Shaun Tan, Przybysz. Recenzja.


Przybysz-okladkaSwój w obcym kraju

Gdyby tak usiąść i zastanowić się nad tym dłużej, uznać by można pomysł opowiedzenia o rozłące bez pomocy słów za jednocześnie: prosty, dość karkołomny, lecz jednocześnie genialny. Jako że mamy do czynienia z australijskim mistrzem obrazu, Shaunem Tanem, autor „Przybysza” bezsłowność swojej opowieści czyni jednym z jej głównych atutów. To właśnie brak słów w którymś ze znanych nam języków sprawia, że rysunki Tana ożywają na kartach komiksu, układając się mimowolnie w niewypowiedziane zdania, emocje i historie. Zasłużenie obsypany licznymi nagrodami „Przybysz” jest opowieścią o emigracji, wyobcowaniu, próbie odnalezienia swojego miejsca w nieznanej i egzotycznej rzeczywistości, a także o sile rodzinnej więzi, stanowiącej dla bohatera największe oparcie.

Przybysz-1Nie ma potrzeby, by zdradzać szczegóły niezbyt skomplikowanej fabuły komiksu. Wystarczy powiedzieć, że pewnego dnia ojciec pakuje walizkę i wyrusza za chlebem do dalekiego kraju, pozostawiając w domu tęskniącą żonę i dorastającą córkę. Jak zaznacza autor w krótkiej nocie na końcu książki, inspiracją dzieła były w dużej mierze anegdoty opowiedziane przez imigrantów z różnych stron świata, w tym również ojca samego Shauna Tana, który przybył do Australii z Malezji w 1960 roku. Tan inspirował się również fotografiami ze starych albumów (m.in. zdjęciem z 1912 roku, na którym uwieczniono chłopca ogłaszającego zatonięcie Titanica), a także rysunkami i obrazami z XIX i XX wieku. Nie byłoby w tym niczego nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że artysta dokonuje syntezy neorealistycznych ujęć (np. kadry z tłoczącymi się ludźmi), znanych z wybitnych filmów włoskich reżyserów tego okresu (choćby Roberta Rosselliniego), z surrealistycznym pejzażem odległego świata.

Przybysz-2Neorealizm jest zresztą wpisany w „Przybysza” również od strony programowej. Podglądanie ciężkiego losu emigrantów w historii Shauna Tana przywodzi na myśl okres powojenny, a więc czasy największej świetności włoskiego kina, kiedy to głównymi aspiracjami ówczesnych reżyserów (Rossellini, Visconti) były filmy „przyglądające się życiu”. Hanna Książek-Konicka szuka korzeni tego filmowego powołania w „wizualnym typie kultury, jaki owocował we Włoszech przez stulecia olśniewającym bogactwem i niespotykaną ilością sztuk plastycznych”. Skąd u komiksiarza z Antypodów taka właśnie inspiracja? Takiej wiedzy nie mam. Natomiast zamiłowanie do nostalgicznych i surrealistycznych obrazów dostrzeżemy bez trudu zarówno we wcześniejszej, jak i późniejszej twórczości Tana, m.in. w „Opowieściach z najdalszych przedmieść” czy „Zagubionej rzeczy” (za krótkometrażową animowaną adaptację tej książki otrzymał wraz z Andrew Ruhemannem w 2011 roku Oscara).

Przybysz-3W „Przybyszu” surrealistyczny świat z jednej strony służy autorowi do uwypuklenia izolacji naszego bohatera i jego towarzyszy w doli lub niedoli (bo obraz Australijczyka, choć melancholijny, nie jest z gruntu pesymistyczny). Drugą rolą, którą pełni owa stylistyka, jest – paradoksalnie – nadanie dziełu rangi uniwersalnej (znów kłania się neorealizm, w którym obserwację dramatu szarego człowieka twórcy przedzierzgali w wielkie uogólnienia).

Kraina, do której trafia nasz emigrant, pełna jest dziwnych istot, roślin, maszyn, pojazdów i budowli. Język, którym posługują się jej mieszkańcy, to system tajemnych znaków i symboli. Wraz z oniryczną stylistyką (popadającą momentami w steampunkowe tony) znakomicie oddają one zagubienie mężczyzny w radykalnie obcym dla niego miejscu. Do tego dochodzi specyficzna kolorystyka i kadrowanie – najróżniejsze odcienie sepii i często stosowany „fotograficzny” układ kadrów przywodzą na myśl stary album ze zdjęciami. Oglądamy zatem starą jak świat (i emigracja) historię zwykłego człowieka przeniesioną w egzotyczne (wręcz fantastyczne) realia.

Przybysz-4Dzieło Shauna Tana, pomimo postmodernistycznej otoczki, dzięki swej płynności i wiarygodności, zachowuje cechy klasycznej (choć niemej) opowieści. Odkrywając krok po kroczku zasady rządzące obcą krainą, później zaś jej zakamarki i mieszkańców, dostrzegamy podobieństwo z „naszym” światem. Choć pejzaże wydają się abstrakcyjne, a niektóre istoty budzą grozę, mechanizmy rządzące „nieznanym” są nam raczej znane. W ten sposób autor pogodził zapędy własnej wyobraźni, która przełożyła się na wspaniałe rysunki, z uniwersalnym przekazem. A że uczynił to w mistrzowski sposób, „Przybysz” stał się komiksem, który nawet sceptycy mogą uznać za wybitny.

Shaun Tan (scenariusz & rysunki), Przybysz, Kultura Gniewu, wyd. II, Warszawa 2013. 

Rafał Niemczyk

Yiyun Li, Tysiąc lat dobrych modlitw. Recenzja.


Był sobie człowiek

Babcia Lin wraca z wizyty u brygadzisty Pekińskich Zakładów Tekstylnych „Czerwona Gwiazda”, pieczołowicie ukrywając zaświadczenie o przyznaniu jej tytułu zasłużonej emerytki tychże zakładów. Z tytułu owej emerytury babcia Lin nie otrzyma jednak złamanego grosza, bowiem zakłady zbankrutowały. Po chwili zostajemy poinformowani, że nie „zbankrutowały”, bo przecież „państwowa firma zbankrutować nie może”. Wstrzymanie emerytury jest zaś tylko „czasowe”. Nie wiadomo natomiast jak długo potrwa.
To wszystko wiemy już po lekturze połowy strony pierwszego opowiadania. Dopiero później dowiemy się, że babcia Lin w rzeczywistości nie jest babcią, a kobietą w dojrzałym wieku. Babcię uczyniła z niej chora rzeczywistość, brak miłości, rodziny i zwykłej nici ludzkiego porozumienia z otoczeniem. Bo Babcia Lin bardzo chciałaby być prawdziwą babcią.

Tak gęsto zbudowane są opowiadania ze zbioru „Tysiąc lat dobrych modlitw” Yiyun Li – trzydziestodziewięcioletniej Chinki, która w 1996 roku wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych. Jej bohaterowie to często chińscy uchodźcy, ukazani na różnych biegunach tego samego świata. Przenikają się w tej twórczości kultury Wschodu i Zachodu, absurdalność komunizmu z bezlitosnym kapitalizmem, maoizm z american dream, pustkowia Mongolii z nowojorskimi drapaczami chmur.

A pomiędzy tym wszystkim, wciśnięty niewidzialną ręką w stalowe tryby nienazywalnego mechanizmu – człowiek. To on jest bohaterem opowiadań Yiyun Li. Wielka proletariacka rewolucja kulturalna, giełda papierów wartościowych czy susza na prowincjonalnej wsi są tylko tłem – arenami, na których autorka ukazuje losy jednostki lub społeczeństw z tych jednostek złożonych. Homoseksualista, którego matka chce za wszelką cenę wyswatać; dwójka kuzynów, ukrywających w zaciemnionym pokoju i wychowujących od przeszło dwudziestu lat swoje upośledzone dziecko; nieszczęśliwe miłości, zdrada, skrajna bieda i bogactwo, które niczym grom z jasnego nieba uderza do głowy. Yiyun Li nie szczędzi swoim protagonistom cierpkich słów, ale okazuje im zrozumienie. Staje w ich obronie, niejednokrotnie wyzwala w czytelniku uczucie empatii, skłania do refleksji.

Yiyun-LiWszystkie opowiadania są zwięzłe, napisane oszczędnym językiem w czasie teraźniejszym. Potęguje to wrażenie aktywnego uczestnictwa odbiorcy w tych historiach. Yiyun Li pisze przy tym bardzo ładnie – mamy tutaj subtelne frazy, momenty wzruszające, ale wyzbyte nadmiernej egzaltacji. „Oto jest człowiek i jego opowieść. Nasza litość niewiele mu pomoże, ale pamiętajmy o nim” – zdaje się mówić pisarka. Nawet najbardziej drastyczne historie pozbawione są komentarza. To pod naszą rozwagę pozostawia go autorka, unikając w ten sposób niepotrzebnego dydaktyzmu i mentorstwa. Całości dopełniają świetnie skonstruowane dialogi – celne, nie zabijające rytmu, budujące napięcie pomiędzy postaciami.

Była to pierwsza książka Yiyun Li, po którą sięgnąłem. Nauczony doświadczeniem, przestrzegającym mnie przed często na wyrost interpretowanymi cytatami z amerykańskiej prasy, podszedłem do niej ostrożnie. Okazało się, że tym razem wszelkie zachwyty są jak najbardziej na miejscu. „Tysiąc lat dobrych modlitw” to kawał świetnej literatury i jestem przekonany, że Yiyun Li ma jeszcze wiele do powiedzenia. A Ameryka zadba już o to, żeby jako „Amerykanka chińskiego pochodzenia” napisała dla czytelników kolejne historie.

Yiyun Li, Tysiąc lat dobrych modlitw, przeł. Michał Kłobukowski, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2011.

Rafał Niemczyk

%d blogerów lubi to: