Bez mapy i bez kompasu. O „Wielopolu“ Wojciecha Klęczara


Bez mapy i bez kompasu. O „Wielopolu“ Wojciecha Klęczara

Mapa to nie terytorium, mówi Kobrzyński, za Kobrzyńskim flagowy cyniczny melancholik późnej nowoczesności, Michel Houellebecq. Więc kiedy jesteś w obcym miejscu, kiedy wyciągasz z ciasnej kieszeni ten czy inny model niemodnego już w tym sezonie smartphone’a, kiedy chcesz się dostać z punktu A do punktu B i tylko to cię w danej chwili interesuje, wiesz doskonale, że mapa to tylko utylitarna abstrakcja. Że mapa nie jest dziełem artystycznej imaginacji, intelektualnej brawury czy nieokiełznanego talentu. Stawką jest precyzja, umiejętność przełożenia trójwymiarowej przestrzeni na dwuwymiarową powierzchnię kartki czy ekran twojego starego telefonu. Mapa to figura porządku i kontroli, która poprowadzi cię bezpiecznie w nieznane krajobrazy odległych dzielnic, kiedy właśnie szukasz mieszkania, to zmyślny plan, który zabierze cię z lotniska wprost do hałaśliwego hostelu, gdzie spędzisz kolejne trzy noce. Mapa to podróż, czasem rozrywka. Ale co zrobić z takim jej rodzajem, który rzeczywistość przestrzeni przekłada nie na starannie wycyzelowany obrazek, ale na słowa i zdania?

To właśnie taka mapa jest strukturą organizującą dziesięć mniejszych tekstów w debiutancką powieść Wojciecha Klęczara „Wielopole“. Tytuł książki może być nieco mylący. Nie jest ona bowiem nawiązaniem do kultowej sztuki Tadeusza Kantora – mrocznej podróży w głąb pamięci, która obraca kalejdoskopem prywatnej i narodowej historii. Tytułowe Wielopole to też doświadczenie indywidualne, wpisujące się w szersze kolektywne, a być może i formatywne doznanie, ale jego kaliber i proweniencja jest już zgoła inna. Dla Krakusa i Krakuski w pewnym wieku asocjacja może być tylko jedna. Chodzi o słynną imprezownię, na którą składało się parę modnych barów (m.in. Caryca, Łubu Dubu i Kitsch) mieszczących się w zrujnowanej wiekami, niefrasobliwymi właścicielami i smogiem kamienicy przy ulicy Wielopole 15. Jej losy potoczyły się dramatycznie, choć obyło się bez ofiar: pewnej pamiętnej soboty w 2011 roku zawaliły się schody prowadzące do jednej z knajp. Książka Klęczara zaczyna się dokładnie w momencie, kiedy dla wielu skończył się świat beztroskich obłapiań w przepastnych czeluściach tego czy innego pulsującego dark electro i bitami z wczesnej twórczości Madonny wnętrza. „Bezdomni imprezowicze“ snują się teraz po mieście, muszą wydeptać nowe szlaki, odnaleźć nowe destynacje, w których konsekwentnie będą pracować nad kolejną erotyczną zdobyczą, kolejnym niedzielnym kacem.

Wojciech Klęczar (foto: Joanna Borgieł)

Na pierwszy rzut oka „Wielopole“ to próba naszkicowania nowej mapy, wytyczenia nowego terytorium po lokalnej mikro-katastrofie. Wrażliwość i precyzja, z którą Klęczar opisuje przestrzeń, jest z pewnością mechanizmem napędowym powieści. Na wyjątkową uwagę zasługuje surrealistyczna scena, w której narrator sunie w nocy po krakowskich Plantach, budząc z bahusowego rauszu typicznych użytkowników tego terytorium. Oni zaś ze swoim emocjonalnym bagażem, traumami i pragnieniami, dołączają się do opowiadacza w niezwykłym, kolorowym korowodzie: I tak dotarłem do Siennej. Do ulicy, którą jeszcze niedawno co weekend nocną porą pielgrzymowały z Rynku na Wielopole tłumy imprezowiczów: biedni studenci, liczący na tanie picie; biedne studentki, liczące na darmowe picie; bogaci studenci, liczący na biedne studentki; bogate studentki, nie wiadomo po co; pracownicy biur, banków i korporacji, by poczuć zew przygody; nauczyciele, by wydać ostatnie grosze; lansiarze, by się puszyć; domorośli tancerze, by poskakać; introwertycy, by posiedzieć przy barze; introwertyczki, by popatrzeć na przystojnych; przystojni, by szukać ładnych; ładne, by je podrywano; brzydkie, by trafić na księcia; niskie i wysokie, by spotkać wysokiego; niscy i wysocy, by spotkać niską lub wysoką; smutni, by dokarmiać depresję; szczęśliwi, by podlewać radość; luminarze, by rozmawiać o filozofii; idioci, by rozmawiać jak najmniej; długoletnie pary, by zwalczyć monotonię; samotni, by wreszcie kogoś poznać; homoseksualiści, by wreszcie poczuć się swobodnie; hetero, by czuć się jak zwykle; samce alfa, by jakąś upolować; nieśmiali, by choć raz się odważyć (…) (s. 72)

Przytoczony fragment, który ciągnie się przez dobrych parę akapitów, stanowić może wystarczający powód do przeczytania książki, ale jest też istotny z innych względów. Ukazuje on bowiem jedną z wielu twarzy narratora: barmana, melomana-hochsztaplera, niedoszłego prawnika, trochę paranoika, trochę melancholika, bystrego i uważnego konesera nocnego (i porannego) życia Krakowa, którego poznajemy bliżej w tytułowym tekście. Bohater, którego myśli i zsynchronizowany z nimi nieustanny ruch w przestrzeni śledzimy, zdaje się współczesną wersją fin de sièclowego flâneura – profesjonalnego spacerowicza i wnikliwego obserwatora miasta. Historycznie figura ta powiązana jest z początkami kryzysu podmiotowości. Nie inaczej jest w „Wielopolu“, gdzie poczucie końca i wyczerpania wpisano w rozedrgane sylwetki głównych bohaterów. To jest też właśnie narrator (niesłusznie przez niektórych recenzentów utożsamiany z autorem), który staje się naszym samozwańczym przewodnikiem po ciemnych zaułkach, pogrążonych w mroku ulicach i skwerach, tanich jadłodajniach, a przede wszystkich po kultowych barach, knajpach i spelunach, w których jednocześnie dzieje się wszystko i nie dzieje się nic.

Czytane z tej perspektywy „Wielopole” to fascynujący i nieoczywisty plan imprezowego Krakowa, tego sprzed lat i tego współczesnego, tego ekstatycznego od alkoholowego haju i tego odurzonego melancholią dnia po końcu imprezy. Jądrem, wokół którego centralizuje się opowieść krakowskiego pisarza, jest fikcyjna knajpa o symptomatycznej nazwie Prokrastynacja, nawiedzana przez zastęp mniej lub bardziej ekscentrycznych klientów, których życie wypadło z torów i uporczywie nie może na nie wrócić. Bywają prawnikami, dziennikarzami, muzykami, żołnierzami, sprzątaczami i naukowcami, ale tymi nieudanymi, tymi, z których złośliwie naśmiewa się życie. Życiem Jacka, Malutkiego, Radka czy Mariusza rządzi niefrasobliwy przypadek, a jego poczucie humoru nie zna granic. Raz rzuca bohatera z obiecującego związku wprost w kryminalną intrygę, kiedy indziej znad stołu w kasynie jednym ruchem przesuwa do stolika na dansingu dla ryczących pięćdziesiątek, by za moment, ot tak dla zabawy, z rokującego naukowca w Krakowie zrobić wziętego kelnera w Paryżu, a z przeintelektualizowanego księgarza-aresztanta osadzonego za posiadanie. Ale żaden z tych „wiecznie rokujących”, potencjalnych ludzi, mężczyzn niedokończonych, nie jest w stanie przełamać swojej pasywności, zawalczyć, by wygrać lub przegrać. Ich gesty i ruchy są puste i bez znaczenia. Coś nimi działa, ale oni sami pozbawieni są energii do podjęcia jakiejkolwiek inicjatywy. Dlatego, na przykład, Mariusz, oddany uczestnik licznych kursów językowych, laureat olimpiady historycznej, były redaktor gazetki kółka matematycznego, niespełniony pisarz i autor wielu niedokończonych artykułów, a także marzyciel niestrudzenie snujący wizje o przyszłej o karierze dyplomaty, czuje się najlepiej, gdy właściciel księgarni wydaje mu polecenia. Horyzont Mariusza wyznacza odgórnie zainicjowane przenoszenie książek z miejsca na miejsce. Organizuje cierpliwie tę przestrzeń, ale zawsze pod czyjeś dyktando. To ten inny, ktoś z zewnątrz, musi coś zrobić z rzeczywistością bohatera, gdyż on sam niezdolny jest do podjęcia jakichkolwiek działań. Symptomatyczny jest sposób, w jaki dowiadujemy się o tych ważkich faktach z życia Mariusza. Historie te wypływają bowiem, gdy zmarnowany po dniu w areszcie chłopak wreszcie zasypia: A kiedy się budzi – ten poniedziałkowy ranek jest ładny i słoneczny, w sam raz na winko na Kopcu Kościuszki – dziwi się, że w jednym śnie może się tyle zmieścić. (s. 39)

W opowiadaniu „Dyplomata” sen staje się metaforą życia, w którym dzianie się zostaje zastąpione przez permanentny stan zawieszenia. Podobną funkcję pełnią w powieści wszystkie refleksje autotematyczne. „Wielopole” pełne jest bowiem rozsypanych tu i ówdzie tropów związanych z pisaniem i czytaniem, gdzie tekst staje się bezpieczną przestrzenią, w której można się schować przed zawsze kłopotliwym namiarem świata. Księgarzem o literackich aspiracjach jest wspomniany już Mariusz. W pewnym momencie i narrator demaskuje się jako nieudany pisarz: Wtedy ostatecznie zdecydowałem, że rzucam pisanie, tak naprawdę był to pusty gest, bo niczego od dawna nie napisałem, a zresztą wcześniej, kiedy niby coś pisałem, nie udało mi się stworzyć żadnego opowiadania, które byłoby choćby ponadprzeciętne. (s. 60)

Większym sukcesem pochwalić się może obsesyjny i narcystyczny Julian – autor tekstu opublikowanego w jednym z niszowych pism literackich. Ale i ten niewielki sukces nie pociągnął za sobą następnych, bardziej spektakularnych osiągnięć. W świecie literatury, muzyki i filmu żyje też Kolo – notoryczny gapowicz, drobny złodziejaszek, radiowiec i utalentowany strzelec wojskowy – którego wzorce relacji międzyludzkich ukształtowane są całkowicie przez wymazującą nudę i dłużyzny z egzystencji fabułę. Najbardziej zdecydowany gest wypisania się z rzeczywistości podejmuje Dziennikarz: były korespondent wojenny, obecnie autor tekstów o militariach. Lata codziennego obcowania z najbardziej plugawymi występkami, makabrycznymi zbrodniami i najciemniejszymi zaułkami ludzkiej natury uczyniły z człowieka, który widział pływające w zupie oczy, emocjonalne truchło. Jedynym paliwem napędzającym resztki tego życia, które po koszmarze wojny może być doświadczane już tylko przez ekran komputera, jest pierwsza, następna, kolejna bania czystej.

Rola alkoholu, a także innych używek, jest w powieści kluczowa. Dla większości bohaterów pełni on oczywiście funkcję terapeutyczną: pozwala zapomnieć o tym, o czym pamiętać nie można, łagodnie zapełnia najbardziej nawet ziejącą pustkę w duszy, jest kojącym okładem na złamane serca. W tej refleksji nie ma, rzecz jasna, nic odkrywczego. Interesujący jest jednak zupełnie inny kontekst. Alkohol w „Wielopolu” staje się bowiem wehikułem niespodziewanych okoliczności. To dzięki nieplanowanej libacji Radek nie wygłasza w końcu referatu na konferencji w Paryżu i znów, przez zupełny przypadek, znajduje zatrudnienie w restauracji. Zapijanie smutków sprawia, że narrator tytułowego „Wielopola” dowiaduje się pewnych kluczowych dla rozwoju narracji informacji. Niecały gram palenia dziwnym trafem wsadza Mariusza do aresztu; Malutkiego, który przepuszcza ostatnie grosze w podrzędnych kasynach, uzależnienie od hazardu pcha – przynajmniej teoretycznie – w ramiona podstarzałych sponsorek. Żaden jednak z bohaterów nie rozpoznaje swojego problemu. Dobitnie obrazuje to scena, w której Dziennikarz – sam zapijający swoją traumę kolejnymi kieliszkami czystej – komentuje z politowaniem jednego ze stałych bywalców Prokrastynacji. Szkoda gościa, fajny człowiek był, alkohol go zniszczył. Znaliśmy się kiedyś, za licealnych czasów, och, dawno to było, jak dawno… (s. 20-21) – podsumowuje z nieudawanym współczuciem mężczyzna, który potrafił patrzeć w twarz kloace świata, ale nie umie skonfrontować się z własnym alkoholizmem i demonami, które go w uzależnienie wpędziły.

Spotkanie autorskie (prowadzi Agnieszka Jeżyk)

Diagnozy społeczne z bezlitosną szczerością, ale i z autentycznym zrozumieniem serwowane przez Klęczara, są dojmująco pesymistyczne. Wszystkich bohaterów, którzy na kartach powieści zwierzają się ze swoich intymnych przeżyć, dzielą się anegdotami czy niezwykłymi doświadczeniami, łączy uczucie dojmującej pustki ziejącej z każdej komórki, sunącej neuronami, płynącej wartko w krwiobiegu. Na tę niemoc, to wszechogarniające otępienie, nie pomaga tak naprawdę ani wódka, ani joint, chwilowa podnieta z wygranej partii, adrenalina pompowana przez ekstremalne doświadczenia, przypadkowy seks ani rozmowa z empatycznym barmanem z nieskończonymi pokładami wrażliwości. Klęczar notuje i zbiera, ale nie ocenia. Pomijając nieco zbyt konwencjonalnie eksploatujące stereotypy, opowiadanie „Aktywistki” i niewnoszącego do tomu nic intrygującego „Pisarza”, „Wielopole” to fascynująca galeria ludzkich osobliwości, które pod czułym i uważnym piórem autora stają się niepokojąco uniwersalne. To pełne empatii, ale i bezpretensjonalnego poczucia humoru głęboko humanistyczne historie o pokoleniu, które pozbawione żywiołowego temperamentu beneficjentów przemiany ustrojowej i roszczeniowej buńczuczności milenialsów, pogrąża się w egzystencjalnej i społecznej inercji. To opowieść o generacji, tej bez mapy i bez kompasu, której zostaje tylko chlać obsesyjnie kontemplując utracone szanse, niewykorzystane okazje i te wszystkie „twoje pięć minut”, które nigdy porządnie się nie nadziały. Przede wszystkim jednak jest to narracja o depresji, o chorobie bezlitośnie toczącej dzisiejszych trzydziestolatków, którzy nie umieją wpasować się w wygórowane wzorce lansowane przez nastawione na rozwój osobisty i erotyczne sukcesy media, kult ego promowany przez portale społecznościowy i nakaz odnoszenia wciąż to nowych osiągnięć zawodowych w prywatnych firmach, międzynarodowych korporacjach, w startupach, o każdej porze dnia i nocy, siedem dni w tygodniu, to perpetuum mobile będące kwintesencją późnego kapitalizmu.

Depresja w „Wielopolu” ma wiele odcieni. Niekiedy to raczej rodzaj subtelnej melancholii, która nawiedza narratora: Bywałem niejednokrotnie kimś w rodzaju Bieguna, tyle że łażąc, nie walczyłem ze złem, a jedynie ze złymi myślami. (s. 78) Kiedy indziej, jak w przypadku Jacka z pierwszego z opowiadań w tomie, to stan chronicznego, wiecznie powracającego rozczarowania, rozpaczy, mroku. Bardzo dobitnie obrazuje to jedna z kluczowych scen z tytułowej historii, w której narrator w wyniku dziwnego zbiegu okoliczności trafia na spotkanie sekty wyznawców teorii radykalnego pesymizmu Philippa Mainländera. Dla wszystkich tych nadwrażliwych, niedostosowanych, naiwnych, idealistycznych, nieporadnych, nieatrakcyjnych, błądzących, zbyt głośno samotnych, infantylnych, beznadziejne melancholijnych nie ma lepszego patrona niż autor „Metafizyki Unicestwienia”. Tak! Jedynie śmierć może wyzwolić nas z cierpienia. Tylko ona może dać ulgę i wybawienie. Ale pamiętajmy: odczujemy ulgę tylko wtedy, gdy będziemy zaprzeczać woli życia. Tylko wtedy! Tylko wówczas na zawsze znikniemy. – wraz z demoniczną prelegentką zdają się powtarzać jednym tchem wszyscy bohaterowie „Wielopola”. Klęczar jednak puszcza do czytelnika swoje diabelskie oko i serwuje mu na deser zupełnie nieoczekiwane zakończenie…

Wojciech Klęczar, Wielopole, Wyd. FORMA, Szczecin 2016.

Agnieszka Jeżyk

Beata Krupska, Sceny z życia smoków. Recenzja.


Sceny z zycia smokow okladkaDowiadujemy się, że dobrze być sobą

Konfrontacja z lekturami z dzieciństwa po latach to zazwyczaj ryzykowna sprawa. Nie ukrywam, że po „Sceny z życia smoków” Beaty Krupskiej, książeczkę, nad którą niegdyś pochylaliśmy się z bratem w zadziwiającej zgodzie, dzisiaj sięgałam ze sporą ciekawością. Na szczęście nie zawiodłam się, dzięki czemu z całym przekonaniem mogę zaświadczyć: to nadal fajna, pełna humoru i warta uwagi literatura (nie tylko) dziecięca.

Jest pewna brawura w „Scenach z życia smoków”. Wiele tu absurdu, dziwacznych pomysłów, a mało logicznych rozwiązań. Mimo to cały ten barwny miszmasz, w którym smoki noszą termosy na szyjach, żabie śni się, że jest cebulą, a motyl Kapustnik podkochuje się w ostatniej potomkini dinozaurów, kupujemy bez najmniejszych zarzutów. Przede wszystkim dlatego, że podano go w rozbrajająco szczery, bezkompromisowy, a w swoim braku logiki – naprawdę rozweselający sposób.

Sceny z zycia smokow 1Historię o smokach podzielono na piętnaście scen, z których dowiadujemy się m.in., że „smok jest zwierzęciem domowym”, „co może wydarzyć się podczas prania” czy „jaki ciężki jest los żaby”. Na historyjki opowiadane przez Krupską składają się stare dowcipy („ludzie mogą zjeść muchomory tylko raz, potem na nic już nie mają ochoty”), dziecięce „przekrzykiwanki” i zabawy językowe („Nie bój żaby – zaskrzeczała Żaba. Nie bój smoka! – podchwyciły smoki”), piosenki, mniej lub bardziej wybredne żarty, aż wreszcie kolorowe, często abstrakcyjne akapity. Od czasu do czasu dowiemy się stąd czegoś pożytecznego (np. czym jest „definicja”), mamy okazję do krótkiej refleksji (podział na „rasowe smoki”, które mieszkają za murem i smoki „kundle”), bywa też, że zaskoczymy się błyskotliwością niektórych puent w ustach bohaterów. To działa niezależnie od naszej metryczki.

Sceny z zycia smokow 2

Sceny z zycia smokow 3Bohaterowie „Scen z życia smoków” ujmują również swoją odmiennością. To grupa barwnych (nawet jak na bajkowe realia) dziwolągów, które dodatkowo bywają leniwe, bardzo nieporadne, niezręczne i wcale nie mądrzejsze. Nie moralizują, a jednak mają dobre serca, co słusznym morałem jest samo w sobie. Trzymają się razem, przyjaźnią się i dobrze im w tej ich osobności. Podjęta przez nich próba wyruszenia gdzieś dalej i zasmakowania bardziej światowego życia kończy się fiaskiem. Nie ma to jak w swoim towarzystwie, nie ma to jak na własnych śmieciach. Książeczka Krupskiej to także pochwała nieposkromionej wyobraźni, która zwalnia nas z obowiązku posiadania matematycznej wiedzy („zawsze przerażały mnie smoki, które widziały, ile jest 36 razy 36”), ale za to nakazuje być sobą i zachować entuzjazm. To dobre wzorce.

Sceny z zycia smokow 4Słówko o nowym wydaniu. Wznowienie, które w 2014 roku przygotowało wydawnictwo Prószyński i S-ka, opatrzone jest ilustracjami Zbigniewa Larwy. Wielu czytelników przyjęło pracę znanego ilustratora entuzjastycznie, inni zaś krytykowali ją za przesadną pstrokatość. Mnie się jego wizja podoba. I choć niektóre postacie trochę straciły na uroku względem pierwszego wydania „Scen” (np. mniej charakterystyczne są smoki zza muru czy Makrauchenia, a termosy smoków gubią się gdzieś w ogromie szczegółów), książeczka i tak prezentuje się zachęcająco i czaruje swoją intensywnością. Bardzo szczegółowe, zniuansowane ilustracje są być może trochę oldschoolowe, stając w opozycji do współcześnie modnego minimalizmu, ale też zachęcają do „zatopienia się nich”, uważnej obserwacji, odkrywania drobiazgów, śledzenia palcem oraz interpretacji. Nowe „Sceny z życia smoków” wyglądają efektownie i z pewnością, podobnie jak kilka pokoleń temu, spodobają się niejednemu maluchowi. I jego rodzicom.

Beata Krupska, Sceny z życia smoków, ilustrował Zbigniew Larwa, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2014.

Dorota Jędrzejewska

Sceny z zycia smokow 5

Andrzej Stasiuk, Taksim.


Taksim-okladkaBarbarzyńcy w świecie rozpadu

Pamiętam pewne spotkanie autorskie z Andrzejem Stasiukiem, które odbyło się w 1994 roku w Poznaniu. Nie pamiętam, czy było ono związane z promocją powieści „Biały kruk”, czy też zbioru „Wierszy miłosnych i nie”. Podczas spotkania Stasiuk mówił, że zaprzestaje pisania prozy i zostaje poetą. Na szczęście już wtedy było wiadomo, że nie mówi poważnie. Jego wiersze mnie nie przekonywały. Zresztą, gdy sięgam do tej książki dziś, po tylu latach nadal mnie nie przekonują. Podobnie miałem z „Białym krukiem”, który nie powalił mnie na kolana. Inaczej czytałem opowiadania: „Opowieści galicyjskie”, „Przez rzekę”, „Dukla” i „Mury Hebronu”. Andrzej Stasiuk łączył się w mojej głowie z Kornelem Filipowiczem, którego wiersze – tak na marginesie – także są „nie bardzo”. Wszystkie książki Stasiuka, z wyjątkiem „Wierszy miłosnych i nie”, które kiedyś miałem w domu, w jakiś magiczny sposób zniknęły.

Do „Taksima” przekonała mnie objętość, przeszło 300 stron tekstu. „Poważna powieść” – pomyślałem i kupiłem. Czytając, myślałem o innej książce, dokładnie o „Oswajaniu świata” Nicolasa Bouviera. „Taksim” to dla mnie książka przede wszystkim o tym, że słynna „łagodna ucieczka na południe” nie ma szans powodzenia. Może i da się uciec „od świata”, zostawić za sobą wszystko lub prawie wszystko, zostawić wcześniejsze niepowodzenia, zniknąć z pola widzenia i rozpocząć od nowa w innym miejscu. Tak jak zrobił Paweł. Jednakże „zniknięcie” nie jest całkowite, ponieważ po jakimś czasie znów zaczyna się wikłać. Wikłać się w kolejny układ, tym razem z Władkiem, z którym wchodzi w interes polegający na sprzedaży używanej odzieży („szmat”) z metkami Paris-London-New York. Swój bazar wożą po wioskach i miasteczkach pogranicza, wciąż dalej i dalej na południe. Co ich gna? Skąd biorą siłę? Skąd takie samozaparcie? Skąd pewność, że trzeba się ruszać?

Andrzej Stasiuk (fot. Kamil Gubała)

Andrzej Stasiuk (fot. Kamil Gubała)

W trakcie czytania myślałem także o fragmencie wiersza Kawafisa: „Na cóż czekamy, zebrani na rynku?/Dziś mają tu przyjść barbarzyńcy”. W powieści Stasiuka „barbarzyńcami” są Chińczycy, Wietnamczycy, którzy handlują jednorazowym, tanim badziewiem, które wystarczy ubrać/użyć raz czy dwa, aby się rozpadło. I to jest bardzo mądrze pomyślane, ponieważ od razu trzeba kupić następną rzecz. Rzeczy zamiast trwać, rozpadają się, nie można na nich polegać. Służą przez chwilę, przez sekundę. Świat się rozpada.

„Taksim” napisane jest mocnym, wyrazistym językiem. I ostatecznie, dla mnie, język, a nie opowieść, jest najmocniejszą stroną tej książki. Język, który nie boi się wulgaryzmów, a z drugiej strony nie boi się popaść w liryczny banał. Przedmioty, krainy, ludzie są wyraźni, mają widzialny kontur.

Andrzej Stasiuk, Taksim, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2009.

Maciej Gierszewski
Kopiec Kreta

* Na łamach Dwutygodnika.com do przeczytania ciekawy wywiad z Andrzejem Stasiukiem, przeprowadzony przez Igę Gierblińską i Edytę Hetmanowską, w którym pisarz opowiada m.in. o „Taksimie”, podróżowaniu, kobietach i „chodzeniu do kościoła”:

http://www.dwutygodnik.com/artykul/446-przegadac-ten-swiat.html

Iwona Chmielewska, Dwoje ludzi. Recenzja.


Dwoje-ludzi-okladkaJak naczynia klepsydry

Dwoje ludzi zostało przygotowane przez autorkę dla oficyny Sakeyjul z Korei, książka ukazała się sześć lat temu, a teraz, dzięki uprzejmości poznańskiej oficyny Media Rodzina, od lutego jest dostępna w naszym kraju. Z uwagi na pewne szczegóły edycji i fotoedycji można śmiało powiedzieć, że jest to premiera nowego picturebooka Iwony Chmielewskiej. Gdyż artystka zdecydowała się wprowadzić drobne, ale zasadnicze zmiany: zrezygnowała z ostatniej ilustracji. Gest ten zmienia wymowę całości, łamie jednoznaczność, przesuwając akcenty w stronę wieloznacznego i otwartego pola znaczeniowego. O czym słusznie pisała Anna Mrozińska; polecam sprawdzić tu: klik! klik!

Dwoje-ludzi-klepsydra

Tekst pomieszczony w książce, który zaczyna się od słów: „Gdy dwoje ludzi żyje razem, to jest im łatwiej, bo są razem, i jest im trudniej, bo są razem”, podano za pomocą prostych, sentencjonalnych zdań. Czasem opartych na zestawieniu cząstek wykluczających się, czasem trafnie dobranych oksymoronach, a czasem z użyciem obrazów przeciwstawnych, przeciwległych. Jednakże całość jest spójna, metaforyczna i konsekwentna: każdy związek dwojga ludzi jest, mimo pozornej prostoty, sprawą skomplikowaną i niejednoznaczną. Zdaję sobie sprawę, że takie przedstawienie fabuły może sugerować jej banalność, ale nic bardziej mylnego. Artystce udało się uniknąć mielizn na jakie narażony jest każdy autor, który chce opowiedzieć o byciu w związku z Innym. A właściwie w różnych związkach, bo czasem mówi się o niemożności wspólnego przebywania w jednym miejscu (jak dzień i noc), a czasem o łączeniu się ludzi na stałe (jak naczynia klepsydry). I niekoniecznie autorka ma na myśli tylko związek kobiety i mężczyzny.

Dwoje_ludzi

Dwoje-ludzi-okno

Zadziwiające (i zarazem fascynujące!), że w tekście nie użyto bezpośrednio słowo „miłość” w odniesieniu do opisywanej relacji między dwojgiem ludzi. Pada ono jedynie raz, na przedostatniej rozkładówce w zdaniu: „Ludzie mogę być też mocno złączeni jak dwie okładki książki o miłości, bez których ta opowieść by się rozsypała”. Dzięki użyciu zaimka wskazującego możemy uznać, że mamy do czynienia z zabiegiem metaliterackim, w którym fragment książki wskazuje na nią samą… Na uwagę zasługuje też cała koncepcja omawianego picturebooka. Na ilustracjach widzimy „dopowiadające” i rozszerzające znaczenia elementy graficzne, które pobudzają wyobraźnię czytelnika, nie pozwalając mu skupić się tylko i wyłącznie na słowach. Nie należy czytać Dwojga ludzi od zdania do zdania, bo wiele niuansów można wtedy przeoczyć.

Dwoje-ludzi-oczySposób lektury

Mój sposób lektury wygląda następująco: po przewróceniu strony najpierw staram się sczytać ilustracje, zastanawiając się (sam, bez podpowiedzi ze strony autorki/autora), co wnoszą do narracji z poprzedniego panelu, następnie czytam tekst zamieszczony na planszy, dodając go (w głowie) do poprzedniego fragmentu układanki słownej; dalej powracam do ilustracji zamieszczonych na rozkładówce i składam je z tekstem tylko tej strony, na której właśnie jestem; potem staram się rozgryźć, co z czym i dlaczego zostało połączone, dokładam to, co znalazłem do tego, co już wiem. Na zakończenie jeszcze raz zajmuję się szczegółowo samą ilustracją (ilustracjami) na stronie, przyglądam się im dokładnie, zbliżam wzrok do każdej drobnostki, załomu, literki. Potem studiuję (raz jeszcze) wszystko, co można znaleźć pod okładką, na stronie tytułowej i redaktorskiej. Podziwiam wklejki. No i jeszcze tylko dwa czytania: najpierw sam tekst, a następnie same ilustracje – strona po stronie.

Wydawać by się mogło, że lektura omawianej książki nie powinno zająć więcej niż 15-20 minut, a jednak pierwsza lektura trwała prawie 3 godziny, a później były i następne. Ponieważ Dwoje ludzi to pozycja, do której się wraca!

Iwona Chmielewska (tekst & ilustracje), Dwoje ludzi, Media Rodzina, Poznań 2014.

[tekst: 5, rysunki: 4+, kolory/cienie: 4]

Maciej Gierszewski
Kopiec Kreta

Dwoje-ludzi-wyspa

Krystyna Miłobędzka, Iwona Chmielewska, Na wysokiej górze.


Permanentne odbicie w lustrze

Od premiery Na wysokiej górze, książki-spotkania Krystyny Miłobędzkiej i Iwony Chmielewskiej, minęło kilka dobrych miesięcy. Publikacja Wydawnictwa Miejskiego Posnania była przez ten czas wielokrotnie nagradzana. Podczas 5. Targów Książki dla Dzieci i Młodzieży we Wrocławiu przyznano jej główną nagrodę w konkursie Dobre Strony. Otrzymała też honorowe wyróżnienie w Konkursie na Najpiękniejszą Książkę Roku 2013, organizowanym przez Polskie Towarzystwo Wydawców Książek, z kolei Biblioteka Raczyńskich z Poznania przyznała swoje wyróżnienie w ramach Poznańskiego Przeglądu Nowości Wydawniczych „Książka zimy 2013/2014”.

Ewa Gruda – jurorka wrocławskiego konkursu – powiedziała podczas gali: „O książkach często mówi się, że są magiczne. Przyznam, że to określenie pasuje do tej książki znakomicie. Jest to dzieło dwóch niezwykłych, uzupełniających się artystek”. Po prawdzie, chociaż trudno w to uwierzyć, Krystyna Miłobędzka nie uczestniczyła w procesie tworzenia publikacji. Jak napisał mi Jarosław Borowiec: „Książka powstawała w zupełnie wyjątkowy sposób, bo była prezentem dla Krystyny Miłobędzkiej; p. Krystyna zobaczyła ją po raz pierwszy w pełni dopiero na targach, nie było żadnych konsultacji, żadnych zmian…”.

Na-wysokiej-gorze-1Jarosław, zapytany przeze mnie o rodowód publikacji, odpowiedział: „Ten pomysł był taką wypadkową rozmów, które prowadziłem z Olchą Sikorską, komisarzem targów i inicjatorką nagrody „Pegazika” dla Miłobędzkiej. Znałem wcześniej prace Chmielewskiej, jej warsztat, stąd pomysł wydał mi się naturalnym połączeniem – różnych, ale w wielu miejscach tożsamych sobie światów”. Iwona Chmielewska wzięła na warsztat fragment tekstu Na wysokiej górze. Commedia della lingua, przedstawienia teatralnego (a właściwie, „gry słownej dla teatru”) napisanego przez Krystynę Miłobędzką. Mam w domowej biblioteczce książkę poetki Siała baba mak, z której zaczerpnięte zostały słowa. Sztuka opatrzona jest rozbudowanym zestawem didaskaliów, w których autorka wszystkowierszy dzieli się swoimi wątpliwościami: „(…) może wszytko odbywa się inaczej – bardzo uroczyście”, „Któreś zaczyna opowiadać, a potem toczy się «rozmowa», która może być grą w talerzyki i pałeczki. Nie znam zasad tej gry”.

Na-wysokiej-gorze-2Chciałbym zacytować jeszcze fragment z posłowia książki Miłobędzkiej, które śmiało można odnieść do omawianej publikacji: „Mówi się jedno słowo a dzieje się wiele rzeczy, wiele rzeczy dzieje się bez słów albo dzieją się same słowa. Rozmaicie. Na czytelników i aktorów czekają także puste miejsca do wypełnienia własnymi słowami. Czekają również gotowe słowa, gotowe przedmioty i role jeszcze niczyje (…)”. Ponieważ Chmielewska pozostawia między ilustracjami również wiele pustych przestrzeni, które może wypełnić (jeśli tylko będzie chciał) czytelnik. Napisałem w pierwszym zdaniu, że Na wysokiej… to książka-spotkanie. Intymne spotkanie (w sensie: ciche, spokojne, skupione), w którym tekst Miłobędzkiej spotyka się z ilustracjami Chmielewskiej, a może odwrotnie. Czytelnik może brać w nim aktywny udział, może dopowiadać (dograć?), współuczestniczyć. Czy ktoś zna odpowiedź na pytanie, dlaczego na jednym z końcowych paneli pies wchodzi po schodach i dlaczego patrzy na zwiewną, białą sukienkę?

Na-wysokiej-gorze-4Nadszedł właśnie taki moment, w którym powinienem napisać, o czym opowiada ten piękny picturebook. Nie jestem pewien, ale postaram się zanotować swoje intuicje, chociaż nie przypominam sobie, abym podczas lektury jakiejkolwiek innej książki miał aż tyle wątpliwości. Czuję się trochę tak, jakbym nie znał reguł tej gry. Z jednej strony jest o starości, która wspomina młodość. Z drugiej strony, jeśli ustawimy lustro pod innym kątem, jest o młodości, która projektuje starość. Jest prawie milczącą lekcją, że wszystko wydarza się jednocześnie, wszystko zawiera się we wszystkim: starość w dziecięcości i odwrotnie, że mała dziewczynka mieszka w starej kobiecie, a w dziewczynce babcia i prababcia. Permanentnie odbijamy się. W lustrach, w czasie, w sobie. Czy kot patrzący w lustro siebie widzi, czy innego kota?

Na-wysokiej-gorze-5O tym, że czasem czujemy się bardzo samotni w pustym pokoju. Dom jest światem, a świat domem. Dom nie jest stałym elementem przestrzeni, jest miejscem niesionym przez czas, oglądanym z różnych perspektyw pamięci i mającym na nią (pamięć) zasadniczy wpływ. Kobieta, nie młoda i jeszcze nie stara, siedzi w pokoju i przez ramę okienną spogląda na rzeczy za nim. Z domu wychodzi się, do domu się wraca, mamy do czynienia z ciągłym przemieszczaniem się. Czas dany nam jest niczym w porównaniu z czasem drzewa, ale czy trzeba się tym smucić? Niekoniecznie. Dziewczynka wychodzi do lasu, a wraca stara kobieta. (Dlaczego te dwa słowa brzmią tak zgrubiale, tak mało przyjaźnie?)

Na-wysokiej-gorze-okladka-2Wyliczanka Miłobędzkiej, zbudowana w myśl zasady: na hasło odpowiada się „skrzywionym” odzewem, jest miejscami zabawna. Muszę przyznać, że właściwie trochę w ilustracjach Chmielewskiej brakuje mi właśnie zabawy. Całość jest melancholijna, utrzymana w nostalgicznym tonie, który podkreśla spłowiała kolorystyka. Jedynie w niektórych panelach świeci intensywnie czerwona kula azalii.

Czy moje intuicje są słuszne? Nie wiem.

Krystyna Miłobędzka (tekst), Iwona Chmielewska (ilustracje),
Na wysokiej górze, Wydawnictwo Miejskie Posnania, Poznań 2014.

[tekst: 5, ilustracje: 5+, kolory/cienie: 4]

Maciej Gierszewski
Kopiec Kreta

%d bloggers like this: