Alfonso Zapico, Dublińczyk; Śladami Joyce’a. Recenzja.


Musha-ring-dum-a-doo-dum-a-da!

Czymże jest miłość mężczyzny i kobiety? Korkiem i butelką.

Jest to wiek utrudzonego kurewstwa, po omacku szukającego swego boga.

 (James Joyce, „Ulisses”)

Trudno opowiadać o takich ludziach jak James Joyce. Ekscentryczny artysta, którego życie na zmianę pochłaniały wizyty w knajpach i domach publicznych oraz seanse z kartką papieru przy świetle lampki nocnej. Genialny pisarz doświadczony przez ból, chorobę oczu i schizofrenię własnej córki, który ofiarował XX-wiecznej literaturze nowe tchnienie. Zagubiony egocentryk, którego miłość do Nory Barnacle długo walczyła o prymat z miłością do samego siebie. Człowiek z objawami mizantropii, który szukał poklasku dla swej twórczości, zaś jego największych dzieł przez długi czas nie akceptowało gremium krytyków literackich, a także wielu kolegów po fachu.

Ostatnie słowa Joyce’a przed śmiercią miały brzmieć „Czy nikt nie rozumie..?” i są to słowa adekwatne do stanu jego ducha. Na polski przekład jednej z dwóch najsłynniejszych powieści Dublińczyka („Finnegans Wake”) czekaliśmy prawie 75 lat. Książkę udało się przetłumaczyć w całości dopiero w ubiegłym roku Krzysztofowi Bartnickiemu po kilkunastu latach pracy. Jak opowiedzieć historię takiego człowieka jak Joyce – to pierwsze pytanie, ale jak ją opowiedzieć za pomocą komiksu – to dopiero zagadka.

Alfonso Zapico, młody (ur. 1981 r.), utalentowany hiszpański ilustrator i autor komiksów, znany jest polskim czytelnikom z pierwszego głośnego albumu „Cafe Budapeszt” – historii osadzonej w Jerozolimie na tle izraelsko-palestyńskich konfliktów. O „Dublińczyku” sam mówi jako o swoim najambitniejszym zadaniu. Transponowanie biografii ciekawych postaci i literackich dzieł przez twórców komiksu jest ostatnio zjawiskiem dość popularnym, żeby wspomnieć choćby o Kiki z Montparnasse, legendzie francuskiej bohemy i muzie samego Picassa, tragicznej historii miłości Stuarta Sutcliffe’a, pierwszego basisty The Beatles, i fotografki Astrid Kirchherr czy komiksową wersję „Mistrza i Małgorzaty”. To, co może zadziwiać w przypadku Zapico, to tożsamość bohatera, którego sobie wybrał – w pewnym sensie kultowa, a przez to narażająca młodego Hiszpana na surową krytykę w przypadku niepowodzenia. A przecież wśród konserwatywnych odbiorców niepowodzeniem może stać się już sama próba wtłoczenia Joyce’a w komiksowe ramy.

Autor „Dublińczyka” wymyślił sobie, że aby uniknąć chaotycznej przekładanki i całkiem prawdopodobnych wrzasków ze strony środowisk akademickich, weźmie na warsztat głównie życie irlandzkiego pisarza, jego twórczość umieszczając w albumie jako nierozłączny i najważniejszy element, ale nie siląc się na analizowanie „Ulissesa” ani innych dzieł. Mówiąc jaśniej: utwory kluczowe dla literackiej kariery i sławy Joyce’a są w komiksie obecne, jednak sama ich treść nie jest szerzej omawiana. Ale i bez tego biografia Joyce’a jest barwna i intrygująca – można by rzec, że „komiksowa”. Wrażenie to zostaje pogłębione dzięki dość charakterystycznej kresce Zapico – „okrągłej”, momentami satyrycznej, z przywiązaniem dużej wagi do szczegółów architektonicznych, z klasycznym kadrowaniem i zabawnymi wstawkami.

Zapico stworzył komiks ciepły. Złośliwi powiedzą, że trochę się nad Joycem ulitował, zamieniając pijackie ekscesy pisarza i jego koleżków w kolorowe anegdoty, krzywdy Nory Barnacle w dobroduszne zrzędzenie „żony artysty”, która nie potrafi zrozumieć, że geniusz musi czasem poszukać inspiracji w knajpie, a egocentryzm i egoizm Dublińczyka w cechy naturalne dla prawidłowego funkcjonowania ów geniusza. Istnieje jednakże drugie oblicze Joyce’a – to wrażliwość niezrozumianego samotnika, szukającego pociechy w sztucznym tłumie, nie mogącego pogodzić się z obliczem świata zamieniającego się na jego oczach w teatr wojny i absurdalnego zła. Oblicze człowieka, który wyciąga rękę do nikomu wówczas nieznanego pisarza Italo Svevo (pseudonim Ettore Schmitza), wyczuwając w tej odrzuconej twórczości utajoną moc, a w samotności, zagubieniu i nieprzystosowaniu do życia bohaterów Svevo – być może alter ego własnej postaci. Wreszcie oblicze ambasadora sztuki, dzięki któremu w 1909 roku Dublin doczekał się pierwszego kina – Volta Cinematograph (co prawda wskutek pijaństwa i braku zaangażowania Joyce’a kino zostało kilka miesięcy później zamknięte, ale otwarte na nowo w roku 1921 – przetrwało do 1948), a utworzona przez niego w Zurychu grupa English Players sprawiła, że przez jakiś czas udzielał się jako producent teatralny, dzięki czemu Nora Joyce mogła objawić swoje talenty aktorskie.

W trakcie, gdy II wojna światowa zbierała swe krwawe żniwo, przyszło mu umrzeć na wygnaniu w Zurychu – jak niektórzy powiadają „zmarł ślepy, pijany i bez grosza”. Nade wszystko jednak Joyce był człowiekiem oddanym sztuce, literaturze, którego ani alkoholizm, ani postępująca ślepota nie były w stanie odwieść od pisania. To był jego świat, królestwo, do drzwi którego tylko on miał klucz – ten klucz pozostawił nam w swoich książkach.

„Dublińczyk” jest zanurzony w literaturze. Już na początku poznajemy Joyce’a jako orędownika niepodległej Irlandii, który w wieku dziewięciu lat napisał wiersz ku czci Charlesa Parnella – „niekoronowanego króla” Zielonej Wyspy zdradzonego przez swoich popleczników. Niewesoła sytuacja rodzinna (pijaństwo ojca, który roztrwonił majątek, w efekcie tego długi, nędza, jedna za drugą przeprowadzka) nie przeszkodziła Jamesowi w intelektualnym rozwoju. Jako szesnastolatek porzucił wiarę, co w konserwatywnej katolickiej rodzinie było posunięciem radykalnym. Był pod wielkim wpływem dramatów Henryka Ibsena, o którym mimo nagonki krytyków miał powiedzieć „cholerny geniusz”, zaś jego recenzja napisana dla „Fortnightly Review” trafiła do rąk norweskiego pisarza. W efekcie Ibsen przeczytał tekst i osobiście wysłał do wydawcy list z podziękowaniem dla Joyce’a – wówczas zbuntowanego osiemnastolatka.

Już od młodości wykazywał niezrównaną umiejętność w zrażaniu do siebie innych pisarzy. Krytykował niemal całą współczesną literaturę irlandzką, skrytykował Johna Synge’a, niezbyt cenił Yeatsa, nie mógł pracować jako krytyk, ponieważ był uznawany za „zbyt mało elastycznego czytelnika”. Życiowym i twórczym zwrotem okazała się wizyta Joyce’a we francuskim Tours, gdzie zakupił przypadkiem książkę Edouarda Dujardina, w której zafascynowała go nowoczesna technika narracyjna – monolog wewnętrzny. Później spotykał się krócej bądź dłużej (w zależności od tego, jak długo udało mu się unikać kłótni) z wieloma znanymi artystami: poetą Ezrą Pondem, twórcą teorii imagizmu, pisarzami Virginią Woolf, Samuelem Beckettem, Herbertem Georgem Wellsem otwarcie przyznającym, iż literatura Joyce’a niezbyt doń przemawia czy Marcelem Proustem, z którym konflikt o literacki prymat do dziś jest przedstawiany jako pocieszna groteska, doktorem Carlem Gustavem Jungiem, zajmującym się przez krótki czas leczeniem córki Joyce’a czy rosyjskim reżyserem Siergiejem Eisensteinem. Postacie te, jak i wiele innych, są wspomniane w komiksie, pokrótce też zarysowane są ich relacje z Joycem. Wiele miejsca Zapico poświęca też kontaktom pisarza z wydawcami i mecenasami, problemom z publikacją książek oraz cenzurą (sprawa niedopuszczenia do druku „Ulissesa” w USA była głośna i z pewnych powodów precedensowa).

Biografia Jamesa Joyce’a skoncentrowana jest głównie wokół czterech europejskich miast: Dublina, Triestu, Paryża oraz Zurychu. W tych miastach obserwujemy życie słynnego Dublińczyka, a uzupełnieniem drogi Joyce’a jest album „Śladami Joyce’a”, w którym Alfonso Zapico relacjonuje osobistą podróż do najważniejszych miejsc związanych z autorem „Portretu artysty z czasów młodości”, dokonując przy tym subiektywnej oceny pewnych współczesnych detali. Komiks ten należy uważać jako względnie udany dodatek do dania głównego, którym jest bardzo dobry „Dublińczyk”.

James Joyce był w swoich czasach w kręgach kulturowych postacią bardzo popularną. Choć zapewne niewielu rozumiało jego twórczość, nie każdy się do tego przyznawał, bowiem czytanie „Ulissesa” stało się na salonach swoistym snobizmem (w pewnym sensie taka postawa przetrwała do dziś).

Fenomen irlandzkiego pisarza także współcześnie bywa poddawany różnym analizom, czasem krytyce, niemniej powszechne uznanie dla „Ulissesa” stało się fundamentem do legendy Joyce’a. Legendy, w której tle pobrzmiewa „Whisky in the Jar” – ludowa irlandzka piosenka o rozbójniku zdradzonym przez żonę. W przypadku Dublińczyka jest nieco na opak, bo chociaż „rozbójnikiem” z pewnością był, to raczej zdradzał niż był zdradzany. Nigdy nie zdradził natomiast swojej największej kochanki: literatury. Tej, która go nigdy nie oszukała. Musha-ring-dum-a-doo-dum-a-da!

Alfonso Zapico, Dublińczyk, tłum. Jakub Jankowski, wyd. Timof Comics, Warszawa 2012.

Alfonso Zapico, Śladami Joyce’a, tłum. Jakub Jankowski, wyd. Timof Comics, Warszawa 2012.

Rafał Niemczyk

Komiksy można zakupić w sklepie wydawniczym Timof Comics: http://sklep.timof.pl/

Andrzej Czyżewski, Piękny dwudziestoletni. Biografia Marka Hłaski.


Obyś żył w ciekawych czasach

Marek Hłasko: pisarz i symbol. „Młody gniewny”, niepokorny, „polski James Dean”, „buntownik bez powodu”, postać barwna, utożsamiana z wykreowanymi przez siebie bohaterami literackimi, bon vivant, amant, kobieciarz, uwodziciel, samotnik, twardziel. Tylko czy – i jeśli tak, to w jakiej mierze – to prawda? Trudno znaleźć osobę z polskiego świata literackiego bardziej zniekształconą przez własną legendę. Nawet Tyrmand i Gombrowicz zostają daleko w tyle.

„Piękny dwudziestoletni” jest próbą odnalezienia prawdziwego obrazu Hłaski, choć niestety również nie pozbawioną retuszowania. Wyłania się z niej człowiek nade wszystko bardzo wrażliwy, obdarzony ogromną ciekawością innych ludzi, interesujący, lecz także uparty, schematyczny i dosyć nieskomplikowany. Postać w pewnym sensie tragiczna, zakładnik i swojego charakteru, i czasów, w jakich przyszło mu tworzyć i żyć. Osoba szczera, nawet odrobinę naiwna, pełna wiary w dobro, sprawiedliwość i przede wszystkim – drugiego człowieka, ale lubiąca kreować się, grać kogoś innego oraz konfabulować swą historię; przy tym mocno bezkompromisowa, nie szukająca łatwych mieszczańskich rozwiązań i nie chodząca na skróty. Człowiek w jakiejś mierze przegrany, niewygodny, skazany na samotność i wypędzenie. Jeśli twardy, to przez siłę, z jaką zmagał się z własnym losem. Jeśli gruboskórny, to dopiero po tym, jak mu tę skórę skutecznie wygarbowano. Ale też egocentryk wstydzący się swego skupienia na sobie, uciekający przez to w różne, czasem karkołomne sposoby zwracania na siebie uwagi, jak np. hipochondria. Wreszcie mężczyzna dążący do stabilizacji życiowej, szukający miłości, zbyt jednak młody na życiowe kompromisy, zbyt dumny na ustępowanie, zbyt wolny i niezależny jak na komunistyczną Polskę.

Marek Hłasko: pisarz i symbol

Marek Hłasko: pisarz i symbol

Urodzony w 1934 roku w Warszawie Marek Hłasko nie miał szczęścia ani do okoliczności życia, ani do ludzi, którzy go otaczali. Spóźniony do pokolenia apokalipsy spełnionej, nie brał czynnego udziału w walkach II wojny światowej, stał obok jako dziecko i patrzył na koszmar getta warszawskiego, na heroizm i hekatombę Powstania Warszawskiego. Dla kilkuletniego chłopca, półsieroty pozbawionego ojca, nie mogło to być łatwe i musiało odcisnąć swoje piętno.

Potem podążył wraz z matką śladem innych uchodźców ze spalonego miasta. Najpierw do Częstochowy, gdzie doczekał końca wojny, potem na Górny Śląsk (Chorzów-Batory), by przez Białystok trafić wreszcie na nieco dłużej do Wrocławia. Tu, jakby nie mało było kłopotów z trudnym powojennym życiem, pojawił się konflikt z ojczymem, nowym partnerem Marii Hłasko.

Niełatwo zrozumieć i tamte relacje, i owe powojenne czasy. Ocaleni byli przecież na wpół martwi, każdy na swój własny sposób. Dodatkowo obciążeni różnym doświadczeniem i mądrością życiową, która bardzo często zupełnie nie współgrała z rzeczywistością stalinowskiego reżymu. Marek tymczasem dorastał, a ten wiek ma swoje prawa i swój bunt. Pod koniec szkoły podstawowej przyszło przesilenie. Dość powiedzieć, że przyszły pisarz otrzymał trzy roczne oceny niedostateczne (w tym z języka polskiego).

Rozwiązaniem miała być szkoła z internatem w Legnicy. Była tak naprawdę wykluczeniem. Takich odsunięć miało go w późniejszym życiu spotkać więcej. Radzić sobie musiał, to i sobie poradził, lecz nie był to jego własny wybór. Szkołę podstawową skończył, średniej już się nie udało. Życie kusiło, charakter powodował bunt. Zabrakło poczucia przynależności. Potem były różne prace: w Stoczni Rzecznej we Wrocławiu, jako szofer przy zwózce drewna z gór.

Matka z ojczymem przenoszą się do Warszawy, Marek Hłasko też, tylko już raczej jako satelita domu, a nie jego normalny mieszkaniec. Przyszły pisarz podejmuje prace jako kierowca, w kilku firmach. Sam jednak czuje, że to nie jego świat, że jest na to zbyt wrażliwy. Jak każdy młody mężczyzna szuka potwierdzenia swej wartości w osiągnięciu sukcesu. Coraz śmielej zaczyna pisać. Z typową dla młodego wieku brawurą i odwagą. Zaczyna bowiem od powieści. Nawiązuje kontakt ze środowiskiem literackim, zwłaszcza z Bohdanem Czeszko i Igorem Newerly, którzy udzielają mu pierwszych rad i stają się w pewnej mierze jego protektorami.

Jest rok 1953. Wydaje się, że ktoś taki jak on, dziewiętnastoletni  chłopak, niedawno jeszcze kierowca, prawie robotnik, jest jak najlepiej widziany przez ówczesne władze jako pisarz i głos młodego pokolenia. Dostaje zielone światło, jak również pomoc w formie stypendium oraz możliwość publikowania w prasie, z której z różnymi efektami korzysta.

Wkrótce jego proza zdobywa sobie uznanie. Najpierw w samym środowisku artystycznym. Potem wśród czytelników. Hłasko nawiązuje pierwsze w pisarskim świecie znajomości i przyjaźnie. Jest człowiekiem dającym się lubić, posiadającym pewien czar osobisty, przyciągającym innych ludzi. Nie zawsze w konwencjonalny sposób. Rozkochuje w sobie połowę ówczesnych pisarzy, tę połowę homoseksualną. Potem usłyszy jakoby to właśnie dzięki protekcji takich jego wielbicieli, jak Jerzy Andrzejewski, Wilhelm Mach, Stefan Łoś, Stanisław Dygat, Zygmunt Mycielski czy Jarosław Iwaszkiewicz osiągnął swą pisarską pozycję.

Stosunkowo łatwo jednak stał się prozaikiem rozpoznawalnym i znanym, szybko również zaadaptował się do sposobu życia ówczesnej elity świata pisarskiego, co wtedy oznaczało spożywanie sporej ilości alkoholu. Pomimo zmian w życiu cały czas robi dwie rzeczy, które wydają się być osnową całego jego dorosłego życia: pisze i kocha (a raczej próbuję miłość znaleźć u coraz to nowych kobiet). Jedno i drugie czyni z pasją, bez kalkulacji. Jedno i drugie w jakiejś mierze doprowadzi do przegranej.

W 1955 roku poznaje Hankę Golde, jedną z trzech najważniejszych kobiet, które pojawiły się w jego życiu. Sam potem o tym napisze: (…) kochałem się w życiu tylko jeden raz: było to jedenaście lat temu i potem już nigdy nie kochałem nikogo ani przez minutę; mimo iż bezustannie starałem się stworzyć sobie złudzenia.

Marek Hłasko z Sonją Ziemann, Niemcy 1958 (fot. Biblioteka Uniwersytecka UMK)

Marek Hłasko z Sonją Ziemann, Niemcy 1958 (fot. Biblioteka Uniwersytecka UMK)

Oprócz uznania i nagród dostaje przydział na mieszkanie. Jego jedyne własne lokum w całym życiu (sic!). Przychodzi odwilż roku 1956, w związku z tym lub po prostu z powodu dojrzewania literackiego Hłasko zmienia ton swej prozy. Pojawia się w nim krytyka, a nade wszystko prawda o otaczającej rzeczywistości. Czuje, że może sobie na to pozwolić. Posiada pozycję. Staje się w pewien sposób sławny; jest obficie drukowany, powstają filmy na podstawie jego opowiadań. Podczas realizacji jednego z nich, „Ósmego dnia tygodnia”, poznaje swą przyszłą żonę Sonję Ziemann. W styczniu 1958 roku dostaje Nagrodę Literacką Wydawców, przyznaną po wojnie pierwszy raz; to duże wyróżnienie.

Wkrótce, bo 21 lutego 1958 roku, wyjeżdża do Paryża. Trudno rozstrzygnąć, czy miała być to wycieczka czy ucieczka; albo może sprytna prowokacja, czyli po raz kolejny wykluczenie i odsunięcie, przestał bowiem odpowiadać komunistycznej władzy. Szczegóły podane przez Czyżewskiego dopuszczają każdą ze wspomnianych interpretacji.

W Paryżu szybko i łatwo nawiązuje stosunki ze środowiskiem paryskiej „Kultury”. Zatrzymuje się w Maisons-Laffitte, wkrótce wydaje u Giedroycia dwa utwory: „Następnego do raju” oraz odrzucone przez cenzurę w kraju „Cmentarze”. Następstwem tego jest kampania mająca zdyskredytować go jako pisarza i człowieka w Polsce. Coraz bardziej oczywiste staje się to, że do ojczyzny nie wróci. Wstępnie akceptuje taki stan rzeczy. Jest młody, jak na pisarza bardzo młody, pełen wiary w siebie, ciekawy świata, może trochę obrażony lub zniesmaczony tym, co dzieje się w Polsce.

Nawiązuje współpracę z wydawnictwem Kiepenheuer&Witsch w Kolonii, powstają tłumaczenia jego prozy na wiele języków. W życiu osobistym kontynuuje związek z Sonją Ziemann. Z tego powodu dosyć często bywa w Niemczech, Szwajcarii, Austrii. Podróżuje po Europie. Cały czas pisze, ukazują się jego kolejne książki.

Mimo to coraz bardziej brakuje mu Polski, sam pisze: Postanowiłem powrócić do Polski, bo jestem przekonany, że pisarz pozbawiony ojczyzny traci swoją zdolność pisarską. Podejmuje próby powrotu do ojczyzny. Przez pewien czas sądzi, że jest to możliwe. Władza komunistyczna gra z nim kotka i myszkę, zwodzi go, czyni niejasne obietnice, pozwala wierzyć w wydumane nadzieje, choć decyzja o zakazie powrotu dla Hłaski została już podjęta i jak się wydaje, inna być nie mogła.

W 1960 roku po raz pierwszy odwiedza Izrael, będzie to miejsce – po tym jak ostatecznie utraci możliwość powrotu do Polski – najbardziej mu bliskie i ulubione. Tam zostawi kilkoro przyjaciół i miłość niespełnioną, zakazaną, Esther Steinbach, do której wielokrotnie będzie tęsknił, czego ślad odnaleźć można w jego korespondencji. Izrael nomen omen stanie się w pewnym sensie jego Ziemią Obiecaną. Odwiedzi go jeszcze dwa razy.

Wraca do Europy; 20 lutego 1961 roku żeni się z Sonją Ziemann.  Nie było to małżeństwo ani udane, ani spełnione. Przyniosło w jakiejś mierze stabilizację życiową, ale również pobyty w szpitalach psychiatrycznych. Pogłębiło problemy z nadużywaniem alkoholu oraz lekomanię. Być może problem tkwił w samym Hłasce, w jego zbyt dużych oczekiwaniach względem kobiety mającej z nim żyć; być może zwykłe zderzenie cywilizacji lub konflikt dwóch artystycznych dusz.

W 1965 roku autor „Pętli” rozstaje się z żoną, nie potrafi sobie znaleźć miejsca w Europie. Jest najpierw w Paryżu, tam spotyka się z Esther, potem w Londynie, gdzie poznaje Romana Polańskiego i Gene Gutowskiego – obaj ułatwiają mu wyjazd do Stanów Zjednoczonych, który następuje 22 lutego 1966 roku.

Osiada w Kalifornii, poznaje Krzysztofa Komedę, przyjaciela i kompana. Spełnia marzenie towarzyszące mu od dziecka: uczy się pilotażu samolotów. W międzyczasie dochodzi do wypadku, w którego następstwie Komeda traci życie. Hłasko obwinia się o to. Emigracja amerykańska autora „Sowy, córki piekarza” trwa trzy lata i jest to zdecydowanie najsłabiej opisany okres w książce Czyżewskiego.

20 kwietnia wylatuje po raz trzeci do Izraela. Jak się wydaje, podejmuje decyzję pozostania tu. Ponownie spotyka się z byłą żoną, jak również z Esther. Wraca do Europy, aby załatwić sprawy związane z filmem powstającym na podstawie jego opowiadań. Zatrzymuje się w Wiesbaden u przyjaciela H.J. Bobermina; u niego w mieszkaniu w nocy z 13 na 14 czerwca 1969 umiera. Oficjalnie stwierdzoną przyczyną zgonu było przedawkowanie środków nasennych w połączeniu z alkoholem. Taką wersję podaje autor „Pięknego dwudziestoletniego” i taka pewnie jest prawda. Choć jak w każdym przypadku śmierci młodego artysty konstruuje się różne dziwne i tajemnicze alternatywne wersje zdarzeń.

Marek Hłasko - portret Zbigniewa Kresowatego

Marek Hłasko – portret Zbigniewa Kresowatego

Marek Hłasko żył lat trzydzieści pięć, było to na pewno życie bardzo ciekawe, z dużą ilością wydarzeń i osób, ale też tragiczne, bo w pewnej mierze wbrew intencjom głównego zainteresowanego. Takie, które w pewnym momencie wymknęło się spod kontroli, i toczyło się tak jak chciało, a Hłasko robił dobrą minę do złej gry, miotany w miejsca i sytuacje, których sam nie pragnął. Paradoksem jest, że osoba tak bardzo otwarta na ludzi i od tych ludzi uzależniona w gruncie rzeczy była samotna; że nie potrafiła utrzymać żadnej z kobiet lub przyjaciół na tyle skutecznie, aby otrzymać od niej pomoc i nie zginąć. Powtórzę niezbyt piękne za to prawdziwe zdanie: Radzić sobie musiał to i sobie poradził, lecz nie był to jego własny wybór. I właśnie na tym polegała twardość i siła legendarnego pisarza.

Tak w wielkim skrócie przedstawia autora „Następnego do raju” Czyżewski. Czy to cała prawda o życiu Marka Hłaski? Nie. Cała legenda Marka Hłaski? Również nie. Wobec tego co? Raczej dosyć uporządkowany zarys życia autoraPięknych dwudziestoletnich”. Dodajmy, że monumentalny bo niemal 600-stronnicowy zarys (sic!). Próba zmierzenia się z legendą, jaką stworzył on sam oraz inni ludzie, nie zawsze mający ku temu odpowiednie kwalifikacje i czyniący to powodowani różną, bywało iż nieszlachetną, motywacją. Chęć odkłamania pewnych stereotypów i mitów. Książka bez wątpienia napisana z dużą rzetelnością, ze sporym zaangażowaniem, lecz również w sposób mało literacki oraz niezbyt dociekliwie. Sporo tu tzw. prawd oczywistych, samo przez się rozumiejących. W wielu miejscach natykamy się na rafy „białych plam” w życiorysie; dosyć denerwujące bywa powtarzające się zdanie Czyżewskiego: Już nie ma kogo zapytać, choć przecież bez wątpienia jest szczere. Podczas lektury odniosłem wrażenie, że o pewnych kwestiach, jak choćby związki erotyczne Marka Hłaski zarówno z kobietami jak i mężczyznami, autor nie bardzo chciał pisać, a jeśli już to czynił, to raczej z kronikarskiej obowiązkowości i w sposób raczej ogólny i dyskretny. Hłasko jest tu często pokazywany jako osoba kulturalna, dobrze wychowana, która może czasem pozuje na chamskiego brutala, która – zdarza się – zbyt dużo pije, ale dlatego, że namawiają ją niecni znajomi… Nie chcę skrzywdzić Andrzeja Czyżewskiego, tym bardziej że doceniam jego gigantyczną pracę i równie duże zaangażowanie, oraz wiele lat życia, które poświęcił na napisanie, a potem uzupełnianie tej książki, ale może niedobrze, gdy chce się jednocześnie ocalić pamięć i prawdę o pisarzu oraz w jakiś sposób obronić dobre imię człowieka ze swojej rodziny…

Piszę te słowa niechętnie i zdecydowałem się na ich umieszczenie z dwóch powodów: po pierwsze Czyżewski prosi o uwagi z lektury, po drugie sam mocno krytykuję książkę Barbary Stanisławczyk „Miłosne gry Marka Hłaski”. Nie bronię tej pozycji, nie mam podstaw, obie książki czytałem, lecz przecież nie dysponuję odpowiednią wiedzą mogącą pozwolić mi rozstrzygać kwestie merytoryczne. Mówię jedynie o swoich odczuciach i pragnieniach czytelniczych.

Popiersie Marka Hłaski w Alei Sław w Kielcach (fot. Paweł Cieśla)

Popiersie Marka Hłaski w Alei Sław w Kielcach (fot. Paweł Cieśla)

Opisywana tu książka jest wydaniem trzecim (wcześniejsze to lata 2000 i 2005), znacznie rozszerzonym, wyposażonym w zdjęcia i faksymile dokumentów oraz korespondencji – moim zdaniem niewystarczająco wyposażonym jak na tak monumentalną pozycję (często też dostajemy serię kilku poklatkowych zdjęć np. strona  187 i 212 oraz 481-482). Za to książka wydana porządnie, w dobrej twardej oprawie, mimo sporych wymiarów wygodna w lekturze. Mankamentem są również literówki i dosyć wątpliwej stylistycznie lub gramatycznie konstrukcji zdania, jak: Między te domki wtłoczono bloki. W jednym z nich, z przedszkolem w parterze było to Marka mieszkanie. Lub Była to matka ojca, który odszedł z domu jeszcze przed swoją śmiercią. Ogólne wrażenie redakcji książki jest jednak dobre. Dużą zaletą są znajdujące się na końcu: „Indeks osób” i „Kalendarium życia Marka Hłaski”.

Bez wątpienia jest to pozycja podstawowa i fundamentalna w Hłaskografii, zawierająca w sobie ogromną liczbę faktów, sumiennie udowodnionych, zobrazowanych często opiniami kilku osób, mających odzwierciedlenie w korespondencji i dokumentach. Książka stawiająca sobie za podstawowy cel dotarcie do prawdy. Efekt solidnej pracy historyka i faktografa.

Andrzej Czyżewski, Piękny dwudziestoletni. Biografia Marka Hłaski, Prószyński i S-ka, Warszawa 2012.

Dominik Śniadek

Joanna Siedlecka, Jaśnie Panicz. O Witoldzie Gombrowiczu. Recenzja.


Między szaleństwem a astmą

Moje książki dużo mi sławy przysparzają, ale mniej pieniędzy, bo tylko dla Jaśniejszych pisane, nie dla Ciemniejszych, więc sprzedaż idzie wolno.

(Gombrowicz w liście z Argentyny do swojej dawnej ulubionej służącej Anieli, tej samej, która wymyśliła zdanie „Koniec i bomba, a kto czytał ten trąba”)

Stoi młodzian przed ogromnym, w oprawie secesyjnym, lustrem; w sylwetce piękny, wytworny, gustownie i modnie ubrany, widać znaczna persona, ktoś ważny, bogaty, posiadający wyjątkową towarzyską pozycję, słowem Jaśnie Panicz. Stoi, przegląda się, zachwyca, sprawdza kunszt arystokratycznego profilu; miny, grymasy i „gęby” próbuje i podziwia. Pyszne i błogie zajęcie. Wtem lustro w drobny mak rozpryska się zupełnie bez powodu. Odłamki szkła i tego sprzed chwili obrazu prędko po perskim dywanie w niespodziewanej malignie, jak rzeka w delcie w wielu drobnych strużkach płyną i równie szybko w niepamięci giną. Młodzian nogą z wściekłości tupie, los srogo fuka i sztorcuje, a gdy ten mu nie odpowiada zagniewany, od niesławy niezwłocznie i daleko ucieka. Całe życie będzie tęsknił i do tego widoku, i do okoliczności zwierciadła. Lecz mimo licznych wysiłków i pretensji do całego świata już go nie poskłada. Minął bowiem czas okoliczności zwierciadła…

Dowód osobisty Witolda Gombrowicza, 1922 r. wydany przez Urząd Gminy Sadowie, pow. Opatowski

Dowód osobisty Witolda Gombrowicza, 1922 r. wydany przez Urząd Gminy Sadowie, pow. Opatowski

„Jaśnie Panicz” jest właśnie takim, z drobnych i z trudem odnalezionych okruchów, literackim rekonstruowaniem życia młodziana i okoliczności tamtego świata. Joanna Siedlecka nie napisała bowiem biografii sensu stricte. To raczej rodzaj malowanego wspomnieniami literackiego portretu samego Gombrowicza, ale i, co wydaje się równie, a może bardziej cenne, obraz miejsc oraz ludzi, którzy odegrali niepoślednią rolę w życiu autora „Trans-Atlantyku”.

Książka składa się z dwóch części. W pierwszej przedstawiono życie i świat Witolda Gombrowicza do sierpnia 1939, czyli jego wyjazdu z Polski. Druga dotyczy owej ucieczki od „stłuczonego zwierciadła” i obejmuje czas, w którym mieszkał w Argentynie, Niemczech i Francji. Słuszny to podział, bo jakże inne to były okresy życia.

Witold Gombrowicz jako uczeń, ok. 1918 r.

Witold Gombrowicz jako uczeń, ok. 1918 r.

Część pierwsza jest moim zdaniem lepsza, żywsza, wierniejsza, prawdziwsza, bardziej kompletna. Wynika to może z tego, że przeważają w niej relacje świadków, wspomnienia. Poza tym dotyczy w większości miejsc znajdujących się w Polsce, gdzie autorce znacznie łatwiej było dojechać, zobaczyć i poczuć. Pierwsze wydanie omawianej tu pozycji ukazało się w roku 1987. Nie można zapominać o ówczesnych realiach. W części drugiej brak tej empatii do miejsc, osób i wydarzeń. Więcej w niej listów niż bezpośrednich relacji. Nie bez znaczenia jest również fakt, że lata przedwojenne to przecież młodość Gombrowicza, jego „jaśniepaństwo”, czyli wyjątkowa pozycja społeczna, zamożność, nawet bogactwo, a okres późniejszy to niezbyt przyjemna sytuacja materialna, czasem również towarzyska, poza tym to wiek dojrzały, ciężka i śmiertelna choroba – astma, a wszystko to w atmosferze jedynej wiernej przyjaciółki – samotności, słowem: rzeczywistość najczęściej szara.

Wkraczamy w świat sandomierskiego ziemiaństwa, w Międzywojniu cieszącego się reputacją „najbardziej chyba zasiedziałego, tradycyjnego i zdziwaczałego”. Główną areną są, jeśli chodzi o wieś, Małoszyce, Bodzechów i nieco później Wsola i Potoczek. To kraina dworów, czworaków, rządcówek, bandosiarń ale także papierni, cegielni, młynów, tartaków, gwoździarni, olejarni, a nawet małej huty wyposażonej w piece pudlinki. Miejsce w jakieś mierze, zwłaszcza z dzisiejszej perspektywy dla wielu idylliczne, a na pewno i dla wszystkich już minione, odeszłe, niebyłe.

Poznajemy dosyć szczegółowo losy dwóch rodzin ziemiańskich, krewnych twórcy „Kosmosu”: Kotkowskich (matka) i Gombrowiczów (ojciec), dodajmy obu dość znacznych i obu z ciekawą historią.

Kotkowscy, świetni gospodarze, lecz ludzie „jak tu się mówi – fisie, czyli dziwadła, oryginały”, prawdopodobnie z powodu bliskiego pokrewieństwa osób zawierających małżeństwa. Najlepszą partią był kuzyn lub kuzynka. Nie było tu w tym nic dziwnego, a nawet rodzina oczekiwała takiego postępowania. Czyniono tak dla zachowania majątku i w ten przebiegły, ale i ryzykowny genetycznie sposób przeciwdziałano jego rozdrobnieniu. Nie brakowało w tej familii ekscentryków – „zła krew” robiła swoje. Pewien „gdy się ożenił, wsiadł na konia i pojechał zameldować o tym na policję”, inny był tak skąpy, że „zamykał do cukierniczki muchę, żeby sprawdzić czy nikt nie podkradał cukru”.

Witold Gombrowicz, jego matka, babka (Aniela Kotkowska) i siostra Rena, Bodzechów, ok. 1913 r.

Witold Gombrowicz, jego matka, babka (Aniela Kotkowska) i siostra Rena, Bodzechów, ok. 1913 r.

Rodzina Gombrowiczów, równie ciekawa, niegdyś posiadająca duże znaczenie, z rodowodu litewska, do Sandomierskiego trafiła na skutek reperkusji, jakie wywołał udział przodka w powstaniu narodowym, z tego samego powodu przez konfiskatę mienia nieco zbiedniała.

Witold Gombrowicz odnalazł się w tym świecie znakomicie, lecz otoczenie bez wątpienia wywarło na niego poważny wpływ – zarówno na osobowości pisarza, jak i na twórczość literacką.

Dosyć istotne wydaje się również to, że był najmłodszym i ukochanym synem Marceliny Antoniny z Kotkowskich Gombrowiczowej, która to, nie mogąc doczekać się córki, dosyć długo ubierała go na sposób dziewczęcy oraz wykazywała sporą nadopiekuńczość, niejednokrotnie wręcz śmieszną: „chodziła z nim wyłącznie lewą strona placu Mokotowskiego, obok którego mieszkali – uważała, że po prawej wieją silniejsze wiatry, które mogą mu zaszkodzić”.

Znajdziemy tu mnóstwo tropów literackich, pewnych hipotez psychologicznych, a także po prostu ciekawych opowieści o członkach rodzin Gombrowiczów i Kotkowskich oraz ludziach w jakiś sposób bliskich Witoldowi. Spisanych bardzo naprędce, wydaje się w ostatniej chwili, ze względu na podeszły wiek świadków. Lecz bardzo sumiennie i plastycznie.

W pierwszej części „Jaśnie Panicza” Siedlecka, słowami osób wspominających, opowiedziała również część przedwojennej historii Warszawy, zwłaszcza tę dotyczącą Gombrowicza. Wyjątkowo ciekawy wydaje się fragment o młodym pisarzu, środowisku literackim i spotkaniach w kawiarniach: Zodiak i Ziemiańska. Szczegółów nie zdradzam, nie chcąc psuć przyjemności i smaczków lektury.

Witold Gombrowicz jako student prawa

Witold Gombrowicz jako student prawa

Część druga poświęcona jest losom wojennym i powojennym Gombrowicza.

Długim dwudziestu czterech latom w Argentynie, kiedy to bywało ubogo, a nawet biednie, gdy pracował jako urzędnik w Banco Polaco, chałturzył też z konieczności różnymi dosyć odległymi literaturze zajęciami. Poznajemy środowisko argentyńskiej Polonii. Prawdę rzekłszy, również bliższe aberracji niż stanowi normalnemu, przynajmniej w tej jego części, w której uczestniczył pisarz. Częściej udzielono tu głosu autorowi „Pornografii”, cytując jego listy, tak pełne determinacji i stanowczości w walce o rozpropagowanie swej twórczości.

Mamy tu wreszcie relację z lat powrotu do Europy, owego krótkiego, ale jednak tryumfu Gombrowicza, małej chwili sławy oraz względnej stabilizacji materialnej. A więc okres rocznego stypendium Fundacji Forda, który spędził w Berlinie Zachodnim, czasów paryskich oraz ostatnich lat życia w Vence koło Nicei.

Ewidentnym mankamentem tego fragmentu książki jest brak wspomnień, listów i relacji osób najbliższych w tamtym czasie Gombrowiczowi, mianowicie: Rity Labrosse – towarzyszki życia, sekretarki i opiekunki oraz późniejszej żony; Konstantego Jeleńskiego – przyjaciela, tłumacza i największego propagatora pisarstwa Gombrowicza; Marii i Bohdana Paczowskich – przyjaciół i wielokrotnych wybawicieli. Jednak precyzja i solidność biograficznego kunsztu Siedleckiej oraz dokładność i uporządkowanie pozostałej części „Jaśnie Panicza” wykluczają możliwość, aby po prostu o tym zapomniała…

Obficie i szeroko za to udostępniono relacje osób okazjonalnie odwiedzających Gombrowicza w tamtych czasach. Tych wszystkich początkujących prozaików, krytyków literackich oraz ludzi szeroko pojętej kultury. Najczęściej na stałe mieszkających w Polsce. Widoczna jest obustronna ciekawość, zarówna Gombrowicza jak i gości.

Ciekawa jest część dotycząca kontaktów Miłosza i Mrożka z Gombrowiczem.

Książka na pewno trudna, o człowieku niełatwym, skomplikowanym, wielopłaszczyznowym, posiadającym zamiłowanie do formy i przywdziewania różnorakich „gęb”; człowieku wielbiącym prowokacje, z zamiłowaniem i świadomie do niej doprowadzającym; ponadto doświadczonym, jak całe jego pokolenie, niełatwym losem; artyście uwikłanym w pułapki historii, kpiącym z celebry, a jednocześnie jej pożądającym, pisarzu często nierozumianym, czasami wykorzystywanym politycznie. Nade wszystko o jednostce samotnej, inna rzecz, że tę samotność, jak się wydaje, lubiącej. Bez wątpienia jednak książka dobra, wyważona, przemyślana, solidna, bardzo plastyczna i wiarygodna.

Maria-Rita Labrosse i Witold Gombrowicz, Vence, lata sześćdziesiąte

Maria-Rita Labrosse i Witold Gombrowicz, Vence, lata sześćdziesiąte

Największą siłą tej pozycji jest to, że autorka prawie w ogóle nie zaznacza swej obecności, sądów i opinii, a jeśli już to robi to bardzo subtelnie, między wierszami. W tym tkwi tajemnica piękna jej literackiego malarstwa. Dostajemy obraz samego Gombrowicza, a także ludzi i okoliczności jego życia. Co z tym zrobimy, to już nasza sprawa.

Jest to również opis dawnej Polski, zarówno tej wiejskiej, ziemiańskiej, jak i wielkomiejskiej, warszawskiej. Co bardzo często oznacza kolejne „Zdążyć przed Panem Bogiem”, bo tamten świat odszedł był już w przeszłość, a Siedlecka w ostatniej chwili odwiedziła, w ten lub inny sposób, i wypytała, również już odchodzących, jego naocznych świadków. Opis cenny, wielopłaszczyznowy, zróżnicowany, reprezentowany zarówno wspomnieniami ludzi prostych, niewykształconych, jak i elit ówczesnego świata: arystokracji i inteligencji.

Warto podkreślić, że jest to debiut Siedleckiej w kategorii biografii literackich. Debiut udany i całkiem smakowity w lekturze. Przyznam, że fanem jej pisarstwa stałem się po lekturze „Pana od poezji” – tamta książka jest wyśmienita i pozostaje klasą samą dla siebie. Jednakże w jak innych okolicznościach była pisana („Jaśnie Panicz” wydany w 1987 roku, „Pan od poezji” w 2002) oraz jakże innego literacko i estetycznie człowieka opowiadała.

W ostatnim słowie warto wspomnieć o zagadnieniach edytorskich. Jest to nareszcie wydanie porządne, nawet odrobinę eleganckie. W solidnej twardej oprawie. Wyposażone w zdjęcia i ilustracje, w liczbie akuratnej i adekwatnej do treści, którą zawiera. Znajdziemy tu faksymile zarówno korespondencji Gombrowicza, jak i pewnych jego dokumentów. Książka posiada dobrze opracowany i sporych rozmiarów „Indeks osób”, co ułatwia poruszanie się po niej w trakcie mniej standardowej lektury. Zamieszczono tu również kilka recenzji, w tym też  słowo „Od autorki”. I jeśli przy tych pierwszych możemy nieco zastanawiać się nad sensem decyzji redakcji, to ostatnie wydaje się konieczne i niezbędne, wziąwszy pod uwagę kontrowersyjność samego Gombrowicza, jak i radykalnie rozbieżne oceny jego życia i twórczości w społeczeństwie polskim.

Joanna Siedlecka, Jaśnie Panicz. O Witoldzie Gombrowiczu, Wydawnictwo MG, Kraków 2011.

Dominik Śniadek

%d blogerów lubi to: