Petr Šabach, Masłem do dołu. Recenzja.


Kanapka z „Poo Lorna, króla słoni”, czyli starzeć się po czesku

„Złośliwość rzeczy martwych dawno już udowodniono, chleb z masłem spada na podłogę niewłaściwą stroną” – grzmi w piosence „Mikymauz” czeski pieśniarz i poeta Jaromir Nohavica. W uwspółcześnionej wersji prastarego maślanego problemu miejsce chleba zajmuje rogalik, który co prawda nie spada na podłogę, ale kolebie się i przewraca na talerzu. Masłem do dołu, masłem do dołu! W szranki z tą niecną złośliwością staje 60-letni Evžen, najlepszy compadre głównego bohatera i zarazem narratora – swego rówieśnika Arnošta. Postanawia on opatentować talerzyk, na którym zjadanie rogalika stanie się czynnością przyjazną i stabilną.

Zanim się to jednak stanie, Evžen wraz z Arnoštem i kilkoma kumplami obserwują na ekranie knajpianego telewizora samoloty uderzające w World Trade Center. Tak rozpoczyna się nowa książka Petra Šabacha. O tym, że nadciąga nowy porządek świata, rozprawiają stali bywalce lokalu. Knajpa nazywa się Cisza. Nazwa zarazem jest i nie jest przewrotna. Kiedyś zdarzały się tam i rozróby, kiedyś klientela była okazalsza. Teraz większość, z tych co jeszcze żyją, kupuje tanie piwo w supermarkecie. Większość „już nie wychodzi” – oznajmia Evžen. Mimo to Cisza wciąż pozostaje miejscem mistycznym. To tam przy kuflu zimnego piwa dokonują się tajne narady, zwierzenia, tam też podejmowane są kluczowe decyzje. Arnošt pije duże, Evžen zawsze małe, stukają się kuflami leciutko, zupełnie nie jak Niemcy. Wypada zatem rzec cztery zdania o dwójce starzejących się lekkoduchów.

W 2008 r. irlandzki producent masła Kerrygold zarzucił Spółdzielni Mleczarskiej Mlekovita, że  ta w reklamie swojego produktu używa wymyślonego przez nich sloganu 100% masła w maśle.

W 2008 r. irlandzki producent masła Kerrygold zarzucił Spółdzielni Mleczarskiej Mlekovita, że ta w reklamie swojego produktu używa wymyślonego przez Kerrygold sloganu „100% MASŁA W MAŚLE”

Arnošt to lokalny antykwariusz, kompletnie pozbawiony drygu do biznesu, dlatego zasypany książkami ma spory problem nawet z ich usystematyzowaniem. Należy do pokolenia ludzi „swobodnie ukulturalnionych”, zna pisarzy, filozofów, nauki społeczne. „Specjalizacja bibliotekoznawstwo i informacja naukowa na Wydziale Humanistycznym Uniwersytetu Karola w Pradze” w świecie płynnej rzeczywistości już nie wystarczy. Lepiej znać się na biznesie albo chociaż opanować obsługę komputera niż cytować Schopenhauera. Sorry, Winnetou. Arnošt jest rozwodnikiem, a eksmałżonka zamieniła go właśnie na bardziej „współczesny model” – koleś o nią dba i prowadzi jakieś interesy. Często odwiedza w hospicjum 90-letniego ojca i czytuje mu „Poo Lorna, króla słoni” Reginalda Campbella, „bo tak trzeba”. Związany trwałą więzią z córką Julią i wnuczkiem Mišą, jednocześnie nie cierpi swojego zięcia, „Redforda bez szyi”, który prowadzi pizzerię, w wolnych chwilach obracając pracujące dla niego Ukrainki.

Evžen nie czyta, jego specjalnością jest mądrość życiowa stonowanego tetryka. Jest amerykanofilem o wiecznie posępnej minie i nie rozstaje się z wojskową kurtką model M65 wzór Regiment. Studiował na ASP, ale ze względu na nadzwyczajny talent został zwolniony z matury. Utrzymuje się z malowania portretów samochodowych. Ma fioła na punkcie swojej prywatności i wszędzie węszy spiski. W obawie przed wybuchem wojny postanawia przerobić garaż na schron przeciwatomowy, a na kupionym spłachetku pola posadzić ziemniaki i cebulę.

Pomimo tego że te ziemniaki nigdy nie wyrosną, ponieważ sadzone „na bani” stają się jedynie kolejną anegdotą, a podczas powrotu do Pragi nasz tandem nie ma kasy na bilet, w związku z czym Arnošt zmuszony jest odegrać rolę psa, on i Evžen nie są – w naszym polskim ujęciu – menelami. To ludzie dobroduszni, starzejący się z niewymuszonym dystansem, ocaleni dzięki pogodnemu usposobieniu i niewidzialnej dla otoczenia wrażliwości szczególnego gatunku.

Petr Šabach (fot. Wydawnictwo Afera)

„Masłem do dołu” to kolejna książka (celowo nie używam słowa powieść) Petra Šabacha, która będąc pozornie li tylko zbiorem świetnych anegdot, w rzeczywistości portretuje pewien odcinek na powykrzywianej osi ludzkiego życia. W „Gówno się pali” było to dzieciństwo i dojrzewanie (w „Masłem do dołu” pojawiają się ciepłe „wspomnienia literackiego dzieciństwa”), w „Podróżach konika morskiego” – wychowywanie dziecka z punktu widzenia ojca. Tutaj mamy portret starzejących się przyjaciół, namalowany czeską krechą zupełnie nienaznaczoną starczym dekadentyzmem. Przeciwnie: nawet 90-letni papa Arnošta, choć wpatrzony czasem pustym wzrokiem w przestrzeń, często wydaje się tryskać dobrym humorem, zwłaszcza kiedy robi sobie kanapki z „Poo Lorna, króla słoni”. Starość według Šabacha bywa melancholijna, ale nie smutna i rozgoryczona. Choć życie daje czasem w dupę, jego łapska nie muszą pętać człowiekowi nóg. Złośliwi powiedzą, że nie zawsze to możliwe. Prawda, ale po co martwić się na zapas? Co ma być, to będzie. Lepiej sprzedać graty, kupić bilet, wynająć motor i przejechać wzdłuż i wszerz Amerykę (pomysł rzecz jasna Evžena).

Nie wspomniałem jeszcze o tym (a wspomnieć na koniec muszę, ponieważ praski pisarz kolejny raz tego dowodzi), że Šabach to wytrawny obserwator i znawca ludzkich gestów. Drażliwie postawione pytanie „Czego znowu nie wiesz”, reakcja na przyłapanie na popołudniowym przysypianiu, kręcenie bicza z piasku podczas rozmowy z byłą żoną czy zdmuchnięcie przez Julię grzywki z oczu, które oznacza „pełne ręce roboty” – to na takich niuansach zbudowana jest twórczość Petra Šabacha. Kto ma wiedzieć o czym mowa, ten będzie wiedział.

W „Masłem do dołu” wyczytałem ponadto świetny palindrom „A to idiota!” (wyraz czytany tak samo normalnie i wspak) oraz że gdy w koncercie życzeń polecą piosenki mojego dzieciństwa, starość rozpocznie swój mozolny abordaż. Nie obawiam się wcale a wcale, snując przypuszczenie, że koncerty życzeń niebawem zostaną zdjęte z anteny.

Petr Šabach, Masłem do dołu, przeł. Julia Różewicz, Wydawnictwo Afera, Wrocław 2013.

Rafał Niemczyk

Sławomir Mrożek, Uwagi osobiste.


Poproszę Mrożka, tego z wystawy

Mrożek z wystawy prezentuje się wybornie. W Mrożku z wystawy można świetnie wyglądać. Pasuje to-to do starego płaszcza, niemodnego swetra, pary kaloszy na jesień, staroświeckich okularów, jednak pasuje też do dżinsów, T-shirta z nadrukowaną mniej lub bardziej głupią mądrością, do adidasów pasuje, do coca-coli, ale też do wódki. W Mrożku z wystawy można wyjść do kina, do parku i do teatru. W Mrożku z wystawy można się też przeglądać. Kobieta może spakować go do torebki zamiast lusterka lub pudernicy; mężczyzna jest w stanie spojrzeć z jego pomocą w lusterko wsteczne bez konieczności posiadania samochodu. Mrożek z wystawy – kończy swój wywód ten dobroduszny sprzedawca – posiada jednak cechę najbardziej praktyczną ze wszystkich, i może tym pana przekonam: Mrożek z wystawy mianowicie nigdy się nie starzeje. Dobroduszny sprzedawca wypowiedział to ciutkę głośniej, tak aby usłyszeli go wyraźnie także ci, którzy do tej pory stali nieco z mojego boku, i wyłapywali z monologu sprzedawcy tylko co drugie słowo. Kiedy to tylko usłyszeli, tak jak stali, wykupili naraz wszystkich Mrożków z wystawy. Nie został dla mnie ani jeden. Na szczęście swojego dostałem w prezencie.

„Uwagi osobiste” Sławomira Mrożka to teksty publikowane na łamach prasy w latach 1997-2002, czyli w okresie, który po przeszło trzydziestu latach emigracji spędził w Polsce. Dużo tu gorzkich przytyków, ironii, ale i dużo nostalgii, zadumy nad czasem minionym, powrotów do dzieciństwa, które przerwała wojna. Mrożek łączy tu cyniczne ostrze z pałąkiem wrażliwości, jest zdystansowany, ale wciąż obecny. „Przecież mi nie powiesz – przywołuje rozmowę z reżyserem na temat wyciętego fragmentu „Emigrantów” – że się ucieka za granicę dlatego, że jakiś gówniarz rzuca kamieniami w parku”.

S. Mrozek - polski kwartet

Zbiór otwierają rozważania o gwiaździstym niebie, o tym, że go już prawie nigdzie nie ma, i o tym, że gdyby nie było go wcześniej, Emmanuel Kant nie przelałby na papier jednej ze swoich najważniejszych myśli. „Wolę, żeby człowiek spotkany na ulicy wył do księżyca niż do mnie” – pisze autor „Tanga”. Później mamy różności: luźną publicystykę, dowcipy, wierszyki, anegdoty, „Śpiewnik polski”, miniopowiadania, przysłowia oraz garść wspomnień.

Z „Uwag osobistych” dowiesz się m.in.: dlaczego struś nie powinien chować głowy w piasek; jak próba obalenia teorii dotyczącej nieustającego rozszerzania się kosmosu może zakończyć się śmiercią; co ma wspólnego boeing wpadający w oko z prawem perspektywy; jak nie przepłynąć Atlantyku w balii, żeby było o tym głośno; dlaczego „czat” przypomina „rozmowę” niezbyt rozgarniętych głuchoniemych; z jakich powodów dramaturg Ionesco się wypalił etc.

S. Mrozek - sens zycia

Dobroduszny polski sprzedawca miał rację. Mrożek z wystawy krajowej smakuje równie dobrze, jak Mrożek emigracyjny. Sprytną sztuczkę dobrodusznego sprzedawcy można równie dobrodusznie uznać jako przejaw prawdziwej, polskiej dobrej woli. Bo prawdziwy polski konsument kupuje to, co chce, i nikt nie wciśnie mu niczego bez jego prawdziwej, polskiej, konsumenckiej dobrej woli. Prawdziwego Polaka nie da się zrobić w konia. W takim razie Mrożka poproszę, tego z wystawy, słyszę za sobą szereg głosów…

Sławomir Mrożek, Uwagi osobiste, wyd. Noir sur Blanc, Warszawa 2007.

Rafał Niemczyk

* Polecam również: Galeria rysunków Sławomira Mrożka

%d blogerów lubi to: