Ray Bradbury, 451 stopni Fahrenheita.


Gdzie płoną książki

Ray Bradbury (1920-2012) to jeden z najwybitniejszych amerykańskich twórców fantastyki. Pochodził z rodziny wydawców prasowych, we wczesnej młodości zetknął się z magazynami pulpowymi i SF. Jako 19-latek zaczął wydawać fanzin „Futuria Fantasia” i publikować pierwsze opowiadania. Jego premierowa książka („Dark Carnival”) została wydana w 1947 r. Trzy lata później ukazały się „Kroniki marsjańskie”, a rok potem „Człowiek ilustrowany” – oba zbiory opowiadań przyniosły mu wielką sławę. W 1953 r. ukazała się pierwsza, a jednocześnie jego najsłynniejsza powieść „451 stopni Fahrenheita” (sfilmowana w 1966 r. przez François Truffauta). Na podstawie opowiadań kręcono miniseriale, tworzono scenariusze, komiksy. Za całokształt twórczości otrzymał World Fantasy Award, nagrodę Brama Stokera i wiele innych.

451 stopni Fahrenheita to temperatura, w której papier zaczyna się palić. Liczba 451 widnieje także na hełmach strażaków, w tym i Guya Montaga – głównego bohatera powieści. Z tym że w antyutopii Bradbury’ego strażacy nie zajmują się gaszeniem pożarów, lecz paleniem zakazanych książek, nierzadko razem z domami, w których je znaleziono. Właściwie to nigdy nie zajmowali się gaszeniem pożarów, gdyż domy były od zawsze ognioodporne – taka przynajmniej jest wersja oficjalna i obowiązująca.

Montag lubi swoją robotę – budzi ona u ludzi respekt, podziw, u niektórych nawet lęk, no i jest nienajgorzej opłacana. Remiza strażacka to jego drugi dom, a może nawet pierwszy, gdyż z żoną Mildred ma kiepski kontakt, zarówno na płaszczyźnie werbalnej, jak i fizycznej. Mildred spędza całe dnie w salonie, pośród trzech „ścian-ekranów”, zaabsorbowana sączącą się z nich miałką i ogłupiającą papką. Poza salonem – w kuchni i sypialni – cały czas nosi w uszach miniaturowe słuchawki radiowe zwane „muszelkami”, non stop chłonąc propagandowy bełkot. Opanowała nawet sztukę czytania z ruchu warg, aby nie przerywać słuchania w trakcie zdawkowych rozmów z mężem. Jej największym marzeniem jest wyburzyć ostatnią ścianę salonu i zainstalować czwarty ekran.

Pewnego dnia Montag spotyka na swej drodze z pracy dziewczynkę o imieniu Clarisse. Wywiązuje się między nimi rozmowa, bardzo dziwna i niewygodna dla Montaga. Okazuje się, że Clarisse zamieszkała niedawno w sąsiedztwie, a czas spędza na spacerach po okolicy. Rzuciła szkołę, gdyż według niej nie uczy się tam myślenia, a narzuca jedynie „słuszne odpowiedzi’. Nie jest ważne, „dlaczego” coś jest zrobione, istotne jest jedynie, „jak” to działa. Clarisse zwraca Montagowi uwagę na rzeczy, nad którymi do tej pory się nie zastanawiał – na piękno przyrody, ale też i na sens oraz słuszność wykonywanej przez niego pracy. Dziewczynka zaczyna towarzyszyć strażakowi codziennie w drodze do domu lub do pracy i mimo że ten początkowo jest zaniepokojony niebezpiecznymi tematami poruszanymi w ich rozmowach, to jednocześnie staje się coraz bardziej zafascynowany swoją rozmówczynią – jakże inną od otaczających go na co dzień „ludzkich automatów”. Montaga dopada coraz więcej wątpliwości i zaczyna sobie uświadamiać, że nie jest szczęśliwym człowiekiem.

Pewnego dnia dziewczyna nagle znika. Na dodatek zwykle rutynowa akcja palenia książek kończy się spaleniem domu wraz z właścicielką, która nie chciała zostawić swoich zbiorów. To wydarzenie w połączeniu z wiadomością, iż żona zapomniała mu powiedzieć, że Clarisse „umarła czy coś” cztery dni temu, sprawia, że Montag rozważa odejście z pracy. Tu jednak pojawia się ważna postać – kapitan Beatty, jego zwierzchnik, chodzący wzór strażaka i obywatela, którego Montag się obawia. Boi się, że kapitan podejrzewa go utratę motywacji do pracy i o zwątpienie w istniejący porządek rzeczy oraz o coś, co Montag skrzętnie ukrywa w kanale wentylacyjnym swojego domu. Beatty próbuje wytłumaczyć Montagowi, dlaczego książki stały się zakazane. Demonstruje mu bezsens istnienia „literatury wyższej” w obecnym świecie dobrobytu i powszechnego szczęścia. Co ciekawe, Beatty sypie przy tym cytatami z zakazanych dzieł jak z rękawa, czym jeszcze bardziej zbija z tropu Montaga.

Montag decyduje się wreszcie sięgnąć do ukrytych książek, które zbierał na akcjach od jakiegoś czasu. Robi to na oczach żony, która jest tym faktem przerażona. Przemiany zachodzące w Montagu oraz splot wydarzeń sprawiają, że Montag staje się wyjęty spod prawa. Udaje mu się wydostać z miasta, gdzie natyka się na grupę podobnych jemu renegatów, która okazuje się być częścią wielotysięcznej rzeszy ludzi, żyjących w małych miasteczkach i wsiach, często jako włóczędzy. Są żywymi książkami, każdy z nich zna na pamięć jakieś dzieło literackie, aby ocalić je od zniszczenia i zapomnienia.

Postacie w powieści są nieco przerysowane i płaskie, pomijając głównego bohatera, ale jest to zapewne celowy zabieg, służący uwypukleniu poruszanej problematyki. „451 stopni Fahrenheita” nie przypadnie raczej do gustu miłośnikom szybkiej akcji, ale też nie o akcję tu idzie, a o naświetlenie problemów i niebezpieczeństw czyhających na krętej ścieżce rozwoju cywilizacyjnego i społecznego.

Jaki więc obraz społeczeństwa wyłania się z powieści Bradbury’ego? Jest to typowy przykład dystopii lub też antyutopii, w której wolność i niezależność jednostki jest ograniczana i podporządkowana dyktatorskiemu systemowi władzy. Jednocześnie ogół jest tak sterowany, że ludziom wydaje się, iż żyją w krainie szczęśliwości. Podwaliny do wtłaczania ludziom gotowych i jedynie słusznych odpowiedzi na wszelkie pytania są czynione już w szkołach. Wiedza specjalistyczna ogółowi nie jest potrzebna – od tego są odpowiedni ludzie (specjaliści). Na banicję i wymarcie skazane zostały wszelkie nauki humanistyczne, wliczając w to historię, którą system zmienia i przeinacza według własnego uznania. Literatura piękna wraz z poezją zostały z biegiem czasu zredukowane – poprzez kilkustronicowe streszczenia, aż do kilkuzdaniowych opisów. Coś Wam to przypomina? Literatura zmuszała do myślenia, a systemowi nie był potrzebny obywatel kontemplujący, dywagujący czy interpretujący na swój sposób. Systemowi potrzebny był obywatel działający w swoim zakresie obowiązków, posłuszny i współpracujący. Konsumpcyjny styl życia był jak najbardziej na rękę władzy. Ostatecznym, nieuchronnym krokiem stała się zatem eksterminacja literatury.

Ponad pół wieku temu powieść Raya Bradbury’ego szokowała i wzbudzała emocje jako przestroga przed totalitaryzmem. Wszak w latach 50-tych XX w. żywa była jeszcze pamięć o hitlerowskich Niemczech czy cesarskiej Japonii, był to również początek schyłku stalinowskiego terroru (Stalin zmarł właśnie w 1953 r.). Nadeszły wreszcie czasy zimnej wojny i strachu przed atomową zagładą świata – co ma odzwierciedlenie także w „451 stopni Fahrenheita”, choć motyw wojny jądrowej jest dość zdawkowy i zawoalowany. Dziś powieść Bradbury’ego zyskuje drugie dno. Jest nim obawa przed losem naszej cywilizacji. Do czego doprowadzi nas dążenie do konsumpcjonizmu, hedonistycznego stylu życia, brak kultury wyższej czy unifikacja społeczeństwa? Czy nasz świat tak bardzo różni się od tego przedstawionego w powieści Bradbury’ego?

Ray Bradbury, 451 stopni Fahrenheita, tłum. Iwona Michałowska-Gabrych, wyd. Solaris, Stawiguda 2012.

Jacek „bio_hazard” Bryk

* Zdjęcia pochodzą z ekranizacji „451 stopni Fahrenheita” w reżyserii Françoisa Truffauta (1966).

** Tekst ukazał się pierwotnie w serwisie kultury postapokaliptycznej Outpost (red. RN).

Władimir Wojnowicz, Moskwa 2042. Recenzja.


Bareja po radziecku

Władimir Nikołajewicz Wojnowicz – rosyjski malarz, poeta i prozaik, autor satyrycznej powieści „Życie i niezwykłe przygody żołnierza Iwana Czonkina” o perypetiach sowieckiego odpowiednika wojaka Szwejka. Ta najbardziej znana powieść Rosjanina, w satyrycznym świetle ukazująca bohaterskich sołdatów radzieckich i heroiczną wielką wojnę ojczyźnianą, do roku 1989 znana była w ZSRR tylko z drugiego obiegu, podobnie jak większość jego dzieł. Wojnowicz w swoich utworach piętnował i ośmieszał radziecką rzeczywistość, przez co w 1974 r. został wykluczony ze Związku Pisarzy, a w 1980 r. był zmuszony wyemigrować z ojczyzny. Rok później Leonid Breżniew pozbawił go nawet obywatelstwa radzieckiego. Na emigracji, konkretnie w Niemczech, także jednak nie próżnował – pisał opowiadania, felietony, sztuki teatralne. W 1986 r. ukazała się antyutopijna i satyryczna powieść „Moskwa 2042”. Polskim czytelnikom dane było się z nią zapoznać dopiero po upadku komunizmu – w 1992 r.

Witalij Nikitycz Karcew, również pisarz na emigracji – książkowe alter ego autora – w 1982 r. otrzymuje szansę podróży w przyszłość. Postanawia odwiedzić „Moskwę 60 lat później” i przekonać się, co też wyewoluowało z radzieckiego komunizmu i czy w ogóle taki ustrój jeszcze w Rosji istnieje. Przed wyjazdem odbywa szereg spotkań z ludźmi, którzy w jakiś sposób dowiadują się o jego wyprawie i chcą wykorzystać ten fakt do swoich celów. Niektóre spotkania okażą się znamienne w skutkach, inne pozostaną bez echa – ale w końcu nasz bohater wsiada do chrono-samolotu Lufthansy, jedynego przewoźnika oferującego podróże w czasie i razem z garstką innych pasażerów wyrusza w podróż do Moskwy przyszłości. Niestety szczegółów technicznych lotu i skoku w czasie autor-bohater nie jest nam w stanie przybliżyć, gdyż – jak sam twierdzi – nie jest inżynierem, a poza tym w cenie biletu była zawarta nieograniczona ilość trunków, z czego skwapliwie skorzystał.

Plakat propagandowy z 1951 roku (źródło: komunizm.eu)

Po wylądowaniu na moskiewskim lotnisku, Karcew zostaje przyjęty przez specjalny komitet powitalny na cześć jego przybycia do ojczyzny. Początkowo nie bardzo rozumie, co się wokół niego dzieje, choć komunizm wydaje trzymać się dobrze. Niestety, dyrygowany przez wspaniałego, genialnego i świętego wodza Genialissimusa ustrój przekroczył w niektórych aspektach absurdalny poziom. Nasz bohater co rusz musi zmagać się z szokiem i niedowierzaniem, ale pomimo przejściowych trudności, na niektórych odcinkach jest pod wrażeniem socjal-komuny w wydaniu Moskiewskiej Republiki Komunistycznej. „Od każdego według zdolności, każdemu według potrzeb” – wydaje się, że ta utopijna maksyma i podstawowa zasada komunizmu wreszcie znalazła pełne odzwierciedlenie w rzeczywistości. Nie wszystko jednak wygląda tak różowo, jak się początkowo wydaje…

Oś fabularna kręci się wokół przygotowań i podróży narratora w czasie, a potem wycieczki po Moskwie przyszłości i obserwowania absurdów idealnego komunizmu. Autor przyjął w powieści formułę wspomnień; co rusz podkreśla, że pisze wszystko z pamięci i opisuje tylko to, co widział na własne oczy. Zresztą jest wręcz zmuszony polegać jedynie na swojej pamięci, gdyż już po przylocie skonfiskowano mu wszelkie narzędzia mogące posłużyć do jakiejkolwiek rejestracji obserwowanej rzeczywistości. Choć niektóre „nośniki informacji” zachował – np. aparat fotograficzny – ale wszystkie klisze zostały mu odebrane, gdyż w Mosrepkomie fotografować można do woli, ale posiadanie materiałów światłoczułych jest już zabronione. I tak przewrotność systemu pozbawiła autora jakiejkolwiek możliwości dokumentowania swojej podróży – poza własnym mózgiem.

Wladimir Wojnowicz (źródło: polityka.pl)

Zresztą im dalej, tym niedorzeczności jest coraz więcej. Specyficzne są skróty, które pojawiają się na każdym kroku, jak wspomniany Mosrepkom, czyli Moskiewska Republika Komunistyczna. Niektóre brzmią naprawdę zabawnie i odzwierciedlają jeszcze zabawniejsze miejsca czy instytucje, żeby wspomnieć tylko o Gawysnacie – Gabinecie Wysyłek Naturalnych, czyli pospolitej ubikacji. Niektóre z nich ciężko w pierwszym momencie samodzielnie rozszyfrować, ale po pewnym czasie przestajemy mieć z tym trudności i z rozbawieniem rozwijamy coraz to nowe skróty. Nie zawsze uda się trafić idealnie, ale w większości system nazewnictwa i skrótów zaczyna być na swój sposób logiczny. Język powieści jest niewyszukany, choć siłą rzeczy przesiąknięty komunistyczną ideologią i nowomową. Wszystkie wydarzenia i postacie widzimy oczyma bohatera-narratora, tak więc możemy polegać wyłącznie na jego obserwacjach i osądach.

„Moskwa 2042” to prześmiewcza satyra na Związek Radziecki i ustrój komunistyczny, na którym autor nie pozostawia suchej nitki. Prorokując kres komunizmu, parodiuje nawet Sołżenicyna – w powieści pod postacią Sima Simycza Karnawałowa – przedstawiając go jako wyklętego pisarza, monarchistę, pragnącego na białym koniu powrócić do ojczyzny i obalić obowiązujący system oraz przywrócić carat i niemal średniowieczny feudalizm. Czytając powieść Wojnowicza, nie sposób nie uśmiechać się pod nosem, choć co starsi czytelnicy pamiętający jeszcze czasy poprzedniego ustroju,  mogą doznawać (niekoniecznie przyjemnego) uczucia deja vu. Pisarz przewidział wydarzenia, wydał swoją powieść dosłownie kilka lat przed upadkiem komunizmu w Europie. W 1990 r., jeszcze przed oficjalnym rozpadem ZSRR, przywrócono mu obywatelstwo i Wojnowicz powrócił do kraju.

Rosyjska okładka powieści

Polacy mają Bareję, a Rosjanie Wojnowicza – obu można określić mianem satyrycznych mistrzów w piętnowaniu absurdów realnego socjalizmu. Jakkolwiek Bareja skupiał się raczej na obserwacji teraźniejszości, tak z prozy Wojnowicza wyłania się smutna refleksja. Przyszłość jego bohatera zależy od tego, czy będzie zdolny przystosować swoją przeszłość do wymogów obecnie obowiązującego systemu. I tu przychodzi mi do głowy przeczytana gdzieś ostatnio anegdota, jak do mitycznego Radia Erewań dzwoni słuchacz z pytaniem: „Czy w komunizmie będzie można przewidzieć przyszłość?”. Odpowiedź brzmiała: „Szanowny słuchaczu, w komunizmie nie będzie z tym najmniejszego problemu. Niestety znacznie gorzej będzie z przewidywaniem przeszłości. Ona tak szybko się zmienia”. Powieść Wojnowicza traci w tym kontekście niewiele na aktualności.

Władimir Wojnowicz, Moskwa 2042, przeł. Henryka Broniatowska, PIW, Warszawa 1992.

Jacek „bio_hazard” Bryk

Juli Zeh, Corpus Delicti. Proces. Recenzja.


Lekarzu, ulecz samego siebie

W dość wąskim zbiorze klasycznych ludzkich pragnień poczesne miejsce zajmuje zdrowie. Życzymy sobie dobrego zdrowia, wznosząc toasty przy każdej okazji, ponieważ jego brak sprawia, że wszystkie pozostałe pragnienia stają się zbędne lub niemożliwe do zrealizowania. Choroba wysysa z człowieka życiową energię, odbiera nadzieję na godne i szczęśliwe życie, w ostateczności prowadząc do jego końca. Ludzkość robi więc wszystko, by przeciwstawić się fatum. Według badań WHO większość społeczeństw byłoby w stanie poświęcić najwznioślejsze idee w zamian za długie, bezstresowe, nie obarczone stygmatem choroby życie.

Wizja Juli Zeh otwiera przed nami drugą połowę XXI wieku, w czasie i miejscu, gdzie takie życie stało się możliwe. Powstało państwo, które dzięki wdrożeniu tzw. METODY, zapewnia swoim mieszkańcom bezwzględnie bezpieczne życie. „Stworzyliśmy METODĘ dążącą do zagwarantowania każdej jednostce jak najdłuższego, niezakłóconego, a to znaczy zdrowego i szczęśliwego życia. Wolnego od bólu i cierpienia.  Nasz system jest perfekcyjny (…) jednakże równie kruchy. Najdrobniejsze wykroczenie przeciwko jednej z podstawowych zasad może ciężko uszkodzić ten organizm albo nawet go zabić.” – tłumaczy jeden z bohaterów, zdecydowany orędownik systemu. Oczywiście, by na Ziemi mogła powstać zdrowotna Arkadia, nieuniknione jest poświęcenie jednostki na ołtarzu dobra wspólnego. Konieczne staje się przestrzeganie reguł, a co za tym idzie – „obywatelskie posłuszeństwo”. Jak wielokrotnie nauczyła nas historia świata – w każdym systemie nieuniknione są też ofiary.

W powieści taką ofiarą jest Moritz Holl, bo nie będzie ryzykowne stwierdzenie, że to on jest głównym bohaterem „Corpus Delicti. Proces”. Nawet jeśli występuje tylko w retrospekcjach, a cała akcja opowiedziana jest z perspektywy jego siostry – Mii. Moritz to buntownik, zdeklarowany przeciwnik METODY, która zabrania mu chodzić po „brudnym”, najeżonym bakteriami lesie, pić kawy, palić papierosów i wygłaszać liberalne filozofie. Moritz to lekkoduch, marzyciel, piewca wolnościowych ideałów. Outsider i free man zarazem.

Kafka-Der-Prozess„W snach widzę miasto, w którym chciałbym żyć. Gdzie domy mają fryzury z zardzewiałych anten. Gdzie sowy mieszkają w popękanej więźbie dachowej. Gdzie z górnych pięter zrujnowanych zakładów przemysłowych przenika głośna muzyka, rzeźby z dymu papierosowego i mocne uderzenia kul bilardowych.” – deklaruje z uniesieniem.
Któregoś dnia Moritz Holl zostaje aresztowany pod zarzutem gwałtu i morderstwa na tle seksualnym. Obciążają go niepodważalne dowody, z wynikami badań DNA w roli głównej. Jedyną osobą, która wierzy w jego niewinność, jest Mia. Sprawa wygląda na jasną: brat był niewygodny dla METODY, więc ta postanowiła się go pozbyć. Moritz jest idealistą do samego końca, więc w obliczu zniesławienia i skazanego na klęskę procesu stawia ostatni krok – popełnia samobójstwo. Spadkobierczynią jego myśli jest Mia, która postanawia walczyć o dobre imię brata.

„Corpus Delicti. Proces” to wspaniale narysowana antyutopia pozornie doskonale funkcjonującego społeczeństwa. Państwa, w którym obywateli „straszy się” powrotem XX wieku. Miejsca, gdzie nie mają prawa istnieć bakterie, wszystko ma swoje miejsce i czas, a ludzie są bez wyjątku zdrowi fizycznie i psychicznie. Juli Zeh w pasjonujący sposób połączyła „Rok 1984” Orwella z atmosferą zaszczucia, bliską klasycznemu „Procesowi” Kafki. Niemiecka pisarka przeprowadza odwieczną konfrontację: dobro jednostki – dobro społeczeństwa, człowiek przeciwko systemowi. Osią tej konfrontacji jest w powieści swoista, niesamowicie zbudowana gra psychologiczna, pomiędzy Mią Holl, a Heinrichem Kramerem – doświadczonym, pozbawionym sumienia, skrupułów, ale niezwykle charyzmatycznym dziennikarzem, który zdecydowany jest bronić METODY za wszelką cenę.  To symboliczna walka bezwzględnej siły rozumu z człowieczym sercem i duszą.

Orwell-1984Powieść Juli Zeh, wypełniona jest filozoficznymi rozważaniami, błyskotliwymi dialogami i przekonującymi prezentacjami ambiwalentnych poglądów. Z drugiej strony, będąc świetnie skonstruowanym thrillerem, pozostawia uczucie strachu i niepewności. Czy dążenie do utopii i nierozerwalnie związane z nim poświęcanie jednostek jest przyszłością świata, jego przekleństwem? Czy warto zamienić niebezpieczne i niepewne jutra piękno, na w pełni kontrolowaną, rutynową codzienność – sterylną i niezaskakującą, ale w pełni bezpieczną?
Moritz Holl, którego duch obecny jest na każdej stronie powieści, uważa, że nie.

„Prawdziwemu człowiekowi nie wystarcza istnienie, jeśli oznacza ono zwykłe bycie tu i teraz. Człowiek musi swojego istnienia doświadczyć. W bólu. W odurzeniu. W porażce. We wzlocie. W poczuciu absolutnej pełni władzy nad swoją egzystencją. Nad własnym życiem i śmiercią. To jest miłość.” – wygłasza podczas jednej z rozmów z siostrą na zakazanej polanie, brodząc gołymi stopami w orzeźwiającej rzeczce. To miejsce nazywa uroczyście „katedrą”.

Gustaw Flaubert napisał, że aby osiągnąć szczęście, trzeba spełnić trzy warunki: być imbecylem, być egoistą i cieszyć się dobrym zdrowiem. Przy czym zdecydowanie najważniejszym w tej swoistej kompilacji jest pierwszy warunek. Jeśli założymy, że francuski mistrz literatury miał rację – przerażająca wizja Juli Zeh nie będzie już dla świata najgorszą alternatywą.

Juli Zeh, Corpus Delicti. Proces, przeł. Sława Lisiecka, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2011.

Rafał Niemczyk

Tomasz Kopecki, Mediapolis. Recenzja.


Cała ta awantura… To wszystko z JEJ powodu. W ciągu jednego dnia wywróciłem do góry nogami całe swoje życie.
Chwilami zastanawiam się, czy przypadkiem nie zwariowałem. Wiesz, to chyba możliwe.

Tak tłumaczy powody swojego postępowania Abel – główny bohater świeżej książki autorstwaTomasza Kopeckiego pt. „Mediapolis”. Miłość do kobiety jest tu głównym elementem zapalnym fabuły i właśnie przez tę jedną niewiastę, całkowicie zresztą zepchniętą na marginalny plan powieści, rozgrywa się większość wypadków w historii o fantastycznym mieście przyszłości. Znowu wszystko przez kobietę. Należałoby zapytać, czym jednak jest to „wszystko”?

Abel i Anna to para kochanków egzystujących gdzieś pośród szarych, niebezpiecznych i przygnębiających murów kontrolowanego przez „chorą” władzę miasta. Abel to idealista. Z jego ust usłyszymy wiele krzepiących serca haseł o pielęgnacji „wolnej myśli” wśród uciśnionego społeczeństwa, o zawładniętych przez system duszach i walce z tymże systemem, o drodze do wolności „po trupach”, mimo wszystko i wbrew wszystkiemu. Anna natomiast to, jak pisze Kopecki, „po prostu kobieta”: z jednej strony twarda, doświadczona przez życie i tajemnicza, z drugiej zagubiona, łamiąca się, niedowierzająca ideałom. Anna to także centrum wszechświata Abla. On snuje opowieści o ich przyszłym, lepszym życiu, jest w stanie poświęcić dla niej całego siebie, zaopiekować się nią, ochronić przed wrogą rzeczywistością lecz niestety… Ona znika. Zostawia pożegnalny list i odchodzi, niemalże rozpływając się w powietrzu. W tym właśnie momencie rozpoczyna się „cała ta awantura”. Abel, stawiając wszystko na jedną kartę i paląc za sobą wszelkie mosty, zaczyna swoje poszukiwania. Droga do celu okazuje się jednak nie tylko podróżą detektywistyczną za śladem ukochanej, ale też krwawą i niebezpieczną walką z wrogim miastem.

„Mediapolis” to bowiem opowieść o pewnym mieście. Jego obraz w wizji Kopeckiego nasuwa jednoznaczne skojarzenia z takimi dziełami światowej literatury, jak „1984” G. Orwella czy „451 stopni Fahrenheita” R. Bradbury’ego, a także z opartym na podobnych chwytach fabularnych produktem X muzy – z „Equilibrium” w reżyserii K. Wimmera. Mamy tu zatem społeczeństwo kontrolowane, nieustannie obserwowane przez nieobliczalną i siejącą postrach władzę, „niewyłączalne” telewizory w każdym z mieszkań jako środek służący do rozsiewania propagandy, fałszywych informacji i „odmóżdżania” odbiorców audycji, eliminację jednostek wybitnych, redukcję wszelkich przejawów pełnowartościowej sztuki na rzecz niezrozumiałego bełkotu, a nawet palenie na stosie! Miasto jest wrogie, bezbarwne, budzące wstręt wśród swoich mieszkańców. Strach przechadzać się jego ulicami bez broni, ba! Strach przechadzać się jego ulicami nawet z bronią.

Odnajdziemy tu również buntowników, idealistów, rebeliantów kryjących się w podziemiach, standardowo planujących przewrót i obalenie władzy. Dla tej strony medalu niezależny Abel to niezwykle smakowity kąsek. Jego nieprzeciętny umysł, determinacja, umiejętność wychodzenia cało nawet z najbardziej beznadziejnych sytuacji, a co najważniejsze – zdolność wyłączania odbiorników TV, mogłyby pomóc doprowadzić buntowników do zwycięstwa nad zakonem – wrogą władzą. Z drugiej jednak strony właśnie te przymioty naszego wyjątkowego bohatera czynią go celem tejże niezadowolonej władzy, oraz innych różnego rodzaju oprychów i degeneratów, których udało mu się rozwścieczyć podczas swych poszukiwań. Abel nie ma więc łatwego życia, a jeden z jego bardziej emocjonujących etapów posłużył za szkielet sensacyjnej historii, jaką jest bez wątpienia „Mediapolis”. Bo…

Na próżno szukać w powieści Kopeckiego głębi czy rozbudowanych portretów psychologicznych postaci. „Mediapolis” to książka sensacyjna, trącąca nieco klimatem „Ściganego” w reżyserii Andrew Dawisa, czy „Uciekiniera” Stephena Kinga. Seks, przemoc i szybka akcja – pod taką etykietką można by umieścić ją na półce. Czytelnicze doświadczenie uczy, że najlepsze powieści tego typu zwykle pochłania się jednym tchem. Jest tak nie tylko z powodu prostego w przekazie języka, czy nieskomplikowanemu budowaniu fabuły, ale także dzięki kreowanemu systematycznie przez autora napięciu. W trakcie lektury drżymy więc o los naszego bohatera, jesteśmy ścigani wraz z nim, czy też wraz z nim ścigamy, emocjonując się napotykanymi przeszkodami czy zaskakującymi zwrotami akcji.

Niestety od „Mediapolis” nie możemy oczekiwać zbyt wielu emocji. Czegoś tu zabrakło. Choć mogłoby się wydawać, że Kopecki daje czytelnikowi wszystko, co mogłoby trzymać nas mocno w napięciu, czyli zaszczutego bohatera, morze trupów, mocne sceny rodem z Piły, to w rezultacie te elementy powieści, mówiąc potocznie, spływają po czytelniku jak po kaczce. Akcja, choć prowadzona szybko, nie pobudza wyobraźni. Oddanie strzału w sam środek czoła albo poderżnięcie gardła, akurat w tej książce nie wzruszają. Czy to ja jestem niezbyt wrażliwa, czy może to w konstrukcji powieści coś nie coś szwankuje?

Wydaje mi się, że jednym z podstawowych mankamentów „Mediapolis” są mało wiarygodne sylwetki postaci. Kopecki konstruuje je jakby nakreślał kalki kadrów filmowych czy komiksowych. Bohaterowie mówią, zachowują się, a nawet przybierają postawy bardzo konwencjonalne, stereotypowe, takie, o których czytaliśmy, czy które widzieliśmy już nie raz. W następstwie za prostymi przyczynami idą tu proste i przewidywalne skutki. Brak oryginalności, brak elementów zaskoczenia, cała masa frazesów i gdzieś już zasłyszanych banałów sprawia, że nie do końca można uwierzyć w wizję Kopeckiego, nie przekonuje ona czytelnika. Oprychy w świecie „Mediapolis” nie przerażają, nie wzbudzają grozy. Ich brutalne zagrania nie idą w parze z ich płaskimi charakterami czy schematycznymi kwestiami. Sam autor, zarysowując sylwetki niektórych ze swoich bohaterów pisze, że „cała postać wyglądała niczym wycięta z tandetnej historyjki obrazkowej” (Ulger) lub też „portret ten pokrywał się z odwiecznym filmowym stereotypem” (Rufus) i należy przyznać mu rację, bo niemalże wszystkie postaci w jego książce można by wcisnąć w ramy stereotypu.

Schematyczność w tej powieści nudzi. Oczywiście w „Mediapolis” znajdą się także i lepsze momenty. Na przykład fragment rozgrywający się w Instytucie Nauki potrafi nieco rozbawić swoją groteskowością i przerysowaniem. Nie zawsze jednak przerysowanie wychodzi tej powieści na dobre. Jest ona zatem pełna lepszych i gorszych momentów. Podobnie też można określić warsztat pisarski autora. Są w książce fragmenty, w których Kopecki jakby zaczynał pisać  „lekkim piórem”, by potem zamienić je na pospolity długopis, tworząc nieco nieudolne partie tekstu.

Na koniec recenzji należałoby spojrzeć na „Mediapolis” oczami fana postapokaliptycznej literatury. Po lekturze całej książki okazuje się, że niewiele mamy tu „czystego postapo” w standardowym jego rozumieniu. Czytając tę powieść, można jednak „powdychać” klimat nieprzyjaznego, przestępczego świata po katastrofie. Jeżeli ktoś ma więc ochotę „zaciągnąć” się oparami po Orwellowskiej klasyce, a także odetchnąć chwilę przy niezbyt wymagającym czytadle spod znaku sensacyjnej popkultury, może po „Mediapolis” sięgnąć bez obaw. Kto jednak w Tomaszu Kopeckim chciałby odnaleźć polskiego Orwella, cóż… Zawiedzie się.

Tomasz Kopecki, Mediapolis, wyd. Zysk i S-ka, Poznań 2009.

Dorota Jędrzejewska

%d blogerów lubi to: