Stephen King, Przebudzenie. Recenzja.


Przebudzenie-okladkaPiąta osoba dramatu Kinga

Przyznam od razu – moja ostatnia przygoda z lekturą Kinga miała miejsce dość dawno temu. Nie jestem na bieżąco, mimo to co pewien czas wracam do jego książek z sentymentem, jako do jednego z pierwszych pisarzy, którzy nauczyli mnie strachu przy lekturze. Tego wyjątkowego poczucia niepewności co do wydarzeń na kolejnych stronach, nerwowego przygryzania palców, a jednocześnie brnięcia dalej z zapartym tchem i z półprzymkniętym okiem od początku do końca, choćby nie wiem co. Dlatego kiedy usłyszałam, że nowa książka Stephena Kinga zapowiadana jest jako pierwszy od lat dobry horror, skusiłam się bez wahania. Niestety, wspomnienia strachu przy lekturze nie zostały odświeżone, „Przebudzenie” zupełnie mnie nie obudziło. Powiedziałabym nawet, że uspało, jak to u nas mówią, ale obejdźmy się bez sarkazmu i spójrzmy na sprawę z perspektywy bigger picture. Co tu mamy, a czego niestety zabrakło?

Przebudzenie-Darek-Kocurek-1Na dobrą sprawę jest w tej powieści wszystko to, co w każdej porządnej kingowskiej powieści być powinno. Mamy pierwszoosobową narrację głównego bohatera, Jamiego Mortona, który opowiada nam o niemal całym swoim życiu. Mamy wstępne wydarzenie, jakim jest w tym przypadku pojawienie się w życiu Jamiego pastora Jacobsa, które solidnie przykuwa uwagę. Mamy kilka następnych zdarzeń, które pięknie stopniują napięcie, prowadząc jak za rączkę do kulminacji. Mamy też szereg kluczowych postaci – w tym rzeczoną w tytule piątą osobę dramatu, wspomnianego Charlesa Jacobsa, który budzi zarówno grozę, jak i zainteresowanie czytelnika. Tematyka książki podejmuje próbę odpowiedzi na najstarsze pytanie świata – o sens śmierci oraz to, co czeka nas po niej – i jest chyba jednym z najbardziej wałkowanych tematów w historii literatury, u Kinga zresztą też. Słuszne są w pewnej mierze skojarzenia z Frankensteinem, zresztą sugeruje je już sam tytuł, że o okładce nie wspomnę. Mamy tu wreszcie pięknie nakreśloną geografię miejsc i krajobrazu, jest muzyka w tle (rzecz, która zawsze mi się u Kinga podobała: poprzez tytuły piosenek zamieszczonych niby przy okazji w tekście, stwarza on coś w rodzaju soundtracku do swoich książek – w „Przebudzeniu” jest to istny przegląd historii rock&rolla), jest porządne tąpnięcie w postaci momentu kulminacyjnego – słowem wszystko to, co w każdej dobrej książce Kinga było i co za każdym razem zdało egzamin, jeśli idzie o reakcje czytelników, a często także (później) i widzów.

Przebudzenie-Darek-Kocurek-2Powieść położyło zaburzenie proporcji. Historia opowiadana przez Jamiego, jego życiorys, jest po prostu przydługa. Owszem, ma to swój cel, bo jak mówi nam główny bohater, nigdy nie wiadomo, które zdarzenie z naszego życia będzie tym kamyczkiem, który ruszy lawinę i wpłynie na kształt reszty naszych dni. I chociaż wszystkie fakty z biografii głównego bohatera mają znaczenie i jakoś wplatają się w historię o przebudzeniu, to jednak jest ich na tyle dużo, że przytłaczają. Życiorys Jamiego staje się po prostu zbyt drobiazgowy, a przez to troszeczkę męczący. Podobny chwyt został zastosowany m.in. w „Joylandzie”, jednak na mniejszą skalę, za to z lepszym skutkiem. Zastanawiam się, czy nie wynika to po trochu z kronikarskich zapędów samego Kinga, ostatecznie lata 70-80 to najlepsze lata jego życia, a ich klimat czuć w niejednej jego książce. Wszystko to sprowadza się jednak do faktu, że stary dobry Stephen King, trzymający czytelnika w napięciu i za gardło, zaczyna się na dobrą sprawę w okolicach 400-tnej strony.

Stephen-King-Joe-Hill

Papa z synem (fot. http://stephenking.com/)

W odbiorze recenzji „Przebudzenia” najwięcej waży jednak… kaliber samego autora. Bo pamiętać należy, że Stephen King to ta sama osoba, która napisała „Lśnienie”, „Zieloną milę”, „Misery” albo „Christine”, która wykreowała takie postacie, jak Jack Torrance, Andy Dufresne czy Roland Deschain, której dzieła przekłada się na dziesiątki języków, a ich ekranizacje przynoszą producentom setki milionów. I dopiero postawione w tym świetle „Przebudzenie” wypada mimo wszystko średnio, żeby nie powiedzieć blado. Przypomina bardziej próbkę prozy, którą serwuje nam syn Kinga, Joe Hill. Ile syna w ojcu, a ojca w synu niech ocenią sami Czytelnicy – osobiście na długie zimowe wieczory zdecydowanie wybieram wcześniejsze propozycje autora „Przebudzenia”.

Stephen King, Przebudzenie, tłum. Tomasz Wilusz, Prószyński i S-ka, Warszawa 2014.

Małgorzata Jędrzejewska

* Autorem ilustracji wykorzystanych w tekście jest Darek Kocurek (http://www.darekkocurek.com/).

Ira Levin, Żony ze Stepford.


Zony-ze-Stepford-okladkaZ precyzją neurochirurga

Ira Levin nie napisał zbyt wielu powieści (było ich w sumie siedem), ale dorzucił do tego mniej więcej drugie tyle sztuk teatralnych. Choć kojarzony głównie z literaturą grozy, był pisarzem dość wszechstronnym – w jego dorobku nie brakowało komedii i sensacji. Zasłynął jako autor „Dziecka Rosemary”, a sławę tej powieści spotęgowała i utrwaliła po dziś dzień wierna adaptacja filmowa Romana Polańskiego. B a r d z o  w i e r n a adaptacja. Najbardziej charakterystyczną cechą pisarstwa Levina był bowiem językowy minimalizm i precyzja neurochirurga w konstruowaniu fabuł i poszczególnych scen. To dlatego jego powieści były tak chętnie ekranizowane, i dlatego wreszcie Polański zachował w „Dziecku Rosemary” opisywane w książce przedmioty, kolory ubrań czy układ mieszkania. Posunął się nawet do tego, że telefonował do Levina z pytaniem, w którym numerze „New Yorkera” Guy natknął się na reklamę koszuli.

Prawdopodobnie gdyby Polański wyreżyserował „Żony ze Stepford”, zamiast kina przeciętnego mielibyśmy klasyk gatunku. Tak było w przypadku, kiedy za sztukę Levina zabrał się Sidney Lumet, przenosząc na kinowy ekran „Śmiertelną pułapkę” (Michael Caine i Christopher Reeve w głównych rolach). Nie był to horror, lecz dreszczowiec pod hitchcockowską nutę, ze sporą dawką czarnego humoru. „Żony ze Stepford”, choć w Polsce wydane przez kultowe Phantom Press w serii „Horror”, obok Harry’ego Adama Knighta czy Guya N. Smitha, również są thrillerem, a jego autor i tutaj zmyślnie bawi się ironią, absurdem i groteską.

Stepford-Wives-1975Wróćmy na moment do konstrukcji. Stephen King w „Dance Macabre” pisze o stylu Levina tak: Każda powieść, którą napisał, posiada fabułę skonstruowaną z mistrzowską precyzją. Jest on prawdziwym szwajcarskim zegarmistrzem (…) Fakt ów sprawia, że Levin stał się w istocie odporny na niemal wszystkie zakusy filmowych majsterkowiczów – ludzi, których bardziej interesuje efekt wizualny niż spójna akcja. Książki Levina są skonstruowane równie starannie jak domek z kart; usuńmy jeden fragment, a reszta rozleci się na kawałki. W rezultacie, twórcy filmów zmuszeni byli pokazywać nam dokładnie to, co zaplanował autor.

Oczywiście King pije tu, w naświetlonym kilka lat później podtekście, do Stanleya Kubricka, który według samego Kinga „sprofanował” jedną z jego najlepszych książek – „Lśnienie” – pozwalając sobie na adaptację ideowo odbiegającą od pierwowzoru. „Dance Macabre” (1981) wydano rok po premierze „Lśnienia”, kiedy to spore grono krytyków względnie podzielało zdanie Kinga. Po latach, kiedy film Kubricka zaczęto uważać za milowe dokonanie gatunku, King nigdy nie wybaczył reżyserowi jego „nadinterpretacji”. Artystyczne konflikty na linii King-Kubrick zostawiamy jednak z boku.

Stepford-Wives-1975-2Scenografia „Żon ze Stepford” rzeczywiście przypomina dekorację niektórych B-klasowych horrorów. Stepford to niewielkie miasteczko, schowane gdzieś na uboczu, prowincjonalne może nie w sensie geograficznym, ale społecznym – owszem. Wszyscy się tu znają i szanują, jest posterunek policji, dobrze wyposażona biblioteka, supermarket, towarzystwo historyczne i klub mężczyzn. To enklawa szczęścia z nieomal zerowym wskaźnikiem przestępczości, gdzie w pięknych domkach z zadbanymi ogródkami mieszkają obok siebie kochające się rodziny. Kiedy do Stepford przybywają „nowi”, państwo Eberhart, rozpoczyna się opowieść. Okazuje się bowiem, że w miasteczku marginalizuje się do minimum rolę kobiet, wyłączając je zupełnie z życia publicznego. Same kobiety potulnie się na to zgadzają, czego nie potrafi zaakceptować Joanna Eberhart – i to z jej perspektywy śledzimy większość wydarzeń.

Granicząca z ascezą językowa oszczędność pozwala Levinowi skupić uwagę czytelnika dokładnie na tym, co zaplanował. Nowojorski pisarz wodzi nas za nos, podsuwając tropy, które nieraz prowadzą do ślepych uliczek. Porozsiewane tu i ówdzie rekwizyty wydają się zawsze pasować do układanki, a jednak… „Żony ze Stepford” wydają się prostym czytadłem, jakich w tamtym okresie powstawało wiele, ale to mylne wrażenie. Skonstruowana na niedopowiedzeniach fabuła jest prosta jedynie z pozoru. Pod płaszczykiem konwencji nieskomplikowanego dreszczowca kryją się karykaturalnie zarysowane postacie i sytuacje, które uosabiają problemy społeczne, egzystencjalne i rasowe, ze względu na formę podane czasem nazbyt łopatologicznie. Prozę Levina przed strywializowaniem chroni wspomniana wyżej ironia i ukryte (głównie w dialogach) poczucie humoru. Do tego dochodzi perfekcyjna konstrukcja – kiedy akcja zostaje zawiązana, następuje efekt kuli śniegowej zakończony… No właśnie, jak?

Stepford-Wives-2004Nieśmiertelna seria „Horror” z Phantom Press z początku lat 90. posiada jeszcze jedną zaletę: może stanowić doskonały „podręcznik dla początkujących redaktorów”. Ilość literówek i błędów gramatyczno-składniowych w tak niewielkiej objętościowo i prostej do tłumaczenia książce musiała zostać popełniona celowo. A może to jedynie kolejny mylny trop?

Ira Levin, Żony ze Stepford, przeł. Anna G. Celińska, Phantom Press, Gdańsk 1992.

Rafał Niemczyk

* Zdjęcia wykorzystane w tekście pochodzą z ekranizacji „Żon ze Stepford” (z 1975 r. – dwa pierwsze kadry oraz z 2004 r. – trzeci).

Edgar Allan Poe, W cieniu Mistrza, pod red. Michaela Connelly’ego. Recenzja


W cieniu Mistrza - okladkaSpektrum ludzkich traum i lęków
Niezmienionych nigdy już

Nie ma chyba wśród literatów z początku XIX wieku bardziej wpływowej postaci, niż przedstawiciel „czarnego romantyzmu” amerykańskiego Edgar Allan Poe. Twórczość urodzonego w stanie Massachusetts, a pod koniec życia związanego z Baltimore pisarza, choć zasadzona na fundamentach gotycyzmu, fantastyki, grozy, kryminału i horroru, odcisnęła trwałe piętno na literaturze głównonurtowej. Psychologizm postaci, zapoczątkowane przez posępnego artystę przejawy dekadentyzmu czy ekspresjonizmu, przerodzone po kilku dekadach w niezależne nurty, obchodzenie się po mistrzowsku z symbolizmem, wnikliwe studium ludzkich lęków i ciemnej strony duszy – z Poego czerpią już od dwóch stuleci niemal wszyscy pisarze i aż dziw bierze, że za swojego życia większą sławę przyniosła mu rola krytyka literackiego aniżeli pisarza. Zapewne po części dlatego, że będąc samemu postacią tragiczną, bliską zastępowi bohaterów swoich opowiadań, nie mógł wcielić w realne życie własnej idee fixe.

Edgar Allan Poe - portret

Edgar Allan Poe przyszedł na świat w 1809 roku, tuż po jego narodzinach rodzinę zostawił na pastwę losu ojciec, a rok później na suchoty zmarła jego matka. Wychowywany przez rodzinę Allanów, Edgar nigdy nie został oficjalnie adoptowany. Zwiedził u ich boku Wyspy Brytyjskie (m.in. Szkocję i Londyn), gdzie w Chelsea pobierał krótko naukę, a po powrocie do Stanów Zjednoczonych wstąpił w poczet studentów świeżo otwartego Uniwersytetu Virginia, żeby studiować języki obce. Grał w karty, prowadził niepoukładane życie, a hazard stał się powodem jego długów. Jedno z wcieleń Williama Wilsona z opowiadania Poego to w rzeczywistości w znacznym stopniu sam autor. Po rezygnacji ze studiów zaczął pisać do gazet, które to zajęcie pozwalało mu się utrzymywać na jako takim społecznym poziomie przez kilka lat, w międzyczasie wstąpił do wojska, skąd został relegowany za częstą absencję na zajęciach teoretycznych oraz ćwiczeniach praktycznych. Zainteresowanych szczegółami odsyłam do bardzo ciekawej, acz dość smutnej biografii zmarłego w niejasnych okolicznościach w wieku raptem 40 lat Poego. Faktem jest, że w roku 1831, kiedy zmarł jego brat Henry, Edgar Allan Poe postanowił, że zajmie się na poważnie pisaniem i będzie z tego ambitnego zajęcia żył. I była to bodaj najlepsza decyzja, jaką podjął w swoim krótkim życiu.

Czy można napisać po dwustu latach coś odkrywczego o pisarzu, którego niemal każde opowiadanie stanowi małe dzieło sztuki, o człowieku będącym prekursorem literatury grozy i literatury psychologicznej jako odrębnych gatunków? Ciężko pokusić się nawet o pełnowartościową antologię twórczości Poego, ponieważ trzeba by w tym celu opublikować wszystkie nieomal jego utwory, by nie pominąć jakiegoś istotnego. Z tym pisarzem jest bowiem tak, że na każdym odbiorcy może zrobić wielkie wrażenie zupełnie coś innego.

C.Auguste Dupin - Skradziony list

Weźmy na ten przykład C. Auguste’a Dupina – pierwszego w historii literatury detektywa, który pojawił się pierwotnie w noweli „Morderstwa przy rue Morgue” w 1841 roku. Następnie powrócił rok później w „Tajemnicy Marii Roget” oraz w 1844 roku w „Skradzionym liście”, gdzie zmagał się z delikatną sprawą o podtekście politycznym (podobnego schematu użył sir Arthur Conan Doyle choćby w opowiadaniu „Skandal w Bohemii, gdzie Sherlock Holmes poszukiwał kompromitującej fotografii). Tych dwóch ostatnich opowiadań akurat nie ma w recenzowanym zbiorze.

C. August Dupin to mistrz dedukcji, wnikliwy obserwator otoczenia, obdarzony nieomylną intuicją względem ludzkich postaw i człowieczej słabości, potrafiący wysupływać wnioski i stawiać diagnozy na podstawie banalnych z pozoru drobiazgów. Dupin nie jest detektywem z zawodu – jest szlachcicem, który podobnie jak Holmes szuka nowych wyzwań, czerpiąc z nich przyjemność. Uwielbia zanurzyć się w swej wyższości nad panem G. – prefektem francuskiej policji. Ten odpowiednik inspektora Jappa, zamknięty w powierzchownych sądach i schematycznym myśleniu, nie daje rady skutecznie poddawać analizie bardziej złożonych spraw.

Byam Shaw - Morderstwa przy Rue Morgue (1923)

Nie przez przypadek podaję tutaj poszczególne zbieżności z najsłynniejszym detektywem wszech czasów – Sherlockiem Holmesem, który narodził się dla literackiego świata dopiero pół wieku później. Znamienne dla archetypu detektywa cechy znajdziemy zresztą nie tylko w postaciach Arthura Conan Doyle’a, ale także Agathy Christie, Georgesa Simenona, „naszego” Joe Alexa i całego kręgu innych reprezentantów „klasycznego kryminału”, w których kluczowe role odgrywało myślenie dedukcyjne, a zagadki rozwiązywały wybitne umysły, a nie wieloosobowe „aparaty”. Scheda, którą pozostawił Poe na tym gruncie, opiera się raptem na trzech opowiadaniach, a potrafiła się umocnić i unieśmiertelnić przez dwa stulecia, tak wielka była moc oddziaływania jego utworów.

Arthur Conan Doyle w przewrotny sposób nawiązuje zresztą do postaci Dupina już na kartach pierwszej powieści, w której pojawia się Sherlock Holmes, a mianowicie „Studium w szkarłacie”. Towarzysz przygód detektywa, doktor Watson, porównuje swojego przyjaciela do Dupina:
– Wszystko to brzmi bardzo prosto. Przywodzi mi pan na myśl Dupina z opowiadania Edgara Allana Poe. Nawet nie przypuszczałem, że takie postacie mogą istnieć w życiu.
Na co Sherlock Holmes, zapalając nieodłączną fajkę, odpowiada:
– Sądzi pan zapewne, że pochlebia mi porównanie z Dupinem? Ja jednak myślę, że był on dość miernym typem. Ten jego trick, gdy po kwadransie milczenia wdziera się trafną uwagą w myśl przyjaciela, jest bardzo efektowny, ale i powierzchowny. Niewątpliwie miał on genialne zdolności analityczne, ale nie był takim fenomenem, jak Poe sobie wyobrażał.

Dupin-Holmes-portrait-copy (crimeculture.com)

Wpływy Poego z hukiem wdzierały się też w świadomość twórców literatury grozy. Sztandarowym przykładem jest tutaj „Zagłada domu Usherów”, jak twierdzi Maurice Beebe – najlepszy przykład „absolutu Poego”, czyli utworu, w którym każdy szczegół jest istotny, a wzajemne relacje czytelnika z autorem opierają się na wnikliwej analizie tekstu oraz intertekstualnych, a także czasem metaliterackich powiązań.

Motyw zaniedbanego, nawiedzonego domu nawiązuje do pierwszej powieści gotyckiej – „Zamczysko w Otranto” Horace’a Walpole’a, która wykształciła i sprecyzowała późniejsze cechy owego gatunku. Ostatnimi czasy prezentowałem Wam „W kleszczach lęku” Henry’ego Jamesa, którego wiktoriańska posiadłość zbudowana jest na fundamentach Walpole’a, a może bardziej Poego, podobnie jak relacje bohaterów i ich stosunek do zjawisk nadprzyrodzonych.

Zaglada domu Usherów (1960)

Klaustrofobiczne tony, w które uderza Poe, osadzają się na dziwnym związku właściciela domu Roderyka Ushera z samą posiadłością i stojącym na jej terenie domem. Uczucie lęku przed nieuniknionym, tłumiona panika, przytłaczający nastrój, niesprecyzowana medycznie choroba psychiczna siostry, stany kataleptyczne, a także hipochondria właściciela – wszystko to przedstawia anonimowy narrator, który daje się wciągnąć w niesamowitą strukturę domu Usherów, stając się kimś więcej niż biernym obserwatorem. Powstały setki analiz tego opowiadania Poego, ale wciąż nie sposób wskazać tej jedynej słusznej.

Próbując jakoś zawęzić powyższy tekst, przytoczę tytuły kilku innych nowel i opowiadań, które zrobiły na mnie największe wrażenie, wraz z krótkim komentarzem:

„Złoty żuk”, w którym bohaterowie poszukują tajemniczego skarbu, ukrytego na wyspie, posługując się wskazówkami zawartymi w zaszyfrowanym liście (Poe w pewien sposób popularyzuje tutaj kryptografię w literaturze);
– „Studnia i wahadło”, czyli ponury obraz więźnia zamkniętego w labiryncie pułapek, opowiadanie perfekcyjnie budujące nastrój lęku i osaczenia, z dość zaskakującym zakończeniem;
– „William Wilson”, jedno z opowiadań Poego, w których pojawia się motyw sobowtóra, posiadające jednocześnie wątki autobiograficzne;
– „Zdradzieckie serce”, które Stephen King uznał, obok „Władcy much” Goldinga, za „dzieło literackie wzbudzające największy lęk”, z jedną z wielu u Poego postaci psychopatycznego mordercy;
fragmenty „Opowieści Arthura Gordona Pyma z Nantucket”, bardzo enigmatycznej, marynistycznej powieści Poego, jednej z dwóch, które napisał;
wiersze „Kruk” oraz „Dzwony”, przy czym w tym wypadku lepiej zaopatrzyć się w publikację, która oferuje więcej niż jedno tłumaczenie, żeby mieć wzgląd w różnorodność przekładów.

Harry Clarke - Maska Czerwonej Smierci

Poza przytoczonymi powyżej, w zbiorze „W cieniu Mistrza” znajdziemy opowiadania:
„W wirze malstromu”, „Baryłka amontillado”, „Czarny kot”, „Manuskrypt znaleziony w butelce”, „Fakty w sprawie p. Valdemara”, „Ligea” i „Maska Czerwonej Śmierci”.
Brakuje w tym wydaniu kilku ważnych utworów, jak choćby „Przedwczesny pogrzeb”, „Berenice”, „Król dżumie”, „Diabeł na wieży” czy wspomnianych przy okazji detektywa Dupina „Tajemnicy Marii Roget” i „Skradzionego listu”. Jak już jednak pisałem, ciężko byłoby stworzyć kompilację wartościowych dzieł Poego, zamykając się w jakiejkolwiek jednostce wydawniczej.

Słabszą stroną zbioru są z kolei niektóre komentarze do opowiadań, których autorzy sprawiają wrażenie osób za bardzo zaabsorbowanych własną twórczością, a nie dokonaniami Mistrza. Zamiast skupiać się na utworach Poego, pisarze spod egidy „Mystery Writers of America” częstują nas mniej lub bardziej ciekawymi epizodami ze swoich biografii. W wyborny nastrój wprawiła mnie niejaka Pani Sue Grafton, której wywód dotyczył słabości stylistyki i formy Poego, nieciekawych tematów przezeń poruszanych, beznadziejności dialogów i innych takich dość ciekawych rzeczy. Nie miałem przyjemności jak do tej pory przeczytać nic z bogatej twórczości Sue Grafton, niemniej jednak tytuły jej książek pozwalają domniemywać, że „redaktorski ołówek”, który proponowała Poemu, mógłby się przydać również i jej wydawcy. „A jak alibi”, „Z jak zwłoki” czy „W jak włamywacz” nie staną raczej na bibliotecznych półkach obok jakiegokolwiek dzieła Poego.
Harry Clarke - Studnia i wahadlo

Wspaniałym prezentem są natomiast słynne ilustracje irlandzkiego rysownika i witrażysty z początku XX wieku – Harry’ego Clarke’a, który był również autorem rysunków m.in. do luksusowego wydania „Baśni” Hansa Christiana Andersena. Ilustracjami Clarke’a okraszono wszystkie opowiadania, a specyficzna, niepokojąca, makabryczna kreska Irlandczyka chyba jak żadna inna oddaje nastrój opowiadań Edgara Allana Poego.

Edgar Allan Poe, W cieniu Mistrza, 16 klasycznych opowiadań Edgara Allana Poego pod redakcją Michaela Connelly’ego, Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz, Warszawa 2012.

Rafał Niemczyk

Henry James, W kleszczach lęku. Recenzja


„Bez wiary groza nie istnieje”, czyli Freudowski charakter duchów

Już przeszło sto lat (powieść wydano po raz pierwszy w 1898 roku) literaturoznawcy, krytycy i czytelnicy głowią się nad tym, co tak naprawdę wydarzyło się na terenie prowincjonalnego wiktoriańskiego dworu w tajemniczym Bly? „W kleszczach lęku” Henry’ego Jamesa to rasowa powieść gotycka. Scenę otwarcia widzimy oczami narratora, który w Wigilię Bożego Narodzenia przysłuchuje się przy kominku niesamowitym historiom. Kiedy na pierwszy plan wysuwa się niejaki Douglas, prezentując zgromadzonym manuskrypt swojej nieżyjącej już przyjaciółki, przenosimy się do świata, w którym zło czai się gdzieś w ukryciu, by uderzyć w najbardziej nieoczekiwanej chwili. Od teraz już nic nie będzie do końca jasne.

Młoda i atrakcyjna guwernantka, której nazwisko niech pozostanie sekretem, przyjmuje nową posadę, na pierwszy rzut oka wymarzoną. Trafia na prowincję, do zapuszczonego nieco starego dworu w wiktoriańskim stylu, któremu nie może jednak początkowo odmówić uroku. Tajemnicze miejsce pasjonuje ją, a nowi podopieczni wydają się pełni uroku, sympatii i inteligencji. To para dzieciaków – kilkuletnia Flora i nieco starszy Miles, których rodzice zginęli w tragicznym wypadku. Opiekę nad nimi zleca guwernantce ich wuj, stawiając przy tym jeden, ale za to bezwzględny warunek: cokolwiek by się nie działo, kobieta nie ma prawa zakłócać jego spokoju. Ze wszystkimi problemami ma sobie poradzić sama, korzystając ewentualnie z doświadczenia gospodyni, pani Grose, i skromnej służby. Ten układ, który kobieta odbiera za zaszczyt jako bezgraniczne zaufanie, będzie jednym z kluczy do odczytywania powieści.

Po kilku sielankowych tygodniach w Bly zaczynają się bowiem dziać rzeczy dziwne i straszne. Guwernantka relacjonuje nam, jakoby miała widzieć (czy to na wieży, czy to nad jeziorem) tajemnicze zjawy, które wedle wyjaśnień pani Grose mogą być duchami grubiańskiego Petera Quinta i panny Jessel – poprzedniej guwernantki. Tych dwoje łączył za życia niejasny związek, niewykluczone że dość intymny. Niepokojący jest sposób, w jaki oddziałuje on na niewinne z pozoru dzieci. Czy upiory rzeczywiście nawiedzają Bly, a jeśli tak, to czy istnieje sposób, aby człowiek mógł się im przeciwstawić?

W kleszczach lęku (2009)

„Żywcem zaczerpnięta z dzieł Henry’ego Jamesa jest teza, że duchy przejmują w końcu motywację, a może nawet osobowość tych, którzy je przyzywają – napisał Stephen King w „Danse Macabre”. – Ich zło pochodzi od nas samych. Nawet ogarnięci największym przerażeniem, bohaterowie wyczuwają to pokrewieństwo”.

Nawiedzony dwór, zagęszczone poczucie grozy, rodzące się szaleństwo, upiorne sceny, podsycająca atmosferę strachu narracja, a także archetyp złego miejsca – to wszystko znajdziemy u Henry’ego Jamesa. Urodzony w Nowym Jorku pisarz wychodzi jednak poza ramy powieści gotyckiej, tworząc zagmatwaną strukturę dzieła, w którym tyleż samo co strach, znaczy podłoże psychologiczne.

„Duchy w książkach Henry’ego Jamesa mają „czysto Freudowski charakter” – dodaje współczesny mistrz grozy z Maine.

Wiarygodność narratorów to dla czytelnika kwestia najbardziej sporna. Nieskomplikowana z początku historia zaczyna się stopniowo gmatwać, a wtedy co bardziej wnikliwy czytelnik zacznie dociekać, czy aby czasem młoda kobieta pod wpływem klimatycznego, złowróżbnego miejsca nie ulega halucynacjom? A może daje się zmanipulować otoczeniu? Do tego dochodzi jeszcze postać Douglasa (pierwszego narratora) – czy prywatny stosunek do tej kobiety, który dość nieświadomie ujawnił, nie zniekształcił nieco prezentowanej historii?

„To właśnie najbardziej interesowało mnie w literaturze grozy – fakt, że ukazuje ona pękające więzi między poszczególnymi ludźmi, między ludźmi a światem oraz zanik więzi łączących ich jaźń w jedną całość. Gwałtowne zerwanie owych związków sprawia, że pozostają samotni i bezbronni, krzyczący z przerażenia w obliczu tego, w co muszą uwierzyć. Wiara jest bowiem wszystkim; nie ma nic ważniejszego. Bez wiary groza nie istnieje” – podkreśla King.

Halucynacje, manipulacje, celowe zacieranie rzeczywistego obrazu – to kilka hipotez, którymi można odczytywać „W kleszczach lęku”. Jednakże nie można też wykluczyć, że wykształcona, zdrowa, uprzywilejowana, godna zaufania młoda kobieta staje oko w oko z istotą elementarnego Zła. Pozostawiona z własnymi słabościami, otumaniona lękiem, próbuje na własną rękę poradzić sobie z czymś niewysławialnym, niesamowitym, czemu samotny człowiek nie ma możliwości podołać. Może być i tak. Nigdy się jednak tego nie dowiemy, a groza strasznego dworu w Bly już przez wieczność będzie wabić kolejnych śmiałków próbujących się z nią rozprawić.

Henry James, W kleszczach lęku, przeł. Witold Pospieszała, Prószyński i S-ka, Warszawa 2012.

Rafał Niemczyk

Stephen King, Czarna bezgwiezdna noc. Recenzja.


Czarna-bezgwiezdna-noc-okladkaPotwór zębaty, czyli „Morderstwo to także praca”

Stephen King po raz kolejny uznał, poniekąd bardzo słusznie, że aby straszyć ludzi, nie trzeba wymyślać krwiożerczych wampirów, diabelskich samochodów, wściekłych psów, ani tworzyć postapokaliptycznych wizji. Do tego celu zdecydowanie nadaje się nasz świat w nieodmienionej literacko formie, a cokolwiek prozaicznie by to zabrzmiało – największym potworem tego świata jest niestety człowiek. „Świat to potwór zębaty, gotów gryźć, gdy tylko zechce” – pisał King w powieści „Pokochała Toma Gordona”. Najnowszy zbiór czterech nowel pt. „Czarna bezgwiezdna noc” argumentuje bezpardonowo powyższy punkt widzenia pisarza. Przerażający jest natomiast fakt, że wszystko wskazuje na to, iż Stephen King może mieć rację.

„1922” to obraz amerykańskiej prowincji z czasów prohibicji. Utrzymywane ciężką harówką farmy potrafiła wtedy zniszczyć susza bądź śnieg, a z otoczenia wiejskich chat piszczała bieda i monotonia. 100 hektarów ziemi w spadku (podczas gdy samemu ma się raptem 80) to w takich okolicznościach dar niebios. Tym bardziej kiedy swoje gospodarstwo kocha się ponad życie – zwłaszcza jeśli chodzi o życie swojej żony, a nie własne. Wilfried Eland James postanowił więc żonę zamordować, jej ciało wrzucić do studni, gdzie stało się pokarmem dla szczurów, a w szczegóły swojego krwawego planu wtajemniczyć nastoletniego syna.

Dolores-Claiborne-movieTło opowieści przypomina scenerię znaną ze świetnej „Dolores Claiborne”, ale bohaterowie mają już inne rysy psychologiczne. Farmer Wilfried James okazuje się bowiem wielce niestandardowym wieśniakiem. Przeciętny wieśniak nie czyta przecież Szekspira, nie cytuje Pliniusza Starszego, ani nie nadaje krowom imion greckich bogiń. W premierowej noweli przeplatają się ze sobą elementy skrajnie dramatyczne z cynizmem i humorem rodem z Monty Pythona. „Jeśli się ma płaskostopie, nie można zabijać szkopów. Mężczyźni z płaskostopiem mogą jedynie zabijać żony” – pomyśli podczas rozmowy z szeryfem Wilfried James.

Spotkamy tutaj wiele prozatorskich tricków charakterystycznych dla Kinga, choć przez lata zużytych już do nieprzytomności: mordercę będą prześladować ogromne szczury, zacznie popadać w obłęd, a każdą wizytę niepożądanego gościa poprzedzi pojawienie się „tumanów kurzu”. Jako że zło rodzi nieuchronnie zło – dręczącego wyrzutami sumienia i nieszczęśliwie zakochanego syna Jamesa dopadnie ponury los, którego Wam w tym momencie nie zdradzę. Dodam tylko dla ciekawych, że podobny motyw (ale w zdecydowanie bardziej subtelnym i poruszającym stylu) wykorzystał angielski pisarz Alan Sillitoe w genialnej noweli „Córka szmaciarza”.
Dzięki sprytnym zabiegom Kinga wielu z nas ulegnie złudzeniu, które pisarz wywołał celowo i będzie dla zbrodniarza szukał usprawiedliwienia. Kto wie, może nawet będzie Wam go żal. Pamiętajcie wtedy o jego wyrachowanych słowach: „Morderstwo to także praca”, po których zabrał się do sprzątania zachlapanej krwią żony sypialni.

Leatherface-Andrew-BryniarskiNowele „Wielki kierowca” i „Dobrane małżeństwo” są połączone motywem brutalnych gwałtów i morderstw dokonywanych na kobietach. W pierwszym przypadku mamy do czynienia z pisarką „kobiecych” kryminałów, która przeżywszy cudem gwałt, planuje odwet na swoim dwumetrowym oprawcy. Kierowca-bestia kojarzy się z postacią Leatherface’a z „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną”. Miejsce, w którym mieszka, zresztą też. Zabita deskami dziura, gdzie każdy zna każdego, a miejscowi patrzą na obcych bykiem, obskurna knajpa i brudny warsztat samochodowy, z podłogą upaćkaną smarem i hakami wiszącymi z sufitu. Znamy te scenerie, prawda? Głównie ze slasherów i horrorów klasy B, a King jest przecież mistrzem takich opowieści. Psychologii tutaj mało, mamy raczej do czynienia z zestawem: akcja – reakcja. Otrząsnąwszy się po doznanym upokorzeniu, bohaterka opowiadania odpala wyszukiwarkę Google (dzięki której bez wychodzenia z domu prowadzi śledztwo), pakuje do torebki rewolwer Smith & Wesson i wyrusza rozprawić się z bestialskim gwałcicielem. I bardzo dobrze – jeśli się jej uda, na świecie ubędzie jednego bydlaka.

Trochę większy problem ma niejaka Darcy Anderson z „Dobranego małżeństwa”, przypadkowo odkrywając skrytkę męża, która umiejscowiona jest (a jakże!) w garażu. W tym wypadku również wystarczy godzinna sesja z Google, żeby upewnić się, że odnalezione w skrytce kobiece dokumenty należą do jedenastej ofiary niejakiego Beki. Torturuje on kobiety w wymyślny sposób i gwałci, a ich dowody tożsamości wysyła na policję, by bawić się ze stróżami prawa w kotka i myszkę. Czy możliwe jest ukrywanie swojej krwawej, mrocznej strony przez prawie 30 lat małżeństwa? Da się normalnie żyć z psychopatą, który prosi o wybaczenie i obiecuje poprawę? A może oddać zbrodniarza w ręce policji i zrujnować przyszłość dzieciom, które dopiero co wkroczyły w dorosłe życie? Z noweli płynie wyraźna sugestia, że człowiek może spędzić z kimś całe życie, zupełnie go nie znając.

Diabel-Boruta-Tygodnik-Ilustrowany-rycina-1866Na mnie największe wrażenie zrobiło jednak najkrótsze opowiadanie – „Dobry interes”. Choć stałym czytelnikom Kinga może się wydać wtórne, nieco przypominając motyw ze „Sklepiku z marzeniami”. Cały straszliwy urok tkwi w jego prostocie. Oto grubawy jegomość (niejaki George Bełdia – nietrudna anagramowa zagadka) oferuje choremu na raka Dave’owi Streeterowi „przedłużenie życia”. Wiąże się to ze stosunkowo niewielką opłatą (15% dochodów) i wskazanie człowieka, na którego ma spaść nieszczęsne brzemię – takie „prawo karmy” w krzywym zwierciadle. Streeter po krótkim wahaniu, kiedy rozważa nawet wycofanie się z układu (a może tylko udaje?), wskazuje na swojego starego przyjaciela. Ten ma piękną żonę, kochające i uzdolnione dzieci, wspaniały dom, świetnie prosperującą firmę, doskonałą sylwetkę i zdrowie. W chwili gdy Streeter podejmuje się paktu z diabłem, zaczyna mu się walić całe życie. Lekarze odkrywają u żony raka, dzieci chorują i giną w wypadkach, podstępny księgowy doprowadza go do ruiny. Staje się Hiobem w XXI-wiecznej wersji. Streeterowi, po odegnaniu śmiertelnej choroby, wiedzie się zaś doskonale. Napawa się widokiem upadku przyjaciela, grając przy tym wybornie rolę tego, który do samego końca nie opuścił biedaka w potrzebie.

Przesłanie jest proste i przerażające na równi z całym złem, które od dziesięcioleci pod różnymi postaciami ukazuje Stephen King. Głosi ono, że życie bardzo często jest cholernie niesprawiedliwe. Czasami wszystko potrafi popsuć się w jednej chwili. Zdarza się, że szary człowiek w zamian za ciężką pracę „otrzymuje” ciężką chorobę, a byle cwaniak i kombinator wozi się drogimi limuzynami, latem opalając na egzotycznej plaży swój tłusty złodziejski tyłek. Nie ma żadnego przepisu na szczęście, a diabeł potrafi nagradzać hojniej niż bóg. Jeśli się oczywiście w niego wierzy.

Stephen King, Czarna bezgwiezdna noc, przełożył Krzysztof Obłucki, Wydawnictwo Albatros A.Kuryłowicz, Warszawa 2011.

Rafał Niemczyk

%d blogerów lubi to: