Toni Morrison, Miłość. Recenzja.

Nienawiść

Nieskomplikowany, bardzo klarowny język noblistki Toni Morrison sprawia, że przy pierwszym kontakcie z jej twórczością nasuwa się skojarzenie z „amerykańską szkołą pisarską”. Stąd wrażenie, że książka licząca zaledwie 200 stron nie sprawi czytelnikowi najmniejszych trudności. Nadzieję na taki stan rzeczy daje również tytuł: prosty i obrazowy, ale jednocześnie mało subtelny. Mógłby przecież zwiastować natchniony romans zwieńczony szczęśliwym zakończeniem lub inną, ckliwą historię. Ale to nie z Morrison takie numery. Każdy, kto liczył na gładką lekturę na dwa wieczory, srogo się zawiedzie.

„Miłość” opowiada o pewnym wpływowym mężczyźnie. To nie on jest jednak głównym bohaterem książki. Bohaterkami są bowiem czarnoskóre kobiety połączone grubą nicią wokół jego dumnej postaci. On już nie żyje, a one wciąż pamiętają. Nawet po latach od swojej śmierci kreuje ich życiorysy i wpływa na wszystkie decyzje. Kobiety stały się jego własnością lata temu, czego nie zmienił nawet akt zgonu. Mowa o Billu Coseyu, właścicielu wielkiego kurortu u szczytu popularności tętniącego światowym życiem, teraz podupadłego i świecącego pustkami. „Mniejsza o zewnętrzne oznaki opuszczenia” – pisze autorka, dając wstęp opowieści zanurzonej w tajemnicach przeszłości – „Jeśli zajrzysz do środka, hotel zdaje ci się nadal obiecywać upojenie i towarzystwo wszystkich najbliższych przyjaciół. No i muzykę. Skrzypnięcie okiennicy brzmi jak zachłyśnięcie się trąbki, klawisze fortepianu drżą półnutą pod smaganiem wiatru, tak że zapominasz o niesprawiedliwości, która dotknęła paraliżem te same, te zamknięte pokoje”.

Times Square, New York, 1948 (fot. Willem van de Poll)

Jesteśmy więc w środku. W wielkim domu Coseya w czasie, w którym echa dawnych wydarzeń, hotelowych skandali i romansów, dawno już ucichły. Pod jednym dachem mieszkają tu „kobiety Coseya” – wnuczka i druga żona (o dziwo obie w tym samym wieku, co da się wytłumaczyć corseyową skłonnością do małych dziewczynek) – mocno się zestarzały, a okoliczne społeczeństwo uznało je za (być może niebezpieczne) dziwaczki. Niegdyś były przyjaciółkami, teraz codziennie biorą kąpiel w morzu wzajemnej nienawiści. Ich wojna jest groteskowa i smutna zarazem. Podjudzona testamentem spisanym drżącą ręką między wersami przypadkowego jadłospisu, zdaje się nie mieć końca, a już na pewno szczęśliwego zakończenia.

Fabuła „Miłości” składa się z wielu głosów relacjonujących mniej więcej te same wydarzenia. Prócz wspomnianych bohaterek pojawia się tu też kilka innych postaci – z przeszłości i przyszłości – które w urwanych retrospektywach przedstawiają losy kurortu i jego potężnego właściciela. Dzięki temu jedna historia zostaje opowiedziana z zupełnie różnych perspektyw. Wspomnienia postaci płynnie łączące się z wydarzeniami teraźniejszymi, choć w nieuporządkowanej kolejności, stają się czymś na kształt puzzli, które musimy poskładać samodzielnie. Morrison podsuwa nam je stopniowo, dzięki czemu w czasie lektury kilkakrotnie zaskakuje nas jakimś do tej pory nieznanym elementem fabuły. Ten jednak zawsze pasuje jak ulał do wolno kompletującej się układanki. Taki sposób odkrywania kart z jednej strony nieustannie zaostrza naszą ciekawość, z drugiej natomiast – utrudnia odbiór opowieści. Dlatego Morrison należy czytać uważnie, skupiać się na szczegółach i zapamiętywać jak najwięcej. Tylko w ten sposób nasza lektura będzie w pełni kompletna.

ClosedNiesamowita w tej książce jest atmosfera. Przedstawienie jednego miejsca w czasach swojej świetności i zestawienie go z jego późniejszymi, nieszczęśliwymi losami staje się niemalże metafizycznym spotkaniem przeszłości i przyszłości. Postacie dziwacznych pań, które toczą ze sobą śmieszną walkę w wielkim domu, rodzinne, brudne sekrety, wyczuwalna obecność nieżyjącego mężczyzny, kompletowanie i odświeżanie mrocznych wspomnień, tajemniczy testament oraz pusta i smutna, a jednak pamiętająca lepsze, gorące dni posiadłość… Wszystko to stanowi wyrazistą, niezwykle klimatyczną oprawę dla przedstawionych w książce wydarzeń. Dodajmy do tego momentami liryczny, bardzo trafny i łatwo poddający się czytelnikowi język, a otrzymamy inteligentną, ciekawą i gęstą opowieść.

Gdzie w niej miejsce na miłość? Niemalże w każdym akapicie. Tam bowiem występuje w tym samym rzędzie, co nienawiść i masa innych emocji, pulsujących z całą mocą w tej książce z czerwoną okładką.

Toni Morrison, Miłość, tłum. Krzysztof Zarzecki, wyd. Świat Książki, Warszawa 2014.

Dorota Jędrzejewska

2 Responses to Toni Morrison, Miłość. Recenzja.

  1. Bombeletta says:

    Ach, Toni Morrison… Już przy moim pierwszym spotkaniu, cudnej „Beloved”, zakochałam się na amen. W planach kolejne już tytuły, a teraz tak przekonałaś mnie „Miłością”, że z pewnością będzie to kolejna powieść pisarki w kolejce do przeczytania <3

    • Experyment says:

      No ja z pewnością do Morrison będę wracać. Podchodziłam bez entuzjazmu, a tu wsiąknęłam i się zauroczyłam. Fajnie, że w tym samczym gronie wybijają się też wspaniałe pisarki, tak bardzo godne uwagi.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: