Eduard Bass, Jedenastka Kłapząba. Sprawozdanie.


jedenastka-klapzaba-okladkaO jedenastu takich, co rozgromili Barcelonę

Nie darowałbym sobie, gdybym nie napisał o tej książce. Chciałem to zrobić w czasie EURO 2016, kiedy to „jedenastka” Adama Nawałki dzielnie stawiała czoła najlepszym, odpadając z turnieju po wyrównanym meczu z przyszłymi mistrzami Starego Kontynentu dopiero po rzutach karnych. Później zdominowany przez igrzyska w Rio odłożyłem książkę, ale gdy w międzyczasie mistrz Polski po ćwierćwieczu awansował do Ligi Mistrzów, zdecydowałem się wreszcie dokończyć niniejszy tekst. Czymże jest bowiem 0:6 Legii z Borussią Dortmund przy K.S. Jedenastce Kłapząba, która rozgromiła Barcelonę 31:0?

Książka Eduarda Bassa – czeskiego pisarza, dziennikarza, reportażysty i humorysty, tworzącego głównie w latach międzywojennych („Jedenastka Kłąpząba” pochodzi z 1922 r.) – to baśniowa przypowieść o ubogim rolniku i jego jedenastu synach, z których tytułowy Kłapząb komponuje piłkarską jedenastkę. Sam natomiast zostaje trenerem lokalnej drużyny, która wspina się po kolejnych szczeblach na szczyt czechosłowackiej ligi, a później wyrusza na podbój Europy i innych kontynentów. Kłapząb, choć to człek prosty, jest oczywiście uosobieniem najpiękniejszych tradycyjnych sportowych wartości: pracy nad sobą, pasji, wytrwałości, uczciwości i przestrzegania zasad fair play. Ów kanon sportowej moralności, w czasach Bassa jeszcze nie całkiem przegniły, dziś wydaje się realny jak pogrom Barcelony przez drużynę Kłapząbów. To właśnie konfrontacja ze „światem zewnętrznym” i weryfikacja ideałów jest kluczem do odczytania morałów płynących z tej książki. Pisze o tym pięknie Ania z Literackich skarbów świata całego – tam doczytacie o bajkowej stronie „Jedenastki Kłąpząba”, inspiracji, jaką był Bass dla Oty Pavla i kilku innych fajnych wątkach. Ja zajmę się w następnych akapitach aspektami czysto futbolowymi.

Futbol przedpotopowy?

Wydawać by się mogło, że bajka dla dzieci sprzed stu lat, napisana w czasach kiedy piłkarski mundial nie został nawet wymyślony (pierwsze MŚ w piłce nożnej to rok 1930), może mieć tyle wspólnego z rzeczywistym futbolem, co ludzie niepiśmienni z grą w scrabble. A jednak. Opowiastka Bassa to dowód na to, że piłka nożna w gruncie rzeczy niewiele się zmieniła. Zawodnicy biegają dziś po boisku szybciej, strzelają mocniej, efektowniej symulują, a trenerskie strategie są być może bardziej zawiłe (fani trenera Gmocha, do których sam się zaliczam, coś o tym wiedzą), lecz mechanizm samej gry pozostaje podobny, piłkarze popełniają te same błędy i ulegają tym samym pokusom. „Jedenastka Kłapząba” co rusz zaskakuje futbolowym smaczkiem, który z bajki dla dzieci czyni lekturę obowiązkową dla piłkarskiego kibica. Serio.

klapzub-trening

Ostatni zakłada siatkę!

12 celnych strzałów w „Jedenastce Kłapząba”

Uwaga: w poniższym akapicie zdradzam pewne szczegóły dotyczące treści książki. Jeśli ktoś jeszcze nie czytał, powinien chyba najpierw to zrobić.

1:0 Po kapitalnej rozmowie Kłapząba-seniora z brytyjskim królem (str. 46-53), obfitującej w ideologiczne bon moty (demokracja vs monarchia), do drużyny Kłapząbów dołącza „stranieri” – książę Walii (str. 63-64), niewątpliwie któryś z przodków Ryana Giggsa czy Garetha Bale’a.

klapzub-rozmowa

„Najlepszy król to taki, który ma najmniej lokajów. Choć oczywiście brak króla jest lepszy niż nawet najlepszy król” (stary Kłapząb)

1:1 Pan Wincenty Macoszka (str. 44 i dalej) z siecią swoich kontaktów i zdolnościami menedżerskimi jako żywo przypomina Pana Zdzisława K. z naszego podwórka, który również zawsze potrafił wszystko wszystkim załatwić.

2:1 Rozważania na temat roli trenera-motywatora w sporcie i podejścia do sportu w USA kończą się motywem piłkarza-celebryty: do Bukwiczek Dolnych (rodzinna wioska Kłapząbów) swoimi grubymi buciorami dociera światowa Sława.

2:2 Kolejni przeciwnicy Kłapząbów jednoczą się w myśl odwiecznej sportowej zasady „Bij mistrza!” (s. 88):

Nie było najmniejszych szans, żeby kiedykolwiek ktoś mógł pokonać Kłapząbów, ale wieczne i nieustające pragnienie osiągania celów nieosiągalnych, które jest najpiękniejszą cechą sportowej rywalizacji, zmuszało wszystkie drużyny do podejmowania coraz to nowych prób. 

2:3 Popularność Jedenastki Kłapząba zmierzała do apogeum, a przeciwnicy proponowali im pieniądze za samą możliwość rozegrania meczu (str. 88). To praktyka obecnie dość powszechna – Reale, Barcelony czy Bayerny jeżdżą sobie w sezonie ogórkowym na tournée po Azji czy Ameryce, promując za pieniądze kontrahentów swoją markę. Sprzedają przy tym tony koszulek wygłodniałym swoich idoli Japończykom czy Chińczykom, zaszczycając strzeleniem kilku bramek ich lokalne drużyny.

klapzub-dzieciaki

„My gramy o honor, a wy o pieniądze! Nie chcę mieć z wami nic wspólnego”

3:3 Po serii sukcesów przychodzi czas na odpoczynek po sezonie, ale Kłapząbów dopada znany piłkarski kac: „głód gry” (str. 90). Dalej mamy „scenkę jak spod bloku” (str. 91) – motyw idoli, których pojawienie się wywołuje wśród kopiących piłkę dzieciaków entuzjazm i chęć wykazania się przed Prawdziwymi Piłkarzami. A jednak zawsze znajdzie się jeden mądry, być może przyszły Ronaldo, który miał w sobie dużo młodzieńczej buty, która nie mogła pogodzić się z tym, żeby przerwać mecz z powodu pojawienia się kilku dorosłych.

Tenże butny młodzieniec wyjaśnia zaraz, że Kłapząbowie są zawodowcami i nie możemy z wami grać. My gramy o honor, a wy o pieniądze! Nie chcę mieć z wami nic wspólnego. Po czym w myśl podblokowej zasady „moja piłka”, zabiera futbolówkę pod pachę, dając słynnym kolegom wiele do myślenia.

3:4 Szpileczka okazuje się bardzo bolesna, przychodzi czas na sportowe wypalenie (str. 97):  Kłapząbowie są zmęczeni własną doskonałością.

4:4 Po okresie zdołowania następuje jednak otrząśnięcie. Oto nasi bohaterowie pojmują, że – jak mawiał nasz nieodżałowany Bohdan Tomaszewski – sport jest najważniejszą rzeczą na świecie spośród tych… mniej ważnych. Bass opisuje to tak (str. 105):

Nagle dostrzegli, że życie jest dużo bogatsze i ciekawsze niż to, co znali dotychczas, oraz że młody mężczyzna ma dużo więcej obowiązków, i to dużo poważniejszych, niż byli to sobie w stanie wyobrazić. W chwili, kiedy sport przestał być ich pracą, a stał się tym, czym naprawdę jest, czyli zdrową zabawą, przyjemnością i uzupełnieniem życia społecznego, zrozumieli, że najważniejsza w życiu jest praca, a nie gra.

Problem gry wyłącznie dla kasy, skrajnego gladiatorstwa, które często stoi w opozycji do prawdziwego ducha sportu, jest w książce poruszany wielokrotnie. Tu rzeczywiście świat i szlachetne poglądy Bassa różnią się znacznie od tych wpajanych nam współcześnie.

4:5 Nie mogło też zabraknąć nieśmiertelnego antyfeministycznego manifestu głoszącego, że „dziewczyny nie znają się na sporcie” (str. 104), a w ogóle to najlepiej, gdy piłkarz nie znajdzie sobie dziewczyny, bo w przeciwnym razie dla drużyny byłby stracony (str. 121).

klapzub-statek

Paaarostatkiem w piękny rejs…

5:5 Podróż statkiem na mecz piłkarski, którą Kłapząbowie odbywają, aby zmierzyć się o mistrzostwo świata z… Australią (dlaczego akurat z Australią, przyznam szczerze, nie rozkminiłem do tej pory), brzmi dzisiaj jak science fiction. A jednak na pierwszy mundial do Urugwaju europejskie ekipy dotarły właśnie drogą morską. Wikipedia, cytując źródła FIFA, pisze na ten temat:

„Zespół rumuński wypłynął z włoskiej Genui liniowcem Conte Verde, na którego pokład 21 czerwca 1930 roku w porcie Villefranche-sur-Mer wsiedli też Francuzi; w Barcelonie na statek dołączyli Belgowie. Statkiem tym popłynął także Jules Rimet wraz z pucharem oraz trzech desygnowanych europejskich sędziów: Belgowie – John Langenus i Henry Christophe oraz Paryżanin angielskiego pochodzenia – Thomas Balway. 29 czerwca w Rio de Janeiro dosiedli się Brazylijczycy, a 7 lipca liniowiec dopłynął do Montevideo. Ekipa jugosłowiańska podróżowała parowcem pocztowym Florida z Marsylii”.

6:5 Rozmowa starego Kłapząba z pułkownikiem armii indyjskiej (– Mewa. – Yes. – The Delfin. – Yes.) odbywająca się na statku (str. 127) przypomina momentami przywiązanie do ojczystego języka i niechęć do zachodnich języków, które w okresie swojej prezesury wykazywał również polski król strzelców z mundialu w 1974 r.:

klapzub-tubylcy

Ekipa Birimarataoa – objawienie nowej edycji Ligi Mistrzów?

6:6 Mecz przeciwko ludożercom z plemienia Birimarataoa (str. 171), cóż… Świat piłkarski widział różne cuda i może jeszcze wszystko przed nami.

Mamy zatem remis 6:6, rzutów karnych nie będzie. Wynik bardziej hokejowy niż piłkarski, ale kto by się tam przejmował. Podobnie jak drobnymi niedoskonałościami technicznymi książki (potknięcia przy składzie i redakcji), które wymieniam jedynie z kronikarskiego obowiązku. Piłkarzy doskonałych nie ma i nigdy nie było, choć staruszkowie w Bukwiczkach Dolnych mogą sądzić inaczej.

klapzub-gol

Eduard Bass, Jedenastka Kłapząba, tłum. Mirosław Śmigielski, ilustr. Josef Čapek, wyd. Stara Szkoła, Wołów 2016.

Relacjonował ze stadionu w Bukwiczkach Dolnych:

Diego Armando Rafi

Beata Krupska, Sceny z życia smoków. Recenzja.


Sceny z zycia smokow okladkaDowiadujemy się, że dobrze być sobą

Konfrontacja z lekturami z dzieciństwa po latach to zazwyczaj ryzykowna sprawa. Nie ukrywam, że po „Sceny z życia smoków” Beaty Krupskiej, książeczkę, nad którą niegdyś pochylaliśmy się z bratem w zadziwiającej zgodzie, dzisiaj sięgałam ze sporą ciekawością. Na szczęście nie zawiodłam się, dzięki czemu z całym przekonaniem mogę zaświadczyć: to nadal fajna, pełna humoru i warta uwagi literatura (nie tylko) dziecięca.

Jest pewna brawura w „Scenach z życia smoków”. Wiele tu absurdu, dziwacznych pomysłów, a mało logicznych rozwiązań. Mimo to cały ten barwny miszmasz, w którym smoki noszą termosy na szyjach, żabie śni się, że jest cebulą, a motyl Kapustnik podkochuje się w ostatniej potomkini dinozaurów, kupujemy bez najmniejszych zarzutów. Przede wszystkim dlatego, że podano go w rozbrajająco szczery, bezkompromisowy, a w swoim braku logiki – naprawdę rozweselający sposób.

Sceny z zycia smokow 1Historię o smokach podzielono na piętnaście scen, z których dowiadujemy się m.in., że „smok jest zwierzęciem domowym”, „co może wydarzyć się podczas prania” czy „jaki ciężki jest los żaby”. Na historyjki opowiadane przez Krupską składają się stare dowcipy („ludzie mogą zjeść muchomory tylko raz, potem na nic już nie mają ochoty”), dziecięce „przekrzykiwanki” i zabawy językowe („Nie bój żaby – zaskrzeczała Żaba. Nie bój smoka! – podchwyciły smoki”), piosenki, mniej lub bardziej wybredne żarty, aż wreszcie kolorowe, często abstrakcyjne akapity. Od czasu do czasu dowiemy się stąd czegoś pożytecznego (np. czym jest „definicja”), mamy okazję do krótkiej refleksji (podział na „rasowe smoki”, które mieszkają za murem i smoki „kundle”), bywa też, że zaskoczymy się błyskotliwością niektórych puent w ustach bohaterów. To działa niezależnie od naszej metryczki.

Sceny z zycia smokow 2

Sceny z zycia smokow 3Bohaterowie „Scen z życia smoków” ujmują również swoją odmiennością. To grupa barwnych (nawet jak na bajkowe realia) dziwolągów, które dodatkowo bywają leniwe, bardzo nieporadne, niezręczne i wcale nie mądrzejsze. Nie moralizują, a jednak mają dobre serca, co słusznym morałem jest samo w sobie. Trzymają się razem, przyjaźnią się i dobrze im w tej ich osobności. Podjęta przez nich próba wyruszenia gdzieś dalej i zasmakowania bardziej światowego życia kończy się fiaskiem. Nie ma to jak w swoim towarzystwie, nie ma to jak na własnych śmieciach. Książeczka Krupskiej to także pochwała nieposkromionej wyobraźni, która zwalnia nas z obowiązku posiadania matematycznej wiedzy („zawsze przerażały mnie smoki, które widziały, ile jest 36 razy 36”), ale za to nakazuje być sobą i zachować entuzjazm. To dobre wzorce.

Sceny z zycia smokow 4Słówko o nowym wydaniu. Wznowienie, które w 2014 roku przygotowało wydawnictwo Prószyński i S-ka, opatrzone jest ilustracjami Zbigniewa Larwy. Wielu czytelników przyjęło pracę znanego ilustratora entuzjastycznie, inni zaś krytykowali ją za przesadną pstrokatość. Mnie się jego wizja podoba. I choć niektóre postacie trochę straciły na uroku względem pierwszego wydania „Scen” (np. mniej charakterystyczne są smoki zza muru czy Makrauchenia, a termosy smoków gubią się gdzieś w ogromie szczegółów), książeczka i tak prezentuje się zachęcająco i czaruje swoją intensywnością. Bardzo szczegółowe, zniuansowane ilustracje są być może trochę oldschoolowe, stając w opozycji do współcześnie modnego minimalizmu, ale też zachęcają do „zatopienia się nich”, uważnej obserwacji, odkrywania drobiazgów, śledzenia palcem oraz interpretacji. Nowe „Sceny z życia smoków” wyglądają efektownie i z pewnością, podobnie jak kilka pokoleń temu, spodobają się niejednemu maluchowi. I jego rodzicom.

Beata Krupska, Sceny z życia smoków, ilustrował Zbigniew Larwa, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2014.

Dorota Jędrzejewska

Sceny z zycia smokow 5

Iwona Chmielewska, Dwoje ludzi. Recenzja.


Dwoje-ludzi-okladkaJak naczynia klepsydry

Dwoje ludzi zostało przygotowane przez autorkę dla oficyny Sakeyjul z Korei, książka ukazała się sześć lat temu, a teraz, dzięki uprzejmości poznańskiej oficyny Media Rodzina, od lutego jest dostępna w naszym kraju. Z uwagi na pewne szczegóły edycji i fotoedycji można śmiało powiedzieć, że jest to premiera nowego picturebooka Iwony Chmielewskiej. Gdyż artystka zdecydowała się wprowadzić drobne, ale zasadnicze zmiany: zrezygnowała z ostatniej ilustracji. Gest ten zmienia wymowę całości, łamie jednoznaczność, przesuwając akcenty w stronę wieloznacznego i otwartego pola znaczeniowego. O czym słusznie pisała Anna Mrozińska; polecam sprawdzić tu: klik! klik!

Dwoje-ludzi-klepsydra

Tekst pomieszczony w książce, który zaczyna się od słów: „Gdy dwoje ludzi żyje razem, to jest im łatwiej, bo są razem, i jest im trudniej, bo są razem”, podano za pomocą prostych, sentencjonalnych zdań. Czasem opartych na zestawieniu cząstek wykluczających się, czasem trafnie dobranych oksymoronach, a czasem z użyciem obrazów przeciwstawnych, przeciwległych. Jednakże całość jest spójna, metaforyczna i konsekwentna: każdy związek dwojga ludzi jest, mimo pozornej prostoty, sprawą skomplikowaną i niejednoznaczną. Zdaję sobie sprawę, że takie przedstawienie fabuły może sugerować jej banalność, ale nic bardziej mylnego. Artystce udało się uniknąć mielizn na jakie narażony jest każdy autor, który chce opowiedzieć o byciu w związku z Innym. A właściwie w różnych związkach, bo czasem mówi się o niemożności wspólnego przebywania w jednym miejscu (jak dzień i noc), a czasem o łączeniu się ludzi na stałe (jak naczynia klepsydry). I niekoniecznie autorka ma na myśli tylko związek kobiety i mężczyzny.

Dwoje_ludzi

Dwoje-ludzi-okno

Zadziwiające (i zarazem fascynujące!), że w tekście nie użyto bezpośrednio słowo „miłość” w odniesieniu do opisywanej relacji między dwojgiem ludzi. Pada ono jedynie raz, na przedostatniej rozkładówce w zdaniu: „Ludzie mogę być też mocno złączeni jak dwie okładki książki o miłości, bez których ta opowieść by się rozsypała”. Dzięki użyciu zaimka wskazującego możemy uznać, że mamy do czynienia z zabiegiem metaliterackim, w którym fragment książki wskazuje na nią samą… Na uwagę zasługuje też cała koncepcja omawianego picturebooka. Na ilustracjach widzimy „dopowiadające” i rozszerzające znaczenia elementy graficzne, które pobudzają wyobraźnię czytelnika, nie pozwalając mu skupić się tylko i wyłącznie na słowach. Nie należy czytać Dwojga ludzi od zdania do zdania, bo wiele niuansów można wtedy przeoczyć.

Dwoje-ludzi-oczySposób lektury

Mój sposób lektury wygląda następująco: po przewróceniu strony najpierw staram się sczytać ilustracje, zastanawiając się (sam, bez podpowiedzi ze strony autorki/autora), co wnoszą do narracji z poprzedniego panelu, następnie czytam tekst zamieszczony na planszy, dodając go (w głowie) do poprzedniego fragmentu układanki słownej; dalej powracam do ilustracji zamieszczonych na rozkładówce i składam je z tekstem tylko tej strony, na której właśnie jestem; potem staram się rozgryźć, co z czym i dlaczego zostało połączone, dokładam to, co znalazłem do tego, co już wiem. Na zakończenie jeszcze raz zajmuję się szczegółowo samą ilustracją (ilustracjami) na stronie, przyglądam się im dokładnie, zbliżam wzrok do każdej drobnostki, załomu, literki. Potem studiuję (raz jeszcze) wszystko, co można znaleźć pod okładką, na stronie tytułowej i redaktorskiej. Podziwiam wklejki. No i jeszcze tylko dwa czytania: najpierw sam tekst, a następnie same ilustracje – strona po stronie.

Wydawać by się mogło, że lektura omawianej książki nie powinno zająć więcej niż 15-20 minut, a jednak pierwsza lektura trwała prawie 3 godziny, a później były i następne. Ponieważ Dwoje ludzi to pozycja, do której się wraca!

Iwona Chmielewska (tekst & ilustracje), Dwoje ludzi, Media Rodzina, Poznań 2014.

[tekst: 5, rysunki: 4+, kolory/cienie: 4]

Maciej Gierszewski
Kopiec Kreta

Dwoje-ludzi-wyspa

Shaun Tan, Regulamin na lato.


Jeśli nie znasz reguł, weź ze sobą przewodnika

Braliśmy wszystko to, co dało się zabrać, stając się na wieki dłużnikami. Przeskakiwaliśmy przez szosę, z jednej strony chodnika na drugą, gdzie nie czekało na nas nic prócz podziurawionych betonowych kwadratów, z których letnie ulewy spłukiwały wyrysowane kredą lub cegłą symbole. Były to sekretne znaki na ołtarzach, po których deptały podziurawione i zakurzone trampki. Obserwowaliśmy owady, ich życie w upale było zbyt pracowite i pełne pasji, aby się nami przejmować. Wąchaliśmy truskawki, bo nasze żołądki nie dały już rady ich pomieścić, a żując na wyścigi pestki z czereśni, graliśmy na nosie zgrzybiałemu właścicielowi sadu. I było lato, i dni były długie, nieskończone: zaczynały się gruchaniem gołębi, trwały w popołudniowym bezruchu dumne i gorące, by zakończyć się dopiero różowym blaskiem nieba, na tle którego odcinały się ptaki wieczora, kruki, wrony, i smukłe kominy elektrowni. I każdy taki dzień trwał tak długo, dopóki niebo nie zniknęło, a kiedy już zniknęło, znikaliśmy i my, wracaliśmy do domów i kładliśmy się spać w bezgranicznej ufności, że promienie słońca wędrują i zawracają, wędrują i zawracają, by za parę godzin znów obudzić gołębie na poddaszach, osuszyć trawę z porannej rosy, rozświetlić letni ołtarz i ocucić z letargu swych wyznawców. Wielu z nas chodziło spać ze smutkiem, niekochani, oszukani, ale budziliśmy się zawsze pełni wiary. Mieliśmy swoje zasady. Najważniejsze, że było ciepło.

(„Ciepło”)

Tego nauczyłem się ostatniego lata:

Lato rządzi się własnymi prawami. To wtedy wolno włóczyć się do samej nocy, a do domu wracać z poharatanymi łokciami i siniakami w zaskakujących miejscach. Mimo że na lato składa się kilka najbardziej beztroskich tygodni w roku, jest ono jednocześnie okresem najintensywniejszego dorastania. Pozostawieni samopas przygodzie, nieodpowiedzialni i rozochoceni słońcem, nazbyt pewni siebie i zupełnie naiwni, to właśnie latem poznajemy świat najintensywniej. Nie z podręczników i regułek wygłaszanych przez odpowiedzialnych opiekunów, ale z własnego doświadczenia.

Nigdy nie zostawiaj jednej czerwonej skarpetki na sznurze do suszenia prania.

Musimy jednak zachować ostrożność. Nasza letnia wolność, choć piękna, może nas bowiem wpuścić w maliny. Bezcenny okazuje się więc bardziej doświadczony towarzysz i zbiór odpowiednich zasad. Bohaterów jest zatem dwójka: starszy z nich jest przewodnikiem młodszego (brata?), odkrywa przed nim tajemnice i reguły. Taka konwencja przypomina nieco wspaniałą grę video stworzoną przez studio Starbreeze pt. „Brothers: A Tale of Two Sons” – osadzoną w klimatach skandynawskich legend i baśni Andersena opowieść o dwóch braciach wyruszających w podróż po lekarstwo dla chorego ojca.

„Regulamin na lato” to kolejny popis nieograniczonej wyobraźni i wspaniałej kreski Shauna Tana. Tym razem sięga on do czasów dzieciństwa, które spędził na przedmieściach australijskiego Perth. Jednak podobnie jak w przypadku innych dzieł Australijczyka, i tutaj mamy do czynienia z dziełem uniwersalnym. Lato i dzieciństwo każdy przeżywa i pamięta na swój sposób, mimo to istnieje szereg kluczy, za pomocą których jesteśmy w stanie się porozumieć. Tan za pomocą swojego picture booka oddaje w nasze ręce cały pęk kluczy – złożone sceny i krajobrazy pełne są metafor, dwuznaczności i symboliki. Punktów regulaminu jest szesnaście, a każdy z nich zawarty jest dokładnie w jednym zdaniu.

Nigdy nie dawaj kluczy nieznajomemu.

Ilustracje Shauna Tana to wielobarwne, soczyste obrazy olejne, często wypełnione znaczącymi szczegółami. Bez trudu dostrzeżemy w nich przeróżne inspiracje, z których na pierwszy plan wysuwają się prace przedwojennego brytyjskiego surrealisty Paula Nasha. Krajobrazy są bujne i parne, ale nie zawsze beztroskie. Prócz pięknych scenerii i lazurowego nieba, mamy tu surowe, opustoszałe przedmieścia, wszędobylskiego kruka czy korowód niepokojących gości. Surrealistyczne widziadła podkreślają niesamowitość letniej przygody, ale ostrzegają też, że niebezpieczeństwa czyhające na naszych małych bohaterów, choć nienazwane, są bardzo realne. Zwłaszcza, jeśli ktoś nie zna reguł.

Shaun Tan, Regulamin na lato, tłum. Jacek Drewnowski, Kultura Gniewu, Warszawa 2014.

Dorota Jędrzejewska
Rafał Niemczyk

Preludium do parady (więcej na: http://www.shauntan.net)

%d bloggers like this: