Rutu Modan, Zaduszki. Recenzja.


Zaduszki-okladkaWyjątkowo ciepłe Zaduszki

Lektura „Zaduszek” Rutu Modan działa jak balsam dla duszy. Rozlewa się przyjemnym ciepłem w okolicach serca i zastyga uśmiechem na ustach. Aż dziw bierze, że takie reakcje wywołuje komiks rozgrywający się burą, warszawską jesienią w przeddzień Święta Zmarłych. Komiks, którego tematem są niełatwe i zagmatwane polsko-żydowskie stosunki.

Autorka świetnych „Ran wylotowych” już zasiadając do tworzenia scenariusza „Zaduszek”, miała zupełnie inne założenia niż rozdrapywanie ran. W wywiadzie udzielonym na potrzeby „Zwierciadła” mówiła:
O Holokauście napisano wystarczająco dużo książek. W tym jeden z najwspanialszych komiksów – „Maus” Arta Spiegelmana (…) Polacy, Żydzi, Palestyńczycy, wszyscy są ekspertami od bycia ofiarami. Jesteśmy w tym naprawdę dobrzy, a przecież bycie ofiarą to słaby sposób na znalezienie rozwiązań dla istniejących problemów.

Komiks Modan nie unika trudnej historii, choć traktuje ją z dużym dystansem (niektórzy powiedzą, że ze zbyt dużym). W gruncie rzeczy jest niepozbawioną nostalgii, trochę wyidealizowaną obyczajową komedią z kryminalnym zacięciem.

Zaduszki-1Bohaterkami są dwie kobiety: 90-letnia Żydówka Regina Segal oraz jej dorosła wnuczka. Obie przylatują z Izraela do Polski, by odzyskać rodzinną nieruchomość utraconą w czasie II wojny światowej. Tuż po przylocie do stolicy sympatyczna babcia zaczyna zachowywać się nad wyraz podejrzanie. Wnuczka zdziwiona tą przemianą, bierze sprawę w swoje ręce i rozpoczyna osobiste śledztwo, jednocześnie odkrywając dla siebie stolicę Polski. Krok w krok za dziewczyną podąża wyjątkowo antypatyczny typ („przyjaciel rodziny” Jagodnik), choć dla równowagi spotyka ona również intrygującego przewodnika po żydowskiej Warszawie (a przy okazji rysownika komiksów). Uczucie wisi w powietrzu wraz z odkryciem wielkiej rodzinnej tajemnicy. Jak się bowiem okazuje, sekrety babci dotyczącą znacznie mniej przyziemnych spraw niż stara, warszawska nieruchomość.

Rutu Modan inspiracje dla komiksu czerpała bezpośrednio z historii własnej rodziny. Jej dziadkowie wyemigrowali z Polski z początkiem II wojny światowej. Mieli wiele szczęścia, ale trudna historia poniekąd złamała im serce. Autorka odkurza tamte wydarzenia, zgrabnie żeniąc je z własną fantazją, intrygą i genialnym wręcz zmysłem obserwacji.

Zaduszki-3

Zaduszki-4Podobnie jak w „Ranach wylotowych” Modan wykazuje się niebywałą umiejętnością odtwarzania nastrojów, gestów, kreślenia sytuacji i dialogów bezpośrednio wyjętych z życia. W ten sposób opowieść dotycząca konkretnego, szczegółowego tematu, jest paradoksalnie bardzo uniwersalna – traktuje bowiem o uczuciach znanych każdemu i doskonale je odwzorowuje. U Modan bawią i wzruszają nawet kadry tworzone poniekąd na obrzeżach fabuły – spojrzenie, ruch ręki, reakcja, dwa słowa, wszystko odwzorowane z drobiazgową starannością. Cieszy również świetne odtworzenie polskiej rzeczywistości – wnętrze skromnej restauracji, pachnącego PRL-em hotelu, ulice, witryny, mieszkania. Rutu Modan potrafi prześwietlać więc nie tylko ludzi, ale i miasta. Jej kreska – prosta i nawiązująca do dawnych tradycji komiksowych – bywa momentami bardziej realistyczna niż twórczość niejednego hiperrealistycznego autora.

Wspomnieć należy również o rewelacyjnym poczuciu humoru autorki. To kolejny jej talent, dzięki któremu „Zaduszki” czyta się z ogromną satysfakcją. Humor jest tutaj raz ciepły i dobrotliwy, innym razem bywa subtelnie złośliwy i ironiczny. Nie bez uroku, a jednak precyzyjnie, Modan naigrawa się choćby z komercjalizowania historii albo traktowania jej z przesadnym, wystudiowanym patosem. Mnogość nastrojów i motywów, które pojawiają się na kartach jej komiksu: od tęsknoty, poprzez zauroczenie, charakter międzypokoleniowych relacji, chciwość i kombinatorstwo, aż po zwyczajną prozę życia – nie przeszkadza autorce zapanować nad tym barwnym tyglem. Doskonale potrafi ona wyważyć proporcje i poprowadzić historię tak, by czytało się ją bez najmniejszych przeszkód. Jak się okazuje, jest również doskonałą „konstruktorką” scenariuszy – lekko zaplątanych, a jednak od początku do końca zrozumiałych.

Zaduszki-5Podstawowym zarzutem, który przewija się w mniej pochlebnych recenzjach „Zaduszek”, jest obcesowe potraktowanie poważnego tematu i ubranie go w nadto kolorowe barwy. Spróbujmy spojrzeć na to jednak z innej strony. W gruncie rzeczy bowiem opowieść Modan odwzorowuje stosunek do historii charakterystyczny dla młodszych pokoleń, które znają ją wyłącznie z podręczników i relacji. Ich przedstawiciele nie doświadczyli tragedii na własnej skórze, przez co nie są w stanie się w pełni zaangażować. Doceniają, interesują się, dalecy są od lekceważenia – a jednak instynktownie patrzą w przód. Ich życie toczy się dalej – w bardziej błahy, pełen prostych uniesień sposób. W taki, jaki powinno przecież się toczyć.

Rutu Modan, Zaduszki, tłum. Zuzanna Solakiewicz, Kultura Gniewu, Warszawa 2013.

Dorota Jędrzejewska

 

Zaduszki-2Zdaniem Rafała:

Dorotka rozpływa się nad nowym komiksem Rutu Modan niewątpliwie słusznie. Nie jest to jednak Warszawa, którą znają Polacy. Brak w niej zakorkowanych ulic i niebezpiecznych zaułków, a ludzie są nadzwyczaj uprzejmi i tolerancyjni. Album ma świetny odbiór zagranicą, więc jako naród powinniśmy dziękować Rutu za wyjątkowo dobry PR. Być może autorką kierowała niechęć w przyszywaniu Polakom „łatek”, co w zagmatwanych relacjach polsko-żydowskich bywa na porządku dziennym (z jednej i z drugiej strony zresztą). Wyszła nam z tego Warszawa bardzo „wygładzona”, co niekoniecznie musi stanowić zarzut, ponieważ „Zaduszki” nie stawiają sobie za cel rozbierania charakterystyk narodów na części pierwsze. To opowieść ciepła, momentami ckliwa, choć Modan uwielbia bawić się pozorami. Dokłada zatem jednym i drugim, Polakom i Żydom, ale jej żarty z narodowych przywar są lekkostrawne i zabawne, ironiczne, ale nie konfliktowe i pretensjonalne. „Czemu leżysz w ubraniach w łóżku? Według polskiego prawa grozi za to dożywocie” – mówi Mika do babci, by na drugi dzień w rozmowie ze swoim polskim przewodnikiem-chłopakiem rzucić z uśmiechem: „Jedyną rzeczą, którą Żydzi kochają bardziej niż pieniądze, to robić jedno drugiemu na przekór”. Wszechobecny humor doskonale równoważy nostalgiczne tony, dzięki czemu opowieść nabiera lekkości i dystansu. O tym, jak genialnie Rutu operuje emocjami swoich postaci, napisała już Dorotka. Podsumowując: „Zaduszki” nie są w mojej opinii dziełem tak pełnym jak „Rany wylotowe”, ale to w dalszym ciągu jeden z najlepszych albumów komiksowych ubiegłego roku.

Zaduszki-pasek

John Steinbeck, Tortilla Flat. Recenzja.


Każdy ma swoje Monterey

Bardzo jest dobrze mieć przyjaciół.
Jakże samotny jest człowiek, jeśli nie ma przyjaciół,
z którymi może posiedzieć i podzielić się swoją grappą.

(Danny)

Paradoksalnie, pierwsza głośna powieść Johna Steinbecka, wielkiego społecznika i humanisty, została przyjęta dobrze, lecz… „antyspołecznie”. Szerokie grono krytyków i czytelników, choć doceniało literacką wartość „Tortilli Flat”, zarzucało pisarzowi brodzenie w stereotypach, ocierające się o rasizm uwłaczanie meksykańskim Amerykanom (czy też, jak kto woli, potomkom hiszpańskich konkwistadorów), którzy w powieści mienią się dźwięcznie jako paisanos. Dziś, znając nie tylko znaczenie i wymiar twórczości Steinbecka, traktujemy to jak niegroźną dykteryjkę, ale w 1935 r. takie opinie mogły autorowi zaszkodzić. Podjął on nawet próby publicznej obrony, na szczęście dość szybko proza zaczęła bronić się sama, a dokładając co dwa lata kolejne genialne dzieła („Myszy i ludzie” w 1937 r. oraz nagrodzone Pulitzerem „Grona gniewu” w 1939 r.), Steinbeck stał się jednym z najbardziej poczytnych i lubianych pisarzy amerykańskich.

Tortilla Flat to dzielnica miasteczka Monterey, w której mieszkają Danny, główny bohater, i jego przyjaciele. Do kalifornijskiego Monterey Steinbeck będzie wracał w swojej twórczości jeszcze wielokrotnie – w „Ulicy Nadbrzeżnej”, „Cudownym czwartku” czy w sporych fragmentach „Na wschód od Edenu”. Ten rybacki port nad Pacyfikiem to tygiel ludzi różnej orientacji społecznej, różnej maści, pochodzenia i ambicji. Spotkamy tu sprytnych właścicieli spelunek i adwokatów, zarówno „porządnych” Amerykanów, jak i ubogich, pokrzywdzonych weteranów wojennych, policjantów i złodziejaszków, ciężko harujących rybaków i obijających się całymi dniami lekkoduchów.

„Tortilla Flat” – ekranizacja Victora Fleminga z 1942 roku (w rolach głównych: John Garfield jako Danny, Spencer Tracy – Pilon, Hedy Lamarr – Dolores)

Danny i jego kompania, w skład której wchodzą same sławy (Pilon, Pablo, Pirat, Wielki Joe Portugalczyk, a nawet Jezus Maria), należą rzecz jasna do tej ostatniej grupy. I wydaje się, że jest im z tym bardzo dobrze. Życie upływa tym panom na wylegiwaniu się na słońcu, zarywaniu znudzonych panien, drobnych kradzieżach, kombinowaniu, jakby tu niewielkim kosztem zdobyć parę centów na wino, a gdy już się to uda, wydojeniu tego wina z kumplami w słoikach po konfiturach. Sprawa nie zawsze jednak jest prosta, ponieważ czasy prohibicji potrafią mocno dać w kość barwnej ekipie. Mają oni zresztą, w sporej części uzasadnione, pretensje do swojego kraju. „Siedzimy sobie tutaj (…) ze złamanymi sercami” – żartuje Pilon, na co Danny odpowiada mniej lirycznie: „…to nie poemat. Siedzimy tutaj bezdomni. Oddaliśmy nasze życie ojczyźnie, a teraz nie mamy nawet dachu nad głową”.

Nominowany do Oscara Frank Morgan w roli Pirata (z prawej)

Pretensje naszych bohaterów nie mają jednak bolesnego wymiaru – to raczej pijackie filozofowanie, podtrzymujące w ich sercach pretekst do tego, by nic nie zmieniać, ponieważ w gruncie rzeczy większości z nich podoba się takie życie. Kiedy zatem otwiera się przed nimi szansa na odziedziczenie domu, wcale nie przyjmują jej z radością i optymizmem. Niby własny dach nad głową, lecz z drugiej strony… „na twarzy Danny’ego malował się wyraz troski, jaka zawsze towarzyszy bogactwu. I już do końca życia troska ta nie zniknie. Już nigdy w życiu Danny nie będzie wybijał w mieście cudzych szyb, mając własne szyby do wybijania”.

Aby carpe diem nie było zbyt błogie i nudne, nasi przyjaciele przeżywają szereg przygód. Właściwie każdy z siedemnastu rozdziałów jest odrębnym epizodem, w którym odkrywa Steinbeck kolejne zakamarki miasteczka i przedstawia losy kolejnych bohaterów (głównych i pobocznych). Czyni to, swobodnie nawiązując do legend arturiańskich, nie tylko w konwencji (przygodowa stylistyka, charakterystyczne tytułowanie rozdziałów), ale również w warstwie symbolicznej. W „Tortilla Flat” co rusz uświadczymy bogatego folkloru, odnoszącego się do mitów i legend, w postaci skarbów zakopanych w ziemi, które świecą podczas wigilii św. Andrzeja, walki Dobra ze Złem czy Domu-Okrągłego Stołu, z którego przyjaciele wyruszają na kolejne wyprawy.

I choć im dalej w las, tym przygodowo-sowizdrzalska nuta zaczyna przybierać melancholijne filozoficzne tony, zwiastując (jednak) nieadekwatny do tej melodii koniec, to „Tortilla Flat” zawsze pozostanie przede wszystkim pięknym portretem o przyjaźni. Portretem dowcipnym, sentymentalnym i prostym, lecz przez to ponadczasowym. Bo społecznych problemów i nierówności świat nie wyzbędzie się nigdy, ale najlepszych przyjaciół poznaje się właśnie w biedzie. Steinbeck o tym wiedział, a ta książka jest także o tym, że każdy z nas ma swoje Monterey, swoją Tortilla Flat.

John Steinbeck, Tortilla Flat, przeł. Jan Zakrzewski, Prószyński i S-ka, Warszawa 2013.

Rafał Niemczyk

Hermann Hesse, Narcyz i Złotousty.


Między Włóczykijem a Florentino Arizą

Wbrew tytułowi i obiegowej opinii powieść „Narcyz i Złotousty” nie jest poświęcona opozycji tytułowych postaci; jest portretem Złotoustego, a raczej takiej postawy życiowej, jaką on symbolizuje. To obraz artysty oraz sztuki, pojmowanej jako specyficzny akt intelektualny i emocjonalny, dokonywujący się w duszy człowieka. Kusząca wydaje się interpretacja łącząca tę powieść z powstałym trzynaście lat później opus magnum Hermanna Hessego, „Grą szklanych paciorków”. Byłby to swoisty dyptyk o duchowości człowieka, w którym jak w monecie możemy oglądać awers i rewers twórczej strony człowieczeństwa. W obu przypadkach potraktowany ze zwykłym dla tego pisarza głębokim humanizmem oraz krzepiącym idealizmem.

Owszem, Hesse umiejętnie konstruuje dychotomię dwóch, bardzo odmiennych – wydawałoby się – sprzecznych postaw życiowych, które uosabiają postaci tytułowe, lecz jest to zabieg mający uwypuklić portret Złotoustego. Narcyz pełni tu rolę pomocniczą, jest pewnym – umożliwiającym rozwój Złotoustego – inicjatorem, a dla nas, czytelników, kimś/czymś w rodzaju scenerii albo jeszcze lepiej: kontrastowego tła. Zgodnie z przedstawioną wyżej interpretacją Narcyz to Józef Knecht z „Gry szklanych paciorków”, i dopiero tam poświęcono mu należytą uwagę.

Obie postaci to obrazowe przedstawienie dwóch możliwych opcji rozwoju ludzkiej duchowości, mianowicie realizmu i idealizmu. W znacznym uproszczeniu: Narcyz to naukowiec, symbolizuje realizm, jest jakby kontynuatorem myśli Arystotelesa i św. Tomasza, jego życie pełne jest harmonii, ładu, spokoju, jest poświęcone intelektowi, to sanktuarium myśli i logiki, czasem naznaczone pewnymi koniecznymi kompromisami, może nawet niewielkim relatywizmem, jest jednak o wiele bezpieczniejsze i łatwiej osiągnąć tu jeśli nie sukces, to dłuższe istnienie i spełnienie.

Złotousty to drugi biegun – jest artystą, reprezentuje idealizm, myśl Platona i Fryderyka Nietzschego, panuje tu kult prawdy, dogmaty, ortodoksja, ale również namiętność, chaos oraz pewnego rodzaju dzikość i niespokojność, to droga mniej pewna, na której co rusz napotykamy różnego rodzaju pułapki, ryzykowna tak bardzo, że jej skutek niemal na pewno doprowadzi do mniejszej lub większej katastrofy, za to zdobyć można tu więcej, zdecydowanie bliżej tu do piękna i wartości bezwzględnych.

Hesse zderzając ze sobą te dwie postacie, uczynił z tej chwili jak gdyby zarzewie późniejszych losów Złotoustego. Narcyzowi zaś przydzielił rolę inicjatora, albo jeszcze lepiej katalizatora inicjacji; to przecież on uświadomił Złotoustego, jakby obudził go, doradził wybór drogi, co jest tym bardziej cenne i doniosłe, że była to droga zupełnie sprzeczna z jego własną. Zgodnie ze specyficzną modą panującą w prozie autora „Wilka stepowego” rzecz dokonała się w klasztorze Mariabronn, pod opiekuńczym wzrokiem mądrego i dobrego opata Daniela, który z uprzywilejowanej pozycji starca dość kontemplacyjnie przyglądał się zmaganiom młodzików. Jakże znamienne są u Hessego owe relacje: uczeń-mistrz, podrzędny-nadrzędny, zbłądzony-przewodnik.

„Narcyz i Złotousty” to powieść wielka, w tym sensie, że posiada swój własny świat, zupełnie autonomiczny, kompletny, wyczerpujący ale przede wszystkich wiarygodny. Czytelnik odkrywa w niej inną rzeczywistość, podobną przecież do znanej mu, ale jednak odmienną, jak gdyby dopasowaną do treści książki. Trudo to opisać, łatwo poczuć podczas lektury, jest to skutek bardzo przemyślanej kompozycji utworu, którego fabuła jest mistyfikacją popełnioną dla celu wyższego: dla zanalizowania pewnej niepokojącej autora kwestii, w tym wypadku zagadnienia osobowości artysty, jego życia, dzieła etc. Mistyfikacją, jakkolwiek brawurową, to jednak bardzo solidną, dopracowaną i – to, co nas, czytelników, interesuje najbardziej – atrakcyjną w lekturze.

Artysta

Jaki jest Złotousty? To człowiek o „bogatych zmysłach i duchu”, wrażliwy, umiejący wiele zauważyć, lecz przy tym obdarzony silnym charakterem, „o wielkiej sile miłości, którego przeznaczenie i szczęście polegało na tym, by mógł się cały oddać gorącym sercem”, żyjący zgodnie z mottem: idę, celu nie mam, lecz iść muszę, bo coś mnie woła, przy tym jednak zdobywający owe cele, w dużej mierze intuicyjnie, bardzo emocjonalnie; człowiek nad wyraz zakochany w pięknie, ale niezbyt wierny, bo kochający równie mocno wolność, niezależność, noszący w sobie „instynktowne zamiłowanie do wędrówki i obczyzny”, nadto niezmiernie ciekawy świata i ludzi, pełen wewnętrznej namiętności, podatny na wszelkiego rodzaju burze, nienasycony, czasem wręcz dziki, zachłanny, chciwy na doznania, lecz jednocześnie delikatny, czuły, subtelny, ale nie sentymentalny, umiejący w jakiś tajemniczy sposób to wszystko w sobie harmonijnie pogodzić; kochający życie, umiejący je smakować i doświadczać, lecz – pewnie przez tę umiejętność – nie bojący się śmierci, odważny, ba! ekscytujący się ryzykiem, idący śmiało i pewnie, choć często bez wiedzy dokąd zmierza. W końcu człowiek pogodzony ze sobą, znający siebie i podążający za swym przeznaczeniem, przez to szczęśliwy i spełniony, choć posiadający świadomość trudów, jakie przyjdzie mu pokonać – nie obawia się tego, chętnie zapłaci taką cenę.

Ktoś inny powiedziałby krócej i mniej patetycznie: zbiegły zakonnik, bezdomny i włóczęga, trudniący się uwodzeniem i porzucaniem kobiet, który stworzył kilka rzeźb, podobno całkiem niezłych, lecz wiedziony jakimś autodestrukcyjnym instynktem, wkrótce porzucił pracownię rzeźbiarską, wracając na gościńce i drogi, by samotnie podążać ku końcowi świata i siebie.

Wędrówka Złotoustego jest bez wątpienia ucieczką od powtórzeń, od nawyknień, od uporządkowania. Co w tym wszystkim złego? Dlaczego należy przed tym uciekać? Stanie w miejscu, stabilizacja to dla niego brak rozwoju, a więc regres, brak nowych bodźców powoduje zasklepianie i bezsensowne, tragiczne przebieranie nogami pod starym stołem, na którego blacie zna się wszystkie zarysowania, to jakby usychanie rośliny z powodu jałowego podłoża, wyobraźnia Złotoustego, jego dusza i pragnienia nie są w stanie, w dłuższej perspektywie, tak żyć.

Hermann Hesse (fot. www.dw.de)

Hermann Hesse (fot. http://www.dw.de)

Złotousty to artysta, ale jakże dziwny, bo obywający się bez publiczności, przynajmniej większej. Nie interesuje go uznanie, sława i cały wiążący się z tym worek dobrodziejstw, on jest zainteresowany wyłącznie ideą sztuki: tworzeniem, dostrzeganiem piękna. Można odnieść wrażenie, że granice sztuki, którą tworzy, są granicami jego duszy, świadomości, co dalej jest rubieżą albo ziemią obcą, którą należy obserwować i szukać w niej piękna, ale która ostatecznie nie jest istotna.

Jest to oczywiście obraz idealistyczny, mocno przerysowany, bo w zamierzeniu instrumentalny, mający przedstawić pewien typ człowieka, nie tracący konkretności, lecz mało wiarygodny w zwykle otaczającej nas rzeczywistości. Kunszt literacki autora „Gry szklanych paciorków” oraz wielkość tej powieści polega na tym, że mimo wszystko ten obraz nie razi, kupujemy go bez wahania, doskonale zdając sobie sprawę z jego mankamentów. Rzecz jasna nie każdy czytelnik tak się zachowa, ale o tym za chwilę.

Powieść drogi

Świat powieści to w przeważającej mierze drogi, wioski i małe miasteczka Niemiec w bliżej niesprecyzowanym czasie i permanentna między nimi krzątanina pozbawiona wyższej idei. Wielu doszukuje się tu czasów średniowiecza, zapewne w związku z opisanymi w książce: epidemią dżumy, stosunkami feudalnymi i gospodarczymi oraz kulturą materialną. Bardzo to możliwe, lecz nie najważniejsze. Hesse zbudował świat wedle swego uznania, potrzebował takich okoliczności, w których wędrówka mogłaby być zupełnie swobodna, a przestrzeń bogata w małe miejscowości, poprzetykane wielkimi lasami i uroczyskami, w których można przenocować lub pozostać dłuższy czas w ukryciu.

Niemniej czas i przestrzeń są tu jak kręgi na wodzie, powtarzalne i w pewnym sensie złudne i w gruncie rzeczy – mimo że są przydatną kategorią myślową – nie prowadzą do żadnego praktycznego celu, być może zupełnie nie istnieją. Człowiek-artysta jest możliwy w każdej epoce i miejscu na ziemi, a to przecież on jest głównym tematem tej książki.

Bardzo malownicza to sceneria, sprzyjająca towarzyszącemu nam na ogół wyobrażeniu przygody. To jakby „chleb i igrzyska” dla czytelnika, coś co pozwala mu płynniej oddać się lekturze, pozostawiając go jednocześnie cały czas w bliskości duszy Złotoustego i tych procesów, które się w niej odbywają.

Mamy więc pogodnego i beztroskiego wędrowca w niepokojąco romantycznych okolicznościach, podążającego bez celu, spotykającego na swojej drodze niezliczoną ilość kobiet, z którymi nawiązuje taką samą ilość krótszych lub dłuższych romansów, do tego szereg innych od erotycznych przygód. A to wszystko ujęte oczyma pełnymi fascynacji i tej jakże interesującej ciekawości świata i ludzi, choć również ciekawości zatrważająco bezkrytycznej, chciwej na równi widoku pięknego ciała kobiecego, co potwornych obrazów epidemii dżumy – stąpającej równie chętnie po niebie, jak i po piekle.

Wiele tu drugoplanowych postaci, a wszystkie są bardzo wyraziste. Dla przykładu świat męski, poza wspomnianymi wyżej starym opatem Danielem i Narcyzem, reprezentują: mistrz Mikołaj, sławny i znakomity rzeźbiarz, człowiek bez wątpienia oddany sztuce, lecz odrobinę przyduszony codziennością; zbój Wiktor, który z początku wydaje się dość przyjemnym i przyjacielskim wagabundą, lecz w gruncie rzeczy jest pozbawionym skrupułów nikczemnikiem pasożytującym na mniej doświadczonych oraz bardziej naiwnych ludziach (z nim to Złotousty stacza nierówną walkę, walkę słabszego z silniejszym, której stawką jest wszystko, czyli życie, i – co dziwne, ale zarazem charakterystyczne dla Hessego – wygrywa); Robert, inny włóczęga, syn stolarza, który pod pretekstem pielgrzymki pątniczej porzucił osiadły tryb życia, zostawiając za sobą dom i rodzinę, człowiek niezwykle ostrożny i lękliwy, dość szczery i miły towarzysz, pozbawiony jednak tej odrobiny czelności, która w życiu gwarantuje ludziom osiąganie swej woli; zamożny rycerz, nieznany z imienia, rozmiłowany w uczoności i księgach, wykazujący wtórny analfabetyzm nabyty podczas życia wojennego, którego marzeniem jest spisanie szczegółowej relacji z podróży, jakie odbył podczas swojego życia.

Erotyzm

Florentino Ariza z Marquezowskiej „Miłości w czasach zarazy” (za: http://www.zhibit.org)

Są wreszcie liczne kobiety znane z imienia lub anonimowe. Jest ich wiele, wśród tych ważniejszych: Liza, która w okolicznościach mocno improwizowanych udzieliła Złotoustemu pierwszej lekcji ars amandi, a potem, pozostawiwszy go nieco osłupiałego przy pewnej kopie siana, powróciła do męża; siostry Lidia i Julia, rozpieszczone i odrobinę zarozumiałe córki wspomnianego wyżej rycerza, obawiające się swojej seksualności, albo lepiej przedkładające nad nią swój prestiż społeczny; Lena, młoda kobieta, którą Złotousty najpierw w pewien sposób uratował od śmierci, aby potem patrzyć, jak umiera w skutek bardzo nieprzyjemnej i nieprawdopodobnej przygody; na wpół obłąkana wyrządzoną jej krzywdą Rebeka, jakby uosobienie sumienia świata; niepełnosprawna, zagubiona w swoich kompleksach, chroma Maria, córka gospodarzy, u których przez pewien czas mieszkał Złotousty, umiejąca kochać go cicho, jednostronnie i bardzo wiernie; Agnieszka, kochanka hrabiego, namiestnika miasta, kobieta pełna zmysłowości, dojrzała, świadoma, doświadczona i jakby ulepiona z tej samej gliny, co Złotousty.

Złotousty na swej drodze spotyka zdecydowanie więcej kobiet niż mężczyzn. I większość z nich w taki lub inny sposób ulega jego czarowi, jest to jednak erotyzm specyficzny, zasadzający się nie tyle na cechach Złotoustego, ile na samej kobiecości, którą on potrafi odkryć, docenić, zachwycić się nią. Złotousty nie szuka kobiet najpowabniejszych, przynajmniej nie tak, jak to sobie zwykle wyobrażamy; on szuka piękna w każdej kobiecie, i bardzo gorąco wierzy, że to piękno tam jest, tak mocno, że go odnajduje. Ba! Nie tylko to. Potrafi sprawić, że owe kobiety, dzięki jego podekscytowanym spojrzeniom, słowom i pod dotykiem jego dłoni, również w nie wierzą. Czyż może być coś wdzięczniej pięknego? Oczywiście, wcześniej czy później dopiero co odkryte piękno będzie musiało sobie radzić samo, bo zostanie porzucone.

Pieśń o sztuce, wolności i zmysłowości

„Narcyz i Złotousty” – mimo że to książka genialna i prosta – nie każdemu czytelnikowi przypadnie do gustu. Jest to bowiem idealistyczna przypowieść napisana, aby zbadać określony typ duszy ludzkiej; pewnego rodzaju paraboliczna błyskotka prowadząca jednak do filozoficznych i mentalnych pereł – to prawda, że eksplodująca feerią ekscytujących wrażeń, lecz jednak jakby trochę udawana. Nie każdy skłonny jest do takich poszukiwań, choć ten, który z przekonaniem je rozpocznie, będzie usatysfakcjonowany i formą, i malowniczością okoliczności. Łatwo zarzucić tej powieści pewnego rodzaju naiwność w kreacji zarówno bohaterów, zwłaszcza Złotoustego, jak i fabuły, jest to przecież uniwersalistyczna baśń dla dorosłych, napisana, by natchnąć ich do swojej własnej podróży, owego wglądu w samego siebie.

Mistyfikacje literackie – te wszystkie domniemane zuchwałe zwycięstwa i sromotne upadki Złotoustego – prowadzą do zbudowania amfiteatru, w którym będzie można zadać pytanie o duszę, o prymat jej natury. Do tego pytania, istotnego raczej przez fakt jego sformułowania, niż dzięki uzyskanej odpowiedzi.

Hesse oddany kontemplacji (fot. hermannhesse.tumblr.com)

Hesse, na tak postawione pytanie odpowiada niezbyt zdecydowanie: lepszy, a na pewno bliższy sensowi człowieka, jest idealizm. Choć i realizm jest potrzebny, ba!, jest konieczny, lecz mimo wszystko przesuwa języczek u wagi w stronę wolności, zmysłowości i piękna. Przy czym świetnie zdaje sobie sprawę, że nie jest to obiektywna prawda, to ulubienie osobiste i preferencja – tak silna, że podświadomie obecna, nawet jeśli nasz intelekt podpowiedział nam inny wybór.

Hermann Hesse, Narcyz i Złotousty, przeł. Marceli Tarnowski, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1958.

Dominik Śniadek

* Wykorzystane w tekście ilustracje Włóczykija pochodzą, rzecz jasna, z książek Tove Jansson.

%d blogerów lubi to: