Cormac McCarthy, Krwawy południk. Recenzja


De donde viene?

Anioły z nieba wysokiego, te wyznaczone do Departamentu Literatury, pracujące w dziale Beletrystyka tuż przy pokoju aniołów-eseistów i aniołów-poetów są przekonane, że bardzo różne powieści powstają tylko dlatego, że ludzie je czytający są tak samo bardzo różni. Ale zaraz po tym dodają nieco przewrotnie, że pomimo tego, iż bardzo różne powieści powstają dla odmiennych ludzi, tak naprawdę dotyczą tego samego: tego co jest najważniejsze.

Nie znam się na niebiańskich sprawach, za to wiem, że „Krwawy południk” Cormaca McCarthy’ego to powieść dla postnowoczesnych hippisów – ludzi szukających przede wszystkim drogi. Pomimo różnych, czasem zresztą dosyć sprzecznych ze sobą podpowiedzi autora, trudno szukać tu obiektywnych prawd etycznych. Nie ma absolutnego dobra, nie ma absolutnego zła. Jest absolutna droga. Droga, na której człowiek znajduje się bardzo często z przypadku, z „tak wyszło”, z ciekawości, z umiłowania wolności. Szlak kusi, mamiąc fantasmagorycznymi krajobrazami, coraz bardziej intryguje życie pełne wolności, pełne samostanowienia. Aż w pewnym momencie przekracza się granicę i nie można już wrócić do tego „gdzieś tam z kiedyś”. Ale również i ja zapytam, przewrotnym zwyczajem zapożyczonym z wyższych niebiańskich sfer, kto nie ma swojej drogi, wolności i granic? Kto z nas nie gna do przodu, nosząc w sobie mniej lub bardziej wyidealizowany obraz przeszłości, dobrych czasów, osób i wydarzeń? Dlatego powieść potencjalnie może zainteresować szeroki krąg czytelników.

McCarthy drobiazgowo rekonstruuje świat Dzikiego Zachodu. Czyni to rzetelnie, brawurowo, ze swadą oddając cały koloryt tamtych czasów, także w opisach krajobrazu, ale (co nie tak oczywiste) wbrew pozorom bardzo lirycznie. Powstaje w ten sposób gatunkowo męska literatura, western wyposażony we wszystkie swoje atrybuty, a zarazem opis świata magicznego, może nawet idyllicznego. Gdzie oprócz ludzi „wyjętych spod prawa”, Indian, zagubionych na końcu świata górników lub farmerów odnajdujemy anachoretów rozważających sens istnienia świata w ziemiance na pustyni.

Jak zdobyto Dziki Zachód (1962)

Świat ten nie składa się tylko z ludzi; równie istotną jego część stanowi przyroda, to zdaje się nie być li tylko scenografia, lecz coś więcej. Patrzymy najczęściej na ten świat z punktu widzenia mężczyzny dosiadającego swojego wierzchowca. Czasem pragnącego zagrzać się przy bardziej dymiącym niż płonącym ognisku na dalekiej prerii. Nieczęsto zażywającym pewnych nieuniknionych przyjemności w saloonie lub w ciasnych pokoikach nieco wyżej z okazyjnymi kobietami i potem za często myślącym, i tęskniącym za tymi miasteczkami posiadającymi wystarczająco dużo whisky, partnerów do zawadiackich rozrób i dziewcząt na tyle odważnych, by tam wytrzymały. Oczami mężczyzn zawsze uzbrojonych, groźnych, nieobliczalnych, pragnących ponad wszystko czynić „po swojemu” (jak ujmuje to Sędzia: „Wolność ptaków to dla mnie zniewaga” ).

Bohaterowie „Krwawego południka” doświadczają również dni większej chwały (gdy nie tylko władza wdzięczna za wory pełne indiańskich skalpów podejmuje ich uroczystym obiadem, ale i zwykła ludność nadstawia nader chętnie młode kobiece lica wdzięczna za wybawienie od strachu), choć częściej przydarzają się im mniej optymistyczne okoliczności. Można odnieść wrażenie, że szlak postaci „Krwawego południka” (naznaczony krwawą smugą i mdłym zapachem licznych skalpów zdartych nie tylko z indiańskich głów przez ludzi wyjętych spod prawa, choć początkowo temu prawu służących, ludzi może i wykorzystanych i zagubionych, lecz złych nie tylko ze swojej natury, a również z okoliczności, znowu jakby z przypadku, ludzi wykolejonych, na pewno zdeprawowanych, ale jednak posiadających jakieś nawyki moralności, co prawda dość oryginalne i nieco odległe od powszechnych kanonów etycznych) to droga coraz dłuższa, jakby bez końca, coraz mniej rzeczywista, tak naprawdę prowadząca do szaleństwa przeszłości: zdziczenia.

Taka barbaryzacja powodowana coraz większą ilością atawizmów, wzmagana coraz bardziej dzikim, nieprzyjaznym człowiekowi i niepojętym w swej okrutnej obojętności otoczeniem. Z upływem drogi i czasu nadchodzi zima, by w żywiole mrozu i śniegu pochłonąć nieszczęsną kompanię. Ale to tylko złudzenie, taka kompania nie ginie, czasem przekształca się, fluktuuje, adaptuje do nowych warunków i potem może nieco zmieniona, ale jednak pędzi dalej w bezkres. Tam gdzie horyzont, albo tam gdzie ktoś jeszcze coś od niej chce, albo tam gdzie jest złoto, tam gdzie są kobiety lub tam gdzie można być sobą, swoje prawa stanowić… Zresztą nie ma uzasadnienia, nie ma powodu, jest droga, do przodu, do nowego. Zdają sobie z tego sprawę sami wędrujący.

Przekorność postmodernizmu pozwala wyzbyć się niepotrzebnego patosu oraz unikać zużycia nieco już przestarzałych konwencji, a ta prosta opowieść o nieskomplikowanym życiu kowbojów (a w zasadzie bandy płatnych morderców) w drugich i trzecich sensach sięga do głębszych warstw świadomości czytelnika, i tam rozgościwszy się wygodnie, powoduje pewnego rodzaju ferment. Czynimy pararele gdzieś tam w środku samego siebie, pomiędzy tamtym światem jeźdźców przemierzających pustkowia Meksyku i Teksasu w pogoni za indiańskim skalpem lub w ucieczce przed mogącym dosięgnąć ich zagrożeniem, a rzeczywistością, w której sami funkcjonujemy (każdy z nas przecież w końcu dokonuje czegoś okrutnego i każdy z nas posiada pewna dozę strachu).

Te dwie odległe scenografie nie są tak naprawdę istotne, bo liczy się życie, a w nim sytuacja jednostki. Mówiąc kolokwialnie i żartobliwie, liczy się nie to, jaką idziemy drogą (czy spotykamy na niej kowbojów i Indian zagubionych na prerii czy co dzień rano jedziemy o tej samej godzinie do tej samej pracy, by mieć konflikty z wciąż tymi samymi biurowymi znajomymi), ale to jak potrafimy tę drogę „ogarnąć”. I może jeszcze jedno jest istotne: czy jesteśmy świadomi siebie, drogi i swojej wolności.

Cormac McCarthy, Krwawy południk, tłum. Robert Sudół, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010.

Dominik Śniadek

Cormac McCarthy, Droga. Recenzja.


Człowieka można zniszczyć, ale nie pokonać

Wyobraź sobie, Drogi Czytelniku, że w jednej chwili zostaje ci odebrane wszystko. Wszystko, poza życiem – twoim i twojego syna. Wraz z bladym świtem uderza w ludzkość, nie poprzedzony żadną mroczną przepowiednią, cywilizacyjny holokaust. Pchając przed sobą czterokołowy wózek, na który pakujesz resztki swojego dobytku, wyruszasz w nadziei odnalezienia gdzieś ocalałego człowieczeństwa. Wkrótce okazuje się to poszukiwaniem Atlantydy, albowiem resztki umierającego człowieczeństwa znajdują się w twoim jedynie sercu. W zrujnowanym świecie, w którym dusze ocalałych toczy wirus zagłady i bólu, a droga usłana jest szkieletami umarłych, odartych z godności łzami wstydu i grymasem bezsilności.

W tytułową postapokaliptyczną „Drogę”, za którą autor w 2007 roku otrzymał Nagrodę Pulitzera, zabiera nas wraz z dwójką bohaterów swojej powieści Cormac McCarthy. Uważany za jednego z najważniejszych współczesnych prozaików amerykańskich, nazywany jest czasem Dickensem Appalachów. Porównywany do Hermana Melville’a pisarz z Providence, którego ulubioną powieścią jest, jak sam deklaruje – „Moby Dick”. Ojciec w podeszłym wieku, dla którego inspiracją twórczą były narodziny ostatniego syna oraz doświadczenia związane z relacjami z dzieckiem i jego wychowywaniem.

The-Road-movie-1

Proch, pył i strach

Postapokaliptyczny świat ukazany w powieści przeraża swoim okrucieństwem. Przeraża w sposób namacalny, szczery i ludzki. Na kartach powieści czuć dreszcze wywołane strachem i przejmującym zimnem – słońce nie wyłania się już nawet na moment zza kotary złowrogich chmur. Nie straszą nas jednak upiory, popromienne mutanty, ani groźne bestie. Przemierzając wraz z bohaterami ziemie umierającej Ameryki, najsilniejszy strach czujemy przed tym, co czai się za najbliższym zakrętem, na szczycie wzgórza, w zamkniętym pokoju opuszczonego domu. Śmiertelnym zagrożeniem dla ocalałych pielgrzymów są inni ludzie, brak żywności czy lekarstw. Oto bowiem ci, którzy pozostali, za wszelką cenę próbują przetrwać. Cena pozostania przy życiu jest najwyższa z możliwych. To przekroczenie ostatniej granicy ludzkiej godności i wyzbycie się człowieczeństwa. Sugestywne, porażające brutalnym realizmem, choć opisane oszczędnym językiem sceny przemocy, pokazują ludzi posuwających się do bezwzględnych mordów na kobietach, a nawet do kanibalizmu nowonarodzonych dzieci.

Nigdy się nie urodzić, to być może największy skarb ze wszystkich

The-Road-movie-2Świat umiera. Wyludnione, zdewastowane miasta. Tysiące wysuszonych trupów. Nie znajdziemy już na ziemi oazy dobrobytu, nie znajdziemy zwierząt, pól uprawnych, krystalicznych rzek, zielonych drzew, ani niebieskiego nieba. Refleksje mężczyzny o tym co odeszło, sprowadzają się do snów o szczęśliwym życiu, świętach spędzanych z rodziną, czy lekcjach odrabianych w domowym zaciszu wraz z rodzeństwem. Wspomnienie kobiety swojego życia, matki jedynego syna, która odeszła, chcąc oszczędzić sobie upodlenia i utraty godności jest w książce przedstawione fragmentarycznie. Symboliczne pozbycie się zdjęcia żony ujawnia nam, że pomimo tęsknoty i cierpienia, chcąc przetrwać musi stłumić je w sercu. Stara się nie okazywać przy dziecku słabości. Płacze nocami, z dala od obozu, w samotności wyrzucając z siebie łzy rozpaczy i bezsilności. Parafrazując słowa greckiego filozofa – nigdy się nie urodzić, to być może największy skarb ze wszystkich…

Przepraszam, że nie jest niebieskie

Krajobraz „Drogi” pełen jest szarzyzny, brudu, zgliszczy. Nie ma już miejsca na poranki udekorowane wschodem słońca, ani na gwieździste noce. Rozpadające się miasta, ruiny domów, rdzewiejące samochody z powybijanymi szybami, poprzewracane słupy elektryczne, skarłowaciałe drzewa w umarłych lasach, posępne, złowieszcze niebo – to obrazy, jakie ujawnia nam wędrówka na południe, ku wybrzeżu. Właśnie z wybrzeżem wędrowcy wiążą resztki nadziei na spotkanie choćby odrobiny normalności, dawnej cywilizacji.
Jak przekonuje ojciec chłopca „niosą płomień i szukają dobrych ludzi”. W trakcie drogi nic nie wskazuje jednak na to, że gdzieś za horyzontem ukryty jest lepszy świat. Znajdują po drodze południowoafrykańskie kurregandy, a u brzegów wybrzeża rozbity hiszpański okręt z Teneryfy. „Przepraszam, że nie jest niebieskie” – mówi do dziecka, kiedy u stóp plaży widać już morze: szare, brudne, toksyczne i martwe.
Nie ma już Ziemi, nie ma Ameryki, nie ma nieodkrytych lądów, do których mogliby dotrzeć, niczym niegdyś Kolumb czy Vasco Da Gama, odkrywający Nowy Świat.
Świat się skurczył, pogrążył w zapadających ciemnościach i autodestrukcji.

The-Road-movie-3Elegia po zagładzie

Język McCarthy’ego jest surowy, łatwo przyswajalny, chirurgiczny wręcz. Wizja rozkładu naszej cywilizacji jest opisana ciętym, adekwatnym do historii stylem. Równoważniki zdań, specyficzna atrybucja dialogów – wpleciona bez myślników dialogowych, potęgują podczas czytania uczucie wyobcowania. Obraz jest sugestywny, mimo że momentami brakuje dokładnych opisów. Czytając „Drogę” odnalazłem kilka tylko słów, których znaczenia musiałem szukać w encyklopedycznych źródłach. Nie znaczy to bynajmniej, że powieść McCarthy’ego jest napisana banalnym stylem – wręcz przeciwnie. Język w powieści znamionuje to, jaki stał się świat: skurczony, wypalony, umierający. A jednak, jak napisał Jacek Dukaj: „powieść McCarthy’ego w najbardziej ponurych momentach osiąga lotność poezji”, stając się poruszającą elegią. W prostocie tkwi tutaj największa siła, czytając wędrujemy wraz z bohaterami, widzimy świat ich oczami. Wiemy kiedy jest im zimno, kiedy są głodni, czujemy momenty napięcia, bólu, przerażenia. Brakowało mi czasem w powieści refleksji nad tym, co się wydarzyło. Autor nie stawiał pytań „dlaczego?”, „za co?”, celowo pozostawiając je do ewentualnej rozwagi samemu czytelnikowi.

Człowieka można zniszczyć, ale nie pokonać

A jednak jest „Droga” także opowieścią o ojcowskiej i dziecięcej miłości, smutną historią o nadziei, która trwa bez względu na skutki kataklizmu. Pochwałą uporu i determinacji, niezłomnej wiary. Bohaterowie McCarthy’ego nie oczekują współczucia – niezłomnie „niosą płomień”, światełko człowieczeństwa, w nadziej że któregoś dnia zatli się mocniej. Postawieni w obliczu niezawinionego bezgranicznego cierpienia, kroczą drogą ciemności ku nieuchronnemu zatraceniu. Droga zawsze jednak będzie miała dla nich sens – mają wszakże swoją miłość, więzi której nie przerwie żaden ból czy marność świata. Ani tego, ani jakiegokolwiek innego.

Cormac McCarthy, Droga, tłum. Robert Sudół, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2008.

Rafał Niemczyk

%d blogerów lubi to: