wy rozbieraliście na czynniki pierwsze na poprzednim Poziomie. StanLemos wyprzedził jednak swoją epokę o lata świetlne, zastępując przestarzałą magię nadzwyczajną wynalazczością oraz potęgą intelektu. A że jego konstrukcje poza wartością umysłową, niosły ze sobą rozrywkową formę, konstruktor StanLemos cieszył się już za życia zasłużoną estymą. Zasługi jego nieocenione uczyniły go nieśmiertelnym, dowodem czego choćby nasze dzisiejsze zajęcia – tu, w auli Uniwersytetu im. Siedmiu Arcyzasad Dynamiki Wentona, w roku 2921 – zakończył Wielki Elektronik.

Pożegnawszy się z techstudentami przed przerwą, zostawił im w auli stertę klasycznych książek – kartek papieru o charakterystycznym zapachu, wtłoczonych w grzbiet płóciennej okładki. Kiedy tuż po przerwie wrócił na kolejny wykład, z auli zniknęły wszystkie książki i wszyscy uczniowie. Wielki Elektronik był jednocześnie wielkim spryciarzem, potrafił więc obmyślić wszystko tak, żeby urządzić sobie przedwczesny fajrant. Wybrał na wideołączu połączenie z Lady Robotticą, po czym zadał niewinne pytanie: czy ich kolacja nie mogłaby przypadkiem przemienić się w lunch? Trzecie słońce stało już wysoko, a zza horyzontu wychylało się czwarte.

Stanisław Lem, Bajki robotów, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012.

Rafał Niemczyk   

* Autorem ilustracji wykorzystanych w tekście jest polski grafik, rysownik i scenograf Daniel Mróz – niezapomniany ilustrator „Cyberiady”, „Bajek robotów” i wielu innych książek (m.in. Kafki, Verne’a, Mrożka).

Winshluss, Pinokio. Recenzja


Pinokio z karaluchem w głowie, czyli gangrena w świecie bajek

Pinokio z powieści dla dzieci Carla Collodiego jest niegrzecznym i egoistycznym pajacykiem, który nim zmieni się w chłopca, przechodzi wewnętrzną przemianę znamienną dla klasycznych bajkowych bohaterów. Uczy się życia na podstawie przygód nie z tej ziemi, spotykając na swojej drodze zło pod różnymi postaciami. Ot, weźmy choćby Lisa i Kota, przebiegłych zbójców podszywających się pod żebraków, czy woźnicę, który para się bałamuceniem dzieciaków, ogłupiając ich i w efekcie zamieniając w osły. Pinokio Collodiego ma jednak po swojej stronie Gepetta, ojczulka-stworzyciela, który wyrzeknie się dla niego ubrania, a pędząc mu na ratunek, wyląduje w paszczy straszliwego rekina; również piękną Dzieweczkę, dobrą wróżkę-opiekunkę, która wybaczy mu wszystkie winy. Pinokio Winshlussa ma większy problem.

Nie jest drewnianym pajacykiem, a bojowym robotem, jego twórca jest podłym materialistą, przybrana matka gwałt na nim przypłaci śmiercią, a na dodatek w jego mózgu zamieszkał karaluch-nierób (powieściowy Gadający Świerszcz?) – niespełniony filozof-pisarzyna, który spędza dnie na dojeniu piwa i oglądaniu telewizji. Zaś sam Pinokio to stworzenie skrzywdzone i apatyczne, porzucone na pastwę losu w złym i brutalnym świecie. Perypetie komiksowego Pinokia, ukończone w 2008 roku, przypominają uwspółcześnione bajki braci Grimm, do których swoją „brudną” rękę przyłożyłby Quentin Tarantino.

Samego tekstu u Winshlussa jest mało (gada głównie karaluch Jiminy; losy Pinokia poznajemy za pomocą mistrzowsko narysowanych i wykadrowanych obrazków oraz plansz), a mimo to zostajemy wciągnięci w intrygę naszpikowaną literackimi i kulturowymi nawiązaniami, reinterpretacjami, przy czym są one często ponure, mroczne, a czasem wręcz obsceniczne. Proponowane przez francuskiego artystę rozwiązania fabularne, epatujące brutalnością, seksem, a nawet sadyzmem tworzą fascynującą opowieść – sieć niteczek, które scalają się z każdą stroną, tworząc kompletną historię. Arcydzieło Winshlussa (oui, oui!) dopracowane jest perfekcyjnie, a mnogość drugoplanowych postaci, które na swojej drodze napotyka instrumentalnie traktowany Pinokio, wzbudzi uznanie nie tylko wśród fanów komiksu.

Wśród nich są tatko-konstruktor Gepetto, który na perspektywę zarobionych grubych dolców szczerzy się jak pies w reklamie karmy; ślepy Murzyn Wonder (Stevie?), któremu objawia się Bóg i przywróciwszy mu wzrok, czyni zeń proroka-radykała; siedmiu zboczonych krasnali, zamawiających u handlarza organów ludzkie serce, które chcą wprawić Śpiącej Królewnie, by wykorzystywać ją seksualnie; ogarnięty depresją i dekadentyzmem detektyw, alkoholik związany spirytualnie z duchem własnego kota, którego zastrzelił; banda dyktatorów manipulujących ludźmi, jeden gorszy od drugiego; właściciel fabryki zabawek, wyzyskujący dzieci grubas rodem gdzieś z kraju trzeciego świata. Karaluchowi Jiminy’emu można by poświęcić osobny akapit – złożoność jego wewnętrznych batalii uzupełniana jest duchowym wymiarem jego egzystencji. Słowem: nie robi w zasadzie nic, ale ukrywa się pod parasolem ogromnego, wydumanego przez samego siebie ego. Jak wielu ludzi, nie tylko wszak artystów.

Wszystkie postacie zarysowane w komiksie nie byłyby tak sugestywne i wyraziste, gdyby nie geniusz rysunków autora. Winshluss posiada imponujące czucie obrazu i stuprocentowe rozumienie zasad operowania nimi, dzięki czemu bez wspomagania się słowami stworzył nie tylko wielki, pojemny i ponury świat, ale i epicką historię, z rozmachem odzwierciedloną podróż po przeróżnych krainach i miejscach. To jednak niejedyna zaleta jego wszechstronnego talentu. Dominik Szcześniak z „Ziniola” nazywa album Winshluusa „przebieżką przez historię komiksu” i jest to trafne określenie. „Autor rozpoczyna kreską  inspirowaną pracami tworzącego na początku XX wieku George’a Herrimana, by za chwilę przejść do krótkiej, dowcipnej, ale też i niespełnionej tijuańskiej biblii” – pisze dalej. W istocie – „Pinokio” zadziwia mnogością stylów, ale przede wszystkim swobodą w przemieszczaniu się pomiędzy nimi. Przygody Pinokia-robocika od pierwszej strony czytamy z zapartym tchem, zapominając zupełnie o medium, z którym mamy się do czynienia – na pierwszy plan wysuwa się historia i nie liczy się nic więcej.

Nawiązania do książki Collodiego są szczątkowe, ale wyraziste. Tu i ówdzie pojawiają się sporadycznie promyczki cieplejszych uczuć. Nie ma ich co prawda zbyt wiele, ponieważ świat Winshlussa, zasadzony na najgorszych ludzkich instynktach, wyzuty jest z empatii, serdeczności i naturalnych przejawów dobroci. To wizja dość fatalistyczna, przejaskrawiona, ale uprawniona. Nawet planety spoza Układu Słonecznego obżerają się tutaj hamburgerami. Czy w tym wszystkim Winshluss zapomina o miłości? Otóż nie – w drobnych epizodach zdołamy dostrzec jej elementy. Próżno tu jednak oczekiwać uczucia pięknego i bez skazy. W srogim świecie przedstawionym w „Pinokiu” nie miałoby ono możliwości rozwinąć swoich skrzydeł. Tutaj skrzydła podcina się jeszcze przed wzlotem w niebo. A miłość – zawsze wykrzywiona i naznaczona traumą – kończy się ucieczką albo nieuchronnym kopniakiem w tyłek.

Vincent Paronnaud (Winshluss), Pinokio, scenariusz i rysunki: Winshluss, kolory: Cizo, tłumaczenie: Katarzyna Koła, Wydawnictwo Kultura Gniewu, Warszawa 2010.

Dorota Jędrzejewska
Rafał Niemczyk 

Leigh Brandon, Anatomia w urazach sportowych. Recenzja


Anatomia_w_urazach_sportowych_okladkaJak sobie radzić z kontuzjami

Świat sportu rozkłada się na wiele płaszczyzn. Mamy sportowców niedzielnych, którzy od święta wyskoczą na narty, umówią się na towarzyski mecz ze znajomymi z pracy czy poodbijają piłkę na korcie. Mamy amatorów sportu zaawansowanych, trenujących regularnie, dla których rekreacja stała się niezbędną częścią życia i rozwoju psychofizycznego. Tacy ludzie, świadomi wyzwań, jakie postawili sobie w dbałości o własne ciało i kondycję, podejmują działania mające na celu utrzymywanie dobrej formy przez cały rok. Mamy wreszcie zawodowców – gladiatorów, dla których uprawianie sportu to nie tylko pasja, ale także sposób na życie i zarabianie pieniędzy. Jest wreszcie wiele warstw pomiędzy tymi trzema podstawowymi. Niestety, istnieje jedna smutna prawda, która jest spoiwem wszystkich sportowych poziomów. Ponieważ kontuzje przydarzają się wszystkim, tak jak leci.

Wśród profesjonalnych sportowców określenie „sport to zdrowie” czasami się dezaktualizuje. Stawianie organizmowi niebotycznych obciążeń, dążenie do łamania kolejnych barier, podnoszenie z sezonu na sezon poprzeczki coraz wyżej. Czasami nawet najmocniejsi nie wytrzymują. Przykładem z ostatnich tygodni niech będą problemy byłego lidera tenisowego rankingu ATP – Rafaela Nadala. Znany z nieludzkiej wręcz wytrzymałości i przygotowania fizycznego, hartu ducha i waleczności Hiszpan musiał odpuścić drugą połowę sezonu w wyniku przeciążenia stawów i naderwanego ścięgna lewego kolana. Fachowcy doskonale wiedzą, że energochłonny styl gry Nadala, oparty na bieganiu do upadłego, maksymalnie obciąża nogi i co jakiś czas odbija się na zdrowiu hiszpańskiego mistrza. Tym bardziej że najwięcej turniejów w sezonie rozgrywanych jest na twardych nawierzchniach – najbardziej nieprzyjaznych dla stawów, mięśni czy ścięgien tenisistów.

Bogato ilustrowany poradnik „Anatomia w urazach sportowych”, którego autorem jest Leigh Brandon, pełni trojaką funkcję. Stanowi bowiem przegląd najczęstszych kontuzji, jakich możemy się nabawić, wraz z ogólnym zarysem anatomicznym. Ponadto prezentuje dość szczegółowo sposoby leczenia i rehabilitacji pourazowej, a także zestawy ćwiczeń na różne partie ciała, z naciskiem na opis ich prawidłowego wykonywania. Żeby mogli mieć Państwo bardziej szczegółowy obraz poradnika, na końcu zamieszczam skrócony spis treści.

Kolejne rozdziały „Anatomii w urazach sportowych” świetnie się uzupełniają. Najpierw poznajemy anatomiczną budowę ciała z nakreślonymi mechanizmami, które rządzą poszczególnymi jego partiami, co pozwala na późniejsze wykonywanie ćwiczeń z większą świadomością. Najbardziej obszerna część książki poświęcona jest samym urazom, podzielonym na grupy usystematyzowane anatomicznie. Tutaj zapoznamy się z opisem kontuzji, ich objawami i przyczynami, sposobami leczenia, ćwiczeniami rehabilitacyjnymi, a także orientacyjnym czasem powrotu do zdrowia. Opisane na koniec ćwiczenia pozwolą na stopniowy powrót do aktywności po kontuzji oraz na wyeliminowanie podstawowych błędów treningowych, popełnianych zwłaszcza na początku przygody ze sportem przez amatorów.

Warto zapoznać się z podobnym poradnikiem, aby ryzyko kontuzji jak najbardziej zminimalizować. Sport uprawiany z głową jest nie tylko frajdą i sposobem samorealizacji, ale także bodźcem pobudzającym do działania ciało, mózg i wyobraźnię. I tutaj nie istnieje żaden podział na profesjonalistów i amatorów. Pan Bohdan Tomaszewski, nestor polskiego dziennikarstwa, propagator sportu i olimpijskich idei, po wielokroć przytaczał starą łacińską sentencję: „Dum pugnas, victor es”. Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą. Ale kiedy już przydarzy ci się kontuzja – nie lecz się w Internecie. Idź do lekarza, a nawet do dwóch, i nie bagatelizuj sprawy.

Leigh Brandon, Anatomia w urazach sportowych, tłum. Jerzy Malinowski, Wyd. MUZA SA, Warszawa 2012.

Rafał Niemczyk

* Skrócony spis treści:


CZĘŚĆ 1: Anatomia i urazy – ogólny zarys

(definicje i terminologia anatomiczna; ciało i jego układy, płaszczyzny i obszary ciała; terminologia dotycząca położenia anatomicznego; ruchy w stawach; klasyfikacja urazów; zapobieganie urazom; długotrwała rehabilitacja)

CZĘŚĆ 2: Najczęstsze urazy sportowe

(urazy: stóp; kostki i goleni; kolana; uda; pachwiny; pośladków; odcinka lędźwiowego kręgosłupa; odcinka szyjnego i piersiowego kręgosłupa; klatki piersiowej i brzucha; ramienia; łokcia; nadgarstka; urazy środowiskowe)

CZĘŚĆ 3: Rehabilitacja

(mobilizacja i rozciąganie; ćwiczenia – na poszczególne partie ciała)

%d blogerów lubi to: