Gregoire Delacourt, Pisarz rodzinny. Recenzja.

Pisarz-rodzinny-okladkaW życiu jak w restauracji – ważne, aby radość biesiady osłodziła gorycz rachunku

„Pisarz rodzinny” to książka o tym, jak przeżyć w świecie niechybnej zagłady. Jak ocaleć wśród hekatomby przeciwności i niczym nieuzasadnionych milionów złośliwości losu. Jak przeżyć, zachowując zarówno swój egoizm, jak i iluzję przekonania, że tak do końca nie jest się wielkim dupkiem.

Opowieść rozpoczyna się w Valenciennes, niewielkim francuskim miasteczku. W czasach szczęśliwych, dobrych, gdy świat jest bezpieczny, obliczalny, ludzie wokół przyjacielscy, a stosunki między nimi ciepłe. Główny bohater i zarazem narrator, Edouard, wówczas siedmioletni chłopiec, pisze swój pierwszy wiersz. Skłonność do rymów ma się okazać zarówno przekleństwem, jak i błogosławieństwem jego życia.  Niedługo potem pojawiają się pierwsze pęknięcia i szczeliny, które ostatecznie doprowadzą do całkowitej ruiny sielankowego świata. To proces tyleż powolny, co nieodwołalny.

Dlaczego? Bez powodu. Albo z równą winą wszystkich zainteresowanych. Dlatego, że bieg rzeczy nieuchronnie prowadzi do katastrofy. Małymi kroczkami lub wielkimi skokami. To właśnie ta świadomość boli najbardziej. Dlatego płacze się z tęsknoty za niewinnością przeszłego, dziecięcego życia.

To powieść o dorastaniu, ale to tylko część prawdy. Bo to również powieść o życiu dorosłym. Dzieciństwo jest tu punktem wyjścia, pewnym układem odniesienia, z którym później trzeba się zmierzyć. A nie jest to łatwe.

Dorastanie deprawuje. Dorastanie kazi. Dorastanie zabija.

Edouard najpierw doświadcza rozpadu małżeństwa rodziców, zaś potem sam, już jako dorosły, przegrywa na tym polu. Nigdy jednak nie przestaje szukać miłości.

Trzeba być twardym, inaczej nie można. Lecz błędem byłoby zapominanie o swojej wrażliwości. Czymś jeszcze gorszym jej całkowite wyparcie. Wrażliwość powoduje, ze jesteśmy słabi i naiwni. Lecz ostatecznie właśnie w naiwności odnajdujemy ocalenie.

Historia jest opowiedziana słowami i duszą mężczyzny. Stronnicza, nieobiektywna, ale to jest jej siłą i walorem, nie wadą i mankamentem. To obraz tego, jak i dlaczego mężczyźni kochają lub nie; dlaczego potrafią być w związku lub z tego związku uciekają. To bardzo francuski portret bardzo współczesnego faceta, który całkiem dobrze radzi sobie z rzeczywistością i jest równocześnie skazany na przegraną w życiu emocjonalnym, uczuciowym.

Kiedy człowiek wie, że kocha? Wieczorem czy rano? Kiedy jeszcze jest czas czy kiedy jest już za późno? Nie kochałem Moniki; wiedziałem to od razu. Na lekcjach filozofii przerabiałem Sartre’a. Twierdził, że miłość to przede wszystkim chęć bycia kochanym. Tak samo Gide. Nie chcę być kochanym, pisał słynny pederasta, chcę być preferowanym. Być kochanym, być preferowanym, jeden pies. Jedno tchórzostwo. Wszyscy karmimy się pragnieniem, które żywi wobec nas ta druga osoba. To nie miłość. To tylko żądza bycia pożądanym przez drugiego. Ale co począć. Nasze tchórzostwo triumfuje. Nasza przeklęta spuścizna wychodzi na wierzch.

To powieść pełna dymu nikotynowego. Tu pali każdy, i robi to nieustannie, nałogowo i mechanicznie. Bo melancholia personifikuje się w czarownie iluzorycznej i pełnej kokieterii grze dymu nikotynowego i światła dziennego. A gdy zaświeci słońce, jest w tym tyle prestidigitatorskiego piękna, że igrające w promieniach słonecznych kłębuszki i obłoczki dymu przy odrobinie dobrej woli pomylić można z nadzieją.

Grégoire-DelacourtDelacourt debiutuje tą książką, później napisał jeszcze „Listę moim zachcianek” (polska premiera w marcu 2013). Wcześniej, podobnie jak Edouard, pracował w reklamie. Język jego prozy jest przejrzysty, czytelny, lecz nie pozbawiony liryzmu, bywa ironiczny, czasem dowcipny. Zdania na ogół nie są długie, wielokrotnie złożone; to oszczędne i subtelne kreski czynione rysikiem, za to niezwykle dopracowane i dokładne. To autor na wskroś współczesny. Posługujący się kategoriami zaczerpniętymi raczej z rzeczywistości medialnej i społecznej niż z klasyków literatury. Przez to jego proza jest nam bliska, zrozumiała. To obiecujący debiut. Intuicja podpowiada rosnącą popularność Delacourta. Skąd wiem? Z tego fragmentu:

W ciągu trzech dni mój brat dostał nową pielęgniarkę, nowy pokój i nowego towarzysza. Czwartego wyskoczył przez okno. Chciał rozpostrzeć skrzydła. Nie otworzyły się. Ciało bez skrzydeł runęło w dół. Nie wydało żadnego dźwięku. Tylko dźwięk skrzydeł. Piętnaście metrów niżej rozbiło się, uderzając w kręgi szyjne przykucniętego dziecka, które przy użyciu patyczka torturowało dżdżownicę.

Książkę tłumaczył Krzysztof Umiński. Dokonał tego w sposób bardzo dobry. Ukonstytuował tamten, francuski z natury świat w języku polskim. Umożliwił zrozumienie.

W ostatnim słowie warto powiedzieć, że choć książka napisana jest z męskiej perspektywy i takąż optykę posiada, to dotyka kwestii uniwersalnych. Innymi słowy mówiąc: jeśli jesteś mężczyzną przeczytaj i zobacz, że inny facet myśli podobnie. A jeśli jesteś kobietą, przeczytaj tym bardziej – zrozumiesz swojego partnera i być może po tej lekturze jego zgorzknienie wcale nie wyda ci się li tylko zgorzknieniem…

Gregoire Delacourt, Pisarz rodzinny, tłum. Krzysztof Umiński, Wydawnictwo Drzewo Babel, Warszawa 2012.

Dominik Śniadek

Informacje Dorota Jędrzejewska
Lubię czasami coś poczytać i coś napisać.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: