Stephen King, Joyland. Recenzja.

Lato ze Stephenem Kingiem

Jedną z moich ulubionych rzeczy, które napisał Stephen King, jest opowiadanie pt. „Ciało” zamieszczone w zbiorze pt. „Cztery pory roku”. Historia to magiczna, wyposażona w rewelacyjny klimat, smak dziecięcej przygody i mocno wyczuwalny zapach lata. To najlepszy King z możliwych – nieco nostalgiczny, intrygujący, mocno obyczajowy, a dodatkowo napisany ładnym językiem. Sięgając po „Joyland”, książkę rekomendowaną jako „opowieść o miłości i stracie, o dorastaniu i starzeniu się”, a rozgrywającą się właśnie latem, spodziewałam się czegoś w klimacie ulubionego „Ciała”. Moje prognozy okazały się niestety na wyrost. Nie czuję się jednak dotkliwie zawiedziona. „Joyland” to przyjemna, letnia propozycja dla fanów lekkiej rozrywki – nie wypada więc przesadnie marudzić.

Stephen King to konsekwentny rzemieślnik, który swoje książki konstruuje z premedytacją, według rozmyślnie stworzonej recepty. Nie jest czarodziejem, a genialnym kuglarzem (tak zresztą określa paru bohaterów „Joylandu”). Nie używa prawdziwej magii, a skrzętnie dobranych pod publiczkę zagrań. Sposób na dobrze czytającą się powieść opracował już dawno, a w swojej nowej książce stosuje go bez skrupułów. Wrzuca więc do letniej historii wszystkie świetnie dobrane pod nią klocuszki. Pisze o pierwszej miłości i złamanym sercu, oczyszczających duszę wakacjach, przygodzie, zbrodni z przeszłości, marzeniach, inicjacji seksualnej, konsekwentnie brnąc ku mocnemu zakończeniu z piorunami i wichurą w tle.

Stary park rozrywki Joyland (fot. borg.com)

Również swoje postacie dobiera w perfekcyjny sposób – główną rolę w tej historii otrzymuje niepoprawny marzyciel. Podejmując się pracy w parku rozrywki, zawiera znajomości z troszkę dziwacznymi, czasem złowrogimi jego pracownikami, przyjaźni się z ciężko chorym chłopcem (co również dodaje historii specyficznego klimatu), a kocha się w starszej od siebie, skrzywdzonej przez życie i jakże stereotypowej kobiecie. Wszystkie te elementy zgrabnie połączone w jedną całość składają się na „idealne czytadło”, co najpewniej chciał osiągnąć sam autor.

Czyta się więc dobrze, lektura jest przyjemna i ciekawa, wciąga. A mimo to mam pewne pretensje do Stephena Kinga. O co? Choć należę do tej szerokiej grupy czytelników, która z przyjemnością poddaje się jego sztuczkom, tym razem myślę, że przesadził. Jako uważny czytelnik rozłożyłam sobie jego książkę (fabułę, bohaterów, język) na części pierwsze – obnażyłam tym samym schemat za schematem, zagrywkę za zagrywką, chwyt za chwytem. Poprzez taką analizę (zastosowaną mimowolnie) historia Kinga straciła w moich oczach na wiarygodności. Momentami trudno było mi uwierzyć w ten sztucznie skonstruowany świat, zaangażować się w opowieść pisaną według wykresu. Nawet język, u Kinga przeważnie prosty, co w jego przypadku odczytujemy jako zaletę, tutaj otarł się już o trywialność.

Istnieje jednak usprawiedliwienie dla Kinga i to całkiem logiczne. To konwencja, którą wybrał dla swojego „Joylandu”. Warto bowiem wspomnieć, że jego książka została wydana w Stanach Zjednoczonych pod skrzydłami oficyny „Hard Case Crime”, specjalizującej się w pulpowych, często przerysowanych kryminałach czy thrillerach. Tym razem King również jest przerysowany i bawi się narzuconą przez siebie stylistyką. Zamiast tworzyć – konstruuje. No i cóż – wychodzi mu to dobrze, o czym świadczy entuzjazm całej masy czytelników i świetne recenzje. Doceniam i przyznaję, że bawiłam się nieźle. Obstaję jednak przy swoim, twierdząc, że więcej artystycznej fantazji, a mniej rzemieślniczej roboty dodałoby „Joylandowej” nostalgii smaku, przygodzie brawury, a przesłaniu głębi.

Stephen King, Joyland, tłum. Tomasz Wilusz, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2013.

Dorota Jędrzejewska

3 Responses to Stephen King, Joyland. Recenzja.

  1. Bombeletta says:

    A powiedz mi, czy czytałaś „Joyland” w oryginale, czy polskie tłumaczenie? Bo polskiej edycji czytałam pierwszy rozdział i tłumaczenie było bardzo takie sobie, więc może stąd język trywialny? Oryginał mnie zachwycił – język świetny, dopasowany do opowieści (w tym wiele zwrotów z tzw. carny talk, czyli mowy pracowników „carnivali” – lunaparków.), aż płynęło się przez rozdziały :)

    Recenzja świetna, ale dla mnie „Joyland” to mistrzostwo (King w krótszej formie brzmi najlepiej) :)

    • Experyment says:

      No nie wiem. Może faktycznie „Joyland” bardziej jest „przystosowany” do angielszczyzny, niż do naszego rodzimego języka. Czytałam po Polsku – a język momentami wydawał mi się taki „ociosany” z finezji :)

      Ciekawe, co przyniesie „Doktor Sen”

      • Bombeletta says:

        Polskie tłumaczenia ostatnio mocno zawodzą – robione na szybko, pod nieadekwatny termin wydawcy, przez średniaków, co nawet nie interesują się i nie znają kontekstu. A nie ma co ukrywać, że do dobrego tłumaczenia książek Kinga znajomość kontekstu jest obowiązkowa :-)

        „Doctor Sleep” już zamówiony na pre-order w oryginale, nie mogę się już doczekać!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: