Thomas Bernhard, Moje nagrody.

Bernhard-Moje-nagrody-okladkaDer Nestbeschmutzer

Na tępej i, ogólnie rzecz biorąc, całkowicie niewrażliwej, amuzykalnej twarzy ministra kultury malowała się nieopisana buta, kiedy obwieszczał zgromadzonym na sali, kim to ja niby jestem.

Pod literackim pręgierzem często stawiano „pisarzy kalających własne gniazda”. Bywali pisarze wyklęci, represjonowani, wytykani palcami, wyszydzani przez krytykę i państwowych oficjeli, a jednocześnie tacy, którzy niebotycznym poziomem własnego ego i literacką klingą byli w stanie odegnać wszelkich adwersarzy. Kurt Vonnegut był zagorzałym przeciwnikiem George’a W. Busha, amerykańskiej polityki zagranicznej, a jednocześnie kpił z symboli narodowych, rasizmu czy niskiego poziomu intelektualnego swoich rodaków. Witold Gombrowicz w „Trans-Atlantyku” skarykaturalizował środowisko polskiej emigracji, pławiącej się w martyrologii i tożsamości narodowej; zaś jego stosunek do państwa był wówczas powszechnie znany. Satyryczny, ale i pełen inwektyw „Bal w operze” Juliana Tuwima uznano za obrazoburczy, urągający zarówno sferom sacrum, jak i profanum. François Rabelais w potępionym przez środowisko Sorbony cyklu „Gargantua i Pantagruel” przywoływał obrazy mniszej egzystencji, uczt przeplatanych bezmyślnym klepaniem litanii i psalmów, korzystając przy tym z niewybrednych środków artystycznego wyrazu. Tuż przed śmiercią miał jakoby rzec: „Spuście kurtynę, farsa skończona!”.

Czasy są tępe

Thomas Bernhard

Thomas Bernhard podczas odbierania Austriackiej Nagrody Państwowej w 1968 roku powiedział: „Nie ma czego wychwalać, nie ma czego potępiać, nie ma czego oskarżać, ale z wielu rzeczy trzeba się śmiać – wszystko jest śmiechu warte, kiedy człowiek pomyśli o śmierci.”

Po chwili dalsza część jego krótkiej mowy sprawiła, że niewielu ludziom, zasiadającym w tej chwili w sali audiencyjnej, było w najmniejszym stopniu do śmiechu: „Czasy są tępe, a nasz demonizm to ustawiczny ojczyźniany karcer, w którym głupota i bezwzględność stały się codzienną potrzebą. Państwo jest tworem, któremu z góry sądzona jest klęska, lud zaś skazany jest na bezecność i debilizm (…) Jesteśmy Austriakami, jesteśmy apatyczni; jesteśmy życiem, któremu brak jakiegokolwiek zainteresowania życiem, nasza jedyna perspektywa w procesie natury to mania wielkości. Nie mamy nic do powiedzenia, oprócz tego, że jesteśmy godni politowania i że siłą naszych urojeń popadliśmy w filozoficzno-ekonomiczno-mechaniczną monotonię.”

Pozwoliłem sobie przytoczyć dłuższy fragment krótkiej skądinąd przemowy Bernharda, żeby zainscenizować moment, w którym Minister Kultury, Sztuki i Oświaty, pan Piffl-Percevic, opuścił salę audiencyjną, trzaskając z hukiem przeszklonymi drzwiami. A dostawało się od Bernharda nie tylko przedstawicielom państwa. Zbierało równe cięgi środowisko literackie, koledzy pisarze, krytycy, dziennikarze, a nawet instytucje kulturalne o ustalonej renomie, jak choćby wiedeński Burgtheater.

Zawieszony między życiem a śmiercią

Stosunek Bernharda do państwa (katolicko-narodowo-socjalistycznego, jak najczęściej go klasyfikował) wyrażał się pośrednio w jego powieściach i dramatach, jednak urodzony w Holandii austriacki pisarz koncentrował się głównie na jednostce wyizolowanej od świata, który to świat, głupi świat, prędzej czy później zapędzał człowieka w kozi róg. Ucieczka w samodoskonalenie się, we wzniosłe utopijne idee czy hermetyczne uniwersum nauki lub sztuki, a nawet dążność do perfekcji nie mogły wystarczyć. Człowiek samotny, skazany na własną wybitność, taki, który zakłada gniazdo na rubieżach, prędzej czy później staje się ofiarą. W „Moich nagrodach”, wspomnieniach spisanych około roku 1980, pisarz często przypomina swoją ciotkę, dzięki której w trudnych  okresach swojego życia, także związanych z pisarstwem i nieuleczalną chorobą płuc, udawało mu się stawać na nogi. O stanach depresyjnych nie pisze wprost, wspomina raczej o „zagrzebaniu się pod kołdrą w pokoju u ciotki”. Podobnie jak o śmierci, wspominanej podczas wstawki z pobytu w Szpitalu Chorób Płuc Am Steinhof , kiedy to lekarze skazywali Bernharda na stracenie, dając mu nadzieję na nie więcej niż rok życia. Oczekiwanie w przybytku śmierci „wśród stuprocentowych kandydatów na śmierć” na swój własny koniec umilał sobie grą w oczko tudzież rozmowami z „zawieszonym między życiem a śmiercią” studentem teologii. Budzenie uśpionych wątpliwości – być może właśnie to, wedle słów Bernharda, pomogło im przeżyć. Nie wiara więc, lecz zwątpienie.

Bernhardhaus

Życie to już nauka, nauka płynąca z nauk

Nie przekłada się to jedynie na opozycję względem religijnych dogmatów – równie odwieczną, co patową. Epistemologia Bernharda sięga obiektywizacji wiedzy i świata nauki. Opozycja człowieka względem natury, wytworzona niejako cywilizacyjnie, nie zaś jednostkowo, zbliża się do punktu kulminacyjnego. Świat nieograniczony jest światem, na którego sumienie nie można zrzucić piętna wygórowanych ambicji, na jego barki nie można zrzucić odpowiedzialności, podobnie jak odpowiedzialność ponosi nie oswojony, lecz oswajający. Bernhard nie podnosi z tego powodu larum; być może świadomie utożsamiając się z ego epoki, w której przyszło mu żyć. Egzystencjalną manię wielkości tej epoki uważa chyba nawet za naturalną, ale z drugiej strony konsekwencją takiego stanu rzeczy stają się lęk i niepewność. „Ten niesamowity lęk to sama substancja nowego człowieka” – mówi podczas odbierania Nagrody Literackiej Wolnego Hanzeatyckiego Miasta Bremy, przyznanej za dekadencką, debiutancką powieść „Mróz”…

„Naraz wdarliśmy się w naturę. Nieobce są nam żywioły. My wystawiliśmy rzeczywistość na próbę. Rzeczywistość nas wystawiła na próbę. Znamy już prawa natury, najwyższe prawa natury, możemy je studiować rzeczywiście i naprawdę. Już nie jesteśmy zdani na przypuszczenia. Kiedy spoglądamy w naturę, nie widzimy już żadnych widm. Napisaliśmy najśmielszy rozdział w księdze historii świata, każdy z nas dla siebie, w trwodze i śmiertelnym strachu, nikt z własnej woli ani podług upodobań, tylko zawsze w zgodzie z prawem natury – za plecami naszych ślepych ojców i głupawych nauczycieli, za plecami nas samych, napisaliśmy ten najkrótszy, po tylu mdłych i nieskończenie długich, najważniejszy rozdział.”

Jasność i chłód

Okładka niemieckiego wydania „Mrozu”

Można potraktować „Mróz”, nomen omen chłodno przyjęty wśród sporej części rodzimej krytyki, za dekadencki manifest powojennego rozkładu wartości i kultury, będący nie tylko rykoszetem krwawego żniwa wojny, ale układu, który wytworzył się w Europie po jej zakończeniu. Pełen urojeń i emocjonalnych wybuchów, psychodeliczny monolog malarza Straucha, bohatera „Mrozu”, który chwieje się na skraju obłędu, wyrażają ból egzystencjalny nie tylko ustami wybitnej jednostki, artysty, lecz są także obawą i samotnością całego pokolenia, niepewnego i zdradzonego. Czarnowidztwo Bernharda to jasność, która przemienia się w chłód.

„Jasność, którą nagle wypełnił się nasz świat, napawa nas lękiem, w tej jasności marzniemy, ale chcieliśmy jej, sami ją tu wywołaliśmy, nie mamy zatem prawa uskarżać się na panujący teraz chłód. Wraz z jasnością wzrasta też chłód. Ta jasność i ten chłód będą odtąd panować. Nauka o naturze będzie dla nas wyższą jasnością i chłodem przenikliwszym, niż można sobie wyobrazić. Wszystko będzie jasne, jasnością coraz wyższą i głębszą, i wszystko będzie chłodne, coraz przeraźliwszym chłodem. Coraz jaśniejszy i coraz chłodniejszy wyda nam się przyszły dzień.”

Warszawa, z Lecem i Berezą

Warszawę wspomina jako miasto „piękne, poruszające, a zarazem straszące”, a czas tam spędzony za jeden z najszczęśliwszych w życiu. Poznał wtedy Stanisława Leca, z którym przeprowadził wiele rozmów. Satyryk ze Lwowa stawiał mu kawę, a Bernhard wsłuchiwał się w aforyzmy, które Lec zapisywał w książce kucharskiej swojej żony. W wywiadzie dla „Studium” wspomina Bernharda Henryk Bereza, słynny krytyk literacki i eseista, który poznał pisarza właśnie za pośrednictwem Stanisława Leca. Bereza, zapytany o Bernharda, wpierw mówi o wielkiej miłości, jaką obdarzali Leca Austriacy i Niemcy, także on sam. Bernhard był wtedy już po premierze i narodowej krytyce „Mrozu”, przyjechał do Polski samochodem (wiele wtedy jeździł samochodem po Europie), rozmawiał z Berezą dzień w dzień przez dwa tygodnie, pili wódkę. Bereza opowiadał, że Bernhard był jedyny w swoim rodzaju, choć jednocześnie jego nienawiść do człowieka była ogromna.

Krytyka literacka i teoria powieści

Nienawiść do wszelkiej maści krytyków i teoretyków literatury była u Bernharda szczera i niezachwiana bez względu na to, jak przyjmowane były jego własne dzieła. Nie znosił wszelkiej maści towarzystw i klubów literackich, uważając je za skupisko ludzi zadufanych, kadzących sobie nawzajem, utwierdzających się w przekonaniu o wysokim poziomie intelektualnym i nieomylności własnych sądów, w rzeczywistości zaś nie wnoszących do świata sztuki ani dioptrii świeżego spojrzenia.

„W Senacie Sztuki same dupki zasiadają, w dodatku dupki katolickie tudzież narodowo-socjalistyczne, a do tego jeszcze może garstka Żydów, żeby było alibi.”

Burgtheater w Wiedniu

Bernhard nienawidził zarówno krytyków niekompetentnych, jak i tych nie czujących literatury, za to nachalnie szarżujących kawalerią wyszukanych literackich tez, analiz i terminów. Daleko mu było do Oscara Wilde’a, który w krytyce literackiej widział jedną z dziedzin pokrewnych sztuce. Ową niechęć mógł pogłębić fakt, wybaczcie żart, iż podczas wręczenia Nagrody Grillparzera w Akademii Nauk w Wiedniu, pisarz… nie został rozpoznany przez literacko-kulturalne towarzystwo wzajemnej adoracji. Budowa jego utworów jest być może odpowiedzią na teorię powieści, którą zasłyszawszy od pisarza George’a Saiko, przytoczył w „Moich nagrodach”:

„W ogromnym skwarze rozpoczęliśmy zwiedzanie miasta, a pan Saiko przez cały czas rozwodził się nad tym, czym powinna być powieść. Prowadziłem go z jednej ulicy na drugą, z jednego kościoła do drugiego, a on mówił tylko o powieści, faszerował mnie bezlitośnie tą swoją teorią powieści, nie zdając sobie sprawy, że mnie te jego niekończące się wykłady przyprawiały już o ból głowy, tak że potem przez całe życie niczego bardziej nie nienawidziłem niż wykładania mi teorii literatury , a już najbardziej teorii powieści, w dodatku przez teoretyków-fanatyków, takich jak Saiko, którzy już samym swym głośnym mówieniem skutecznie zniechęcali słuchacza do tej materii.”

Trzeba wspomnieć o tym, że jako pisarz młody, trzydziestoparoletni, nie zdystansowany jeszcze być może właściwie tak do krytyki, jak do własnej twórczości, inaczej odbierał jej, krytyki, wszelkie wyroki. Henryk Bereza mówił, że „brak sukcesu widomego po prostu zabija pisarza”. Bernhard nie dbał o nagrody, ale podobnie jak większość artystów, chciał być dobrze rozumiany.

„O literaturze nie chciałem już słyszeć, oddałem jej wszystko, co miałem, a ona mnie za to wtrąciła do lochu. Niedobrze mi się robiło od tej literatury, nienawidziłem wszystkich wydawców, wszystkich wydawnictw i wszystkich książek. Miałem wrażenie, że wraz z napisaniem Mrozu padłem ofiarą jakiegoś niesamowitego oszustwa.”

Triumph Herald – pierwszy samochód Bernharda

Do własnej niekonsekwencji, wyrzucanej mu przez ciotkę, otwarcie się przyznawał. Nienawidził uroczystości ani instytucji literackich nagród, a już najbardziej ludzi, którzy z powagą i z łaski je przyznawali, ale jeździł odbierać nagrody, głównie dlatego, że wiązało się to z profitami finansowymi, czemu wszakże nie należy się dziwić. Za jedną z pierwszych nagród kupił sobie samochód (Triumpha Heralda z salonu), za inną wpłacił zaliczkę na poczet kupna ruiny posiadłości Nathal, którą później odrestaurował.

Der Nestbeschmutzer

Być może był Thomas Bernhard człowiekiem nieco chimerycznym, być może arogantem z kompleksem wyższości, a być może tylko schorowanym geniuszem, silnie doświadczonym przez życie, który nie mógł się zdobyć ani na zaakceptowanie społecznej miałkości, ani na podporządkowanie się resztki intelektualnych elit państwowemu mechanizmowi. Rząd austriacki uczynił go czarną owcą narodu, przyjaciele odwracali się od niego, oskarżając o zniesławienie, konserwatyści wymuszali zakazy publikacji kolejnych książek pisarza i wystawiania w teatrze jego kolejnych dramatów. Sam Bernhard nie pozostawał im dłużny, przed śmiercią pozostawiając rozporządzenie zakazujące wystawiania swoich dzieł na austriackiej scenie przez siedemdziesiąt lat po jego śmierci.

Thomas Bernhard dwa lata przed śmiercią

Zmarł w roku 1989 – roku, w którym zerwana została żelazna kurtyna, pojałtański porządek runął, a Europa po raz kolejny zmieniła swoje oblicze. Nie minęły cztery lata, a polski reżyser Krystian Lupa za brawurową wręcz adaptację Bernhardowskiego „Kalkwerk” został doceniony na całym świecie. W 2000 roku Lupa został odznaczony… austriackim Krzyżem Honorowym Nauki i Sztuki I klasy za działalność na polu kultury. A Bernhard? Po śmierci szybko stał się powodem do narodowej dumy, zaś dziś jest bezsprzecznie uznawany za jednego z najwybitniejszych niemieckojęzycznych współczesnych pisarzy i na nowo odkrywany w wielu krajach. Można jednak z dużą dozą pewności założyć, że nikt w Austrii nie zaryzykuje przyznania mu pośmiertnie żadnej nagrody. Wiecie, niektórzy wierzą w reinkarnację, inni z kolei w to, że umarli mogą przemówić zza grobu. A nigdy nie wiadomo, czy geniusz Thomas Bernhard byłby zadowolony z zastanego stanu rzeczy.

Thomas Bernhard, Moje nagrody, przeł. Marek Kędzierski, SW „Czytelnik”, Warszawa 2010.

Rafał Niemczyk

Informacje Dorota Jędrzejewska
Lubię czasami coś poczytać i coś napisać.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: