Alice Munro, Taniec szczęśliwych cieni. Recenzja.

Egzorcyzmowanie wspomnień

Co może kryć się w kamieniu ciśniętym niezdarnie przez dziecko w otchłań jeziora? Czy spacer z ojcem po lesie może odkryć ponurą tajemnicę? Gdzie tak naprawdę mieszkamy i kto jest naszym sąsiadem? „Taniec szczęśliwych cieni” to debiutancki zbiór opowiadań Kanadyjki Alice Munro, która w pewnych kręgach bywa nazywana „współczesnym Czechowem”. Jej domeną są opowiadania i nigdy nie wychodzi poza krótką formę, ponieważ, jak sama twierdzi, „powieść posiada spójność, której nie widzi wokół siebie”. Jakby na przekór tym słowom, książki Munro należy traktować jako całości, kompletne zbiory, gdyż opowiadania odczytywane pojedynczo tracą sporą dozę siły wyrazu. Trzeba się mocno skupić, aby wyróżnić w tym solidnym zbiorze utwory zapadające w pamięć najbardziej, a jednak nie sposób nie dostrzec w tej prozie blasków i cieni codzienności obserwatorskiego kunsztu. Opowiadania Munro oparte są bowiem na obserwowaniu wycinków życia często z pozoru bezbarwnych ludzi.

Scenerię tworzą tu przeważnie obrzeża kanadyjskiej prowincji Ontario, z Doliną Wielkich Jezior i granicą z USA na południu, Zatoką Hudsona na północy, prowincjami Quebec i Manibota na wschodzie i zachodzie. Czy posiada to większe znaczenie? Chyba tylko takie, że to strony, z których pochodzi autorka, trzeba więc przy okazji wspomnieć o wyczuciu, z jakim je opisuje. Ponadto jest tutaj zielono, pachnie lasem i jeziorem, ale wszak dla Kanady to krajobraz wcale nie wyjątkowy. Czas opowieści jest różny, ale można założyć, że zamykają się w dwudziestoleciu powojennym, zaś najwcześniejsze z nich to okres prohibicji, który w niektórych kanadyjskich prowincjach trwał do roku 1948.

Okładka pierwszego amerykańskiego wydania „Dance of the Happy Shades”

Narracja większości utworów prowadzona jest z perspektywy kobiety lub dziewczynki. Munro, opowiadając o młodzieńczych (dziewczęcych) kompleksach, z lekka feminizuje, ale nie ma w tym nic denerwującego ani ideologicznego (w przeciwieństwie do okładki polskiego wydania, która z przyczyn prawdopodobnie marketingowych sugeruje, że sięgamy po literaturę „kobiecą”, co, używając słów litościwych, „nie jest do końca prawdą”) – ot, ukazuje rzeczy i ówczesne realia takimi, jakimi je pamięta. Problemy nie dotyczą samej nierówności płci – kanadyjska pisarka przedstawia dwoistą percepcję dziecięcego świata, z wyraźnym podziałem zadań, ale również krzywą wrażliwości kształtowaną machinalnie przez świat dorosłych.

Najdobitniej widać to w świetnym opowiadaniu o sprzedawcy lisich skór, pod którego strzechą dorastają syn i córka, która nie może pogodzić się z losem uśmiercanych w gospodarstwie zwierząt. Koń wierzga w agonii, brat się głupkowato śmieje. Małej nikt nie słucha, a wszelkie słabości składane są na karb „dziewczyńskości” bohaterki. „Jestem tylko dziewczynką” – dochodzi wreszcie do wniosku. Trudne relacje damsko-męskie znajdziemy z kolei w ponurym i klaustrofobicznym opowiadaniu „Biuro”, którego bohaterka – początkująca i traktowana nie do końca poważnie pisarka – jest nękana dziwnym zachowaniem właściciela tytułowego lokalu.

Autostrada w pobliżu Bissett Creek w prowincji Ontario (fot. wikimedia)

Autostrada w pobliżu Bissett Creek w prowincji Ontario (fot. wikimedia)

Wiele w tym zbiorze pojedynczych dziwności, jest też garść odpałowych postaci, które pojawiają się znienacka na tle zwyczajnego świata, zwracając uwagę jeśli nie na siebie, to na szczegóły zręcznie zakamuflowane przez autorkę. Pewne motywy powtarzają się w kilku opowiadaniach – czujny czytelnik wyłapie je i powiąże ze sobą, co sprawi, że obraz stanie się bardziej pełny, choć nigdy do końca wyraźny. „Taniec szczęśliwych cieni” przypomina bowiem egzorcyzmowanie koszmarnych wspomnień z przeszłości – nie żywych już, ale nigdy do końca martwych.

Alice Munro, Taniec szczęśliwych cieni, przeł. Agnieszka Kuc, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012.

Rafał Niemczyk

5 Responses to Alice Munro, Taniec szczęśliwych cieni. Recenzja.

  1. bombeletta says:

    Tak, czuję, że koniecznie muszę stać się posiadaczką tego tomu :D Brzmi wspaniale!

  2. Nazwisko tej pani widzę ostatnio wszędzie (może to znak?), ale nie miałam okazji zapoznać się z jej twórczością literacką. Interesująca recenzja.

  3. Experyment says:

    Munro ostatnio jest w modzie, to fakt. W Polsce lansują ją jako autorkę „prozy kobiecej”, co jest nieco krzywdzące (ponieważ to poważna literatura, a nie czytadła), choć do pewnego stopnia prawdziwe. Kobieca wrażliwość i sposób patrzenia na świat z kobiecej perspektywy przynoszą tej prozie same korzyści; nie ma w tym emocjonalnego natręctwa, patosu ani rozgoryczenia.

    Dorotka recenzowała w zeszłym roku „Kocha, lubi, szanuje…”, a Maciek Gierszewski rozpływał się nad „Castle Rock”, pisząc nawet, że to „najlepsza książka, jaką było mu dane w ubiegłym roku przeczytać” Co do „Tańca szczęśliwych cieni” to jest to solidny zbiór; nie powala na kolana, ale na pewno warto przeczytać. Trzeba pamiętać, że to debiutancki zbiór Munro, a to z pewnością debiut wysokiej klasy. [skopiowałem akapit z komentarza z FB, żeby się nie powtarzać:)]

    Jeśli chodzi o współczesne autorki specjalizujące się w opowiadaniach, to dla mnie zdecydowanym numerem 1 pozostaje Flannery O’Connor. Często podnosiła pokrewne z Munro tematy, ale mroczne strony amerykańskiego Południa zjadają na śniadania kanadyjską prowincję. To królestwo groteski, kalekich bohaterów i powykręcanych świrów. „Poczciwi wiejscy ludzie”, „Trudno o dobrego człowieka” albo „Widok na las” to jest szał – uwielbiam takie pisanie. Munro nie ma tego pazura, choć zaznaczam, że to może ja jestem skażony, gustując w takich patologicznych utworach:)

    Flannery rządzi:)

  4. bombeletta says:

    Flannery O’Connor i Shirley Jackson to moim zdaniem czołówka jeśli chodzi o opowiadania i fakt: Flannery rządzi i Shirley rządzi :)

    Ciekawe, że na Munro dopiero teraz nadeszła moda do Polski, bo na świecie uwielbiana jest od lat, a najzabawniejsze jest to, że w zeszłym miesiącu oficjalnie zakończyła pisarską karierę :)

    Ale to wszytko nie zmienia faktu, że koniecznie muszę ją poznać.

    • Experyment says:

      Cóż, wiek to już, nie wypominając, zacny – może pora odpocząć:)

      Szukając plusów bycia w tyle: jak do tej pory więcej zbiorów Alice Munro się w Polsce NIE UKAZAŁO, niż UKAZAŁO, dlatego polski czytelnik może się czuć uprzywilejowany, odczytując książki z lat 80. czy 90. jako nowości;)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: