Denise Kiernan, Dziewczyny atomowe. Recenzja.


Schwytać słońce

Teraz wszyscy jesteśmy skurwysynami

 (Kenneth Bainbridge, kierownik testu Trinity, do Roberta Oppenheimera,
w kilka chwil po pierwszym próbnym wybuchu bomby atomowej na pustyni
w Nowym Meksyku)

 Publikacji o „Projekcie Manhattan”, czyli amerykańskim programie budowy bomby atomowej, jest wiele, podobnie jeśli chodzi o próby prowadzone przez nazistowską III Rzeszę czy szaloną pogoń ZSRR za USA na tym polu. Jednak wszystkie te prace skupiają się głównie na aspektach naukowych, wzbogaconych czasem wątkami sensacyjnymi na tle ujawnianych sukcesywnie tajemnic różnych służb wywiadowczych. Być może nie każdy zdaje sobie sprawę, że amerykańskie badania i programy naukowe prowadzone w tym kierunku, czy wreszcie praktyczne próby skonstruowania broni jądrowej, nie były udziałem kilku czy nawet kilkudziesięciu osób. Oczywiście, za ojca bomby atomowej powszechnie uznaje się J. Roberta Oppenheimera, który był dyrektorem naukowym projektu, ale swój wkład w rozwój badań, eksperymenty i wreszcie w powstanie samej bomby miało wielu naukowców, dziesiątki firm i instytucji oraz tysiące przeciętnych ludzi. Gros z tych ostatnich nie zdawało sobie nawet sprawy, nad czym pracują i w czym uczestniczą – projekt otoczony był ścisłą tajemnicą. Przybliżeniem tego mało znanego tematu podjęła się amerykańska pisarka i dziennikarka – Denise Kiernan – w swojej książce „Dziewczyny atomowe”.

Zasady w Oak Ridge (fot. http://www.gstatic.com)

 Dlaczego dziewczyny? Ano dlatego, że z końcem 1941 roku, kiedy to USA przystąpiły do wojny, przemysł amerykański w coraz większym stopniu zaczął spoczywać na barkach kobiet – mężczyźni walczyli wszakże na frontach, niejednokrotnie oddalonych o tysiące kilometrów od swojej ojczyzny. Logicznym posunięciem było więc zatrudnienie w ramach „Projektu Manhattan” największej i propagandowo ważnej w tamtym okresie siły roboczej rekrutującej się z przedstawicielek płci pięknej. Najbardziej pracochłonnym i najtrudniejszym zagadnieniem było znalezienie skutecznej i odpowiednio wydajnej metody wzbogacania uranu, aby można było myśleć w ogóle o zbudowaniu bomby. W tym celu w 1942 roku w stanie Tennessee, w pobliżu miasta Knoxville, na blisko 240 km² rozpoczęto budowę ośrodka, który miał się zajmować tym problemem. W planach była budowa czterech zakładów, w tym trzech do wzbogacania uranu i jednego z przeznaczeniem na eksperymentalny reaktor. Do Oak Ridge – bo tak nazwano to miejsce – zaczęły ściągać setki, tysiące ludzi, zarówno tych zatrudnionych bezpośrednio do projektu, jak i mnóstwo poszukujących lepiej płatnej pracy. Oprócz pracowników naukowych i operatorów urządzeń „Projekt Manhattan” potrzebował rzeszy budowlańców i ludzi do obsługi całej infrastruktury. Początkowo planowana liczba 13.000 ludzi zaangażowanych w projekt i jego budowę rosła w tempie ekspresowym, aż wreszcie przekroczyła 75.000. Taką rzeszę pracowników trzeba było gdzieś zakwaterować. Dla większości z nich wybudowano na miejscu miasto, całkowicie od podstaw. I to właśnie z sylwetkami mieszkanek miasta Oak Ridge postanowiła zapoznać czytelników autorka „Dziewczyn atomowych”.

Młode operatorki kalutronów w zakładzie Y-12 (fot. histmag.org)

Denise Kiernan prezentuje dosyć szerokie spektrum bohaterek. Od czarnoskórej sprzątaczki, przez sekretarki, operatorki urządzeń, po laborantkę i lekarkę miejscowego szpitala. Z rozmów, które z nimi prowadziła, wyłania się obraz miejsca ogarniętego permanentną tajemnicą. Co jest oczywiście zrozumiałe, biorąc pod uwagę rangę projektu oraz stopień przesiąknięcia amerykańskiego społeczeństwa szpiegostwem obcych wywiadów. Utrzymanie wszystkiego w sekrecie było wtedy absolutnym priorytetem. Zwłaszcza że okoliczni mieszkańcy  zaobserwowali intrygujące zjawisko: do ogromnego zakładu ciągle coś wjeżdżało, a nic nie wyjeżdżało, co w kontekście fabryki przemysłu zbrojeniowego, którą było Oak Ridge, musiało przecież wydawać się dziwne. Ciekawość leży w naturze człowieka i naszym bohaterkom nie było łatwo żyć w warunkach ogólnie obowiązującej tajemnicy. Rozłąka z najbliższymi, niemożność podzielenia się z nimi czymkolwiek związanym z pracą w ośrodku czy wreszcie brak zrozumienia sensu wykonywanych zadań – wszystko to nie wpływało dobrze na samopoczucie i kondycję psychiczną mieszkanek i pracownic Oak Ridge. Do tego dodać trzeba trudne warunki mieszkaniowe i wszechobecne błoto w miejscu, które na dobrą sprawę było nieprzerwanym placem budowy.

Atomowe dziewczyny opowiadają, jak radziły sobie z przeciwnościami losu, wiedząc tylko, że swoją pracą przyczyniają się do szybszego zakończenia wojny, a tym samym do powrotu z niej swoich synów, mężów czy braci. I właściwie ten jeden argument decydował zazwyczaj o tym, że akceptowały wszystko, z czym początkowo trudno im było się pogodzić. Oczywiście praca w Oak Ridge była też dla tych kobiet szansą na lepszy zarobek, rozwój zawodowy czy kontakty towarzyskie. Pamiętajmy bowiem, że społeczeństwo amerykańskie lat 40. XX wieku było jeszcze dosyć pruderyjne – kobiety były dyskryminowane zawodowo, a ich rola w środowisku naukowym marginalna. Tymczasem średnia wieku mieszańców Oak Ridge wynosiła 27 lat – tej masie młodych ludzi trzeba było zapewnić rozrywkę, chwile wytchnienia, stworzyć choćby pozory normalnego życia, aby zachować ich kondycję psychiczną w dobrym stanie. I to wszystko w atmosferze permanentnej inwigilacji i tajemnicy w miejscu praktycznie otoczonym drutami.

Zakład Y-12 elektromagnetycznego rozszczepiania izotopów
w 1943 r. (fot. http://www.mphpa.org)

Książka Denise Kiernan i wspomnienia jej bohaterek świetnie oddają ducha tamtych czasów i proces budowy miasta od podstaw oraz tworzenia się specyficznego społeczeństwa bez żadnej historii, za to scementowanego wspólną tajemnicą. Przez pryzmat niektórych wątków i opowieści można zauważyć też mocno zakorzenioną jeszcze wtedy w USA dyskryminację na tle rasowym oraz stopniową liberalizację tych poglądów. Praca amerykańskiej pisarki ukazuje „Projekt Manhattan” w wymiarze czysto ludzkim, z punktu widzenia także najmniejszych trybików tej ogromne machiny organizacyjnej, nie zdających sobie sprawy ze swojej roli. Marzenia, troski i problemy dwudziestokilkuletnich dziewcząt mogą się wydawać trywialne i przyziemne, jednak poprzez to są też bardziej swojskie i bliższe, choć paradoksalnie uświadamiają nam, że najbardziej śmiercionośna broń w historii ludzkości nie jest tworem jedynie grupy szalonych naukowców.

Pracownicy Oak Ridge (fot. http://www.gstatic.com)

„Dziewczyny atomowe” oprócz ogromnego ładunku emocjonalnego, posiadają także wydźwięk edukacyjny. Autorka we wspomnienia bohaterek wplotła dosyć dokładną historię badań nad rozszczepianiem atomu oraz procesem wzbogacania uranu. „Projekt Manhattan” przyczynił się nie tylko do zniszczenia dwóch japońskich miast. Jako niezamierzony eksperyment socjologiczny projekt ukształtował specyficzne społeczeństwo, w większości dumne z tego kawałka historii, do którego dane im było przyłożyć rękę. Oczywiście były i osoby, które przejawiały ambiwalentne uczucia, co do efektu finalnego projektu – żniwa, które bomby „Little Boy” i „Fat Man” zebrały w Hiroshimie i Nagasaki. Takich osób było jednak zdecydowanie mniej – przeważała bowiem radość z zakończenia wojny. Miasto Oak Ridge, choć projektowane tylko jako tymczasowe, przetrwało. Wciąż mieszkają w nim ludzie związani z projektem, a także ich rodziny, które pozawiązywały się właśnie tutaj.

Obrazu całości dopełniają dwie wkładki z fotografiami dokumentującymi życie bohaterek – zarówno na polu zawodowym jak, i prywatnym. Pozwalają choć po części wyobrazić sobie ogrom zakładów Oak Ridge, potęgują i tak bogate doznania płynące z kart tej lektury o zwykłych ludziach, którym udało się schwytać słońce.

Denise Kiernan, Dziewczyny atomowe, przeł. Mariusz Gądek, Wydawnictwo Otwarte, Kraków 2013.

 Jacek „bio_hazard” Bryk

Keith Lowe, Dziki kontynent. Recenzja.


Rykoszet

Tylko umarli widzieli koniec wojny
(Platon)

Jeśli chodzi o europejski teatr działań, według autora II wojna światowa nie zaczęła się we wrześniu 1939 r. ani nie skończyła w maju 1945 r. W licznych zakątkach Europy, szczególnie wschodniej, działania wojenne trwały jeszcze po Dniu Zwycięstwa. W Jugosławii wojska Broza-Tito walczyły z oddziałami niemieckimi jeszcze co najmniej do połowy maja 1945 r. Natomiast wojny domowe będące pokłosiem II wojny światowej, jak te w Jugosławii czy w Grecji, toczyły się jeszcze przez kilka lat po zakończeniu głównego konfliktu. W Polsce i na Ukrainie oraz w państwach bałtyckich potyczki między partyzantkami nacjonalistycznymi czy narodowowyzwoleńczymi a jednostkami sowieckimi ciągnęły się do lat 50. Opór przeciw sowieckiemu reżimowi, przybierający różne formy, trwał na tych terenach i dłużej – przypadki aresztowań partyzanckich niedobitków zdarzały się jeszcze w latach 60., a nawet 70. Dla niektórych obywateli krajów, które znalazły się pod jarzmem Związku Radzieckiego, II wojna światowa skończyła się dopiero wraz z opuszczeniem ich ojczyzny ostatniego sowieckiego żołnierza, czyli na początku lat 90.

Czas chaosu i bezprawia, który nastał po zakończeniu działań frontowych, spowijając znaczną część Europy na kilka dobrych lat, bywa nierzadko pomijany w pracach historyków, szczególnie zachodnioeuropejskich. Jakkolwiek po upadku komunizmu w bloku wschodnim, tamtejsi badacze dziejów wykonali mnóstwo pracy, aby zebrać i odfałszować ten okres historii swoich krajów, tak istnieją nieliczne opracowania przedstawiające temat globalnie wraz z próbami ukazania zależności pomiędzy wydarzeniami po jednej i drugiej stronie. Keith Lowe nie ogranicza się do kilku powojennych lat. Echa wojny i sprowokowanych nią czystek etnicznych odnajduje jeszcze w latach 60. i 70. w konflikcie bałkańskim czy nawet w nowej fali nacjonalizmu i antysemityzmu, która nastała po roku 2000.

Ruiny Warszawy w styczniu 1946 r.
(źródło: http://www.telegraph.co.uk)

Autor w pierwszej kolejności opisuje straty wojenne – nie tylko materialne i ludnościowe oraz będące ich wynikiem głód i przesiedlenia, ale także ubytki w wymiarze moralnym. Temat potraktowany jest dosyć obszernie, gdyż według autora uświadomienie sobie ogromu tych strat jest niezbędne do zrozumienia fali odwetu, która przetoczyła się przez kontynent już po wojnie.

Na tym z kolei zagadnieniu Keith Lowe koncentruje się w części drugiej, przybliżając m.in. przypadki wyzwalania obozów oraz niepohamowanego odwetu, który byli więźniowie, jeńcy i robotnicy przymusowi brali na swoich dotychczasowych ciemiężycielach. Opisuje nie tylko los ofiar nazistowskiego systemu, ale także tragiczną sytuację niemieckiego społeczeństwa, na którym dokonywano zemsty za lata cierpień, upodleń i upokorzeń [w tym kontekście polecamy też książkę W.G. Sebalda „Wojna powietrzna i literatura”]. Autor nie pomija sytuacji w Europie Wschodniej, której grozę potęgowali Sowieci, jak i tematu prześladowań kobiet „kolaborujących” z żołnierzami niemieckimi i zrodzonych z tych związków dzieci.

Niemieccy uchodźcy na dachu pociągu w Berlinie (źródło: http://www.anunews.net)

W części trzeciej autor przybliża i analizuje czystki etniczne w Europie, zarówno zapoczątkowane przez nazistów, jak i te wynikające bezpośrednio z działań wojennych oraz będące pokłosiem starych konfliktów, a także inspirowane przez nowy totalitarny system. Tematami przewodnimi tej części książki są: ucieczka Żydów z Europy, wysiedlenia Niemców, repatriacje, konflikt polsko-ukraiński oraz jugosłowiański kocioł etniczny.

W części czwartej Keith Lowe przedstawia tezę, iż wybuch II wojny światowej nie był zainicjowany tylko i wyłącznie imperialistycznymi dążeniami Hitlera i rasową polityką nazizmu. Jego zdaniem konflikt ten kiełkował dłużej i był składową wielu lokalnych wojenek i napięć na gruncie politycznym, etnicznym czy terytorialnym. Wiele z tych od dawna tłumionych i pielęgnowanych zatargów zyskało dzięki wybuchowi wojny pretekst do eskalacji i sposobność do zbrojnego rozwiązania problemów. Autor określa to terminem „wojny w wojnach”. W tej części książki opisane są także różne schematy instalacji komunistycznego systemu w krajach, które znalazły się po wojnie w sowieckiej strefie wpływów, będące częścią procesu przejścia do okresu zwanego „zimną wojną”.

Dla czytelnika nie gustującego w takich opracowaniach historycznych nie będzie to łatwa lektura. Miejscami „Dziki kontynent” czyta się jak fascynującą beletrystykę, aby jednak po chwili zostać zbombardowanym przez autora masą suchych faktów, liczb i statystyk. Dzieła dopełniają i niewątpliwie uatrakcyjniają mapki, sporo relacji naocznych świadków wydarzeń oraz fotografie zgrupowane w dwóch wkładkach. Nie jest to także lektura przyjemna, jeśli chodzi o wrażenia estetyczne. Sceny mordów, tortur, brutalnych gwałtów i upodleń nie są w książce rzadkością. Opisy przeżyć niektórych świadków tamtych czasów są dosyć drastyczne, np.:

Ocaleni cywile; Łódź, 14 grudnia 1945 r.
(źródło: foto-post.blogspot.com)

Kobieta zbyt słaba, by stać, opierała się o stos ciał, gotując na ognisku jedzenie, które jej daliśmy; kobiety i mężczyźni kucali na otwartej przestrzeni, gdzie popadło, załatwiając się z powodu dyzenterii, która czyściła im kiszki; całkiem naga kobieta stała i myła się czymś w rodzaju mydła w wodzie ze zbiornika, w którym pływały szczątki dziecka.

Dzieło Keitha Lowe, któremu poświęcił kilka lat swojego życia, jest na pewno godne uwagi, tak pod względem podejścia do tematu jak i merytorycznym – wszak ponad 60 stron przypisów, źródeł i bibliografii robi wrażenie. Przytaczając dane, wszędzie gdzie to tylko możliwe, autor stara się prostować narosłe przez lata mity i szafowanie liczbami. Dzięki współpracy ze wschodnioeuropejskimi badaczami historii jego książka nabrała rozmachu i tak potrzebnego szerszego, kontynentalnego wymiaru. „Dziki kontynent” to książka przerażająca w swoim przekazie, ale prawdziwa, dogłębnie sondująca temat i starająca się zachować obiektywizm. Pozwala zapoznać się nie tylko z faktami i liczbami, ale i ludzkimi dramatami. Ułatwia zrozumienie przyczyn, skutków i następstw najbardziej krwawego jak do tej pory konfliktu zbrojnego w dziejach ludzkości. Pozycja obowiązkowa dla zainteresowanych tym okresem i godna polecenia jako próba rozprawienia się z mitami historii.

Keith Lowe, Dziki kontynent, przeł. Mirosław P. Jabłoński, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2013.

Jacek „bio_hazard” Bryk

H. P. Lovecraft, Koszmary i fantazje (listy i eseje). Recenzja.


Skrzynka HPL-a, czyli rozsądna niestałość poglądów

Samotność samotnika z Providence została w świadomości czytelników powszechnie usankcjonowana być może w tym samym momencie, co jego twórczość, klasyfikowana z biegu w obrębie horroru czy fantastyki naukowej, względnie – przez znawców gatunku – jako weird fiction. Oczywiście jedno i drugie jest po części prawdą, jednak samotność samotnika, który w ciągu swojego (skądinąd dość krótkiego) życia napisał około 80 tysięcy listów, liczących nierzadko po kilkadziesiąt stron, jest samotnością tak samo dziwną jak jego opowieści. Howard Phillips Lovecraft, jeden z prekursorów science fiction w jej straszących odmianach, twórca kultowej mitologii Cthulhu, śledczy pradawnych bóstw, podjudzający potężne demony, zdekonspirowany po latach autor bluźnierczego „Necronomiconu”, myśliciel i filozof, autorytarysta, zdeklarowany ateista, człowiek bezwzględnie przywiązany do nieomal feudalnych, konserwatywnych wartości arystokratycznej Nowej Anglii, a więc, niejako siłą rzeczy, wyznający nierzadko poglądy rasistowskie.

Marek Wydmuch, ekspert od biografii i twórczości pisarza, zwraca uwagę na sprzeczność tych zasad i „duchowej elegancji” Lovecrafta – który sam o sobie mawiał najchętniej jako o „pełnym poczucia własnego arystokratyzmu gentlemanie z okresu kolonizowania wschodniego wybrzeża w XVII wieku” – z marnymi warunkami materialnymi, w których przyszło mu żyć. Paradoks, wobec którego HPL był raczej bezsilny (jako pisarz zarabiał rzadko i raczej mizernie), choć tak po prawdzie do pieniędzy i majątku nigdy go nie ciągnęło.

Providence (rys. Kaja Kasprowicz)

Wszystko to składa się w jedną arcyciekawą osobowość, przy czym HPL potrafi intrygować polemiką nie tylko z rozmaitymi korespondentami, ale i z własnymi poglądami, tymi konserwatywnymi i kontrowersyjnymi również. „Co by nie mówić o rasizmie Lovecrafta (…) – pisze we wstępie tłumacz, Mateusz Kopacz – nie można zaprzeczyć, że w większości kwestii był to człowiek poszukujący, rozwijający się. Na przestrzeni całej książki widać to wyraźnie (…), więc może się zdarzyć, że obok siebie wypowiada się dwóch kompletnie różnych Lovecraftów”. Niebywale owocna korespondencja pisarza była poniekąd próbą zaspokojenia niedostatków intelektualnych debat i wymiany myśli, do których lgnął, zamknięty w czterech ścianach, mimo że nie przepadał za towarzystwem samych ludzi. Dla HPL-a najcenniejsze były ludzkie myśli, nie zaś postacie z krwi i kości.

Wiele spośród 45 esejów i listów Lovecraft poświęcił samej literaturze grozy, analizie dzieł mistrzów, a także kilku swoich utworów. Mimo że nie cieszył się estymą pośród krytyków (tworzył przecież w czasach, kiedy horror zaliczano do gatunków niszowych, a samą weird fiction postrzegano jeszcze gorzej – jako nieestetyczną gatunkową hybrydę), i jego utwory zazwyczaj odrzucano, uskarżał się na niesłuszną niepopularność gatunku, który reprezentował, raczej rzadko. O wiele częściej brak literackiego sukcesu składał na karb własnych niedostatków pisarskich; pierwszy tekst „Koszmarów i fantazji” nosi znamienny tytuł „Krótka autobiografia marnego pisarzyny”. Dziś twórczość Lovecrafta zaliczana jest do kanonu literatury amerykańskiej i omawiana na uniwersytetach, co w przypadku literatury grozy zdarza się bardzo rzadko.

Howard Phillips Lovecraft (1915)

W liście do Harolda S. Farnese możemy za to przeczytać: „(…) od zawsze zdawałem sobie sprawę, że moja wyjątkowa dziedzina w gruncie rzeczy należy do tych pomniejszych oraz że nawet gdybym osiągnął poziom prawdziwej literatury, byłaby to zaledwie prosta forma „literatury eskapistycznej”. To, na co szczególnie zwracam uwagę, jeśli chodzi o ten gatunek, nieważne jak bardzo jest pośledni, to jego szczerość i prawdziwość; nie jest on zaledwie jednym z aspektów naiwnego nieokrzesania, które spycha na bok każda oświecona epoka”.

Wnikliwy czytelnik dostrzeże w wielu z tych listowych „samosądów” przewrotność, a miejscami niekonsekwencje, wskazujące na gorycz niedocenionego twórcy, niemniej radykalny w sądach, egotyczny HPL potrafił przelać na papier liczne wyrazy niekłamanego podziwu dla innych pisarzy – mistrzów gatunku, którym hołdował. Byli to przede wszystkim: Lord Dunsany, Walter De La Mare, Arthur Machen, Ambrose Bierce, Algernon Blackwood, Montague Rhodes James, Nathaniel Hawthorne i, rzecz jasna, Edgar Allan Poe. Do literatury głównego nurtu również podchodził z reguły konserwatywnie; nie podobały mu się wszelkie zapędy modernizowania klasycznej powieści, zajadle krytykował poezję początku XX wieku, ale głosił także, że „nadszedł czas, by zmierzyć się ostatecznie z jałowym i wyeksploatowanym wiktoriańskim ideałem”.

Napis na nagrobku Lovecrafta „I am Providence” oznacza „Jestem Opatrznością”, a jednocześnie „Jam jest Providence”, co ma podkreślać wpływ pisarza na miejsce, w którym tworzył,
i odwrotnie.

Z „Koszmarów i fantazji” wyłania się Lovecraft-intelektualista, myśliciel zainteresowany wieloma dziedzinami (m.in. literaturą, architekturą, historią, polityką, filozofią), a jego rozważań – nawet jeśli część z nich jest dziś nieaktualnych czy zweryfikowanych przez sto lat nauki i historii – nie sposób nazwać powierzchownymi. Wręcz przeciwnie, Lovecraft, który zawdzięczał rozwój umysłowy nieustannej niemal lekturze książek, gazet, materiałów popularnonaukowych, urzeka ostrością sądów przy jednoczesnej wrodzonej wnikliwości i rozległej wiedzy. To agnostyk, skrupulatny realista, potrafiący jednak docenić chrześcijańskie zasługi, choć do samej religii zdystansowany i zarzucający jej bazowanie na nieprawdzie. To zdeklarowany przeciwnik komunizmu, choć popierający program ówczesnego socjalizmu, a jednocześnie zwolennik Nowego Ładu Roosevelta.

Wiele z tych sprzeczności brało się z tego, co sam określał „rozsądną niestałością poglądów”. HPL rozmówcą był twardym, ale logicznym; polemizował z klasą i siekał argumentami, jednakże starał się nie zamykać na kontrargumenty rozmówców. A co najważniejsze, ujawniająca się w sporych fragmentach buta neutralizowana była urzekającym poczuciem humoru Lovecrafta. Niezdecydowanym polecam otworzyć książkę na stronie 163 i przeczytać genialny esej o wyższości kotów nad psami.

H. P. Lovecraft, Koszmary i fantazje (listy i eseje), tłum. Mateusz Kopacz, Wydawnictwo SQN, Kraków 2013.

Rafał Niemczyk

* Wybór ciekawszych listów i esejów dla zainteresowanych:

o weird fiction (s. 27); uwagi na temat tworzenia opowieści weird fiction (s. 29); list do Roberta E. Howarda, twórcy postaci Conana, który jedną z części napisał wespół z Lordem Dunsany (s. 34); o prawach autorskich i złych wydawcach (s. 50); szkic „Widma nad Innsmouth” (s. 54); „Wyzwanie spoza światów” – opowiadanie współtworzone przez pięciu autorów, w tym HPL-a (s. 76); notatnik z pomysłami – rewelacja!, zbiór wykorzystanych i niewykorzystanych pomysłów na opowiadania (s. 93); o Lordzie Dunsany (s. 126); tajemniczy list do Roberta Blocha (s. 154); esej o wyższości kotów nad psami – rewelacja! (s. 163); krytyka epoki wiktoriańskiej (s. 192); czymże jest sztuka? (s. 194); o weird fiction i poczuciu nieznanego (s. 197); krytyka pulpowej SF (s. 202); o rozpaczy w chwili śmierci matki (s. 207); o kompozycji utworów literackich (s. 210); o religii, moralności, prawdzie, wiedzy i kościele (s. 223); „Wyznanie niewiary” (s. 232); o religii i ateizmie (s. 243); list przeciwko komunizmowi (s. 257); „W obronie Dagona” (s. 267); o Nantucket (s. 306); „Domy Poego i miejsca mu poświęcone” (s. 309); relacja z podróży „Obserwacye w kilku częściach Ameryki dokonane” (s. 321); dodatek „Znajomi Lovecrafta” opracowany przez tłumacza, czyli sylwetki przyjaciół i korespondentów pisarza.

Grzegorz Rogóż, Bieganie dla początkujących i zaawansowanych.


Jak biegać długo, daleko i z głową

Autor książki „Bieganie dla początkujących i zaawansowanych” w prosty sposób tłumaczy jej genezę. Na rynku przeważają dziś bowiem dwa rodzaje poradników. Pierwszą grupę tworzą wyczerpujące teoretyczne publikacje napisane przez trenerów, zawodników, lekarzy i innej maści fachowców. To książki profesjonalne, ale dla amatora (który najpewniej zagubi się w dziesiątkach zagadnień i „biegowym żargonie”) najczęściej słabo przyswajalne. Druga grupa to poradniki dla zupełnych amatorów. Z nich z kolei ktoś biegający kilka lat (jak np. autor tej recenzji) nie dowie się niczego nowego.

Grzegorz Rogóż – maratończyk, miłośnik kolarstwa i ultramaratończyk szosowy – wstrzelił się gdzieś pomiędzy te dwie grupy. Zaowocowało to kompletnym i precyzyjnym poradnikiem dla ludzi zaczynających przygodę z bieganiem oraz takich, którzy znaleźli się już na „biegowej fali”, lecz nie do końca potrafią wykorzystać jej siłę. Rogóż tłumaczy bowiem, jak biegać efektywniej i czerpać z tego jak najwięcej radości. Co istotne – to poradnik skupiający się na biegach ulicznych, po twardej i równej nawierzchni, choć ogólne zagadnienia dotyczące choćby diety czy rodzajów treningu z powodzeniem można przełożyć na bieganie w dowolnych warunkach.

Dobrze się czyta książkę o bieganiu napisaną przez człowieka, który odwołuje się do literatury pięknej (cytaty z Dukaja, Murakamiego) i słucha jazzu. Przydaje to „suchej” zazwyczaj publikacji przyjaznego charakteru. Grzegorz Rogóż w uroczy sposób wielokrotnie podkreśla, że traktowanie amatorskiego lub półprofesjonalnego biegania jako „celu swojego życia” jest niebezpieczne. A jednak to właśnie pasja, a wraz z nią samodyscyplina, konsekwencja, rosnąca z postępami wiara w siebie i charakter pozwoliły autorowi osiągnąć znakomite sportowe wyniki, z czego wyrosła później chęć podzielenia się swoją wiedzą z czytelnikami. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby pójść w jego ślady, ponieważ bieganie w mniejszym lub większym stopniu rozwija te elementy u każdego człowieka.

Według autora jednym z głównych trybów napędzających biegacza jest rywalizacja, dlatego w poradniku znajdziemy wiele stron poświęconych motywacji oraz startom w zawodach i poprawianiu wyników. Ten punkt widzenia wyostrza się z każdym rozdziałem, choć Rogóż o sporcie mówi z rozwagą i oczywistym respektem. Nie dla wszystkich biegaczy rywalizacja jest głównym napędem – osobiście najbardziej cenię w bieganiu możliwość wyciszenia, relaksu, swoistej kontemplacji oraz intymności. Autor „Biegania…” zwraca ponadto uwagę na korzyści praktyczne: utrzymanie organizmu w zdrowym, lepszym stanie czy zrzucenie zbędnych kilogramów, co dla wielu ludzi w ostatnim czasie stało się bodaj głównym impulsem do uprawiania sportu.

Bardzo dobrze opracowany jest rozdział o diecie i gospodarce wodnej (link do kompletnego spisu treści zamieściłem poniżej), gdzie obok standardowych porad żywieniowych obalane są mity, których namnożyło się ostatnio jak grzybów po deszczu, głównie w sieci (np. odnośnie mleka i mięsa). Rogóż udziela rad, zdając sobie sprawę, że czytelnicy jego książki to ludzie pracujący lub pochłonięci życiem rodzinnym, zatem cenna jest dla nich każda chwila. Dlatego rezygnuje z „diet cudów” i przepisów na „daktyle w sosie własnym” na rzecz praktycznych porad, możliwych do wdrożenia przez każdego bez wyjątku. Znajdziemy tu nawet przepis na „izotonik domowej roboty”, do przygotowania którego wystarczy woda, miód, sól i cytryna. Książka jest wypełniona przydatnymi ciekawostkami.

Autor pamiętał również o biegających paniach. W aspektach, w których duże znaczenie odgrywa różnica płci (przy okazji omawiania ubioru sportowego, butów czy techniki biegu), osobne akapity przeznaczył na omówienie ich z kobiecego punktu widzenia.

Rozdziały poświęcone sprzętowi (buty, odzież) i nauce biegania (technika, rozgrzewka, różne rodzaje treningu, wybieganie) są najobszerniejsze. Znajdziemy tam nie tylko standardowe rady i sposoby trenowania, ale również np. przydatne biegaczom gadżety czy testy sprawdzające formę i wydolność (m.in. popularny test Coopera). Przydałoby się może szersze omówienie poszczególnych elementów rozgrzewki (np. stretchingu dynamicznego), ale dla chcącego… z małą pomocą internetu spokojnie można uzupełnić wiedzę, kierując się drogą wskazaną przez Rogóża.

Chcesz założyć dres, buty i zacząć biegać? Biegasz i zastanawiasz się, dlaczego postępy przychodzą tak wolno? Nie chcesz ryzykować urazu albo wydać pieniędzy na niewłaściwe buty? Wydaje ci się, że skoro masz 40 lat, to jesteś za stary na wielokilometrowe trasy? Wpadłeś na genialny pomysł, aby wyleczyć kontuzję „przez internet”? „Bieganie dla początkujących i zaawansowanych” przyjdzie ci z pomocą. Murakami ma 64 lata i wciąż biega maratony. A biegać warto, warto żyć zdrowiej i pełniej.

Grzegorz Rogóż, Bieganie dla początkujących i zaawansowanych, Samo Sedno, Warszawa 2013.

 Rafał Niemczyk

* Szczegółowy spis treści można znaleźć pod tym adresem: http://www.samosedno.com.pl/bieganie-dla-poczatkujacych-i-zaawansowanych,1043.html

Rafał Niemczyk, I nie opuszczę cię w zdrowiu i w chorobie. Esej. Magazyn Wakat, nr 1-2 (20-21) 2013.


I nie opuszczę cię w zdrowiu i w chorobie

W skądinąd wąskim zbiorze klasycznych ludzkich pragnień poczesne miejsce zajmuje zdrowie. Życzymy sobie dobrego zdrowia, wznosząc toasty przy byle okazji, ponieważ jego brak sprawia, że wszystkie pozostałe pragnienia stają się zbędne, a marzenia niemożliwe do realizacji. Choroba wysysa z człowieka życiową energię, odbiera nadzieję na godne i szczęśliwe życie, w ostateczności prowadząc do jego końca. Ludzkość robi więc wszystko, by przeciwstawić się fatum. Według badań WHO, większość społeczeństw byłoby w stanie poświęcić najwznioślejsze idee w zamian za długie, bezstresowe, zdrowe życie.

Romantyczny wymiar choroby

Virginia Woolf niemal przez całe życie była obarczona stygmatem choroby. Niedyspozycja fizyczna, nieustępliwa gorączka, chroniczne bóle głowy, omdlenia lub bezsenność zapowiadały i budziły ze snu mroczne strony psychiki – załamania nerwowe, stany lękowe i ciężką depresję, która doprowadziła wreszcie do samobójczej śmierci pisarki. Sprzężenie pomiędzy ciałem i duchem było jednak zwrotne, bo zdarzało się, że to zły stan psychiczny prowadził do choroby fizycznej. Hermione Lee we wstępie do słynnego eseju Virginii Woolf „O chorowaniu” zwraca uwagę na połączenie między „gorączką” a „melancholią”, które jest wyczuwalne nawet w budowie eseju. Chorobie Virginii przydaje to „wymiar romantyczny”, o którym wspomina Susan Sontag w innym eseju – „Choroba jako metafora”.

„Chciałbym umrzeć na gruźlicę” – mówił Byron, patrząc w lustro

Wiek XIX i początek XX – to czas gdy, głównie w środowisku artystycznym, obecna była „metafora gruźlicy”. Gruźlicę traktowano wówczas jako typ powierzchowności, zaś chory, „gruźliczy” wygląd stał się synonimem urody, a wreszcie ideałem kobiecego piękna. W pierwszej połowie XX w. ten trend przeniósł się ze świata arystokracji i artystów do świata mody ogólnej. Głównie moda kobieca nawiązywała wtedy do arystokratycznych femme fatales – ze smukłą sylwetką, alabastrową skórą i bladą twarzą. Także w literaturze cierpienie zyskiwało wymiar romantyczny, odnosząc się m.in. do opisów choroby (osłabienie = melancholia). „Chciałbym umrzeć na gruźlicę” – mówił Byron, patrząc w lustro. Virginia Woolf nie chorowała na gruźlicę, ale jej stany chorobowe wywoływały zarówno, posługując się terminologią Roberta L. Stevensona, „otępienie ducha”, jak i erupcję podniosłych uczuć. Stała się afirmacją wyższej świadomości oraz złożonej psychiki. Sontag pisze wprost, że w powyższym kontekście „zdrowie staje się banalne, niemal wulgarne”. Cytuje czołowego francuskiego kompozytora epoki romantyzmu, Camille’a Saint-Saënsa, który napisał w 1913 r., że „Szopen zachorował na gruźlicę akurat wtedy, kiedy zdrowie przestało być w modzie”.

Balansując na skraju szaleństwa, brytyjska pisarka „wpasowuje się” w tendencje XX-wieczne, kiedy miejsce gruźlicy w procesie „romantyzacji choroby” zajmuje obłęd

„Tak jak romantycy – pisze Hermione Lee – Woolf pozwala sobie na dygresje i dywagacje, choć pilnuje się bardziej niż oni, staranniej ukrywa własne doświadczenia. Ale tak jak oni posługuje się osobistym, niespójnym, mówionym głosem, który nadaje esejowi pozór rozmowy”. Balansując na skraju szaleństwa, brytyjska pisarka „wpasowuje się” w tendencje XX-wieczne, kiedy miejsce gruźlicy w procesie „romantyzacji choroby” zajmuje obłęd. Zarówno gruźlicy, jak i obłąkani wysyłani są do sanatorium (w przypadku ludzi uznanych za szaleńców „sanatorium” to zgrabny eufemizm). „Metafora podróży psychicznej to przedłużenie romantycznej idei podróży, która towarzyszy gruźlicy” – stwierdza Sontag, porównując jednocześnie obłąkanego do wygnańca. Obłąkany do „sanatorium” wybiera się nie z własnej woli – to rodzina pakuje mu walizki.

Dlaczego literatura nie zachorowała?

Kluczowe pytanie, postawione przez Virginię Woolf jako artystkę w latach 20. (to wtedy powstał, wielokrotnie później przerabiany i wznawiany, esej „O chorowaniu”), dotyczyło literatury. Dlaczego choroba nie zajęła, obok miłości, zazdrości i wojny, miejsca wśród głównych literackich tematów? Choroba – temat niewygodny, wstydliwy, unikany. Wojna, mimo że brutalna, postrzegana jest jako „zło z zewnątrz”, ponadto nie dotyczy każdego. Choroba natomiast tkwi w środku człowieka, nie pozostawia złudzeń, zabija jednostkę. Towarzyszy człowiekowi od zawsze i wszędzie. Jest namacalna, każda epoka ma „swoją” chorobę, która zbiera śmiertelne żniwo. Zanim śmierć, wraz z obozami zagłady, nie przeniknęła do literatury współczesnej, niejednokrotnie miała wymiar poetycki, patetyczny. Rycerze byli bohaterami pieśni, a o wielkich wodzach pisało się wiersze i powieści. O wiele gorsze od śmierci było umieranie – choroby toczące ciało od środka, gnijące członki, wstręt, strach i ból.

Virginia Woolf potrafiła przekuwać fizyczne i psychiczne cierpienie w nowy sposób myślenia i pisania. „Czytelnicy orzekliby, że powieści poświęconej grypie brak fantazji – pisała – narzekaliby na to, że nie ma w niej miłości – niesłusznie zresztą, bowiem choroba nierzadko przybiera pozory miłości i zabawia się tym samym co miłość zestawem sztuczek”. Woolf wskazywała też na ubóstwo językowe angielszczyzny. Twierdziła, że nowy język – brutalniejszy, bardziej zmysłowy i wulgarny – nie wystarczy. Potrzebny jest nowy porządek namiętności – „miłość musi ustąpić temperaturze 40 stopni Celsjusza, zazdrość – oddać miejsce atakom rwy kulszowej, bezsenność musi zacząć grać rolę czarnego charakteru”.

Rak czołgiem totalitarystów

W chwili, gdy Virginia Woolf rozważa nad  znikomością choroby w literaturze, w Europie w siłę rosną ruchy faszystowskie. Kiedy pierwszy raz ukazuje się drukiem esej „O chorobie”, w piśmie „The New Criterion” T.S. Eliota, jest to styczeń 1926 r., Hitler, po nieudanym puczu monachijskim i pobycie w więzieniu, odbudowuje struktury NSDAP. Tworzy opozycję Komunistycznej Partii Niemiec. Dokładnie w tym samym czasie (1925 r.) ukazuje się pierwsze wydanie proroczego „Procesu” Franza Kafki, który rok wcześniej umiera na gruźlicę.

To Machiavelli jako pierwszy używał metafory gruźlicy w kontekście politycznym

To Machiavelli jako pierwszy używał metafory gruźlicy w kontekście politycznym. Pisał, że „gruźlica w początkowym stadium jest łatwa do wyleczenia i trudna do pojęcia; gdy jednak nie zostanie wykryta we właściwym czasie, ani też nie będzie leczona zgodnie z właściwą zasadą, wówczas stanie się łatwą do pojęcia, a trudną do wyleczenia. Tak samo dzieje się w sprawach państwowych (…)”. W antysemickiej diatrybie z września 1919 r. Hitler oskarża Żydów o wywoływanie „rasowej gruźlicy wśród narodów”. Naziści, podobnie jak większość ruchów totalitarnych posiadający inklinację do symboliki choroby, potrzebują czegoś groźniejszego i bardziej porażającego niż gruźlica. Potrzeba im choroby śmiertelnej, na którą nie ma lekarstwa, przed którą ludzie uciekają z przerażeniem. Taką chorobą w XX wieku jest rak. Rak zastępuje gruźlicę, jego metaforyka jest w ustach nazistowskich mówców bronią równie groźną jak bomby i czołgi. Przemówienia z lat 30. mówią wprost: „aby wyleczyć raka, należy wyciąć znaczną część otaczającej go zdrowej tkanki”. Susan Sontag wskazuje na różnice w odbiorze obydwu metafor: gruźlica leczona jest „łagodnie” w sanatoriach (wysiedlenie), natomiast rak wymaga kuracji „radykalnej”, chirurgicznej (krematorium). Na wschodzie Trocki porównuje stalinizm do syfilisu, cholery i raka. Ćwierć wieku później John Dean obrazuje prezydentowi Nixonowi aferę Watergate, mówiąc: „W bezpośrednim sąsiedztwie pańskiego urzędu wykryliśmy raka, który szybko się rozrasta”. Simon Leys pisze o „raku maoizmu, który zżera powoli oblicze Chin”. W 1978 r. Susan Sontag publikuje esej „Choroba jako metafora”, po dziesięciu latach uzupełniając go innym – „AIDS i jego metafory”. AIDS jako choroba cywilizacyjna wypiera powoli „wyeksploatowanego” raka, choć przecież w dalszym ciągu nie ma na niego gwarantującego skuteczność lekarstwa. AIDS nie ma w sobie „romantyzmu gruźlicy”, jego metaforyka jest bliższa niszczycielskiej, osłabiającej, „wyżerającej”, a w ostateczności zabójczej sile raka.

METODA – stan (nie)wymagający interwencji medycznej

Zygmunt Bauman w jednym z „44 listów ze świata płynnej nowoczesności”, zatytułowanym „Lekarstwa i choroby”, podejmuje temat przewartościowania pojęcia choroby przez nowoczesne społeczeństwa. Według polskiego socjologa choroba powinna oznaczać „nie-normalność stanu, w jakim znajduje się nie-zdrowa osoba”. Jednak współcześnie zasięg choroby obejmuje również dolegliwości, z którymi ludzie niegdyś radzili sobie bez pomocy lekarza, jak nieśmiałość, wstyd czy zgaga. Terminu „choroba” używamy dziś często w związku z medical condition, czyli z pojęciem „stanu wymagającego interwencji medycznej”. Według Baumana strategie marketingowe koncernów farmaceutycznych dzielą ludzi na dwie grupy: „tych, którzy wymagają leczenia przy użyciu środków farmakologicznych, i tych, którzy jeszcze o tym nie wiedzą”. Coraz częściej mamy do czynienia z napadami społecznej paniki, kiedy media podają do wiadomości informacje o atakach nowych wirusów – ptasiej lub świńskiej grypy. W USA ogłaszany jest kryzysowy „stan zagrożenia zdrowia publicznego”. To właśnie w takich czasach, czasach „płynnej nowoczesności”, do akcji wkracza niemiecka pisarka Juli Zeh, pisząc powieść „Corpus Delicti. Proces”, w oczywisty sposób nawiązującą do twórczości Franza Kafki.

Wizja Juli Zeh roztacza przed nami drugą połowę XXI w., w czasie i miejscu, gdzie możliwe stało się życie bez chorób

Wizja Juli Zeh roztacza przed nami drugą połowę XXI w., w czasie i miejscu, gdzie możliwe stało się życie bez chorób. Powstało bowiem państwo, które dzięki wdrożeniu tzw. METODY, zapewnia swoim mieszkańcom bezwzględnie zdrowe życie. To dyktat zdrowia. „Stworzyliśmy METODĘ dążącą do zagwarantowania każdej jednostce jak najdłuższego, niezakłóconego, a to znaczy zdrowego i szczęśliwego życia. Wolnego od bólu i cierpienia.  Nasz system jest perfekcyjny (…) jednakże równie kruchy. Najdrobniejsze wykroczenie przeciwko jednej z podstawowych zasad może ciężko uszkodzić ten organizm albo nawet go zabić” – tłumaczy jeden z orędowników systemu. Oczywiście, by zdrowotna arkadia mogła zaistnieć, nieuniknione jest poświęcenie jednostki na ołtarzu dobra wspólnego. Konieczne staje się przestrzeganie reguł, a co za tym idzie – „obywatelskie posłuszeństwo”. W każdym systemie nieuniknione są ofiary.

Józef K., McMurphy, Moritz Hall

W książce Juli Zeh taką ofiarą jest niejaki Moritz Holl. Znamienne, że głównym bohaterem „Corpus Delicti” jest człowiek, który w czasie rzeczywistym powieści nie żyje. Pojawia się tylko w retrospekcjach, a cała akcja opowiedziana jest z perspektywy jego siostry – Mii. Jego postać jest jednak tak wyrazista i charyzmatyczna, że stanowi niebezpieczeństwo dla systemu, nawet będąc martwym. Moritz to buntownik, zdeklarowany przeciwnik METODY, która zabrania mu chodzić po „brudnym”, najeżonym bakteriami lesie, pić kawy, palić papierosów i wygłaszać liberalnych filozofii. Moritz to lekkoduch, marzyciel, piewca wolnościowych ideałów. Outsider i free man zarazem. Nie jest Kafkowskim everymanem; romantyczne usposobienie, bezczelność wobec METODY sytuują go bliżej McMurphy’ego z „Lotu nad kukułczym gniazdem” Kena Keseya, choć ten ostatni (w książce rudzielec, w filmie Milosa Formana ma arogancką twarz Jacka Nicholsona) rozrabia w czysto rockandrollowym stylu. Jeden i drugi jednak próbuje się odnaleźć i rozgościć w nowym środowisku. Jest to jednak „gniazdo kukułcze”, dlatego jeden i drugi opłaca „próbę wolności” najwyższą ceną.

Moritz nie jest Kafkowskim everymanem; romantyczne usposobienie, bezczelność wobec METODY sytuują go bliżej McMurphy’ego z „Lotu nad kukułczym gniazdem” Kena Keseya

„W snach widzę miasto, w którym chciałbym żyć. Gdzie domy mają fryzury z zardzewiałych anten. Gdzie sowy mieszkają w popękanej więźbie dachowej. Gdzie z górnych pięter zrujnowanych zakładów przemysłowych przenika głośna muzyka, rzeźby z dymu papierosowego i mocne uderzenia kul bilardowych” – słowa Moritza dudnią w uszach, są kompletnie nie na miejscu. To postać wyjęta z kart romantycznych poematów dygresyjnych i wrzucona do świata będącego skrzyżowaniem atmosfery zaszczucia z uniwersum Kafki oraz społeczeństwa Orwellowskiego. Moritz Holl musi zostać wyeliminowany. Zostaje aresztowany pod zarzutem gwałtu i morderstwa. Obciążają go niepodważalne dowody, z wynikami badań DNA w roli głównej. Jedyną osobą, która wierzy w jego niewinność, jest Mia. Rozpoczyna się proces, ale przecież jest on z góry przegrany. W obliczu zniesławienia, skazany na klęskę buntownik stawia ostatni krok i popełnia samobójstwo. Spadkobierczynią jego myśli jest Mia, która walczy o dobre imię brata.

Moritz jest dla społeczeństwa tym, czym Gregor Samsa z „Przemiany” Kafki dla swojej rodziny – robakiem, którego należy rozgnieść

Insekty i porządki

W utopijnej powieści Samuela Butlera „Erewhon” z 1872 r. przestępstwo jest chorobą, jak gruźlica czy rak, uznaje się je za skutek dziedzicznych obciążeń lub niezdrowego otoczenia. W „Corpus Delicti” choroba jest przestępstwem, oznacza niezastosowanie się do METODY, wystąpienie ze zdrowego otoczenia, co jest jednoznaczne ze wstąpieniem do niezdrowego. Hermione Lee, autorka biografii Virginii Woolf, pisała we wstępie do „O chorowaniu”: „Chorzy to dezerterzy, refuznicy. Odmawiają przyjęcia „pospólnych” konwencji. Otwarcie mówią, co myślą. Zniechęcają współczujących bliźnich. Nie pracują. Leżą. Marnują czas. Fantazjują. Nie chodzą do kościoła i nie wierzą w Niebo. Odmawiają odpowiedzialnego czytania i rozumienia tego, co przeczytali. Pociąga ich nonsens, sensacja i lekkomyślność”. Dokładnie takim „refuznikiem” jest Moritz Hall. A przecież tłumaczy Virginia, że „nie można długo patrzeć w niebo. Ktoś, kto publicznie gapi się w górę, przeszkadza przechodniom i peszy ich (…)”. Tymczasem „armia wyprostowanych rusza do walki”. Moritz jest dla społeczeństwa tym, czym Gregor Samsa z „Przemiany” Kafki dla swojej rodziny – robakiem, którego należy rozgnieść. Insektem, którego obecność budzi odrazę. Szkodnikiem, który przeszkadza w normalnym funkcjonowaniu mechanizmu.

„Porządek – pisze Susan Sontag – jest najdawniejszym przedmiotem troski filozofii politycznej i jeśli można w sposób przekonujący porównać polis do organizmu żywego, można równie przekonująco porównać nieład społeczny do choroby. Klasyczne analogie politycznego nieładu i choroby – od Platona do, powiedzmy, Hobbesa – przyjmują za punkt wyjścia klasyczny ideał równowagi zarówno w medycynie, jak w życiu politycznym. Choroba jest wynikiem zachwiania równowagi. Leczenie polega na przywróceniu tejże, czyli – mówiąc językiem polityki – na przywróceniu właściwej hierarchii. W zasadzie diagnozy są zawsze optymistyczne. Społeczeństwo z definicji nigdy nie zapada na chorobę śmiertelną”.

„Corpus Delicti. Proces” jest więc antyutopią pozornie doskonale funkcjonującego społeczeństwa. Państwa, w którym obywateli „straszy się” powrotem XX wieku. Miejsca, gdzie nie mają prawa istnieć bakterie, wszystko „chodzi jak w zegarku”, a ludzie są bez wyjątku zdrowi fizycznie i psychicznie. Niemiecka pisarka przeprowadza odwieczną konfrontację: dobro jednostki – dobro społeczeństwa, człowiek przeciwko systemowi. Osią tej konfrontacji jest w powieści swoista, świetnie zbudowana gra psychologiczna pomiędzy Mią Holl a Heinrichem Kramerem – doświadczonym, pozbawionym sumienia, skrupułów, ale niezwykle charyzmatycznym dziennikarzem, który zdecydowany jest bronić METODY za wszelką cenę. To symboliczna walka bezwzględnej siły rozumu z człowieczym sercem i duszą.

Powieść Juli Zeh wypełniona jest filozoficznymi rozważaniami, błyskotliwymi dialogami i przekonującymi prezentacjami ambiwalentnych poglądów. Z drugiej strony, będąc świetnie skonstruowanym thrillerem, pozostawia uczucie strachu i niepewności. Czy dążenie do utopii i nierozerwalnie związane z nim poświęcanie jednostek jest przyszłością świata, jego przekleństwem? Czy warto zamienić niebezpieczne i niepewne jutra piękno, na w pełni kontrolowaną, rutynową codzienność – sterylną i niezaskakującą, ale stuprocentowo bezpieczną?

W „Procesie” Kafki jest także scena, w której K. po raz pierwszy gości w kancelarii, na dusznym piętrze robi mu się słabo, otacza go tłum interesantów wyczekujących na swoją kolej

Rozluźnić ziemię wokół korzeni

„Prawdziwemu człowiekowi nie wystarcza istnienie, jeśli oznacza ono zwykłe bycie tu i teraz. Człowiek musi swojego istnienia doświadczyć. W bólu. W odurzeniu. W porażce. We wzlocie. W poczuciu absolutnej pełni władzy nad swoją egzystencją. Nad własnym życiem i śmiercią. To jest miłość” – wygłasza Moritz Holl podczas jednej z rozmów z siostrą na zakazanej polanie, brodząc stopami w orzeźwiającej rzeczce. To miejsce nazywa uroczyście „katedrą” (a właśnie w katedrze rozgrywa się bodaj najważniejsza scena Procesu Kafki). Żaden „normalny” człowiek się tutaj nie zapuści, albowiem to miejsce „skażone” i zakazane. Moritza z pewnością zrozumiałaby Virginia, która pod wpływem korespondencji ze swoją kochanką, Vitą Sackville-West, napisała niegdyś w dzienniku: „we wszystkich tych chorobach najlepsze jest to, że rozluźniają ziemię wokół korzeni, wprowadzają zmiany. Ludzie zaczynają wyrażać uczucia”.

W „Procesie” Kafki jest także scena, w której K. po raz pierwszy gości w kancelarii, na dusznym piętrze robi mu się słabo, otacza go tłum interesantów wyczekujących na swoją kolej. Dopiero kiedy informator z towarzyszącą mu urzędniczką wyprowadza go na zewnątrz, K. zaczyna normalnie oddychać. Ale po chwili zauważa, „że oni, przyzwyczajeni do powietrza kancelaryjnego, źle stosunkowo znoszą świeże powietrze napływające ze schodów”. U Juli Zeh metafora choroby ożywa – już nie gruźlicy, nie raka ani AIDS, ale „stanu choroby”, o którym pisał Bauman.

Gustaw Flaubert twierdził, że aby osiągnąć szczęście, wystarczy spełnić ledwie trzy warunki: być imbecylem, myśleć egoistycznie i cieszyć się dobrym zdrowiem. Przy czym zdecydowanie najważniejszym w tej triadzie wedle Flauberta jest warunek nr 1. Jeśli założymy, że francuski mistrz literatury miał rację, przerażająca wizja Juli Zeh nie będzie już dla świata najgorszą alternatywą.

Bibliografia:

Virginia Woolf, O chorowaniu, ze wstępem Hermione Lee, przeł. Magdalena Heydel, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010.

Susan Sontag, Choroba jako metafora. AIDS i jego metafory, przeł. Jarosław Anders, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1999.

Zygmunt Bauman, 44 listy ze świata płynnej nowoczesności, przeł. Tomasz Kunz, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2011.

Franz Kafka, Proces, przeł. Bruno Schulz, Prószyński i S-ka, Warszawa 1999.

Franz Kafka, Wyrok, przeł. Juliusz Kydryński, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1975.

Juli Zeh, Corpus Delicti. Proces, przeł. Sława Lisiecka, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2011.

(fot.: Wikimedia i źródła własne)

%d blogerów lubi to: