Paolo Bacigalupi, Zatopione Miasta. Recenzja.


Na Potomacu stan alarmowy przekroczony, czyli mokra postapokalipsa na dobranoc

Poziom oceanów podniósł się, woda zalała wybrzeża, podtapiając przybrzeżne miasta. Niektóre kraje, wśród nich choćby Chiny, starały się przygotować i zabezpieczyć przed skutkami potopu. Jak się domyślacie, nie wszędzie wygrał zdrowy rozsądek. Znaleźli się bowiem tacy, którzy w ogniu wzajemnych oskarżeń, zamiast próby ratowania struktur pogrążającego się chaosie i destrukcji świata, wybrali walkę o władzę. Katastrofa naturalna rychło pociągnęła za sobą upadek norm i obyczajów oraz zezwierzęcenie społeczeństwa. Nastąpił regres cywilizacyjny. Waszyngton, Alexandria, Arlington – niegdyś jeden z największych obszarów metropolitalnych USA – przekształcił się w Zatopione Miasta, w których pomiędzy lokalnymi watażkami, samozwańczymi generałami i wszelkiej maści partyzantami trwa nieustająca wojna o wpływy i panowanie nad ruinami dawnej metropolii.

Mahlia – kaleki wyrzutek, dziewczyna z genami znienawidzonych rozjemców i Mouse – wątły chłopak, sierota ze spalonej farmy. Para nastoletnich przyjaciół, żyjąca w zagubionej pośród dżungli wiosce pod opieką niepoprawnego altruisty – dra Mahfouza. Kiedy w ich nędzny, acz spokojny żywot wkroczy z buciorami wojenna pożoga, nasi bohaterowie będą zmuszeni do ucieczki lub stawienia jej czoła. Na ich drodze pojawi się Tool – półczłowiek, genetycznie zmodyfikowana istota zaprojektowana jako maszyna do zabijania. By przeżyć, będą potrzebowali siebie nawzajem.

Panorama Waszyngtonu (źródło: lcweb2.loc.gov)

Czytelnik od razu zostaje wrzucony na głęboką wodę – czas i miejsce akcji nie są sprecyzowane. Dopiero w trakcie lektury ze stopniowo serwowanych strzępków informacji powoli składamy wersję wydarzeń. Część układanki autor pozostawia w sferze domysłów. Próżno szukać wyjaśnień na temat genezy różnych frakcji czy ciekawych kultów religijnych obecnych w świecie Zatopionych Miast. 41-letni Bacigalupi jest bardzo oszczędny w udzielaniu odpowiedzi na nurtujące czytelnika pytania i nieskory do zaspokajania jego ciekawości. Być może dzięki temu świat powieści zyskuje aurę tajemniczości, ale pewne niedomówienia pozostawiają niedosyt.

„Bestie z południowych krain” (2012, reż. Benh Zeitlin)

Narracja pędzi do przodu w zawrotnym tempie, a postacie są dość wyraziste – akurat na tyle, by można się z nimi utożsamić, choć kierują się raczej prostymi emocjami. Ich zachowania są raczej przewidywalne, jednak trafiają się osobowości nieco bardziej skomplikowane. Sam pomysł na fabułę jest nieco naiwny, niektóre decyzje naszych bohaterów wydają się nieracjonalne lub wręcz głupie, ale wydaje się, że to celowy zamysł autora. Wskazanie, że w zdegenerowanym świecie pozostały jeszcze wartości, którym warto zawierzyć, jak przyjaźń, honor czy nadzieja. Bacigalupi konfrontuje postawy czysto egoistyczne z niemalże „judymowskimi”, konformistyczne z buntowniczymi, determinację z oportunizmem. Naszym bohaterom przyjdzie wybierać między instynktem samozachowawczym a przyjaźnią. Zmierzą się ze strachem i poczuciem niespłaconego długu, walcząc o poczucie wartości i zachowanie granic człowieczeństwa.

Język powieści jest plastyczny. Wyobraźnia podsuwa obrazy zrujnowanej aglomeracji i da się niemal poczuć fetor Zatopionych Miast, które powoli, ale nieubłaganie natura obejmuje w swe władanie. Wszechobecna woda tworzy swoisty labirynt kanałów między zalanymi i na pół zawalonymi budynkami, dżungla wpełza na zurbanizowane dawniej tereny, a wraz z nią w pogruchotanej metropolii gnieżdżą się dzikie i drapieżne zwierzęta. O to, co przedstawia jeszcze jakąkolwiek wartość, toczą się nieustanne starcia pomiędzy wrogimi frakcjami. Kto sprzeda więcej złomu – kupi więcej broni i amunicji. Kto zgromadzi lepszy arsenał – zdobędzie więcej złomu. Tak zamyka się błędne koło „wypaczonego recyklingu”. Wszechobecny chaos, rozkład, beznadzieja i rozpad więzi społecznych, okrzyki pijanych i naćpanych trepów, wrzaski torturowanych jeńców i niewolniczy lament.

„Wodny świat” (1995, reż. Kevin Costner, Kevin Reynolds)

„Zatopione Miasta” wykazują pewne podobieństwa z „Zatopionym światem” J.G. Ballarda, choć u Bacigalupiego trudno doszukać się „Ballardowskiej metafizyki” czy głębszych rysów psychologicznych bohaterów. „Zatopionym Miastom” z wodno-apokaliptycznym klimatem bliżej jest do „Wodnego świata”. Filmu z 1995 r. reżyserskiego duetu Kevinów – Costnera i Reynoldsa – w którym Costner zagrał również główną rolę. Świat Ballarda pozbawiony jest nadziei – ludzkość jest w ciągłym odwrocie przed nieprzyjazną naszemu gatunkowi przyrodą. W „Wodnym świecie” siłą napędową dla garstki ocalonych z potopu jest wiara w mityczny suchy ląd – zagubiony gdzieś w bezmiarze oceanu. Motyw ten powielają „Zatopione Miasta”, gdzie niektórym ludziom marzy się ucieczka do lepszego świata – najlepiej „za wielką wodę”, gdzie egzystuje jeszcze spokojna, nieskażona przemocą cywilizacja.

Walki w mieście nieodparcie przywołują skojarzenia z krwawymi wojnami gangów narkotykowych w Ameryce Południowej. Sceny pacyfikacji wioski Banyan Town – tortury, bestialskie mordy, palenie plonów, bezlitośnie okaleczani wieśniacy – to wypisz-wymaluj kadry z brutalnych filmów o wojnie wietnamskiej. Natomiast opisy żołnierskiego życia młodocianych trepów jako żywo przypominają obrazki z wojen domowych w Afryce, na których chłopcy, niewiele więksi od postawionego na baczność kałasznikowa,  dumnie prężą się do kamery ze swoją bronią.

„Zatopione miasta” to ksiązka dla starszej młodzieży, nazywanej na zagranicznym rynku young adults. Z jednej strony sporo scen przemocy i bezprzykładnego okrucieństwa, z drugiej uładzony język, brak seksu i wulgaryzmów, co trochę łagodzi odbiór, surowego przecież z założenia, postapokaliptycznego świata. Jednakowoż książkę można polecić i starszym czytelnikom, którzy będą mogli pochylić się nad gorzką refleksją na temat kondycji współczesnego społeczeństwa.

Paolo Bacigalupi, Zatopione Miasta, przeł. Łukasz Małecki, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012.

 Jacek „bio_hazard” Bryk

Mira Grant, Przegląd Końca Świata: Feed. Recenzja.


Blogerzy kontra żywe trupy: nie taki zombie straszny, jak go filmują

FEEDpokarm, zasilanie, wsad, przewód doprowadzający. Tutaj Kanał internetowy (informacyjny) – format danych wykorzystywany do dostarczania użytkownikom często aktualizowanych treści. Kanały informacyjne są dostępne użytkownikom do subskrypcji. Zwykle użytkownik subskrybuje wiele kanałów, aby uzyskać dostęp do sumy ich informacji. Przykładowe standardy kanałów internetowych to RSS i jego następca, doskonalszy i dający większe możliwości, Atom. RSS (RDF Site Summary lub Really Simple Syndication), który swoją popularność zawdzięcza głównie eksplozji blogów, w których to RSS stał się istotnym kanałem dystrybucji treści.

(za: wikipedia.org i sprawnymarketing.pl)

Papa Romero i spółka, czyli zombie-kino

Sposobów na wyprodukowanie zombie jest w kulturze masowej bez liku. W filmie „Noc żywych trupów” George’a Romero (1968) – od którego zaczęło się popkulturowe zombie-szaleństwo – jest nim tajemnicze promieniowanie z kosmosu. Podobny motyw został wykorzystany w „Nocy komety” Thoma Eberharda (1984), gdzie sprawcą całego zamieszania było radioaktywne promieniowanie z tytułowej komety przelatującej blisko Ziemi. W „Martwicy mózgu” Petera Jacksona (1992), produkcji w pewnych kręgach kultowej, przemianę ofiary w żywego trupa powodowało ugryzienie nowo odkrytego gatunku zwierzęcia – „małpo-szczura”. Z innych metod „powstawania” zombie można by jeszcze wymienić: skutki uboczne działania elektrowni nuklearnej (Taniec truposzy”, 2008), eksperymenty genetyczne („Resident Evil”, 2002), szalonych naukowców („Reanimator”, 1985) czy sztandarowe genesis zombie-apokalipsy – wirus o dowolnym pochodzeniu („28 dni później”, 2002; „[Rec]”, 2007).

"Noc żywych trupów" (1968, reż. George Romero)

„Noc żywych trupów” (1968, reż. George Romero)

Wyobraźnia filmowych twórców wtłaczała formułę żywych trupów w najróżniejsze gatunki. Począwszy od  „Białego Zombie” Victora Halperina z 1932 r., pierwszego filmu o zombie w historii kina, w którym wystąpił Bela Lugosi (znany ze słynnej roli Draculi), przez „Plan 9 z kosmosu” Edwarda Wooda (1959), w którym kosmici ożywiają zwłoki, aby z pomocą tej armii zniszczyć ludzi (Bela Lugosi zagrał i w tym filmie, oczywiście wampira – była to jego ostatnia rola, a film miał premierę trzy lata po jego śmierci), przyszedł czas Romerowskiej „Nocy żywych trupów”. W późniejszych latach – oprócz kolejnych horrorów, filmów gore i dreszczowców – pojawiły się czarne komedie („Powrót żywych trupów”, 1985; „Fido”, 2006), a nawet komedie romantyczne („Zombie Honeymoon”, 2004). Za umarlaków zabrał się Robert Rodriguez do spółki z Tarantino, co w 2007 r. zaowocowało filmem „Grindhouse: Planet Terror” (w „Od zmierzchu do świtu” z 1996 r. duet Rodriguez/Tarantino również budzi do życia umarłych, ale stają się oni wampirami). Oprócz tego były też zombie z kosmosu, zombie-naziści, a nawet… „Striptizerki zombie” (2008) z gwiazdą kina XXX Jenną Jameson w roli głównej. Powstały też z różnym skutkiem filmy próbujące poważniejszego podjęcia tematu, jak np. „American Zombie” (2007) – obraz stylizowany na paradokument o życiu zombie czy świetny francuski serial „Les Revenants” (2004) – nietypowe kino dotykające społecznej i egzystencjalnej tematyki. Niekwestionowanym królem zombie w świecie kinematografii pozostaje jednak George Andrew Romero – ojciec współczesnego wizerunku żywych trupów, reżyser mający na swoim koncie najwięcej filmów o nieumarłych oraz idol, który doczekał się licznych prób naśladownictwa – bardziej lub mniej udanych.

Mira Grant swój pomysł na początek pandemii nieumarłych oparła na najpopularniejszym sposobie ich „narodzin”. W „Feed” nazywani są oni „zainfekowanymi”, co ma ścisły związek z ich wirusową genezą. Pierwsza część trylogii „Newsflash” nie jest na szczęście typowym zombie-slasherem. To w zasadzie thriller polityczny z wplecionym weń śledztwem dziennikarskim i plagą zombie w tle.

Rick Genest – kanadyjski artysta i model znany jako Zombie-Boy

Latem roku 2014 świat pozbywa się raka i przeziębień, ale natura postanawia bronić się przed przeludnieniem w inny sposób. Zrzuca na ludzkość plagę żywych trupów. Tego właśnie lata ginie jedna trzecia ludności całego świata. Najciekawsze w całej historii jest to, że tradycyjne mass-media bagatelizują sytuację, wyśmiewając wręcz pierwsze doniesienia o atakach zreanimowanych truposzy. Zamiast ostrzegać społeczeństwo przed niebezpieczeństwem, media trzymają ludzi w złudnej nieświadomości.

Blogerzy z odsieczą

Na szczęście rolę reporterów z linii walk przejmują blogerzy, dotąd pozostający raczej na marginesie medialnego światka. To dzięki blogom ludzie dowiadują się, z czym mają do czynienia, a także jak z nieprawdopodobnym zagrożeniem walczyć. W ciągu kilku lat krystalizuje się wyraźny podział blogosfery na: „Newsie” – relacjonujących suche fakty, „Stewartów” – tworzących opinie bazujące na faktach oraz „Irwinów” – narażających własne życie, aby widzowie mogli poczuć dreszczyk emocji. Ich uzupełnieniem stają się „Cioteczki” – pełniące rolę prasy brukowej i „Fikcyjni” – specjalizujący się w poezji, opowiadaniach i sferze ezoterycznej. Łączy ich jedno – wszyscy gonią za popularnością swoich wpisów. Aby zwiększyć szanse, łączą się w zespoły blogerów i, działając pod wspólnym szyldem, robią wszystko, aby pozyskać uwagę jak największej liczby odbiorców, a tym samym podnieść swoje statystyki w sieci.

Od tego czasu, zwanego Powstaniem, mija 26 lat. Społeczeństwo nauczyło się wreszcie, jak radzić sobie z zombie. Powstały odpowiednie służby i instytucje, które wprowadziły specjalne procedury i testy mające na celu zminimalizować ryzyko ewentualnego rozprzestrzeniania się infekcji oraz maksymalnie zwiększyć wykrywalność we wczesnym stadium amplifikacji wirusowej, która prowadzi do przemiany w zombie.

W świecie „Feed” pozycją obowiązkową są… filmy wspomnianego na wstępie George’a Romero. Pomagają one rozpoznać zombie, dają darmowe lekcje survivalu, a wreszcie – pokazują, jak uśmiercać intruzów. Krytykowany i wyśmiewany przed Powstaniem twórca staje się nagle ojcem przetrwania.

„Fido” (2006, reż. Andrew Currie)

Georgia i Shawn Mason – rodzeństwo adoptowane przez parę blogerów, których biologiczny syn zginął „przemieniony” – również para się dziennikarstwem. Prowadzą oni blog „Przegląd końca świata”. Georgia jest typową Newsie, a Shaun Irwinem, co powoduje ciągłe tarcia między nimi, w większości maskowane humorem i sarkazmem. Trzecim ważnym członkiem ich ekipy jest Buffy Meissonier – Fikcyjna, a jednocześnie spec od sprzętu elektronicznego. „Przegląd końca świata” dostaje szansę relacjonowania kampanii prezydenckiej senatora Petera Raymana, co może umożliwić im przebicie się do ścisłej czołówki blogosfery. W trakcie ogólnokrajowej kampanii ma jednak miejsce kilka tragicznych wydarzeń i dziwnych zbiegów okoliczności, a blogerzy wpadają na trop tajemnicy, która może prowadzić do odkrycia nieprawdopodobnego spisku, może nawet przyczyn samego Powstania. Czy prawda wygra z polityką, a zdrowy rozsądek zwycięży pragnienie dążenia do szczytu sławy?

Jeśli porównać „Feed” do jakiegoś innego dzieła literackiego, to koncepcyjnie przypomina „Dzień odrodzenia” Brendana DuBois. Tam również mamy dziennikarskie śledztwo z amerykańską kampanią prezydencką w tle, tyle że 10 lat po wojnie nuklearnej. Medyczno-naukowy aspekt książki przywołuje natomiast echa „Radia Darwina” Grega Beara. Z kolei jeśli chodzi o analogie z literaturą „zombiestyczną”, to „Feed” przypomina „Survival War” Johnny’ego Walkera i Marka Mossberga – political/military fiction, której akcja rozgrywa się m.in. w Polsce.

Powieść czyta się dynamicznie, czasami wręcz jakbyśmy oglądali reportaż z pola walki. Niektórym co prawda może przeszkadzać wprowadzanie czytelnika w arkana wirusologii, ale bez tego książka zapewne by nieco straciła. Smaczków dodają także wszelkie niuanse kampanii prezydenckiej i wyczuwalne miejscami dyskretne napięcie erotyczne pomiędzy parą głównych bohaterów. Nie przypadł mi niestety do gustu humor dialogowy wiecznie przekomarzającego się rodzeństwa. Zabieg ten miał dodać powieści lekkości, ale autorka osiągnęła dokładnie odwrotny efekt. Dialogi są przewidywalne, czasami wręcz sztuczne i irytujące (szczególnie uwagi siostry ciągle strofującej brata). Natomiast Georgia Mason, jako narrator bezpośredni, prowadzi fabułę w sposób reporterski, co sprawia, że czytelnik może wcielić się w naocznego świadka wydarzeń. Dodatkowo blogerskie wpisy na końcu każdego z rozdziałów, prezentujące przemyślenia bohaterów, zarówno pierwszo- jak i drugoplanowych, podsycają dramatyzm sytuacji i dodają głębi światu przedstawionemu. To nawiązanie do coraz aktywniejszej roli blogów, także w życiu publicznym (przykład ostatniej amerykańskiej kampanii prezydenckiej).

Serial „The Walking Dead” (S1-2010, prod. Frank Darabont)

Jak na thriller polityczny powieść Miry Grant ma bardzo nietypową scenerię i formę, ale pozytywnie zaskakuje. Motyw zombie jest tutaj skądinąd „wabikiem” oraz środkiem, nie zaś pustym celem. „Feed” jest swego rodzaju novum, bo jeszcze nikt w taki sposób nie połączył thrillera politycznego z zombie-apokalipsą, co zostało docenione przez czytelników nominacją do nagrody Hugo za najlepszą powieść w 2011 roku.

Mira Grant, Przegląd Końca Świata: Feed, Wydawnictwo SQN, Kraków 2012.

Jacek „bio_hazard” Bryk

Philip K. Dick, Człowiek z Wysokiego Zamku. Recenzja.


Punkt oparcia genialnego paranoika

Jak słusznie zauważył Maciej Parowski, o wymowie i znaczeniu „Człowieka z Wysokiego Zamku” najdobitniej świadczy fakt, że zarys fabularny książki znają z grubsza rzecz biorąc wszyscy – nawet ci, którzy jej nie czytali. Wieloletni redaktor naczelny „Fantastyki” wspomina ciężkie czasy lat 80. – okres, kiedy ówczesnej cenzurze nie bardzo po drodze było z Dickowską wizją. Fantastyka miała wtedy ogólnie „pod górkę” – mainstreamowi wydawcy niechętnie angażowali się w prozę spod znaku SF. „Człowiek z Wysokiego Zamku” był jednak zbyt łakomym kąskiem. Po dziewiętnastu latach od amerykańskiej premiery, w 1981 roku SW „Czytelnik” po raz pierwszy poczęstowała Polaków obrazem świata, przy którym nawet ponura peerelowska rzeczywistość nabierała jaśniejszych barw. „Historyczny, polityczny, metafizyczny dyskurs Człowieka z Wysokiego Zamku okazał się kluczem do polskiej przygody z historią w obu odsłonach. Tragicznej i pełnej nadziei” – wywodzi Parowski.

Dick osadził akcję powieści w drugiej połowie XX wieku (dokładnie w 1962 roku), na Zachodnim Wybrzeżu Stanów Zjednoczonych. Przedstawił nam alternatywną wizję świata, w myśl której to III Rzesza Niemiecka (z pomocą Włoch) wygrała II wojnę światową w Europie i Afryce, a za oceanem Japończycy podbili USA. Światem rządzą państwa osi – bezwzględnie wykorzystują swoją dominację, przewidując dla podbitych państw co najwyżej role uległych wasali.

Czlowiek-z-Wysokiego-Zamku-mapa (wikipedia.en)

Stany Zjednoczone podzielone są na trzy główne strefy: japońską na Zachodnim Wybrzeżu, niemiecką na Wschodnim Wybrzeżu oraz rozdzielającą je strefę buforową, którą wyznaczają w przybliżeniu Góry Skaliste. Europa prawie w całości zdominowana jest przez III Rzeszę, na wschodzie upadło wielkie mocarstwo rosyjskie, a jego mieszkańcy wespół z innymi Słowianami zostali wygnani daleko za dziki Kaukaz. Japończycy (ukazani jako naród łagodniejszy i bardziej cywilizowany niż Niemcy), którym przypadła w udziale lwia część Ameryki Południowej, „wznoszą w Brazylii siedmiopiętrowe gliniane bloki dla byłych łowców głów”. Afryka – olbrzymia, zdewastowana pustynia, pełna „duchów wymordowanych plemion” – podzielona na dwie strefy okupacyjne (włoską na północnym-wschodzie oraz niemiecką na południu i zachodzie) jest dla nazistów polem do straszliwych eksperymentów. Morze Śródziemne dzięki energii atomowej zostało „zamknięte”, osuszone i przekształcone w pola uprawne. A na dodatek Niemcy kolonizują Marsa, w planach mając podbój całego Układu Słonecznego.

Czlowiek-z-Wysokiego-Zamku-2Realia alternatywnego świata odkształcają cały wizerunek planety, który my znamy z autopsji, a bohaterowie powieści z tajemniczej książki „Utyje szarańcza” niejakiego Hawthorne’a Abendsena – tytułowego „Człowieka z Wysokiego Zamku”. Dla nich „alternatywną wizją” jest historia, w której Niemcy i Japonia zostały w czasie wojny pokonane przez aliantów. Abendsen opisuje taki bieg wydarzeń ze wszystkimi jej konsekwencjami, a lektura jego książki na ziemiach rządzonych przez nazistów jest surowo zakazana.

Światem Dicka rządzą zazębione ze sobą społeczno-polityczne mechanizmy. Robert Childan musi kłaniać się w pas każdemu Japończykowi, ale nie może pozwolić sobie zostać przyłapanym na dźwiganiu ciężkiego bagażu – od tego są niewolnicy, kręcący się po okolicy. W przeciwnym razie utraciłby prestiż w oczach „wyższych sfer”. W życiu prywatnym nie ma miejsca na ujawnianie prawdziwych uczuć. Na terenach nazistowskich panuje zaostrzona segregacja rasowa (Żydzi wciąż są eksterminowani), pojawia się też jakże współczesny problem emerytów („w naszym społeczeństwie nie rozwiązaliśmy problemu ludzi starszych”). Amerykański pisarz w przemyślny sposób dokonuje charakterystyki najbardziej wpływowych, najwyższych rangą niemieckich przywódców (str. 131). Ideologia nazistowska w pewnym momencie zostanie określona jako „psychopatyczny feler niemieckiego umysłu”.

Czlowiek-z-Wysokiego-Zamku-3Istotną rzeczą jest sprawa przedefiniowania wartości kulturalnych w różnych częściach świata. Dla Japończyków najcenniejszymi antykami stają się amerykańskie przedwojenne symbole lub popkulturowe gadżety podbitego kapitalistycznego społeczeństwa (broń z okresu wojny secesyjnej, plakaty, zegarek z Myszką Miki). Dick alegorycznie podkreśla również różnicę pomiędzy zabytkiem a falsyfikatem. Pod pretekstem dylematów na temat komercjalizacji sztuki gani Amerykanów („wytwory amerykańskich rzemieślników nie nadają się na nic lepszego jak wzory tandetnych amuletów”), by w ostatniej chwili słowami Childana przywrócić im resztki godności.

Za pomocą „prostego” skądinąd tricku odwrócenia losów wojny, Dick stworzył absolutny kanon literatury science-fiction. Powieść Philipa K. Dicka nawet kilkadziesiąt lat po zakończeniu wojny czyta się z uczuciem niepokoju. Lekkość opowiadania zastosowana przez Dicka (proste, krótkie zdania, różne punkty widzenia bohaterów, dobrze zawiązane wątki) przeplata się z refleksjami filozoficznymi, metafizycznymi i estetycznymi.

Czlowiek-z-Wysokiego-Zamku-okladka-USATworząc „Człowieka z Wysokiego Zamku”, pisarz wielokrotnie „radził się” I – cing, Księgi Przemian – kanonicznego dzieła taoizmu i konfucjanizmu. I choć jego paranoiczne widzenie świata skłaniało go ku tezie, że „cokolwiek się zdarzy, zło zawsze zwycięża”, to szlachetni bohaterowie Dicka – buntujący się przeciwko owemu „złu” w najbardziej nawet paskudnym i bolesnym otoczeniu – przeważnie odnajdują bezpieczną drogę ku słusznym decyzjom. To zawsze tworzy jakiś punkt oparcia.

Philip K. Dick, Człowiek z Wysokiego Zamku, przeł. Lech Jęczmyk, Dom Wydawniczy REBIS, Poznań 2011.

Rafał Niemczyk

* Autorem ilustracji jest polski malarz i rzeźbiarz – Wojciech Siudmak.

Bogusław Polch, Maciej Parowski: Funky Koval – Wrogie przejęcie, t. 4. Recenzja.


„Koval zawinił, Cygana powiesili”, czyli czasy się zmieniają, a Funky wciąż ten sam

Czasy się zmieniły. Ostatni „Funky Koval” powstał przy współpracy Macieja Parowskiego i Bogusława Polcha blisko ćwierć wieku po wydaniu „Wbrew sobie”, kiedy „ucieczka w prywatność – jak mówi Polch – z okresu stanu wojennego skończyła się”. „Wrogie przejęcie” powstało już w czasach demokracji, ba – demokracji nie raczkującej już, ale jak się wydaje i na co mamy nadzieję – demokracji świadomej swojej odpowiedzialności. „Faktem jest, że [tamte] warunki domowe socjalizowały nas ze sobą, ale z drugiej strony z wiekiem zmniejsza się potrzeba bycia z innymi” – dodaje rysownik.

Nowy „Funky Koval” jest jednocześnie… stary i nowy. Nie trzeba już przemyślnego kamuflażu, aby krytykować i szydzić z komunistycznej władzy, nie potrzeba metafor, zasłaniania się i przemycania w dialogach niepożądanych ówcześnie treści. Ale w tych czy innych czasach – podstępni wrogowie nie śpią. We „Wrogim przejęciu” na każdym kroku pachnie spiskiem, szachujące się wzajemnie układy mają już nie drugie, ale czwarte dno, a nad wszystkim unosi się smog wszechobecnej agentury. Maciej Parowski w ironicznym tonie zwraca w ten sposób uwagę na „spiskowe widzenie rzeczywistości”, jakie w dobie wolności słowa jest dla społeczeństwa nie mniejszym problemem niż demony przeszłości. Wszak na Greenpoincie mawiają: „Koval zawinił, Cygana powiesili”.

Funky-Koval-4Czwarty „Funky” jest narysowany trochę inną techniką niż poprzednie trzy części. Polch poświęcił do pewnego stopnia detalizm tła, który był mocnym punktem i sprawiał, że sięgając po komiks nawet setny raz, można w nim dostrzec ukryte nowe szczegóły, szczególiki, wizje czy przedmioty o ukrytym znaczeniu. Kosztem owego uszczegółowienia twórca wzbogacił i rozbudował kolorystykę albumu. Oddajmy głos mistrzowi: „Tak, uprościłem tło, wprowadzając nawet chwilami estetykę tzw. czystego tła, wiedząc o tym, że będę je podkreślał barwą (…) Czytelnik zauważywszy, że zmieniła się kolorystyka i oświetlenie, od razu zwróci uwagę, że zmieniła się akcja – taki klucz stosowałem podczas planowania plansz (…) dotyczyło to szczególnie miejsc, gdzie akcje się przenikają, lub zmieniają się narracje. Od początku przewidywałem silnie eksponowany udział koloru” – tłumaczy motywy technicznych zmian Bogusław Polch. Efekt jest niezmiernie udany – „Funky” nadal pozostaje komiksem mocno pobudzającym wyobraźnię, ale teraz ma w sobie momentami więcej ekspresji, drapieżności, dojrzałej nowoczesności.

Duet Parowski & Polch uraczyli czytelników niespodziankami również na gruncie fabularnym. Rozwiązało się większość zagadek, podomykano sprawnie nieukończone wcześniej wątki, a niektóre z nich, jak i samo efektowne zakończenie – potrafi zaskoczyć nawet uważnych i przewidujących czytelników. Bo „Funky’ego” trzeba czytać uważnie, smakować i układać w głowie skomplikowane intrygi; w przeciwnym razie, gubiąc jakiś wątek, można go już później nie odnaleźć lub dopasować w układankę w nieodpowiedni sposób. Żeby dodać pikanterii, „Wrogie przejęcie” uderza mocno w tony cyberpunkowe, wysyłając Kovala w kolejną odyseję nie tylko w przestrzeni, ale i w „pokombinowanym” czasie. No i rzecz jasna, jak na cyberpunk przystało – pojawia się w albumie istotny motyw Sieci.

Funky4Jaka jest przyszłość Kovala? Sami twórcy nie określają tego jednoznacznie, być może wiele zależy od realizacji hollywoodzkiej produkcji na motywach kultowej polskiej serii. Faktem jest, że pomimo przemian ustrojowych Funky ma z kim walczyć. Na ulicę wychodzą, bezczeszcząc narodowe symbole, czasem mimowolnie, radykalni przedstawiciele przeróżnych opcji politycznych, aby wyrazić swoje frustracje w jedyny sposób, jaki przychodzi im do głowy. Dołączają do nich popularni ostatnio „kibole” z zakrytymi twarzami i co bardziej nierozsądni działacze polityczni. Przed pałacem prezydenckim „Bitwa o krzyż”, w sejmie „Bitwa o krzyż II”, a na ciemniejącym niebie widmo kolejnego, światowego kryzysu.

Tak, Funky niewątpliwie miałby z czym się mierzyć. Pytanie tylko: czy mu się chce? Mam w głębi duszy szczerą nadzieję, że tak – w trochę „jaśniejszej” formie niż we „Wrogim przejęciu”. W końcu Funky Koval to patriota, choć urodzony w USA. Tak pięknie śni o fortepianie Szopena; parafrazując słowa Cypriana Kamila Norwida: „A w tym coś grał: taka była prostota…”

Bogusław Polch, Maciej Parowski: Funky Koval – Wrogie przejęcie, t. 4, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2011.

Rafał Niemczyk

Funky Koval, Sam przeciw wszystkim, Wbrew sobie, t. 2 – 3. Recenzja.


Funky Koval.
Romantyczny bohater narodowy

I mamy kolejnego „Funky’ego Kovala”. Czegóż tym razem możemy się po nim spodziewać? Ano wciąż tej samej, dobrej formy. Funky już się rozpędził jak lokomotywa i nie sposób byłoby go zatrzymać. Kadry mkną w ekspresowym tempie, historia nieustannie się wikła, kolejne intrygi, kolejne przeciwności, kolejne problemy. Wszystko wiruje, tylko Funky się nie zmienia. Bohaterski, odważny, rozbrajająco arogancki i oczywiście – „sam przeciw wszystkim”.

Jeśli jeszcze nie wiecie, Koval to kosmiczny detektyw – pracownik agencji Universs. Jego historia, stworzona przez Polcha, Parowskiego i Rodka, rozpoczęła się w roku 1982, publikowana w odcinkach na łamach „Fantastyki”.  Mimo że komiks o Funkym  stworzony został w stylistyce sci-fi, wydaje się być bardzo bliski naszej rzeczywistości. I to nie tylko sprawka przestarzałych polskich fryzur i wąsów, w które wyposażeni są rysunkowi bohaterowie. Matactwa władz, manipulacje polityczne, państwo kłamstwa i propagandy, a dodatkowo Jerzy Urban w telewizorze – fantastyczny świat komiksu jak ulał pasuje do naszej rodzimej rzeczywistości lat 80.

Funky-Koval-Sam-przeciw-wszystkimNa szczęście w tym wrogim świecie mamy Kovala – naszego narodowego superbohatera. Funky wcale niezgorzej wypada na tle amerykańskich herosów w rajtuzach. Ta sama godna podziwu odwaga, podobne nonszalanckie poczucie humoru, łobuzerski uśmieszek i piękne kobiety przy szerokich barach. Funky nie potrzebuje jednak takich porównań, byśmy go docenili. Bo choć pasuje do amerykańskiej stylistyki, jest przecież na wskroś polski. To nasz romantyczny bohater, walczy sam, działa na własną rękę, czasem w przebraniu, przeciwko władzy, wbrew prawu, w imię idei. Mając na uwadze te cechy, można by go nazwać współczesnym Konradem Wallenrodem.

Konradem Wallenrodem? Czy to nie przesada? – spyta oburzony czytelnik, który szkolnych lektur nie lubił. Tymczasem nasza kultura od dawna kochała się w aroganckich samotnikach. Funky Koval to jeden z nich – tyle że w wydaniu „pop”. Odwraca się plecami nawet do swoich. „Odchodzę z agencji, Paul. Jesteście zbyt pasywni!” – powie rozgoryczony do przełożonego. Funky nie potrafi grać asekurancko, on musi walczyć, na wszelkie sposoby i bez najmniejszego wahania. Podejmuje ryzyko, bezczelnie wchodząc do paszczy lwa. Nie widzi bowiem innego wyjścia. Taki charakter musiał spodobać się Polakom – szczególnie w tym ponurym czasie.

Funky-Koval-Wbrew-sobie

Funky-Koval-Wbrew-sobie-wyd.3Funky ma przede wszystkim dostarczać rozrywki – ale i w tym tomie, tak jak i w poprzednim, nie jest to rozrywka zupełnie niezobowiązująca. Komiks Polcha, Parowskiego i Rodka posiada swój ciężar – z jednej strony czyta się go szybko, z drugiej – powoli. Trzeba nadążać, starać się zrozumieć, wczytać się mocno, chwycić mocno linii fabularnej, by po kilku kadrach gdzieś się nie zgubić. Obcowanie z tym światem zupełnie jednak nie męczy. Szczególnie, że jest on bardzo szczegółowy, barwny, a oglądanie kolejnych plansz przynosi dużo estetycznej przyjemności. Nie widzimy w Funky’m śladów działania bezlitosnego zęba czasu. On naprawdę niewiele tu nadgryzł. Tracą myszką jedynie polskie wąsy, ale i to ma swój urok.

Bogusław Polch, Maciej Parowski, Jacek Rodek: Funky Koval – Sam przeciw wszystkim, Wbrew sobie, t. 2 – 3, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2011.

Dorota Jędrzejewska

%d blogerów lubi to: