John Steinbeck, Ulica Nadbrzeżna; Cudowny czwartek. Recenzja.

Małe gesty

Gdyby zorganizować i osadzić współczesną Ulicę Nadbrzeżną gdzieś w polskich realiach, miejsce Macka i spółki zająłby zastęp meneli o mniej skomplikowanych charakterach i nie tak subtelnie uduchowionych (spójrz pan w moje oczy…) i żywotnych, choć z całą pewnością o zdecydowanie bardziej sfatygowanych fizys. Zamiast towarzystwa pełnych wdzięku i gracji pań z burdelu „Pod Niedźwiedzią Flagą”, przyszłoby nam oglądać czyhające gdzieś przy szosie tirówki wyjęte z którejś z  powieści Witkowskiego, a opiekujący się nimi wykidajło byłby łysym, wytatuowanym, studwudziestokilowym trzydziestolatkiem, ze spojrzeniem nijak nie wpasowującym się w kanony literatury pięknej. Miejsce sklepikarza Lee Chonga zająłby jakiś zachodni prywaciarz. A Doktor? W tym akurat wypadku wato byłoby cofnąć się do lat 30. XX wieku, a więc dekady, w której rzeczywiście rozgrywają się wydarzenia z „Ulicy Nadbrzeżnej” („Cudowny czwartek” chronologicznie jest powojenną luźną kontynuacją tychże), a wtedy ukłoniłby nam się Profesor Wilczur z powieści Dołęgi-Mostowicza, „najsłynniejszy chirurg Warszawy swoich czasów”.

Stara ulica Nadbrzeżna (fot. MTYcounty.com)

A jednak „Ulica Nadbrzeżna” i „Cudowny czwartek” to opowieści cudownie pogodne, jakby na przekór ciężkiemu życiu bohaterów. To zdecydowanie ich największa siła. John Steinbeck, który przyzwyczaił nas do kreślenia historii pięknych, choć często melancholijnych lub smutnych, tym razem sięga po poetycki obraz niewielkiego miasteczka – z pogranicza jawy i snu, niezwykle barwnego, tętniącego życiem i pozytywną energią. Mieszkańcy tytułowej nadmorskiej ulicy kalifornijskiego Monterey to dziwni ludzie różnej maści, outsiderzy, refuzerzy, wyrzutki, lekkoduchy. Ludzie najczęściej biedni, często też zagubieni i łudzący się nierealnymi marzeniami (to jawa), ale obdarzeni szaloną wyobraźnią, wrażliwością, poczuciem humoru i lojalności.

Mieszka tu Henri, malarz konstruujący łódź z kawałków drewna, budowy której za wszelką cenę nie chce skończyć, ponieważ nie umie pływać. Do swojej łodzi-domu regularnie sprowadza za to chętne kochanki, które po jakimś czasie zawsze odchodzą (w łodzi-domu nie ma wychodka). Przyjacielem malarza jest Eric, fryzjer kolekcjonujący pierwsze wydania autorów, którzy nigdy nie mieli drugiego wydania. Gwiazdą kampanii reklamowej domu towarowego Holmana jest łyżwiarz pobijający rekord w ślizganiu się dniem i nocą na okrągłej małej platformie przymocowanej do wysokiego słupa. A każdego wieczora, w porze zmierzchu, szarą godziną spaceruje przez miasto duch starego Chińczyka, w staromodnym słomianym kapeluszu, bluzie i spodniach z niebieskiego cajgu i ciężkich buciorach. W ręku trzyma wiklinowy kosz i znika gdzieś na molo, przeciąwszy wpierw teren małej plaży. Tak gadają, a ja w to wierzę, dlatego o tym piszę. W Ulicę Nadbrzeżną trzeba uwierzyć, przekonacie się o tym.

 

„Dwa pokolenia Amerykanów wiedziały więcej o fordowskim zaworze wlotowym niż o łechtaczce, o planetarnym systemie przekładni niż o planetach w ogóle” (Ford T z 1912 roku; fot. best-cars.idols.pl)

W sposób dość trudny do wyrażenia w kilku zdaniach czuwa nad nimi Doktor – samotny rezydent Zachodniego Laboratorium Biologicznego, eksperymentator, naukowiec z namiętnością wsłuchujący się w chorały gregoriańskie. Pierwowzorem jego postaci był niejaki dr Edward Ricketts, z którym amerykański pisarz często pijał i prowadził filozoficzne rozmowy. Gdy tylko jest w stanie, Doktor leczy ciała i dusze mieszkańców Monterey, oni zaś, próbując mu się odwdzięczyć, sprowadzają na niego coraz to nowe kłopoty (celują w tym „Mack i chłopaki” pomieszkujący w baraku zwanym Pałacykiem).

To właśnie lojalność i przyjaźń, sportretowane na płótnie lokalnej społeczności, są rzeczywistymi bohaterami utworu. Akcja jest pozornie leniwa i wcale nie najważniejsza. Choć Ulicę Nadbrzeżną ciągle nawiedzają nowe problemy i niedające się uchwycić w tradycyjny sposób namiętności, a konstrukcja utworu za pomocą krótkich rozdzialików fragmentarycznie uchyla nam rąbków fabuły, najistotniejsze jest to, co można wyczytać gdzieś na marginesie, pomiędzy rozdziałami i – często nieporadnymi – rozmowami bohaterów. Dlatego nieważne, że Mack i chłopaki rozpieprzyli Doktorowi laboratorium. Ważne, że chcieli mu urządzić przyjęcie. Cieszące się niedobrą sławą „chcieć dobrze” zyskuje na Ulicy Nadbrzeżnej nieco inny wymiar. A John Steinbeck po raz kolejny udowadnia, że w życiu najbardziej liczą się małe gesty.

John Steinbeck, Ulica Nadbrzeżna; Cudowny czwartek, przeł. Adam Kaska i Krzysztof Obłucki, Prószyński i S-ka, Warszawa 2012.

Rafał Niemczyk

Informacje Dorota Jędrzejewska
Lubię czasami coś poczytać i coś napisać.

3 Responses to John Steinbeck, Ulica Nadbrzeżna; Cudowny czwartek. Recenzja.

  1. Z wielką chęcią kiedyś, przy sposobności przeczytam. Dzięki za świetną recenzję!

    • Experyment says:

      Zapraszam, po Steinbecka zawsze warto sięgnąć. Pozdrowienia!

      • Dziękuję. Wiem, wiem – to jeden z tych pisarzy, których powieści godne są uwagi.

        Pozdrawiam serdecznie!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: