Salman Rushdie, Joseph Anton. Autobiografia. Recenzja.

Rushdie. Spowiedź

Historia ta zaczyna się niczym w najlepszym thrillerze. Już na starcie akcja mknie do przodu szybciej niż u Harlana Cobena, z tą różnicą, że tutaj mamy do czynienia z prawdziwym życiem, a nie rozbuchaną wyobraźnią twórcy. Jednak to właśnie ona, ta wyobraźnia, okazuje się bohaterem tejże opowieści. To ona także prowadzi do mrożących krew w żyłach wydarzeń rozpatrywanych przez Salmana Rushdiego na wypchanych po brzegi 650 stronach. „Joseph Anton. Autobiografia” to historia pisarza, który w dzień świętego Walentego 1989 roku dowiedział się od dziennikarki BBC, że właśnie „został skazany na śmierć”.  Wyrok padł z ust ajatollaha Chomejniego, a jego przyczyną były „Szatańskie wersety” – powieść ówcześnie poczyniona przez owego Salmana i zrozumiana jako bluźnierstwo z premedytacją wymierzone w kierunku islamu. Chwilę po ogłoszeniu fatwy grzmiał o niej cały świat, Rushdie natomiast z miejsca rozpoczął inne niż dotychczas, absurdalne życie pod kloszem – z nieustanną eskortą policyjną u boku, w ciągłym poczuciu zagrożenia, egzystencję pełną zakazów, oskarżeń i aktów nienawiści.

Joseph Anton to pseudonim wymyślony w  tamtym okresie dla bezpieczeństwa pisarza (połączenie Josepha Conrada z Antonim Czechowem). Książka pisana jest w trzeciej osobie, co daje złudzenie obcowania z fikcją literacką i ukształtowanymi na jej potrzebę bohaterami. Po ekscytującym początku, w którym autor kreśli relację z tamtych trudnych dni, tempo zwalnia. Teraz mamy do czynienia z drobiazgowym pamiętnikiem wypełnionym po brzegi szczegółowymi wydarzeniami z życia autora: począwszy od spowodowanych fatwą utrudnień w normalnym funkcjonowaniu, poprzez obyczajowo-sercowe perypetie, opis pracy nad pozostałymi powieściami, sięgające dzieciństwa wspomnienia sprzed wyroku śmierci, drobiazgowe sprawozdanie z codzienności, aż po luźne refleksje, anegdoty i dywagacje. Lektura przynosi czytelnikowi cały wachlarz różnorodnych emocji. Odczuć możemy zarówno zrozumienie i współczucie dla autora, jak i całkiem naturalną irytację jego osobą. Będą momenty pełne napięcia i ekscytacji, ale znajdą się też chwile znudzenia i zniecierpliwienia. Rushdie w tej wielkiej, ciężkiej i bardzo intymnej opowieści otwiera się przed czytelnikiem z ułudą prawdziwej szczerości, daje się poznać, na dłuższą chwilę staje się dobrym znajomym, towarzyszem dnia codziennego. Zwykle jednak ze znajomymi bywa przecież tak, że odkrywają przed nami nie tylko swoje zalety, ale i wady, przez co bywają męczący. I owszem, Rushdie potrafi zmęczyć. Mimo to nie sposób nie pamiętać o jego szlachetnych przymiotach.

Salman Rushdie, źródło: http://www.pursuitist.com

Wróćmy jednak do „Szatańskich wersetów”. Rushdie, zanim opowie o skutkach fatwy, przedstawi obrazową genezę powstania tej wartościowej, acz problematycznej powieści. Będzie przytaczał racjonalne argumenty, bronił się przed zarzutami o chęć wywołania sensacji, przedstawi się jako obiektywny „bezbożny człowiek, który dużo wie i myśli o bogu”. W świetle rozległej wiedzy, której reprezentantem sam się nazywa, zaskakujące może wydawać się jego wielkie zdziwienie, że po wydaniu „Szatańskich wersetów” rozpętała się prawdziwa muzułmańska burza. Jak sam pisze: „Gdy po raz pierwszy oskarżono go o zniewagę, był szczerze zdumiony. Myślał, że dokonał artystycznej analizy zjawiska objawienia, analizy z punktu widzenia niewiernego, ale mimo wszystko rzetelnej. Jak można uznać coś takiego za obraźliwe? (…) Jego prorok nie nazywał się Mahomet, mieszkał w mieście o nazwie innej niż Mekka i stworzył religię nienazwaną islamem (lub niedokładnie tak). Pojawiał się poza tym tylko w sekwencjach snu człowieka, którego utrata wiary doprowadza do szaleństwa”. I choć faktycznie przekracza granice zrozumienia, a nawet wyobraźni, drastyczny ruch ze strony irańskiego przywódcy, to rozsądek podpowiada, że niezadowolonych głosów, a nawet pewnego niebezpieczeństwa, można było się spodziewać jeszcze przed publikacją książki.

Mleko się jednak rozlało. Postawa Rushdiego, dumna i bojowa, niektórym może się wydawać niepotrzebną brawurą, inni uznają ją jednak za godną podziwu. Pisarz w jednej chwili stał się przecież ambasadorem wolności. Nie przeprosił za swoją twórczość, nie wycofał się ze słów, uznając za punkt honoru udowodnienie wartości „Szatańskich wersetów” i przyznanie prawa do tworzenia historii wedle nieskrępowanej woli każdego artysty. „Wolność tkwi w samym sporze, nie w rozwiązaniu sporu, w możności kwestionowania nawet najbardziej cenionych poglądów innych” – tłumaczył. O to właśnie walczył – „o wolność słowa, o swobodę wyobraźni, o wolność od strachu i o piękną, prastarą sztukę. O sceptycyzm, zuchwałość, wątpliwość, satyrę, komedię i bezbożną wesołość”.  I za to wszystko srogo zapłacił – życiem w ukryciu przez ponad 12 lat.

Salman Rushdie ze swoją trzecią żoną Elizabeth i synem Milanem, źródło: http://www.zimbio.com

„RUSHDIE ŚMIERDZI”, „RUSHDIE ODSZCZEKAJ TO”, „RUSHDIE JUŻ NIE ŻYJESZ” – krzyczały transparenty, a jego książki płonęły na demonstracjach. Ginęli też niewinni ludzie. Demonizowano postać pisarza, przypisywano mu nieprawdziwe cechy, niskie motywy i nikczemne intencje. (Co ciekawe, niechęć do autora spotęgowana była również jego „szatańską” powierzchownością, dokładniej – przymrużonym, przez co złowrogim spojrzeniem, które jak się później okazało, wcale nie było wyrazem złego uosobienia, a objawem choroby powiek – tak zwanej ptozy). Przez lata odmawiano też wartości jego książkom, niemalże wypalając mu na czole szkarłatną literę. Musiał przyzwyczaić się do nieustannej obecności funkcjonariuszy w swoim życiu. Pójść po bułki do supermarketu? Prowadzić samotnie samochód? Wpaść na kawę do przyjaciela? Przez wiele lat tego typu czynności, dla nas zupełnie naturalne – dla niego były niemożliwością. Nieustanne problemy logistyczne związane z przemieszczaniem się, nadąsane miny szefów ochrony, gdy pragnął pojechać „gdzieś dalej” („a ten znowu coś chce!”), a do tego nieprzerwane zarzuty ze strony zwyczajnych obywateli („ile tak właściwie kosztuje podatników ochrona Rushdiego?”, „czemu musimy za to płacić, skoro nic chwalebnego nie zrobił?”) stały się dla niego irytującą powszedniością. Czytając o tym, trudno nie współczuć. Nie wszystkie z roszczeń Rushdiego wobec zaistniałej sytuacji uda się czytelnikowi zrozumieć. Choć mieszkał w ukryciu – to jednak w przestrzennych willach; choć żył pod eskortą – to na bankietach spotykał się z wielkimi sławami tego świata. W świetle tych faktów patos, któremu Rushdie momentami daje się ponieść, wydaje się  sztucznie napompowany jego dumą i ego o całkiem sporych rozmiarach.

Salman Rushdie ze swoją czwartą żoną – Padmą, źródło: http://www.mrpopat.in

Domyślam się, że Rushdie nie jest łatwym człowiekiem. Między zdaniami tej obszernej historii duma jej autora staje się tak bardzo wyraźna, że aż chwilami krzykliwa. Pisarz ten ustawia się w jednym szeregu obok największych, czując się, jak można wnioskować z lektury, drugim Dostojewskim, Joyce’m czy Nabokovem. W autobiografii dają się zauważyć małe manipulacje i zatuszowania, szczególnie te w sferze obyczajowej. Rushdie miał cztery żony – romansował i był nazbyt podatny na kobiece piękno. I choć na kartach swojej „spowiedzi” zdobywa się na odważną deklarację: „tak, nie byłem uczciwy”, słowa i argumenty potrafi dobierać tak ostrożnie i wprawnie, by nazwana wina nigdy nie pozostała do końca jego winą.

Niemniej jednak da się Rushdiego lubić i czytać opowieść jego życia z niemałym zainteresowaniem. Nie tylko ze względu na niewiarygodne fakty i dramatyzm sytuacji, ale i na błyskotliwe poczucie humoru autora, urok gawędziarskiej opowieści, ciekawe anegdoty i słuszne refleksje. Dla fana literatury prawdziwym rarytasem okażą się historie, w których prócz Rushdiego bohaterami są również inni słynni pisarze i jednocześnie przyjaciele Rushdiego, np. Auster czy McEwan lub różnej maści celebryci i aktorzy. Podsumowując, „Joseph Anton. Autobiografia” jest jednocześnie spowiedzią i pamiętnikiem człowieka, którego dotknęła nienormalna i dramatyczna sytuacja, a także drobiazgowym, wielopoziomowym autoportretem (a nawet autokreacją) artysty i interesującego człowieka. Dobrze się ją czyta, zarówno łaknąc ciekawej i autentycznej historii, jak i stawiając się w roli domorosłego psychologa lub teoretyka literatury wdzierającego się między wiersze i wyrazy, by wyłuskać z tych niedopowiedzeń prawdziwą twarz autora jednej z najbardziej spornych książek na świecie.

Salman Rushdie,  Joseph Anton. Autobiografia, tłum. Jerzy Kozłowski, wyd. Rebis, Poznań 2012.

Dorota Jędrzejewska

Salman Rushdie i Padma Lakshmi, źródło: http://www.zimbio.com

Informacje Dorota Jędrzejewska
Lubię czasami coś poczytać i coś napisać.

3 Responses to Salman Rushdie, Joseph Anton. Autobiografia. Recenzja.

  1. W planach na przyszły tydzień mam „Szatańskie wersety”, więc po tę książkę zapewne prędzej czy później sięgnę. Dzięki za recenzję!

    • Experyment says:

      Życzę więc miłej lektury! Ja od siebie polecam również „Dzieci północy”, o ile jeszcze nie czytałaś. To od nich zaczęłam czytać Rushdiego. Fajna rzecz :)

      • Dziękuję!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: