Cormac McCarthy, Rącze konie.

Ballada o pewnym uciekinierze

Długa, trudna i powikłana była droga Johna Grandy’ego, jaką przebył, by dotrzeć do tego smutnego momentu. Do chwili, do której prowadziło całe jego życie, a wszystko co później prowadziło już donikąd. John Grandy, chłopak, którego dusza została utkana ze staromodnego romantyzmu i kazała mu podążać drogą trzech koronnych wartości – miłości, wolności i natury – szybko został zmuszony do przełknięcia pigułki goryczy. „Gdzie jest twój kraj?” – spyta go przyjaciel u końca (a zarazem początku) podróży. „Nie wiem. Nie mam pojęcia gdzie” – odpowie Grandy. Przeszedł próbę i już wie, że świat na niego nie zaczekał. Oto nastąpił koniec pewnej epoki i początek nowej: epoki, do której Grandy nie potrafił się przystosować.

Bohater „Rączych koni” Cormaca McCarthy’ego (pierwszej części tzw. „Trylogii pogranicza”) to szesnastoletni chłopak, któremu odebrano coś naprawdę cennego – ziemię. To z niej wyszedł, na niej żył, ale teraz, po śmierci dziadka, jest zmuszony ją opuścić. Jego matka postanawia sprzedać ranczo, natomiast nieudolny i zagubiony ojciec nic na to nie potrafi poradzić. „Synu, nie każdy uważa życie na hodowlanym ranczo w zachodnim Teksasie za rzecz porównywalną z pójściem po śmierci do nieba” – będzie tłumaczył Grandy’emu. Ten zaś nie będzie zwlekał z decyzją. Wraz z przyjacielem wsiądą na konie i wyruszą na drugi brzeg Rio Grande w stronę bezkresnego, dzikiego Meksyku. Przez moment ucieczka od bezdusznej, wkradającej się w życie Teksańczyków cywilizacji, będzie wydawała się możliwa. Nie wszystko jednak pójdzie zgodnie z planem.

Romantyczne i honorowe działania Johna Grandy’ego tworzą sylwetkę chłopaka dojrzałego i niedojrzałego jednocześnie. Jego mężne i odważne decyzje z jednej strony będą godne podziwu, z drugiej natomiast wpędzą go w niemałe tarapaty. Jak się okazuje, pragmatyczny do bólu świat nie jest już miejscem dla bohaterów, kowbojów z zeszłej epoki. Grandy wyciągnie pomocną dłoń wtedy, gdy rozsądek podpowie, by ją wycofać. Potem wda się w ryzykowny romans, mimo że wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywać będą, że to ślepa uliczka. Podejmowane pod wpływem podszeptów serca decyzje będą się na nim w przyszłości nieustannie mścić, zaburzą porządek rzeczy, każą mu zmierzyć się z prawdziwym okrucieństwem. Czy można jednak winić kogokolwiek za honor? Namiętną duszę? Marzenia? Niestety, nowy świat, po którym ludzie coraz częściej podróżują cadillacami, a rzadziej dosiadają konie, potrafi być okrutny dla takich jak John Grandy – prawdziwych marzycieli.

„Rącze konie” (2000) – kadr z filmu

Cormac McCarthy podszywa tę historię nieukrywaną nostalgią. Więcej tu namiętności, zrywów duszy i romantyzmu niż w pozostałych jego książkach. Mniej za to zła. A jednak nie jest to wesoła opowieść. John Grandy jako reprezentant dawnych wartości skazany jest na same niepowodzenia. Choć odnosi drobne zwycięstwa i w spektakularny sposób wygrywa bitwy (doczeka się szacunku i zakochanego spojrzenia pięknej dziewczyny), w ostatecznym rozrachunku będzie musiał złożyć broń. Na sam koniec historii McCarthy każe mu stanąć naprzeciwko mądrego sędziego i rozliczyć się ze wszystkich swoich decyzji i postępków. Te jednak, mimo że zwykle nie przynosiły pożądanych skutków, nie będą zasługiwać na potępienie, a raczej na podziw.

„Rącze konie” (2000) – kadr z filmu

Wszyscy chyba pamiętamy tę piękną i poruszającą scenę nakreśloną ręką naszego noblisty, Władysława Reymonta, w której stojący u progu śmierci stary Boryna wyrusza w pole, by siać. „Potykał się o skiby, plątał we wyrwach, niekiedy nawet przewracał (…) Szedł aż do krańca pól, gdy mu ziemi zabrakło pod ręką, nowej nabierał i siał, a gdy mu drogę zastąpiły kamionki a krze kolczaste, zawracał”. Maciej Boryna – pełen godności i szacunku dla natury, prawdziwy przywódca, nierozerwalnie związany z ziemią mądry gospodarz – gdyby urodził zbyt późno, nie odnalazłby swojego miejsca na świecie. John Grandy, jeśli by pomyślał o śmierci, na pewno chciałby umierać tak jak Boryna. Niestety przyszedł na świat nie w tej epoce, która była mu przypisana.

Cormac McCarthy, Rącze konie, tłum. Jędrzej Polak, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012.

Dorota Jędrzejewska

One Response to Cormac McCarthy, Rącze konie.

  1. Bombeletta says:

    Piękna, nostalgiczna opowieść o przemijającej epoce, śmierci dawnych wartości i wykorzenionym chłopaku, który już nigdy nie zazna spokoju i nie odnajdzie swojego miejsca w tym umierającym świecie. Uwielbiam – jak kolejne części Trylogii Pogranicza (moja ulubiona to „Przeprawa”) i całą twórczość Cormaca McCarthy’ego :D

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: