Jerzy Pilch, Pod Mocnym Aniołem. Recenzja.


Sekretarz umysłów zrytych alkoholem

Osiemnaście razy leżałem na oddziale deliryków i słuchałem, z jakich powodów piją współbracia w nałogu (…) Pili, bo ojciec był zbyt surowy, i pili, bo matka była zbyt łagodna. Pili, bo wszyscy wkoło pili. Pili, bo pochodzili z rodzin pijackich, i pili, bo pochodzili z rodzin, w których od pokoleń nikt nie umoczył dzioba. Pili, bo Polska byłą pod moskiewskim jarzmem, i pili w euforii po wyzwoleniu. Pili, bo Polak został papieżem, i pili, bo Polak dostał Nobla, i pili, bo Polka dostała Nobla. Pili za zdrowie internowanych i piciem czcili pamięć zamordowanych. Pili, gdy byli sami, i pili, gdy ktokolwiek pojawił się obok nich. Pili, kiedy Polska zwyciężała, i pili, kiedy Polska przegrywała. A doktor Granada z nadludzką cierpliwością wysłuchiwał wszystkich tych odpowiedzi, kręcił przecząco głową i mówił to, co powiedziałem na początku: pijecie, bo pijecie.

Trudno uwierzyć, jak niska jest świadomość problemu alkoholowego w kraju tak głęboko zakorzenionym w tradycji i „kulturze” picia. Pomimo że, jak to ujmuje bohater powieści Pilcha, picie jest „kulturowym elementem naszej sarmackiej obyczajowości” – deficyt wiedzy na temat samego picia od zawsze był i wciąż jest ogromny. Alkoholicy poprzedniego pokolenia po odstawieniu wódki na jedną-dwie doby wciąż mylą gorączkę i nadmierną potliwość (podstawowe syndromy krótkotrwałego odstawienia) z atakiem grypy – zakopują się więc pod kołdrę i aplikują swoim przepitym organizmom syropy i Gripexy. Początkujący alkoholicy młodej generacji piją z kolei najczęściej trybem weekendowym, kilku piw  po pracy w tygodniu nie uważając nawet za „picie”. O 50-latkach, którzy zapili się na śmierć, wciąż mówi się, że umarli na serce, a babcie wciąż powtarzają, że co to za chłop, który się nie napije.

Juruś

„Pod Mocnym Aniołem” Jerzego Pilcha (Nagroda Literacka Nike 2001) jest książką obnażającą pijackie patologie w sposób dość dwuznaczny. Głównym (anty)bohaterem jest Jerzy, do pewnego stopnia alter ego samego Pilcha, poczytny pisarz i skończony pijak. Juruś niewątpliwie ma talent, potrafi pisać, ale na swoje nieszczęście jeszcze lepiej potrafi pić. „Nie ma żadnej filozofii picia, jest jedynie technika picia (…) w życiu idzie o to, by za pomocą właściwej techniki picia należycie korygować złe samopoczucie” – wyznaje Kolumb Odkrywca (w cywilu profesor nauk społecznych) z oddziału deliryków, gdzie stałym gościem bywa również Juruś, który posiada i filozofię, i technikę picia. „Chlanie wódy jest tematem tak kreatywnym, że w każdej chwili powstać może jakaś fundamentalna kwestia” – mówi. To jeden z dwóch kręgosłupów powieści: obnażenie pijackich mechanizmów obronnych (okłamywania całego świata na czele z samym sobą) i porównanie ich do pisarskiej kreacji.

Tyrtejskie frazy i słowo o ekranizacji

Do tego zabiegu doskonałym narzędziem staje się zastosowany przez Pilcha język. Tyrtejskie frazy, barokowe figury, melodramatyczne ciągi i hiperbole, a także czarny humor sprawiają, że „Pod Mocnym Aniołem” długimi fragmentami czyta się jak wyborną powieść pijacką. Nawiązania Pilcha do tej tradycji są oczywiste (przypowieść o dziadku Jurusia, Starym Kubicy), ale wszechobecna groteska i ironia jest w stanie zwieść tylko niesłyszących i niewidzących. Śmiech u Pilcha nie jest śmiechem przez łzy – to śmiech nad grobem tych, którzy upadli i już się nie podnieśli (wymowna inscenizacja pogrzebu Don Juana Ziobro, w cywilu fryzjera, a nawet muzyka). Mimo to Pilch, dla powodów, o których wspominam, nie ubiera pijackiej patologii w najgorsze łachy. Mało tu rzygania, srania pod siebie czy bicia w alkoholowym amoku współuzależnionych żon i dzieci.

Takie bebechy wypruwa z powieści dopiero ekranizacja mistrza demaskowania polskich patologii – Wojtka Smarzowskiego. Sam Pilch był z filmu zadowolony. Nie ograniczony konwencjami Smarzowski wniósł do dzieła charakterystyczną dla siebie dosadną zgniliznę moralną, uciekając od opowieści pijackiej w stronę mrocznego dramatu, z którego scenerii usunięty zostaje główny bohater, zastąpiony przez tego jedynego: nałóg. Reżyser zdecydował się również na otwarte zakończenie, nie bardzo dając wiarę w zbawienny dotyk miłości.

Oddział deliryków

Oddział deliryków, gdzie trafiają skrajnie upadli alkoholicy, jest miejscem mistycznym. Zaglądają tam aniołowie i diabły, toczący nierówną walkę o dusze straceńców (uratowana jedna na tysiąc już jest sukcesem). Odbywają się tam dyskusje i narady, lekarze podają pacjentom wypłukane przez alkohol witaminy i minerały, a psychologowie próbują dotrzeć do trzeźwych na chwilę, lecz zrytych mózgów, proponując im choćby kawałek normalnego życia. Codziennie tworzony jest krąg wspomnień – wtedy każdy może podzielić się z braćmi w nałogu historią swego upadku. Terapia służy jednak nie tylko wywoływaniu ku przestrodze demonów przeszłości. Ma przypominać też o tym, co zostało utracone, a co w szczątkowej formie może zostać odzyskane. Alkoholik bowiem, co zręcznie opisuje Pilch, nie widzi i nie czuje. „Mieliśmy w tamtym życiu niezburzone domy, żyły nasze matki, były przy nas nasze żony, narzeczone, dzieci. Jadaliśmy obiady, kolacje, śniadania. Odróżnialiśmy smak potraw, pory roku i pory dnia” – wspomina Jerzy w trakcie terapii.

Imiona pijaków przebywających na oddziale deliryków są bombastycznie abstrakcyjne, zupełnie jak ich popieprzone losy. Mamy tu Krzysztofa Kolumba Odkrywcę, Szymona Samą Dobroć, Don Juana Ziobro, Króla Cukru, Najbardziej Poszukiwanego Terrorystę Świata czy Królową Kentu. Imion tych nie zawdzięczamy wyobraźni samego autora – jeśli ktoś z was kiedykolwiek znajdzie się na podobnym oddziale albo jakimkolwiek innym oddziale psychiatrycznym, otoczony zostanie wianuszkiem imion pokrewnych. Imiona nadaje się bowiem nie tylko wtedy, gdy chce się coś nazwać, lecz również wtedy, kiedy chce się coś ukryć.

Trudny pacjent

Historie wszystkich tych straceńców opisuje Juruś, który jako pisarz dysponuje najlepszym do tego warsztatem. „W końcu – jak słusznie dowodzi – nie jest wielkim sekretem ani literackim, ani egzystencjalnym fakt, iż mówić umieją wszyscy, natomiast zapisać swe mówienie mało kto potrafi”. Spisywanie wspomnień jest obowiązkowym elementem terapii, zaś dla Jurusia szansą na zarobienie paczki fajek czy flakoniku wody kolońskiej, której używać może jedynie po kryjomu (ze względu na wiadomą zawartość jej posiadanie jest zabronione). „Byłem sekretarzem ich umysłów” – mówi, a każda kolejna historia staje się dopełnieniem tragicznego obrazu, niczym każdy kolejny kieliszek wlany w spragnioną wódy gardziel.

Jest więc „Pod Mocnym Aniołem” studium traumatycznych alkoholowych przejść, a zarazem studium nałogu człowieka inteligentnego, portretem wrażliwego i oczytanego pisarza-pijaka. Dla żadnego terapeuty nie jest tajemnicą, że to właśnie takich ludzi najtrudniej wyleczyć. Z jednej strony posiadają bowiem perspektywy sukcesu, społecznego awansu, szczęśliwego życia, z drugiej – ponadprzeciętne umysły potrafiące oszukiwać najperfidniej. „Trudny pacjent to jest taki pacjent, który posiada w jakiejś dziedzinie wysokie umiejętności i jeśli się tu znajdzie, nie tylko nie jest w stanie wyrzec się swoich umiejętności, ale wręcz używa ich, by bronić swego deliryzmu”.

W powieści jest scena, w której Szymon Sama Dobroć pyta Boga o przyczyny swojej nieszczęśliwości. „Gdybyś nie pił – odpowiada mu Bóg – byłbyś szczęśliwszy, ale rozumiałbyś mało”. „Nie chcę rozumieć. Chcę, żeby mi się ręce nie trzęsły i żeby mi nie skakało serce” – żali się Szymon. „Nie pij następnego dnia. Po prostu: nie pij następnego dnia” – po dłuższym monologu Bóg udziela mu porady, w której zawiera jednocześnie stary jak stworzony przezeń świat motyw wolnej woli człowieka. O tym, że w niepiciu pijaka jest coś heroicznego, wiedzą jedynie nieliczni. Prawdziwych bohaterów trzeba jednak szukać w otoczeniu alkoholików – są najczęściej nerwowi, zagubieni i niepewni, cierpią dożywotnie traumy. Ich terapia odbywa się zazwyczaj w samotności, w ukryciu sami sobie są psychologami. To jednak temat na osobną książkę. Nie będzie w niej miejsca na autokreację, więc nie wiadomo, czy będzie się ją dobrze czytać.

Jerzy Pilch, Pod Mocnym Aniołem, Świat Książki, Warszawa 2014.

 Rafał Niemczyk

* Wszystkie zdjęcia pochodzą z filmu „Pod Mocnym Aniołem” w reżyserii Wojciecha Smarzowskiego (2014).

Bram Stoker, Dracula.


Przeczytaj z własnej i nieprzymuszonej woli

„Dracula” jest jedną z tych książek, o której istnieniu wszyscy wiedzą, ale mało kto ją przeczytał. Postać tytułowego hrabiego-wampira, zamieszkującego zamek na skale w Transylwanii, została bowiem solidnie wyeksploatowana przez kino, ale po książkowy oryginał Brama Stokera sięgają dziś jedynie najwytrwalsi. W Draculę wcielali się przedstawiciele kolejnych pokoleń, m.in. urodzony jeszcze w XIX w. Bela Lugosi (najsłynniejsza kreacja z 1931 r.), „nieśmiertelny” Christopher Lee (rekordzista Guinnessa pod względem ilości zagranych ról, najwięcej razy wcielił się także w Draculę) czy Gary Oldman (w głośnej współczesnej ekranizacji Francisa Forda Coppoli z 1992 r.). Interpretacje roli przez każdego z nich były różne, podobnie zresztą jak wizje reżyserskie. Jednak sam wizerunek hrabiego, jego pochodzenie, maniery i sposób bycia wykreował Bram Stoker. Z tego powodu powieściowemu „Draculi” warto poświęcić uwagę, mimo że nie jest to literackie arcydzieło.

„Dracula” został pierwotnie wydany w roku 1897, kiedy to światowa literatura podążała już z nurtem modernizmu. Powieść irlandzkiego pisarza pod względem formy jest więc spóźniona przynajmniej o epokę. Klasyczna narracja jest tutaj zastąpiona przez pamiętniki, listy czy wspomnienia w formie notatek, dzięki czemu poznajemy bieg wydarzeń z punktu widzenia kilku bohaterów. Stylizowany na powieść epistolarną był w sporych fragmentach również „Frankenstein” Mary Shelley, który choć pokrewny gatunkowo, został napisany w 1818 r., czyli jego silne romantyczne zabarwienie było umotywowane wyznacznikami epoki.

Bram Stoker na fotografii z 1906 r.

Bram Stoker na fotografii z 1906 r.

Konwencja przyjęta przez Stokera wydaje się być w pewien sposób usprawiedliwiona. Bardzo prawdopodobne, że uwięziony w starym zamczysku w obcym kraju inteligentny prawnik Jonathan Harker w obliczu nieznanego niebezpieczeństwa i przeczucia śmierci swe obserwacje przelewa na karty dziennika (jako skrupulatny notariusz prowadzi go od przyjazdu do Rumunii). Podobnie rzecz ma się z doktorem Johnem Sewardem, najbardziej krwistą (rzecz jasna poza Draculą) postacią w książce. To ceniony lekarz psychiatra, dawny uczeń profesora Van Helsinga, który prowadzi własną klinikę.
Z zapisywanych przez niego studiów przypadku dowiadujemy się o jego niepokojących pacjentach; w przyszłości także uzupełnia obraz samego Draculi. Z kolei powieściowy Van Helsing jest postacią mniej charyzmatyczną, niż kilka jego filmowych wersji (uniżony, lecz autorytarny, zdecydowany, wierzący, wykształcony, jednak przez swoją emocjonalną wylewność, połączoną z charakterystycznym dla obcokrajowca sposobem mówienia, sprawia raczej wrażenie „dobrego dziadka” niż pogromcy wampirów).

Od sporego fragmentu dziennika Jonathana Harkera zaczyna się książka, nieco później pojawia się doktor Seward. To najlepsze (również literacko) partie powieści, w których czuć stopniowo budowane napięcie, mroczny i klaustrofobiczny klimat transylwańskiego zamku, a także złowrogi nastrój szpitala psychiatrycznego. W tych rozdziałach najmocniej wyczuwalny jest wpływ powieści gotyckiej na twórczość Stokera, a także niewydanego w Polsce „Varney the Vampire: Or the Feast of Blood” Thomasa Presketta Presta z 1847 r. (autor „Sweeneya Todda – demonicznego golibrody z Fleet Street”). Sceny, w których prawnik podczas golenia nagle spostrzega, że hrabia nie odbija się w lustrze, albo widzi go pełznącego po stromej ścianie zamczyska niczym gigantycznych rozmiarów jaszczurka, naprawdę budzą niepokój. Zaś relacje Harkera i Draculi oraz Sewarda i jego pacjenta jawią się jako naturalne i niewymuszone.

Mina Harker (Helen Chandler) w objęciach hrabiego Draculi (Bela Lugosi) - w kadrze z 1931 r.

Mina Harker (Helen Chandler) w objęciach hrabiego Draculi (Bela Lugosi) – w filmie z 1931 r.

Niestety epistolarna forma nie sprawdza się, kiedy do akcji wkraczają kobiece bohaterki: bystra i silna, choć bardzo subtelna Mina Murray (narzeczona, a następnie żona Harkera) oraz piękna i rozbudzająca męskie uczucia Lucy Westenra. Obie kobiety mają banalne rysy, a listy, które między sobą wymieniają, po niedługim czasie stają się irytujące. Przypominają raczej naiwne, plotkujące trzpiotki, a nie dystyngowane damy reprezentujące poważne mieszczańskie sfery. Nadwrażliwe, emocjonalne i pełne patosu słownictwo – używane nie tylko przez nie, ale także wobec nich – zaczyna być uciążliwe. Na domiar złego w środkowej części książki mało jest samego Draculi, choć fragmenty opowieści, w których się pojawia (np. na statku), odzyskują początkowy nastrój. Kobiece role ratuje poniekąd utajony erotyzm Lucy, który to jest przecież do pewnego stopnia atrybutem samego hrabiego Draculi (w książce jest to zasygnalizowane, kreacje filmowe posługują się nim bardziej dosłownie). Tenże jest zaczerpnięty z „Carmilli” Josepha Sheridana le Fanu (1872 r.), gdzie pojawia się najsłynniejszy przez długie lata motyw kobiecego wampira – obdarzonego dodatkowo skłonnościami lesbijskimi.

Współczesnego czytelnika razić będzie także wyniesiony z romantyzmu podział na „dobrych bohaterów” i „złego wampira”. Wszyscy bohaterowie są zjednoczeni w walce przeciwko Złu, co jest zjawiskiem wytłumaczalnym i racjonalnym, ale brak jakiejkolwiek charakterologicznej skazy w obliczu wielkiego niebezpieczeństwa dziś zostałby uznany za mocno naciągany. „Dracula” pozbawiony jest też w zasadzie postaci drugoplanowych, choć jeżeli już się sporadycznie pojawiają (np. zeznający marynarz), to mają ożywczy wpływ na przebieg fabuły.

Gary Oldman - najbardziej znany "współczesny" Dracula (1992)

Gary Oldman – najbardziej znany „współczesny” Dracula (1992)

Mocnym punktem powieści jest oczywiście sam hrabia Dracula, przy czym zdecydowanie większe wrażenie robi jako gospodarz na swych zamkowych włościach, niż jako gość na Wyspach Brytyjskich, kiedy to jego moc siłą rzeczy jest ograniczona gorszą znajomością okolic i innych czynników zewnętrznych. Wampir-arystokrata – wzorowany zapewne na lordzie Ruthvenie z „Wampira” Johna W. Polidoriego (1819 r.) – przebiegły, cyniczny, inteligentny i wykształcony, obdarzony nienagannymi manierami, nieco staroświecką ogładą i przystojną, choć budzącą respekt prezencją, na stałe usadowił się w panteonie czarnych literackich charakterów. I bardzo wątpliwe jest, iż wypchną go z niego nastoletnie półgłówki z amerykańskich college’ów, „wampirki” z ładnymi buźkami Roberta Pattinsona, przyodziane w dżinsy i T-shirty, pogrywające w wolnych chwilach w baseball i posługujące się marnym slangiem, zamiast wzorową angielszczyzną.

Oto hrabia Dracula z krwi i kości („Z notatek Jonathana Harkera”, s. 24, 27), którego poznajemy w okolicznościach nader posępnych:

Stanął w niej wysoki starzec, gładko ogolony, z wyjątkiem długich siwych wąsów, od stóp do głów ubrany na czarno. W ręku trzymał starodawną srebrną lampę, której płomień, nieosłonięty żadnym kloszem, migotał w przeciągu spowodowanym otwarciem wrót, rzucając wokół długie, drżące cienie. Eleganckim gestem prawej ręki zaprosił mnie do środka, mówiąc: „Witam w moim domu! Proszę, niech pan wejdzie z własnej i nieprzymuszonej woli!”. Jego angielszczyzna była bez zarzutu, choć mówił z dość dziwną intonacją. (…)

Jego twarz ma bardzo, bardzo wyraziste, ostre rysy; wydatny i cienki nos zakończony jest charakterystycznymi łukowatymi nozdrzami; ma wysokie i wypukłe czoło, a jego włosy, choć rzadkie w okolicach skroni, są poza tym bardzo gęste. Ma bardzo wydatne brwi, stykające się niemal ze sobą powyżej nasady nosa, a ich nadzwyczajna gęstość powoduje, że zwijają się w loki. Usta – na ile byłem je w stanie dojrzeć pod sumiastymi wąsami – są stale zaciśnięte, co w połączeniu z wystającymi na wargi, bardzo białymi, ostrymi zębami nadaje tej twarzy wyraz okrucieństwa. Uderzająca czerwień warg wskazuje na niesamowitą witalność hrabiego – jak na człowieka w tym wieku. Poza tym ma białe i nadzwyczaj spiczasto zakończone uszy, szeroką i silną szczękę, a policzki mocne, choć wychudłe. Nad tym wszystkim dominuje ogólne wrażenie nadzwyczajnej bladości.

Anthony Hopkins jako "łowca wampirów" - profesor Abraham Van Helsing (1992)

Anthony Hopkins jako „łowca wampirów” – profesor Abraham Van Helsing (1992)

Przeniesienie postaci wampira z najniższych warstw społecznych na arystokratyczne salony odbyło się przy udziale Polidoriego, zaś Stoker utrwalił i umocnił pozycję krwiopijcy wśród wyższych sfer. Zresztą prezencja wampira pozostaje w bezpośrednim związku z jego przyszłymi ofiarami. W zacytowanym wyżej fragmencie trzeba zauważyć, że Stoker hołduje tradycji, w świetle której wampir może posiąść ofiarę tylko wtedy, kiedy z „własnej i nieprzymuszonej woli” zgodzi się ona wpuścić wampira do siebie lub zostać jego gościem). Autor „Draculi” korzysta zresztą z większości ludowych podań i usposabia potwora w cechy od dawna ludziom znane: brak odbicia w lustrze, nierzucanie cienia, nadludzką siłę, niemożność przekroczenia płynącej wody podczas odpływu, wrażliwość na światło dzienne, podatność na krucyfiks, czosnek, dziką różę czy jarząb, strach przed hostią, drewniany kołek wbity w serce (niekoniecznie osikowy), odcięcie głowy i spalenie jako działania dopełniające eksterminację wampira.

„Dracula” Brama Stokera, mimo że nadgryziona (nomen omen) zębem czasu, pozostaje klasyką gatunku – dziełem, dzięki któremu postać krwiopijcy awansowała do popkulturowej ekstraklasy. Ów mit wampiryczny – ukazany z perspektywy skrytych ludzkich żądz, dążenia do nieśmiertelności, za które trzeba zapłacić niewyobrażalną cenę – literatura i film będą rozwijać jeszcze wiele lat po tym, jak najsłynniejszy wampir świata zaprosił niczego niepodejrzewających ludzi na swoje salony.

Bram Stoker, Dracula, przeł. Marek Król, Wydawnictwo Zielona Sowa, Kraków 2011.

Rafał Niemczyk

Cormac McCarthy, To nie jest kraj dla starych ludzi. Recenzja


Płomyk pełgający na stosach trupów
i pneumatyczny pistolet do uśmiercania bydła

Obraz ponurej rzeczywistości pogranicza USA i Meksyku w 1980 roku. Rzeczywistości handlarzy narkotyków, dilerów, przemytników, strzelanin, krwawych porachunków, zdeprawowanej młodzieży i starców, na dnie pamięci których kołacze się plątanina wspomnień i wyrzutów. Nia ma co się łudzić, że znajdzie się tutaj miejsce na familijne ciepło, normalne dorastanie, sukcesywne wdrażanie do społecznych mechanizmów, potencjalną choćby przewidywalność, a nawet kojącą szarość. „To nie jest kraj dla starych ludzi” roztrzaskuje amerykański sen na kawałki. Życie w powieści Cormaca McCarthy’ego zaczyna się bez ostrzeżenia i bez ostrzeżenia może się zakończyć. Szkopuł w tym, że „ten kraj zabija człowieka w mgnieniu oka, a mimo to ludzie go kochają”.

Llewelyn Moss jeszcze jako dzieciak trafia na wojnę do Wietnamu, zaś po powrocie zmuszony jest stawać na baczność twarzą w twarz ze swoją traumą. Jako weteran po trzydziestce (czyli co drugi zdrowy młody człowiek) wiedzie życie bez przyszłości, pozbawiony jakichkolwiek złudzeń i planów.

„Nie chodzi o to, gdzie się jest, ale o to, że chcesz tam dotrzeć, nie zabierając nic ze sobą. Tak według ciebie wygląda zaczynanie życia od początku. Wszyscy tak to sobie wyobrażają. Ale nie zaczniesz od początku. Wszystko, co robisz, ciągnie się za tobą” – powie w trakcie ucieczki, ciągnąc za sobą w jednym worku traumę Wietnamu i Ameryki.

To-nie-jest-kraj-dla-starych-ludzi-2

Podczas przejażdżki po okolicznym pustkowiu natrafia przypadkiem na krwawe teatrum, pozostałe po porachunkach narkotykowych karteli. Na miejscu znajduje kilka trupów, narkotyki i torbę z biletem do lepszego świata – dwoma milionami dolarów w używanej gotówce. Zabiera pieniądze, próbując załapać się na pociąg do tego swojego lepszego świata wraz ze swoją nastoletnią żoną Carlą Jean. Na marzenia trzeba jednak ciężko zapracować, więc w pościg za nim ruszają bardzo źli ludzie.

Najbardziej przerażającą postacią, która podąża w trop za Llewelynem, jest Anton Chigurh. To człowiek-widmo, „niewidzialny”, bezlitosny morderca na usługach samego diabła posługujący się pneumatycznym pistoletem do uśmiercania bydła. Nawet jego żelazne zasady, na których buduje swoją tożsamość, są odrażająco nieludzkie. To istota skażona czystym złem, w umyśle której nie ma miejsca na rozważania nad istotą życia ludzkiego. Dla Chigurha warte jest tyle, co rzut monetą, co orzeł albo reszka pacnięte na przedramieniu.

„Chcesz, żebym postąpił wbrew sobie, ale ja nigdy nie mogę tego zrobić – wyjawi Chigurh jednej ze swoich ofiar. – Większość ludzi nie wierzy, że taki człowiek jak ja istnieje. Czy można coś pokonać, jeśli nie chce się uznać, że to coś istnieje?”

To-nie-jest-kraj-dla-starych-ludzi-1Śladem Chigurha i Llewelyna próbuje podążać szeryf Bell – starzejący się stróż prawa, dokładający wszelkich starań, aby stać na straży spokoju prowincjonalnego miasteczka. Pełni on również w powieści rolę szczątkowego narratora, przybliżając historię swojego życia, dzięki czemu poznajemy jego słabości, błędy młodości, prostolinijny charakter, targające nim wyrzuty sumienia oraz poczucie sprawiedliwości, które stawia ponad własne życie.

Pomiędzy Chigurhem i szeryfem Bellem rozgrywa się morderczy wyścig o duszę Llewelyna Mossa, który pochłania wiele niewinnych istnień. Szeryf nie ma szans w tym nierównym pojedynku Dobra ze Złem, a mimo to nie baczy na swoją ułomność, nie kalkuluje, tylko krok po kroku wykonuje swoje zadanie. „Istnienie diabła tłumaczy wiele rzeczy, które inaczej trudno wytłumaczyć” – powiada.

To właśnie szeryf Bell jest w powieści McCarthy’ego płomieniem nadziei, który choć nie pozwala się ogrzać, rozświetla na chwilę mrok i pozwala określić właściwy kierunek drogi. Jest uosobieniem postawy „bo tak trzeba”. Tak trzeba. Nawet jeżeli to nie jest kraj dla starych ludzi, gdzie coraz szybciej zapada nieprzenikniony mrok.
U McCarthy’ego rzadko pojawiają się tak mocne jak tutaj symbole dobra, apoteoza bohaterstwa, a nawet ślady Boga – pełgające na stosach trupów, pachnących narkotykami, krwią i utraconą młodością, ale jednak.

Cormac McCarthy, To nie jest kraj dla starych ludzi, przeł. Robert Bryk, wydawnictwo Prószyński i S-ka, Warszawa 2008.

Rafał Niemczyk

* W 2007 roku bracia Coen dokonali wiernej ekranizacji powieści Cormaca McCarthy’ego pod tym samym tytułem. Film uhonorowano czterema Oscarami: za najlepszy film, reżyserię, scenariusz adaptowany oraz najlepszą rolę drugoplanową Javiera Bardema (jako Chigurh, oklaski). Abstrahując od tego, czy powieść została napisana, jak niektórzy sądzą, jako skrypt do filmu, co potwierdza jej literacka konwencja niepodobna do McCarthy’ego (mnóstwo dialogów, wyraźny podział na rozdziały, struktura czarnego kryminału, poszatkowanie akcji w celu budowania napięcia), trzeba przyznać, że bracia Coen jak zwykle spisali się bez zarzutu.

%d blogerów lubi to: