H. P. Lovecraft, Koszmary i fantazje (listy i eseje). Recenzja.


Skrzynka HPL-a, czyli rozsądna niestałość poglądów

Samotność samotnika z Providence została w świadomości czytelników powszechnie usankcjonowana być może w tym samym momencie, co jego twórczość, klasyfikowana z biegu w obrębie horroru czy fantastyki naukowej, względnie – przez znawców gatunku – jako weird fiction. Oczywiście jedno i drugie jest po części prawdą, jednak samotność samotnika, który w ciągu swojego (skądinąd dość krótkiego) życia napisał około 80 tysięcy listów, liczących nierzadko po kilkadziesiąt stron, jest samotnością tak samo dziwną jak jego opowieści. Howard Phillips Lovecraft, jeden z prekursorów science fiction w jej straszących odmianach, twórca kultowej mitologii Cthulhu, śledczy pradawnych bóstw, podjudzający potężne demony, zdekonspirowany po latach autor bluźnierczego „Necronomiconu”, myśliciel i filozof, autorytarysta, zdeklarowany ateista, człowiek bezwzględnie przywiązany do nieomal feudalnych, konserwatywnych wartości arystokratycznej Nowej Anglii, a więc, niejako siłą rzeczy, wyznający nierzadko poglądy rasistowskie.

Marek Wydmuch, ekspert od biografii i twórczości pisarza, zwraca uwagę na sprzeczność tych zasad i „duchowej elegancji” Lovecrafta – który sam o sobie mawiał najchętniej jako o „pełnym poczucia własnego arystokratyzmu gentlemanie z okresu kolonizowania wschodniego wybrzeża w XVII wieku” – z marnymi warunkami materialnymi, w których przyszło mu żyć. Paradoks, wobec którego HPL był raczej bezsilny (jako pisarz zarabiał rzadko i raczej mizernie), choć tak po prawdzie do pieniędzy i majątku nigdy go nie ciągnęło.

Providence (rys. Kaja Kasprowicz)

Wszystko to składa się w jedną arcyciekawą osobowość, przy czym HPL potrafi intrygować polemiką nie tylko z rozmaitymi korespondentami, ale i z własnymi poglądami, tymi konserwatywnymi i kontrowersyjnymi również. „Co by nie mówić o rasizmie Lovecrafta (…) – pisze we wstępie tłumacz, Mateusz Kopacz – nie można zaprzeczyć, że w większości kwestii był to człowiek poszukujący, rozwijający się. Na przestrzeni całej książki widać to wyraźnie (…), więc może się zdarzyć, że obok siebie wypowiada się dwóch kompletnie różnych Lovecraftów”. Niebywale owocna korespondencja pisarza była poniekąd próbą zaspokojenia niedostatków intelektualnych debat i wymiany myśli, do których lgnął, zamknięty w czterech ścianach, mimo że nie przepadał za towarzystwem samych ludzi. Dla HPL-a najcenniejsze były ludzkie myśli, nie zaś postacie z krwi i kości.

Wiele spośród 45 esejów i listów Lovecraft poświęcił samej literaturze grozy, analizie dzieł mistrzów, a także kilku swoich utworów. Mimo że nie cieszył się estymą pośród krytyków (tworzył przecież w czasach, kiedy horror zaliczano do gatunków niszowych, a samą weird fiction postrzegano jeszcze gorzej – jako nieestetyczną gatunkową hybrydę), i jego utwory zazwyczaj odrzucano, uskarżał się na niesłuszną niepopularność gatunku, który reprezentował, raczej rzadko. O wiele częściej brak literackiego sukcesu składał na karb własnych niedostatków pisarskich; pierwszy tekst „Koszmarów i fantazji” nosi znamienny tytuł „Krótka autobiografia marnego pisarzyny”. Dziś twórczość Lovecrafta zaliczana jest do kanonu literatury amerykańskiej i omawiana na uniwersytetach, co w przypadku literatury grozy zdarza się bardzo rzadko.

Howard Phillips Lovecraft (1915)

W liście do Harolda S. Farnese możemy za to przeczytać: „(…) od zawsze zdawałem sobie sprawę, że moja wyjątkowa dziedzina w gruncie rzeczy należy do tych pomniejszych oraz że nawet gdybym osiągnął poziom prawdziwej literatury, byłaby to zaledwie prosta forma „literatury eskapistycznej”. To, na co szczególnie zwracam uwagę, jeśli chodzi o ten gatunek, nieważne jak bardzo jest pośledni, to jego szczerość i prawdziwość; nie jest on zaledwie jednym z aspektów naiwnego nieokrzesania, które spycha na bok każda oświecona epoka”.

Wnikliwy czytelnik dostrzeże w wielu z tych listowych „samosądów” przewrotność, a miejscami niekonsekwencje, wskazujące na gorycz niedocenionego twórcy, niemniej radykalny w sądach, egotyczny HPL potrafił przelać na papier liczne wyrazy niekłamanego podziwu dla innych pisarzy – mistrzów gatunku, którym hołdował. Byli to przede wszystkim: Lord Dunsany, Walter De La Mare, Arthur Machen, Ambrose Bierce, Algernon Blackwood, Montague Rhodes James, Nathaniel Hawthorne i, rzecz jasna, Edgar Allan Poe. Do literatury głównego nurtu również podchodził z reguły konserwatywnie; nie podobały mu się wszelkie zapędy modernizowania klasycznej powieści, zajadle krytykował poezję początku XX wieku, ale głosił także, że „nadszedł czas, by zmierzyć się ostatecznie z jałowym i wyeksploatowanym wiktoriańskim ideałem”.

Napis na nagrobku Lovecrafta „I am Providence” oznacza „Jestem Opatrznością”, a jednocześnie „Jam jest Providence”, co ma podkreślać wpływ pisarza na miejsce, w którym tworzył,
i odwrotnie.

Z „Koszmarów i fantazji” wyłania się Lovecraft-intelektualista, myśliciel zainteresowany wieloma dziedzinami (m.in. literaturą, architekturą, historią, polityką, filozofią), a jego rozważań – nawet jeśli część z nich jest dziś nieaktualnych czy zweryfikowanych przez sto lat nauki i historii – nie sposób nazwać powierzchownymi. Wręcz przeciwnie, Lovecraft, który zawdzięczał rozwój umysłowy nieustannej niemal lekturze książek, gazet, materiałów popularnonaukowych, urzeka ostrością sądów przy jednoczesnej wrodzonej wnikliwości i rozległej wiedzy. To agnostyk, skrupulatny realista, potrafiący jednak docenić chrześcijańskie zasługi, choć do samej religii zdystansowany i zarzucający jej bazowanie na nieprawdzie. To zdeklarowany przeciwnik komunizmu, choć popierający program ówczesnego socjalizmu, a jednocześnie zwolennik Nowego Ładu Roosevelta.

Wiele z tych sprzeczności brało się z tego, co sam określał „rozsądną niestałością poglądów”. HPL rozmówcą był twardym, ale logicznym; polemizował z klasą i siekał argumentami, jednakże starał się nie zamykać na kontrargumenty rozmówców. A co najważniejsze, ujawniająca się w sporych fragmentach buta neutralizowana była urzekającym poczuciem humoru Lovecrafta. Niezdecydowanym polecam otworzyć książkę na stronie 163 i przeczytać genialny esej o wyższości kotów nad psami.

H. P. Lovecraft, Koszmary i fantazje (listy i eseje), tłum. Mateusz Kopacz, Wydawnictwo SQN, Kraków 2013.

Rafał Niemczyk

* Wybór ciekawszych listów i esejów dla zainteresowanych:

o weird fiction (s. 27); uwagi na temat tworzenia opowieści weird fiction (s. 29); list do Roberta E. Howarda, twórcy postaci Conana, który jedną z części napisał wespół z Lordem Dunsany (s. 34); o prawach autorskich i złych wydawcach (s. 50); szkic „Widma nad Innsmouth” (s. 54); „Wyzwanie spoza światów” – opowiadanie współtworzone przez pięciu autorów, w tym HPL-a (s. 76); notatnik z pomysłami – rewelacja!, zbiór wykorzystanych i niewykorzystanych pomysłów na opowiadania (s. 93); o Lordzie Dunsany (s. 126); tajemniczy list do Roberta Blocha (s. 154); esej o wyższości kotów nad psami – rewelacja! (s. 163); krytyka epoki wiktoriańskiej (s. 192); czymże jest sztuka? (s. 194); o weird fiction i poczuciu nieznanego (s. 197); krytyka pulpowej SF (s. 202); o rozpaczy w chwili śmierci matki (s. 207); o kompozycji utworów literackich (s. 210); o religii, moralności, prawdzie, wiedzy i kościele (s. 223); „Wyznanie niewiary” (s. 232); o religii i ateizmie (s. 243); list przeciwko komunizmowi (s. 257); „W obronie Dagona” (s. 267); o Nantucket (s. 306); „Domy Poego i miejsca mu poświęcone” (s. 309); relacja z podróży „Obserwacye w kilku częściach Ameryki dokonane” (s. 321); dodatek „Znajomi Lovecrafta” opracowany przez tłumacza, czyli sylwetki przyjaciół i korespondentów pisarza.

Dmitrij Głuchowski, Metro 2033. Recenzja.


Świat w tunelu

Moskiewskie metro A.D. 2033 – dom nielicznych (nie)szczęśliwców, którzy zdążyli schronić się w tunelach przed atomową apokalipsą, która obróciła w perzynę ich miasto i unicestwiła większość życia na Ziemi. Po metrze zaś krąży wiele legend, zabobonów i dziwnych, wręcz niewiarygodnych opowieści, jego tunele skrywają mroczne sekrety. Metro ma również swoich bohaterów. Zaliczają się do nich stalkerzy – parający się przeszukiwaniem korytarzy oraz wyprawami na powierzchnię, odnajdywaniem i przynoszeniem do tuneli wszystkiego, co da się w jakikolwiek sposób wykorzystać. Bez nich życie pod ziemią byłoby po stokroć cięższe. Zawód stalkera jest marzeniem niemal każdego chłopca zamieszkującego metro.

Główny bohater – dwudziestokilkuletni Artem – urodził się przed apokalipsą. Jest sierotą uratowaną przez jednego z żołnierzy przed szczurzym potopem, który pochłonął całą jego stację, gdy Artem miał pięć lat. Od tamtej pory żyje na stacji WOGN jako przybrany syn swojego wybawcy. Uczy się i pracuje dla wspólnego dobra małej społeczności, ale skrycie marzy o wyrwaniu się z okowów przygnębiającej i nudnej egzystencji na rodzinnej stacji. Pragnie zgłębiać i poznawać tajemnice metra – świata, w którym przyszło mu żyć. Nadarzy się ku temu okazja, kiedy Artem wyruszy z jednym ze stalkerów w podróż przez stacje i tunele podziemnej kolei, aby ocalić WOGN (a być może i całe metro) przed inwazją „czarnego zła”.

Nie będzie to łatwe zadanie, gdyż stacje ze sobą walczą, zawierają sojusze, próbują narzucać swoją ideologię sąsiadom. Jednak pod ziemią to nie człowiek jest swoim najgroźniejszym wrogiem. W tunelach można spotkać przeróżne niebezpieczne stwory i mutanty. Co więcej – niektóre tunele same w sobie stanowią zagrożenie. W niewyjaśniony sposób doprowadzają do obłędu przebywających w nich ludzi, a niewytłumaczalna siła czająca się w korytarzach jest zdolna nawet zabić. Zagrożenie zaczyna przychodzić także z powierzchni. I to nie tylko pod postacią różnorakiego zmutowanego tałatajstwa, bo z tym mieszkańcy jakoś sobie dotąd rodzili. Oto do tuneli metra, przez stację WOGN, próbują wdzierać się tzw. „czarni”. Wyglądem przypominają ludzi, ale jest w nich coś innego, odmiennego. Wydają się bezbronni, ale pozbawieni uczucia bólu – sama myśl o tych istotach wywołuje dreszcz strachu. Kiedy nadchodzą „czarni”, mało kto jest w stanie oprzeć się postępującemu wraz z nimi przerażeniu.

Metro A.D. 2033 to przekrój przez alternatywny świat. Mimo że zamieszkują je mieszkańcy tylko jednego miasta, głównie Rosjanie, jest to w pewnym sensie zminiaturyzowana kula ziemska. Każda stacja (lub grupa stacji związanych sojuszem) posiada inny klimat, charakter, ustrój, wierzenia. Różnią się też między sobą poziomem cywilizacyjnym, kulturowym i technicznym. Znajdziemy tu faszystów, komunistów, rewolucjonistów, wyznawców Jehowy, handlarzy, wojskowych, wyrzutków społecznych różnej maści, uczonych, a nawet kanibali. Cała mozaika ideologii i postaw zamknięta w tunelach metra.

Choć Dmitrij Głuchowski nie ustrzegł się iście hollywoodzkich scen z rodzaju „uratowany w ostatniej chwili” czy „zabili go i uciekł”, to wykreowany przez niego świat i fabuła są dość wiarygodne. Dominuje atmosfera dusznych korytarzy rodem ze „Schronu” Mirosława Jabłońskiego, momentami zahaczając o klimaty socjotechnicznego eksperymentu z „Klaustropolis” Istvana Nemere. Wraz z wyjściem bohaterów na powierzchnię nasuwają się skojarzenia z „Aleją Potępienia” Rogera Zelaznego – zwłaszcza jeśli chodzi o pomysły Głuchowskiego odnośnie nowych gatunków fauny i flory. Tej chwytliwej mieszanki dopełniają wątki z „Gdzie dawniej śpiewał ptak” Kate Wilhelm czy filmu Davida Cronenberga „Scanners”. Takich zapożyczeń jest cała obfitość, ale rosyjski pisarz żongluje nimi bardzo sprawnie.

Akcja prowadzona jest dynamicznie, bez zbędnych przestojów, co w połączeniu z niewyszukanym językiem miało wpływ na popularność, którą zdobyła powieść. Autor umiejętnie stopniuje napięcie, potęguje krok po kroku aurę tajemniczości wypełniającą tunele metra, sugerując czytelnikowi, że w jego najgłębszych zakamarkach czai się coś nieznanego.

„Metro 2033” na pewnym poziomie jest również książką drogi. Razem z głównym bohaterem przemierzamy kilometry tuneli, odkrywając nowe skrawki mapy i spotykając całą paletę postaci rozmaitego pochodzenia i charakteru. Ateista Artem kroczy także ścieżką rozwoju duchowego. Podczas wędrówki dojrzewa w nim przeświadczenie o bezsensowności egzystencji bez nadziei na powrót do dawnego życia czy wiary w kogoś lub w coś, co czuwa nad człowiekiem i prowadzi go od narodzin aż do śmierci. Powieść zyskuje dzięki temu drugie dno. Choć napisana językiem prostym i przystępnym (wedle słów autora był to zabieg celowy, mający przysporzyć książce popularności), nie jest jedynie prostą historyjką o walce ze znojem w podziemnym postnuklearnym świecie. Głuchowski ukazuje katastrofę człowieczeństwa – zarówno pod względem technicznym, cywilizacyjnym, jak i moralnym. Dowodzi, że w ostatecznym rozrachunku życie pozbawione wyższych idei i wiary okazuje się być beznadziejną i pozbawioną sensu wegetacją.

Wybuchowa mieszanka Dmitrija Głuchowskiego usatysfakcjonuje wielbicieli dynamicznych opowieści spod znaku „motocykla i obrzyna”, ale i czytelnicy preferujący nieco ambitniejszą lekturę mogą zostać pochłonięci przez moskiewski podziemny świat A.D. 2033.

Dmitrij Głuchowski, Metro 2033, tłum. Paweł Podmiotko, Insignis 2010.

 Jacek „bio_hazard” Bryk

* Screeny ilustrujące recenzję pochodzą z gry pod tym samym tytułem (prod. 4A Games, wyd. THQ).

** Tekst ukazał się także w serwisie kultury postapokaliptycznej Outpost.

Michaił Bułhakow, Mistrz i Małgorzata. Po latach.


Blaski i cienie Mistrza

Ciekawostką ubiegłorocznego wydania „Mistrza i Małgorzaty” Michaiła Bułhakowa jest przekreślenie w druku fragmentów, w które ingerowała cenzura przy premierowej publikacji w latach 1966-67, a także dołączone do książki notatki z dziennika Jeleny Bułhakowej, trzeciej żony pisarza, zatytułowane „Ostatnie dni mistrza”. Opisują one ostatnie dni życia Bułhakowa, jego pogłębiającą się chorobę przechodzącą w ponurą depresję, wywołaną w znacznym stopniu złym przyjęciem sztuki o Stalinie, którą mistrz kończył z zapałem i nadzieją. Za oknem rządzi wszechogarniający mróz, a w powietrzu wiszą niespełnione marzenia o wyjeździe na słoneczne południe Europy. W moskiewskim światku literackim krążyło wówczas powiedzenie, że pierwsza żona pochodzi od Boga, druga od ludzi, a trzecia? Trzecią przynosi diabeł.

Bułhakow miał świadomość nadchodzącej śmierci. Ojciec artysty umarł na zdiagnozowaną nerczycę; cierpiąc na tę samą chorobę, więc Bułhakow nie pozostawiał sobie wielkich nadziei na wyzdrowienie. Wiedział, że przed odejściem musi wypełnić literacką misję: ukończyć „Mistrza i Małgorzatę” i dokonać w swoim opus magnum ostatecznych poprawek, aby żaden cień nie kładł się na doskonałość dzieła. Choć pierwsze rozdziały „Mistrza…” – które miały wówczas funkcjonować jako cała opowieść – powstały już w roku 1928, Bułhakow do końca swych dni dopracowywał dzieło. Ostatnie zmiany wprowadzał jeszcze w lutym 1940 roku, na miesiąc przed śmiercią. To wtedy skończył rozdział ostatni zatytułowany „Przebaczenie i wiekuista przystań”. Przez cały czas wiernie asystowała mu żona. Ta, którą ponoć mistrzowi sprowadził sam diabeł, być może nawet noszący maskę Wolanda.

Gustaw Holoubek (Woland), Anna Dymna (Małgorzata) i Janusz Michałowski (Korowiow-Fagot) w polskiej ekranizacji „Mistrza i Małgorzaty” z 1988 roku; czteroodcinkowy serial wyreżyserowali Maria Kuziemko i Maciej Wojtyszko (fot. archiwum TVP)

Paradoks sytuacji przedstawia się tak: mistrz (Bułhakow) kończy powieść swojego życia („Mistrza…”), która na jednym z poziomów (bo poziomów „Mistrz…” ma oczywiście kilka) w sugestywny i oryginalny sposób obnaża absurdy i bezduszność komunistycznych struktur. Mistrz, kończąc „Mistrza…”, pogrąża się w chorobie wywołanej pośrednio gniewem przywódcy ZSRR, któremu nie podoba się sztuka pt. „Batumi” (napisana przez Bułhakowa na 60. urodziny Stalina)… gloryfikująca postać dyktatora.

„Mistrz i Małgorzata” w Teatrze Groteska (fot. Anna Kaczmarz)

O odbiorze dramatu „Batumi” przez władze sowieckie Wasilij Sachnowski, ówczesny reżyser MCHAT, mówił tak (cyt. za: „Ostatnie dni mistrza”):

Sztuka otrzymała na samej górze (to znaczy w KC) skrajnie negatywną ocenę. Nie wolno kogoś takiego jak J. Stalin opisywać jako romantycznego bohatera, nie wolno go umieszczać w wymyślonych sytuacjach i wkładać w jego usta zmyślonych słów. Sztuki nie wolno wystawiać ani publikować.

I po drugie – na samej górze uznali napisanie sztuki za podjętą przez Bułhakowa próbę przerzucenia mostu, by zmienić stosunek do siebie.

Kadr z komiksu "Mistrz i Małgorzata" wydanego w Polsce przez Timof i cisi wspólnicy (2011, oryg. 2005)

Kadr z komiksu „Mistrz i Małgorzata” wydanego w Polsce przez Timof i cisi wspólnicy (2011, oryg. 2005)

Czy „Batumi” faktycznie było „próbą przerzucenia mostu” przez zmęczonego pisarza, który zdawał sobie sprawę, że w Związku Sowieckim nie ma już przyszłości? Satyryczne opowiadania („Diaboliada”, „Fatalne jaja”, „Psie serce”) czy wcześniejsze dramaty jednoznacznie określały stanowisko Bułhakowa do radzieckiego aparatu państwowego. Z drugiej strony na horyzoncie majaczyła mu zapewne wizja „Mistrza i Małgorzaty” jako utworu odrzuconego, zdewastowanego przez cenzurę, może nawet w całości lub częściowo zapomnianego.

A w „Mistrzu i Małgorzacie” jak nigdzie wyczuwalna jest tęsknota za wolnością, której żadne magiczne elementy nie są w stanie ukryć (ba!, nawet na przekór pisarzowi, a może za jego aprobatą, momentami wymykają się spod kontroli). Tu przywary moskiewskiego społeczeństwa pędzone są szatańskim pejczem (wio!), korupcja kwitnie pod każdą strzechą, a za represje i znikanie bez wieści ludzi odpowiedzialny jest diabeł we własnej osobie. Jest wreszcie „Mistrz…” dziełem o istocie aktu tworzenia, tańcem ze sztuką i grzechem (bal ponad bale – scena kultowa!) – całkowitym wewnętrznym odbiciem w diamencie szlifowanym wiele lat i wielkim kosztem.

Rzecz o postaciach – charyzmatycznych demonach, zagubionych niewiastach, godnych pożałowania draniach i innych zjawach – jest zbędna. Pisanie kolejny raz o narracyjnym kunszcie, o wielości narracyjnych technik, o języku, który nie będąc wcale wymyślnym, ale plastycznym i, co najważniejsze, elastycznym, u Bułhakowa pełni jednocześnie rolę wiodącą i wtórną, bo w zależności od gramatury epizodu mistrz dozuje środki odpowiednio, niczym doświadczony neurochirurg – wszystko to jest niepotrzebne. Mistrzowi już nic nie potrzeba, Małgorzacie również.

Michaił Bułhakow, Mistrz i Małgorzata, tłum. Irena Lewandowska i Witold Dąbrowski, AGORA SA, Warszawa 2012.

Rafał Niemczyk

Shaun Tan, Opowieści z najdalszych przedmieść. Recenzja.


Pamięć jest ważna

„Opowieści z najdalszych przedmieść” Australijczyka Shauna Tana to książka, w którą się wpada. Od pierwszej strony, właściwie od wklejki, gdzie autor narysował wiele różnorakich, małych ilustracji. Na pierwszy rzut oka wyglądają one jak wyjęte ze szkicownika, takie bez ładu i składu umieszczone rysuneczki, które być może rysownicy robią z nudów lub dla zabicia czasu. Jednakże w wykonaniu Tana jest w nich coś więcej, są subtelne i miejscami absurdalne. Ogląda się je z ciekawością. Po sczytaniu przedniej wklejki, niezwłocznie przewróciłem na tylną, aby sprawdzić, czy tam też są. Są. Chciałem od razu także je przeczytać, już zacząłem, ale się powstrzymałem. Wróciłem do pierwszych, rozbiegowych stron, bo i one są wspaniale zaprojektowane.

Żeby nie było niejasności, należy wyraźnie podkreślić, że publikacja Kultury Gniewu nie jest komiksem, co dla wielu czytelników będzie wielkim zaskoczeniem. Chociaż nie jest to również tylko i wyłącznie zbiór opowiadań opatrzony pięknymi oraz trafnymi ilustracjami. W wypadku tej książki mamy do czynienia z concept albumem. Strona wizualna książki, edytorska, redakcyjna i narracyjna zostały spięte razem. Wszystkie elementy składowe zostały zaprojektowane, wymyślone/obmyślone przez autora, nic w niej nie jest przypadkowe. Czytelnik chwali/zachwyca się każdym z elementów, a nie tylko treścią lub ilustracjami. „Opowieści z najdalszych przedmieść” są pięknie przemyślanym, zaprojektowanym przedmiotem. W tym miejscu należy zaakcentować, że polski wydawca również zadbał o każdy szczegół tej publikacji, chwała mu za to.

Jakiś czas temu czytałem książkę Georgesa Pereca pt. „Pamiętam że”, którą opublikował krakowski Lokator. I jakoś obie książki mi się ze sobą złożyły. Mam wrażenie, że ze sobą współgrają, albo mi się tylko tak wydaje. W każdym razie obie bazują na podobnym założeniu: pamięć jest ważna. Jednak w wypadku książki Pereca znaczące jest to, że pewne rzeczy z o s t a ł y zapamiętane i poprzez pamięć własną budowane jest iluzoryczne poczucie wspólnoty („iluzoryczne”, albowiem przeszkadzają braki, dziury w pamięci, „fałszywa pamięć”, która zakłamuje, dodatkowo książka nie funkcjonuje bez przypisów wydawcy, wyjaśniających kto, skąd, z kim, dlaczego).

W wypadku książki Tana również mamy odwołanie do wspomnień z dzieciństwa. Tylko nie ma próby ich (re)definicji, szukania sensów, realnej nad(od)budowy. Opowieści snute przez narratora wywodzą się z dziecięcej wyobraźni. Tytułowe Przedmieścia są miejscem magicznym, w którym nie wszystko jest jasne, nie wszystko jest wyjaśnione za pomocą „twardych” faktów. Brakujące elementy układanki dopowiada wyobraźnia, dziecięca wyobraźnia. Próba wyjaśnienia rzeczywistości za pomocą „magicznych” sytuacji, przywodzi na myśl także prozę Gabriela García Márqueza.


Zastanawia mnie, czy książka „Opowieści z najdalszych przedmieść” jest publikacją dla dzieci, albo do jakiego stopnia nią jest? Nie ulega wątpliwości, jest to fenomenalny zbiór opowiadań. I chyba przeznaczona jest, mam takie przeczucie, dla dorosłych i nie, bo tak to już bywa z dobrą literaturą.

Shaun Tan (tekst & ilustracje), Opowieści z najdalszych przedmieść, tłum. Magdalena Koziej, Kultura Gniewu, Warszawa 2013.

[tekst: 5, ilustracje: 5+, kolory/cienie: 5]

Maciej Gierszewski
Kopiec Kreta

Peter Heller, Gwiazdozbiór Psa. Recenzja.


Pamiętniki potrzaskanego umysłu

Epidemia grypy unicestwiła prawie całą ludzkość. Specyfika wirusa powoduje, że degradacja nie dotyka źródeł natury, lecz samych ludzi. Ocaleni ukrywają się, by przetrwać, albo walczą, żeby przeżyć. Pierwotne zło drzemiące w człowieku obnaża jego najciemniejsze strony; zabijanie staje się dla niektórych makabryczną rozrywką. Są też nieszczęśnicy, których epidemia nie zmogła od razu, ale choroba krwi powoli wyniszcza ich organizmy i nieubłaganie popycha ku śmierci. Od nich zwykle trzymają się z daleka wszyscy.

Hig przeżył i objął we władanie opuszczone lotnisko do spółki z niejakim Bangleyem – fanatykiem broni, technik survivalu i zdeklarowanym samotnikiem. Duet dzieli się obowiązkami, aby zapewnić sobie przetrwanie. Hig swoją cessną 182 patroluje okolicę, uprawia ogródek i poluje. Bangley dba o bezpieczeństwo ich obu, zabijając wszystko, co pojawi się w zasięgu jego snajperskiego karabinu. Chyba, że akurat trwa noc. Wtedy przydaje się i Jasper – najlepszy przyjaciel i nieodłączny kompan Higa. Jasper wyczuwa nieproszonych gości. Mimo że jest już stary i prawie głuchy, na szczęście pozostał mu dobry węch i szósty psi zmysł. Kiedy wszyscy grają zespołowo, intruzi są bez szans.

Cessna 182 – samolot, którym Hig patroluje okolicę (www.callandfly.pl)

Trzeba przyznać, że dziewięć lat po epidemii panowie urządzili się całkiem nieźle. Przyjaźń dwóch mężczyzn o całkowicie odmiennych charakterach, wymuszona niejako okolicznościami, mimo pozorów niedostępności i wzajemnej niechęci, jest nie do podważenia. Życie upływa im względnie spokojnie, według ustalonych reguł i schematów, dopóki Hig, podczas jednego ze swoich podniebnych patroli, nie odbiera niewyraźnego sygnału radiowego z odległego lotniska. Niestety, miejsce to leży daleko poza punktem powrotu jego cessny. Ale Higowi coraz bardziej doskwiera samotność, tęskni za ludźmi, w szczególności za kobietami, za dawnym światem, za prostymi przyjemnościami. Postanawia wyruszyć w nieznane, za głosem kilku niewyraźnych słów wyłapanych w eterze…

Paonia Valley – jedno z ukochanych miejsc Higa i Jaspera (www.peterheller.net)

„Gwiazdozbiór Psa” jest swoistą pochwałą survivalu, co uwidacznia się w szczegółowych opisach związanych z technikami przetrwania. Na stronach powieści wyczuwalna jest fascynacja autora dziką przyrodą, a w szczególności ptakami. Peter Heller w piękny sposób przedstawia naturę, jej majestat, różnorodność, ale i kruchość. Choć opisana przez niego katastrofa dotknęła przede wszystkim ludzi, to i przyroda zaczyna się zmieniać. Klimat ociepla się, rzeki wysychają, zwierzęta migrują, giną niektóre gatunki – zmienia się ekosystem. Przyczyny tego stanu rzeczy nie zostają już wyjaśnione, niemniej z tego obrazu wyziera troska autora o kondycję świata oraz refleksja nad korelacjami między naturą a człowiekiem. Sam to zresztą podkreśla w wywiadach i wymienia jako główną inspirację do napisania powieści. Ponadto „Gwiazdozbiór Psa” to studium samotności i tęsknoty za utraconym człowieczeństwem. Traktat o rozpaczy po utracie bliskich, na których nagłą śmierć nie ma lekarstwa. Nie wiadomo już, czy uodpornienie na wirusa to wielkie szczęście, czy też szatańskie przekleństwo.

Polskim czytelnikom pomysł początkowego umiejscowienia akcji na opuszczonym lotnisku może kojarzyć się z opowiadaniem Marka Baranieckiego pt. „Głowa Kasandry”, jednak poza tym faktem oba utwory nie mają ze sobą praktycznie nic wspólnego. Autor potwierdza, że z opowiadaniem Baranieckiego nigdy się nie zetknął. „Gwiazdozbiór Psa” przyrównywany jest także do „Drogi” Cormaca McCarthy’ego. Jednak mimo podobieństw w warstwie koncepcyjnej (w obu powieściach bohaterowie dokądś zmierzają w postapokaliptycznym świecie) oraz dość bogatej oprawy językowej, sceneria w jakiej rozgrywa się akcja powieści Hellera jest skrajnie różna od tej ukazanej w „Drodze”. Heller opisuje dziką przyrodę w żywym wydaniu, którą możemy nieomal poczuć i dotknąć. Krajobrazy malowane zielenią drzew i bielą śniegu w żadnym razie nie przypominają księżycowych, szarych i spopielonych wizji  McCarthy’ego. Akcja powieści Hellera ukazana jest oczami Higa. Autor przyjął formę prowadzenia narracji bez standardowych dialogów; nasz protagonista opowiada czytelnikowi właściwie o wszystkim, co widzi, co czuje, co się wokół niego dzieje.

Peter Heller - człowiek wielu pasji (www.voanews.com)

Peter Heller – człowiek wielu pasji (www.voanews.com)

Peter Heller do tej pory znany był jako dziennikarz środowiskowy, nagradzany reportażysta i autor kilku książek literatury faktu. Z sukcesami dołączał także do wypraw mających na celu piętnowanie i przeszkadzanie w zabijaniu zagrożonych gatunków fauny morskiej. Ponadto – jak można przeczytać w jego biografii – to także zapalony pilot, wędkarz, survivalowiec, kajakarz i uczestnik wielu wypraw przygodowo-podróżniczych. Cały ten amalgamat doświadczeń oraz obaw znalazł odbicie w jego pierwszej powieści beletrystycznej, łącznie z własnym alter-ego w roli głównego bohatera, co zaowocowało statusem międzynarodowego bestsellera.

Debiutancka powieść Petera Hellera powiela w pewnym stopniu schematy obecne już wcześniej w literaturze postkatastroficznej. Można odnieść wrażenie, że wiele wątków i pomysłów znamy z innych książek czy filmów. „Gwiazdozbiór Psa” nie jest szczególnym gatunkowym novum, co zatem stanowi o jego wyjątkowości? Myślę, że ów wspomniany konglomerat osobistych doświadczeń i specyficznych zainteresowań autora w połączeniu z nieudawaną troską o losy ginącej, dzikiej przyrodę sprawił, że powieść jest niezwykle prawdziwa.

Peter Heller, Gwiazdozbiór Psa, przeł. Olga Siara, Insignis Media, Kraków 2013.

Jacek „bio_hazard” Bryk

* Recenzja ukazała się również w serwisie kultury postapokaliptycznej Outpost.

%d blogerów lubi to: