Stephen King, Przebudzenie. Recenzja.


Przebudzenie-okladkaPiąta osoba dramatu Kinga

Przyznam od razu – moja ostatnia przygoda z lekturą Kinga miała miejsce dość dawno temu. Nie jestem na bieżąco, mimo to co pewien czas wracam do jego książek z sentymentem, jako do jednego z pierwszych pisarzy, którzy nauczyli mnie strachu przy lekturze. Tego wyjątkowego poczucia niepewności co do wydarzeń na kolejnych stronach, nerwowego przygryzania palców, a jednocześnie brnięcia dalej z zapartym tchem i z półprzymkniętym okiem od początku do końca, choćby nie wiem co. Dlatego kiedy usłyszałam, że nowa książka Stephena Kinga zapowiadana jest jako pierwszy od lat dobry horror, skusiłam się bez wahania. Niestety, wspomnienia strachu przy lekturze nie zostały odświeżone, „Przebudzenie” zupełnie mnie nie obudziło. Powiedziałabym nawet, że uspało, jak to u nas mówią, ale obejdźmy się bez sarkazmu i spójrzmy na sprawę z perspektywy bigger picture. Co tu mamy, a czego niestety zabrakło?

Przebudzenie-Darek-Kocurek-1Na dobrą sprawę jest w tej powieści wszystko to, co w każdej porządnej kingowskiej powieści być powinno. Mamy pierwszoosobową narrację głównego bohatera, Jamiego Mortona, który opowiada nam o niemal całym swoim życiu. Mamy wstępne wydarzenie, jakim jest w tym przypadku pojawienie się w życiu Jamiego pastora Jacobsa, które solidnie przykuwa uwagę. Mamy kilka następnych zdarzeń, które pięknie stopniują napięcie, prowadząc jak za rączkę do kulminacji. Mamy też szereg kluczowych postaci – w tym rzeczoną w tytule piątą osobę dramatu, wspomnianego Charlesa Jacobsa, który budzi zarówno grozę, jak i zainteresowanie czytelnika. Tematyka książki podejmuje próbę odpowiedzi na najstarsze pytanie świata – o sens śmierci oraz to, co czeka nas po niej – i jest chyba jednym z najbardziej wałkowanych tematów w historii literatury, u Kinga zresztą też. Słuszne są w pewnej mierze skojarzenia z Frankensteinem, zresztą sugeruje je już sam tytuł, że o okładce nie wspomnę. Mamy tu wreszcie pięknie nakreśloną geografię miejsc i krajobrazu, jest muzyka w tle (rzecz, która zawsze mi się u Kinga podobała: poprzez tytuły piosenek zamieszczonych niby przy okazji w tekście, stwarza on coś w rodzaju soundtracku do swoich książek – w „Przebudzeniu” jest to istny przegląd historii rock&rolla), jest porządne tąpnięcie w postaci momentu kulminacyjnego – słowem wszystko to, co w każdej dobrej książce Kinga było i co za każdym razem zdało egzamin, jeśli idzie o reakcje czytelników, a często także (później) i widzów.

Przebudzenie-Darek-Kocurek-2Powieść położyło zaburzenie proporcji. Historia opowiadana przez Jamiego, jego życiorys, jest po prostu przydługa. Owszem, ma to swój cel, bo jak mówi nam główny bohater, nigdy nie wiadomo, które zdarzenie z naszego życia będzie tym kamyczkiem, który ruszy lawinę i wpłynie na kształt reszty naszych dni. I chociaż wszystkie fakty z biografii głównego bohatera mają znaczenie i jakoś wplatają się w historię o przebudzeniu, to jednak jest ich na tyle dużo, że przytłaczają. Życiorys Jamiego staje się po prostu zbyt drobiazgowy, a przez to troszeczkę męczący. Podobny chwyt został zastosowany m.in. w „Joylandzie”, jednak na mniejszą skalę, za to z lepszym skutkiem. Zastanawiam się, czy nie wynika to po trochu z kronikarskich zapędów samego Kinga, ostatecznie lata 70-80 to najlepsze lata jego życia, a ich klimat czuć w niejednej jego książce. Wszystko to sprowadza się jednak do faktu, że stary dobry Stephen King, trzymający czytelnika w napięciu i za gardło, zaczyna się na dobrą sprawę w okolicach 400-tnej strony.

Stephen-King-Joe-Hill

Papa z synem (fot. http://stephenking.com/)

W odbiorze recenzji „Przebudzenia” najwięcej waży jednak… kaliber samego autora. Bo pamiętać należy, że Stephen King to ta sama osoba, która napisała „Lśnienie”, „Zieloną milę”, „Misery” albo „Christine”, która wykreowała takie postacie, jak Jack Torrance, Andy Dufresne czy Roland Deschain, której dzieła przekłada się na dziesiątki języków, a ich ekranizacje przynoszą producentom setki milionów. I dopiero postawione w tym świetle „Przebudzenie” wypada mimo wszystko średnio, żeby nie powiedzieć blado. Przypomina bardziej próbkę prozy, którą serwuje nam syn Kinga, Joe Hill. Ile syna w ojcu, a ojca w synu niech ocenią sami Czytelnicy – osobiście na długie zimowe wieczory zdecydowanie wybieram wcześniejsze propozycje autora „Przebudzenia”.

Stephen King, Przebudzenie, tłum. Tomasz Wilusz, Prószyński i S-ka, Warszawa 2014.

Małgorzata Jędrzejewska

* Autorem ilustracji wykorzystanych w tekście jest Darek Kocurek (http://www.darekkocurek.com/).

Ray Bradbury, 451 stopni Fahrenheita.


Gdzie płoną książki

Ray Bradbury (1920-2012) to jeden z najwybitniejszych amerykańskich twórców fantastyki. Pochodził z rodziny wydawców prasowych, we wczesnej młodości zetknął się z magazynami pulpowymi i SF. Jako 19-latek zaczął wydawać fanzin „Futuria Fantasia” i publikować pierwsze opowiadania. Jego premierowa książka („Dark Carnival”) została wydana w 1947 r. Trzy lata później ukazały się „Kroniki marsjańskie”, a rok potem „Człowiek ilustrowany” – oba zbiory opowiadań przyniosły mu wielką sławę. W 1953 r. ukazała się pierwsza, a jednocześnie jego najsłynniejsza powieść „451 stopni Fahrenheita” (sfilmowana w 1966 r. przez François Truffauta). Na podstawie opowiadań kręcono miniseriale, tworzono scenariusze, komiksy. Za całokształt twórczości otrzymał World Fantasy Award, nagrodę Brama Stokera i wiele innych.

451 stopni Fahrenheita to temperatura, w której papier zaczyna się palić. Liczba 451 widnieje także na hełmach strażaków, w tym i Guya Montaga – głównego bohatera powieści. Z tym że w antyutopii Bradbury’ego strażacy nie zajmują się gaszeniem pożarów, lecz paleniem zakazanych książek, nierzadko razem z domami, w których je znaleziono. Właściwie to nigdy nie zajmowali się gaszeniem pożarów, gdyż domy były od zawsze ognioodporne – taka przynajmniej jest wersja oficjalna i obowiązująca.

Montag lubi swoją robotę – budzi ona u ludzi respekt, podziw, u niektórych nawet lęk, no i jest nienajgorzej opłacana. Remiza strażacka to jego drugi dom, a może nawet pierwszy, gdyż z żoną Mildred ma kiepski kontakt, zarówno na płaszczyźnie werbalnej, jak i fizycznej. Mildred spędza całe dnie w salonie, pośród trzech „ścian-ekranów”, zaabsorbowana sączącą się z nich miałką i ogłupiającą papką. Poza salonem – w kuchni i sypialni – cały czas nosi w uszach miniaturowe słuchawki radiowe zwane „muszelkami”, non stop chłonąc propagandowy bełkot. Opanowała nawet sztukę czytania z ruchu warg, aby nie przerywać słuchania w trakcie zdawkowych rozmów z mężem. Jej największym marzeniem jest wyburzyć ostatnią ścianę salonu i zainstalować czwarty ekran.

Pewnego dnia Montag spotyka na swej drodze z pracy dziewczynkę o imieniu Clarisse. Wywiązuje się między nimi rozmowa, bardzo dziwna i niewygodna dla Montaga. Okazuje się, że Clarisse zamieszkała niedawno w sąsiedztwie, a czas spędza na spacerach po okolicy. Rzuciła szkołę, gdyż według niej nie uczy się tam myślenia, a narzuca jedynie „słuszne odpowiedzi’. Nie jest ważne, „dlaczego” coś jest zrobione, istotne jest jedynie, „jak” to działa. Clarisse zwraca Montagowi uwagę na rzeczy, nad którymi do tej pory się nie zastanawiał – na piękno przyrody, ale też i na sens oraz słuszność wykonywanej przez niego pracy. Dziewczynka zaczyna towarzyszyć strażakowi codziennie w drodze do domu lub do pracy i mimo że ten początkowo jest zaniepokojony niebezpiecznymi tematami poruszanymi w ich rozmowach, to jednocześnie staje się coraz bardziej zafascynowany swoją rozmówczynią – jakże inną od otaczających go na co dzień „ludzkich automatów”. Montaga dopada coraz więcej wątpliwości i zaczyna sobie uświadamiać, że nie jest szczęśliwym człowiekiem.

Pewnego dnia dziewczyna nagle znika. Na dodatek zwykle rutynowa akcja palenia książek kończy się spaleniem domu wraz z właścicielką, która nie chciała zostawić swoich zbiorów. To wydarzenie w połączeniu z wiadomością, iż żona zapomniała mu powiedzieć, że Clarisse „umarła czy coś” cztery dni temu, sprawia, że Montag rozważa odejście z pracy. Tu jednak pojawia się ważna postać – kapitan Beatty, jego zwierzchnik, chodzący wzór strażaka i obywatela, którego Montag się obawia. Boi się, że kapitan podejrzewa go utratę motywacji do pracy i o zwątpienie w istniejący porządek rzeczy oraz o coś, co Montag skrzętnie ukrywa w kanale wentylacyjnym swojego domu. Beatty próbuje wytłumaczyć Montagowi, dlaczego książki stały się zakazane. Demonstruje mu bezsens istnienia „literatury wyższej” w obecnym świecie dobrobytu i powszechnego szczęścia. Co ciekawe, Beatty sypie przy tym cytatami z zakazanych dzieł jak z rękawa, czym jeszcze bardziej zbija z tropu Montaga.

Montag decyduje się wreszcie sięgnąć do ukrytych książek, które zbierał na akcjach od jakiegoś czasu. Robi to na oczach żony, która jest tym faktem przerażona. Przemiany zachodzące w Montagu oraz splot wydarzeń sprawiają, że Montag staje się wyjęty spod prawa. Udaje mu się wydostać z miasta, gdzie natyka się na grupę podobnych jemu renegatów, która okazuje się być częścią wielotysięcznej rzeszy ludzi, żyjących w małych miasteczkach i wsiach, często jako włóczędzy. Są żywymi książkami, każdy z nich zna na pamięć jakieś dzieło literackie, aby ocalić je od zniszczenia i zapomnienia.

Postacie w powieści są nieco przerysowane i płaskie, pomijając głównego bohatera, ale jest to zapewne celowy zabieg, służący uwypukleniu poruszanej problematyki. „451 stopni Fahrenheita” nie przypadnie raczej do gustu miłośnikom szybkiej akcji, ale też nie o akcję tu idzie, a o naświetlenie problemów i niebezpieczeństw czyhających na krętej ścieżce rozwoju cywilizacyjnego i społecznego.

Jaki więc obraz społeczeństwa wyłania się z powieści Bradbury’ego? Jest to typowy przykład dystopii lub też antyutopii, w której wolność i niezależność jednostki jest ograniczana i podporządkowana dyktatorskiemu systemowi władzy. Jednocześnie ogół jest tak sterowany, że ludziom wydaje się, iż żyją w krainie szczęśliwości. Podwaliny do wtłaczania ludziom gotowych i jedynie słusznych odpowiedzi na wszelkie pytania są czynione już w szkołach. Wiedza specjalistyczna ogółowi nie jest potrzebna – od tego są odpowiedni ludzie (specjaliści). Na banicję i wymarcie skazane zostały wszelkie nauki humanistyczne, wliczając w to historię, którą system zmienia i przeinacza według własnego uznania. Literatura piękna wraz z poezją zostały z biegiem czasu zredukowane – poprzez kilkustronicowe streszczenia, aż do kilkuzdaniowych opisów. Coś Wam to przypomina? Literatura zmuszała do myślenia, a systemowi nie był potrzebny obywatel kontemplujący, dywagujący czy interpretujący na swój sposób. Systemowi potrzebny był obywatel działający w swoim zakresie obowiązków, posłuszny i współpracujący. Konsumpcyjny styl życia był jak najbardziej na rękę władzy. Ostatecznym, nieuchronnym krokiem stała się zatem eksterminacja literatury.

Ponad pół wieku temu powieść Raya Bradbury’ego szokowała i wzbudzała emocje jako przestroga przed totalitaryzmem. Wszak w latach 50-tych XX w. żywa była jeszcze pamięć o hitlerowskich Niemczech czy cesarskiej Japonii, był to również początek schyłku stalinowskiego terroru (Stalin zmarł właśnie w 1953 r.). Nadeszły wreszcie czasy zimnej wojny i strachu przed atomową zagładą świata – co ma odzwierciedlenie także w „451 stopni Fahrenheita”, choć motyw wojny jądrowej jest dość zdawkowy i zawoalowany. Dziś powieść Bradbury’ego zyskuje drugie dno. Jest nim obawa przed losem naszej cywilizacji. Do czego doprowadzi nas dążenie do konsumpcjonizmu, hedonistycznego stylu życia, brak kultury wyższej czy unifikacja społeczeństwa? Czy nasz świat tak bardzo różni się od tego przedstawionego w powieści Bradbury’ego?

Ray Bradbury, 451 stopni Fahrenheita, tłum. Iwona Michałowska-Gabrych, wyd. Solaris, Stawiguda 2012.

Jacek „bio_hazard” Bryk

* Zdjęcia pochodzą z ekranizacji „451 stopni Fahrenheita” w reżyserii Françoisa Truffauta (1966).

** Tekst ukazał się pierwotnie w serwisie kultury postapokaliptycznej Outpost (red. RN).

%d blogerów lubi to: