Rutu Modan, Zaduszki. Recenzja.


Zaduszki-okladkaWyjątkowo ciepłe Zaduszki

Lektura „Zaduszek” Rutu Modan działa jak balsam dla duszy. Rozlewa się przyjemnym ciepłem w okolicach serca i zastyga uśmiechem na ustach. Aż dziw bierze, że takie reakcje wywołuje komiks rozgrywający się burą, warszawską jesienią w przeddzień Święta Zmarłych. Komiks, którego tematem są niełatwe i zagmatwane polsko-żydowskie stosunki.

Autorka świetnych „Ran wylotowych” już zasiadając do tworzenia scenariusza „Zaduszek”, miała zupełnie inne założenia niż rozdrapywanie ran. W wywiadzie udzielonym na potrzeby „Zwierciadła” mówiła:
O Holokauście napisano wystarczająco dużo książek. W tym jeden z najwspanialszych komiksów – „Maus” Arta Spiegelmana (…) Polacy, Żydzi, Palestyńczycy, wszyscy są ekspertami od bycia ofiarami. Jesteśmy w tym naprawdę dobrzy, a przecież bycie ofiarą to słaby sposób na znalezienie rozwiązań dla istniejących problemów.

Komiks Modan nie unika trudnej historii, choć traktuje ją z dużym dystansem (niektórzy powiedzą, że ze zbyt dużym). W gruncie rzeczy jest niepozbawioną nostalgii, trochę wyidealizowaną obyczajową komedią z kryminalnym zacięciem.

Zaduszki-1Bohaterkami są dwie kobiety: 90-letnia Żydówka Regina Segal oraz jej dorosła wnuczka. Obie przylatują z Izraela do Polski, by odzyskać rodzinną nieruchomość utraconą w czasie II wojny światowej. Tuż po przylocie do stolicy sympatyczna babcia zaczyna zachowywać się nad wyraz podejrzanie. Wnuczka zdziwiona tą przemianą, bierze sprawę w swoje ręce i rozpoczyna osobiste śledztwo, jednocześnie odkrywając dla siebie stolicę Polski. Krok w krok za dziewczyną podąża wyjątkowo antypatyczny typ („przyjaciel rodziny” Jagodnik), choć dla równowagi spotyka ona również intrygującego przewodnika po żydowskiej Warszawie (a przy okazji rysownika komiksów). Uczucie wisi w powietrzu wraz z odkryciem wielkiej rodzinnej tajemnicy. Jak się bowiem okazuje, sekrety babci dotyczącą znacznie mniej przyziemnych spraw niż stara, warszawska nieruchomość.

Rutu Modan inspiracje dla komiksu czerpała bezpośrednio z historii własnej rodziny. Jej dziadkowie wyemigrowali z Polski z początkiem II wojny światowej. Mieli wiele szczęścia, ale trudna historia poniekąd złamała im serce. Autorka odkurza tamte wydarzenia, zgrabnie żeniąc je z własną fantazją, intrygą i genialnym wręcz zmysłem obserwacji.

Zaduszki-3

Zaduszki-4Podobnie jak w „Ranach wylotowych” Modan wykazuje się niebywałą umiejętnością odtwarzania nastrojów, gestów, kreślenia sytuacji i dialogów bezpośrednio wyjętych z życia. W ten sposób opowieść dotycząca konkretnego, szczegółowego tematu, jest paradoksalnie bardzo uniwersalna – traktuje bowiem o uczuciach znanych każdemu i doskonale je odwzorowuje. U Modan bawią i wzruszają nawet kadry tworzone poniekąd na obrzeżach fabuły – spojrzenie, ruch ręki, reakcja, dwa słowa, wszystko odwzorowane z drobiazgową starannością. Cieszy również świetne odtworzenie polskiej rzeczywistości – wnętrze skromnej restauracji, pachnącego PRL-em hotelu, ulice, witryny, mieszkania. Rutu Modan potrafi prześwietlać więc nie tylko ludzi, ale i miasta. Jej kreska – prosta i nawiązująca do dawnych tradycji komiksowych – bywa momentami bardziej realistyczna niż twórczość niejednego hiperrealistycznego autora.

Wspomnieć należy również o rewelacyjnym poczuciu humoru autorki. To kolejny jej talent, dzięki któremu „Zaduszki” czyta się z ogromną satysfakcją. Humor jest tutaj raz ciepły i dobrotliwy, innym razem bywa subtelnie złośliwy i ironiczny. Nie bez uroku, a jednak precyzyjnie, Modan naigrawa się choćby z komercjalizowania historii albo traktowania jej z przesadnym, wystudiowanym patosem. Mnogość nastrojów i motywów, które pojawiają się na kartach jej komiksu: od tęsknoty, poprzez zauroczenie, charakter międzypokoleniowych relacji, chciwość i kombinatorstwo, aż po zwyczajną prozę życia – nie przeszkadza autorce zapanować nad tym barwnym tyglem. Doskonale potrafi ona wyważyć proporcje i poprowadzić historię tak, by czytało się ją bez najmniejszych przeszkód. Jak się okazuje, jest również doskonałą „konstruktorką” scenariuszy – lekko zaplątanych, a jednak od początku do końca zrozumiałych.

Zaduszki-5Podstawowym zarzutem, który przewija się w mniej pochlebnych recenzjach „Zaduszek”, jest obcesowe potraktowanie poważnego tematu i ubranie go w nadto kolorowe barwy. Spróbujmy spojrzeć na to jednak z innej strony. W gruncie rzeczy bowiem opowieść Modan odwzorowuje stosunek do historii charakterystyczny dla młodszych pokoleń, które znają ją wyłącznie z podręczników i relacji. Ich przedstawiciele nie doświadczyli tragedii na własnej skórze, przez co nie są w stanie się w pełni zaangażować. Doceniają, interesują się, dalecy są od lekceważenia – a jednak instynktownie patrzą w przód. Ich życie toczy się dalej – w bardziej błahy, pełen prostych uniesień sposób. W taki, jaki powinno przecież się toczyć.

Rutu Modan, Zaduszki, tłum. Zuzanna Solakiewicz, Kultura Gniewu, Warszawa 2013.

Dorota Jędrzejewska

 

Zaduszki-2Zdaniem Rafała:

Dorotka rozpływa się nad nowym komiksem Rutu Modan niewątpliwie słusznie. Nie jest to jednak Warszawa, którą znają Polacy. Brak w niej zakorkowanych ulic i niebezpiecznych zaułków, a ludzie są nadzwyczaj uprzejmi i tolerancyjni. Album ma świetny odbiór zagranicą, więc jako naród powinniśmy dziękować Rutu za wyjątkowo dobry PR. Być może autorką kierowała niechęć w przyszywaniu Polakom „łatek”, co w zagmatwanych relacjach polsko-żydowskich bywa na porządku dziennym (z jednej i z drugiej strony zresztą). Wyszła nam z tego Warszawa bardzo „wygładzona”, co niekoniecznie musi stanowić zarzut, ponieważ „Zaduszki” nie stawiają sobie za cel rozbierania charakterystyk narodów na części pierwsze. To opowieść ciepła, momentami ckliwa, choć Modan uwielbia bawić się pozorami. Dokłada zatem jednym i drugim, Polakom i Żydom, ale jej żarty z narodowych przywar są lekkostrawne i zabawne, ironiczne, ale nie konfliktowe i pretensjonalne. „Czemu leżysz w ubraniach w łóżku? Według polskiego prawa grozi za to dożywocie” – mówi Mika do babci, by na drugi dzień w rozmowie ze swoim polskim przewodnikiem-chłopakiem rzucić z uśmiechem: „Jedyną rzeczą, którą Żydzi kochają bardziej niż pieniądze, to robić jedno drugiemu na przekór”. Wszechobecny humor doskonale równoważy nostalgiczne tony, dzięki czemu opowieść nabiera lekkości i dystansu. O tym, jak genialnie Rutu operuje emocjami swoich postaci, napisała już Dorotka. Podsumowując: „Zaduszki” nie są w mojej opinii dziełem tak pełnym jak „Rany wylotowe”, ale to w dalszym ciągu jeden z najlepszych albumów komiksowych ubiegłego roku.

Zaduszki-pasek

Yann Martel, Beatrycze i Wergili. Recenzja.


Ciemna strona człowieczeństwa

Henry, bohater powieści Yanna Martela, napisał książkę o Holocauście. Książkę podejmującą ten tragiczny i traumatyczny wątek w dość szczególny sposób. Miała bowiem postać książki dwustronnej, tzw. flip-booka – o dwóch okładkach. Z jednej strony będącego naukowym esejem, z drugiej zaś alegoryczną fikcją, ukazaną – wzorem Ezopa czy Orwella – za pomocą zwierząt. Dzieło zostało bardzo źle przyjęte przez krytyków, a Henry dostał czerwone światło na następne książki. Rozgoryczony rezygnuje z pisania. Postanawia wyjechać do Wielkiego Miasta – metropolii w nieokreślonej części świata, nie ma to większego znaczenia dla losów fabuły. Zatrudnia się jako kelner, obserwuje ludzi, zmienia tryb życia. Pewnego dnia otrzymuje jednak tajemniczy list. Zawiera on „Legendę o św. Julianie Szpitalniku”, nowelę Gustava Flauberta, zainspirowaną witrażem z katedry Notre Dame w Rouen oraz fragmenty dziwnego scenopisu: część alegorycznej sztuki, której bohaterami są oślica Beatrycze i wyjec rudy – małpa Wergili. W nadesłanej próbce autor fascynująco opisuje dialog między zwierzętami na temat wyglądu, smaku i zapachu gruszki. Jasno nawiązuje też do „Boskiej komedii”Dantego, wszak w słynnym poemacie Beatrycze oprowadza bohatera-autora po Niebie, zaś Wergili jest jego przewodnikiem po Piekle i czyśćcu. Wiedziony instynktem i ciekawością twórcy, trafia do pracowni wypychacza zwierząt, mieszkającego w zaułku tego samego miasta co Henry. Zafascynowany warsztatem pełnym wypchanych zwierząt sprawiających wrażenie, jakby taksydermista tchnął w nie nowe życie, pisarz poznaje kolejne sceny dramatu. Atmosfera staje się coraz bardziej mroczna, a zabawna z początku sztuka okazuje się być czymś zupełnie innym – alegoryczną opowieścią o tragedii Holocaustu…

„Dzieło sztuki oddziałuje dlatego, że jest prawdziwe, a nie dlatego, że jest zgodne z rzeczywistością”

Yann-Martel-2008Trudno jednoznacznie odnieść się do pomysłu Yanna Martela, który postanowił ukazać tragedię holocaustu w formie alegorii zwierzęcej. Konserwatywny czytelnik uzna zapewne, że Kanadyjczyk przekroczył cienką granicę, która odróżnia wielkie dzieło od kiczu. Francuski tygodnik społeczno-polityczny „Le Nouvel Observateur” napisał jednak, że „Martel porzucił sprawdzony przepis na sukces (głośne i wielokrotnie nagradzane „Życie Pi” z 2001 roku – przyp. R.N.) i, wydając kolejną książkę, próbował zbić z tropu, rozczarować, a nawet zupełnie zniesmaczyć czytelnika. Wymyślając nowe reguły narracji, Martel napisał jednak fascynującą powieść.”

Trzeba zadać sobie proste, acz fundamentalne pytanie: po co autor to zrobił? Czy taki zabieg ma sens? Holocaust jest bez wątpienia najstraszniejszym i najbardziej tragicznym piętnem współczesnego świata. Cieniem, który położył się na wszystkie postępy ludzkości, cywilizacyjny rozwój, na człowieczeństwo, na świat dążący do równowagi społecznej. Na początku powieści autor argumentuje swój punkt widzenia, prowadzi rozważania na temat literatury, przedstawia zalety zarówno faktograficznych esejów, naturalistycznych opowieści, jak i fikcji literackiej.

„To właśnie obojętność wielu, połączona z nienawiścią niewielu, przypieczętowała los zwierząt”

W wywiadzie dla francuskiego tygodnika pisarz podnosi wątek wojny. Mówi o tym, że wojna, która sama w sobie jest równie okrutna, niepojęta jak sam szoah, występuje w świadomości ludzkiej i kulturalnej jako coś smutnego, ale nie wywołuje wstydu. Powstają przecież dramaty wojenne, komedie wojenne, romanse, których tłem jest wojenna zawierucha. Tymczasem sama istota wojny jest równie tragiczna jak holocaust. To oczywiście prawda, ale osobiście nie mogę się tutaj do końca zgodzić z autorem. Wojna istniała w świadomości i mentalności ludzkiej od zarania dziejów. Oczywiście, jej zło i okrucieństwo jest niepodważalne. Jednak wojna zawsze starała się być motywowana – istniały powody, częstokroć absurdalne, dla których wojny wybuchały. Najczęściej była to chęć zysku i chciwość, jakkolwiek pod różnymi pretekstami zręcznie ukrywana. Nie jest to, rzecz jasna, żaden sposób na tłumaczenie tych, którzy wojny wszczynali.

KZ-Auschwitz (fot. Stanislaw-Mucha)Eksterminacja rasowa jest za to czymś bardziej przerażającym. Holocaust jest czymś, czego odczarować się nie da. „Wstyd pociąga za sobą milczenie i to właśnie od tego milczenia, ze wstydu albo przez uszanowanie, chciałem zacząć. Nie chciałem napisać przegadanej powieści. Chciałem stopniowo dojść do słów, do jakiejś historii. Już od lat chciałem mówić o Holocauście, ale nie jestem Żydem, nie jestem Europejczykiem i mimo, że mnie to interesowało, choć przeczytałem dziesiątki książek na temat shoah, nie miałem do tego legitymizacji. Zrobiono to już tysiąc razy, tysiąc razy lepiej. To właśnie dzięki zwierzętom mogłem wymyślić nowy sposób podejścia do tego tematu” – tłumaczy  Martel.

W powieści nie mogło zabraknąć wielu nawiązań do Polski: Nowolipki 68, Archiwum Ringelbluma, Auschwitz. Autor był w Oświęcimiu trzy razy, ponad dwa tygodnie spędził tam, poznając poruszające mroczne zakamarki obozów koncentracyjnych, poświęcił wiele lat na zbieranie materiałów i emocjonalne zagłębienie się w tragedię Holocaustu. „To właśnie obojętność wielu, połączona z nienawiścią niewielu, przypieczętowała los zwierząt”nie można oprzeć się wrażeniu, że w niektórych gorzkich słowach kryje się duch Zofii Nałkowskiej, co szczególnie widać w ostatniej części książki – wstrząsających (choć i trochę na zasadzie szokującego efektu) „Grach dla Gustava”.

„W mojej historii nie ma historii.
Opiera się na fakcie morderstwa.”

Zaletą powieści jest to, że czyta się ją jednym tchem. Mimo że naszpikowana symbolami, przemyśleniami, metaforami – jest spójna i płynna w odbiorze. Poza elementami, kiedy wkraczamy do alegorycznego świata dramatu, jest napisana prostym i przejrzystym językiem. Czytelnik odczuwa też z każdą stroną coraz większe napięcie, przejmujący klimat niesamowitości, wrażenie, że coś złego wisi w powietrzu. Postać taksydermisty – zamkniętego w sobie dziwaka, oschłego, mrukliwego – fascynuje zarówno Henry’ego, jak i czytającego. Dla mnie małym minusem był fakt, iż początkowa aura niesamowitości stopniowo rozpływa się, kiedy autor dokładnie tłumaczy większość symbolicznych ujęć utworu. Czasami podaje jak na tacy ukryte znaczenie niektórych słów. Usprawiedliwieniem może być fakt, że czytelnicy z innych krajów, innych kontynentów, mogliby nie odgadnąć zamysłów Martela.

Pomnik-ofiar-holocaustu-w-Berlinie„Beatrycze i Wergili” została przez krytykę światową odebrana w sposób skrajnie różny. Recenzentom „The New York Times” czy „Time” książka się nie spodobała, „The Washington Post” był jeszcze bardziej krytycznie nastawiony. „Krytycy, którzy spędzają czas na czytaniu powieści, powinni wiedzieć, że największe książki to te, które nękają sumienie, a nawet wytrącają z równowagi. Pójście pod prąd bywa mimo wszystko zbawienie” – broni się Martel. Gdy książka trafiła do Wielkiej Brytanii i reszty Europy przyjęto ją cieplej.
W Stanach Zjednoczonych też znalazło się wielu obrońców koncepcji Kanadyjczyka.
„Byłem we wszystkich krajach europejskich z wyjątkiem Rumunii, Albanii i Turcji. Byłem też w Azji. Ludzie do mnie pisali, rozmawiali ze mną. Byli wzruszeni Bo ta historia wpisywała się w ich życie osobiste” – zwierza się autor.

Po powieść Martela niewątpliwie warto sięgnąć. Można się z nią nie zgadzać, można polemizować, co próbował skromnie uczynić autor powyższej recenzji. Można być zaskoczonym kontrowersyjną konstrukcją utworu. A jednak warto poświęcić kilka wieczorów, zagłębiając się w opowieść kanadyjskiego pisarza, by samemu wyciągnąć z niej to, co odnosi się do bezsensu niezawinionego cierpienia. Do ludobójstwa.

W jednej ze scen Beatrycze mówi smutnym głosem do Wergilego:
„Jak będziemy mówić o tym, co się nam przytrafiło, kiedy to się skończy?”

Przekonajcie się, jak po przeszło półwieczu mówi o tym Yann Martel.

Yann Martel, Beatrycze i Wergili, tłum. Andrzej Szulc, wyd. Albatros, Warszawa 2010.

Rafał Niemczyk

%d blogerów lubi to: