Ira Levin, Żony ze Stepford.


Zony-ze-Stepford-okladkaZ precyzją neurochirurga

Ira Levin nie napisał zbyt wielu powieści (było ich w sumie siedem), ale dorzucił do tego mniej więcej drugie tyle sztuk teatralnych. Choć kojarzony głównie z literaturą grozy, był pisarzem dość wszechstronnym – w jego dorobku nie brakowało komedii i sensacji. Zasłynął jako autor „Dziecka Rosemary”, a sławę tej powieści spotęgowała i utrwaliła po dziś dzień wierna adaptacja filmowa Romana Polańskiego. B a r d z o  w i e r n a adaptacja. Najbardziej charakterystyczną cechą pisarstwa Levina był bowiem językowy minimalizm i precyzja neurochirurga w konstruowaniu fabuł i poszczególnych scen. To dlatego jego powieści były tak chętnie ekranizowane, i dlatego wreszcie Polański zachował w „Dziecku Rosemary” opisywane w książce przedmioty, kolory ubrań czy układ mieszkania. Posunął się nawet do tego, że telefonował do Levina z pytaniem, w którym numerze „New Yorkera” Guy natknął się na reklamę koszuli.

Prawdopodobnie gdyby Polański wyreżyserował „Żony ze Stepford”, zamiast kina przeciętnego mielibyśmy klasyk gatunku. Tak było w przypadku, kiedy za sztukę Levina zabrał się Sidney Lumet, przenosząc na kinowy ekran „Śmiertelną pułapkę” (Michael Caine i Christopher Reeve w głównych rolach). Nie był to horror, lecz dreszczowiec pod hitchcockowską nutę, ze sporą dawką czarnego humoru. „Żony ze Stepford”, choć w Polsce wydane przez kultowe Phantom Press w serii „Horror”, obok Harry’ego Adama Knighta czy Guya N. Smitha, również są thrillerem, a jego autor i tutaj zmyślnie bawi się ironią, absurdem i groteską.

Stepford-Wives-1975Wróćmy na moment do konstrukcji. Stephen King w „Dance Macabre” pisze o stylu Levina tak: Każda powieść, którą napisał, posiada fabułę skonstruowaną z mistrzowską precyzją. Jest on prawdziwym szwajcarskim zegarmistrzem (…) Fakt ów sprawia, że Levin stał się w istocie odporny na niemal wszystkie zakusy filmowych majsterkowiczów – ludzi, których bardziej interesuje efekt wizualny niż spójna akcja. Książki Levina są skonstruowane równie starannie jak domek z kart; usuńmy jeden fragment, a reszta rozleci się na kawałki. W rezultacie, twórcy filmów zmuszeni byli pokazywać nam dokładnie to, co zaplanował autor.

Oczywiście King pije tu, w naświetlonym kilka lat później podtekście, do Stanleya Kubricka, który według samego Kinga „sprofanował” jedną z jego najlepszych książek – „Lśnienie” – pozwalając sobie na adaptację ideowo odbiegającą od pierwowzoru. „Dance Macabre” (1981) wydano rok po premierze „Lśnienia”, kiedy to spore grono krytyków względnie podzielało zdanie Kinga. Po latach, kiedy film Kubricka zaczęto uważać za milowe dokonanie gatunku, King nigdy nie wybaczył reżyserowi jego „nadinterpretacji”. Artystyczne konflikty na linii King-Kubrick zostawiamy jednak z boku.

Stepford-Wives-1975-2Scenografia „Żon ze Stepford” rzeczywiście przypomina dekorację niektórych B-klasowych horrorów. Stepford to niewielkie miasteczko, schowane gdzieś na uboczu, prowincjonalne może nie w sensie geograficznym, ale społecznym – owszem. Wszyscy się tu znają i szanują, jest posterunek policji, dobrze wyposażona biblioteka, supermarket, towarzystwo historyczne i klub mężczyzn. To enklawa szczęścia z nieomal zerowym wskaźnikiem przestępczości, gdzie w pięknych domkach z zadbanymi ogródkami mieszkają obok siebie kochające się rodziny. Kiedy do Stepford przybywają „nowi”, państwo Eberhart, rozpoczyna się opowieść. Okazuje się bowiem, że w miasteczku marginalizuje się do minimum rolę kobiet, wyłączając je zupełnie z życia publicznego. Same kobiety potulnie się na to zgadzają, czego nie potrafi zaakceptować Joanna Eberhart – i to z jej perspektywy śledzimy większość wydarzeń.

Granicząca z ascezą językowa oszczędność pozwala Levinowi skupić uwagę czytelnika dokładnie na tym, co zaplanował. Nowojorski pisarz wodzi nas za nos, podsuwając tropy, które nieraz prowadzą do ślepych uliczek. Porozsiewane tu i ówdzie rekwizyty wydają się zawsze pasować do układanki, a jednak… „Żony ze Stepford” wydają się prostym czytadłem, jakich w tamtym okresie powstawało wiele, ale to mylne wrażenie. Skonstruowana na niedopowiedzeniach fabuła jest prosta jedynie z pozoru. Pod płaszczykiem konwencji nieskomplikowanego dreszczowca kryją się karykaturalnie zarysowane postacie i sytuacje, które uosabiają problemy społeczne, egzystencjalne i rasowe, ze względu na formę podane czasem nazbyt łopatologicznie. Prozę Levina przed strywializowaniem chroni wspomniana wyżej ironia i ukryte (głównie w dialogach) poczucie humoru. Do tego dochodzi perfekcyjna konstrukcja – kiedy akcja zostaje zawiązana, następuje efekt kuli śniegowej zakończony… No właśnie, jak?

Stepford-Wives-2004Nieśmiertelna seria „Horror” z Phantom Press z początku lat 90. posiada jeszcze jedną zaletę: może stanowić doskonały „podręcznik dla początkujących redaktorów”. Ilość literówek i błędów gramatyczno-składniowych w tak niewielkiej objętościowo i prostej do tłumaczenia książce musiała zostać popełniona celowo. A może to jedynie kolejny mylny trop?

Ira Levin, Żony ze Stepford, przeł. Anna G. Celińska, Phantom Press, Gdańsk 1992.

Rafał Niemczyk

* Zdjęcia wykorzystane w tekście pochodzą z ekranizacji „Żon ze Stepford” (z 1975 r. – dwa pierwsze kadry oraz z 2004 r. – trzeci).

Michał Książek, Jakuck. Recenzja.


Królowa Śniegu nadal jest okrutna

Mały Kay był zupełnie siny z mrozu, prawie czarny, ale nie spostrzegł tego wcale, gdyż Królowa Śniegu odjęła mu swym pocałunkiem wrażliwość na zimno, a jego serce stało się kawałkiem lodu.

(H. Ch. Andersen, „Królowa Śniegu”)

Kay, chłopiec z tajemniczym odłamkiem diabelskiego zwierciadła w oku, zapomina, czym jest dobro. Jego serduszko zamienione przez Królową Śniegu w sopel lodu nie bije już tym samym rytmem, co kiedyś. Zamknięty w zimnym i pustym pałacu, którego ściany zrobiono ze śnieżnej zawiei, rozpaczliwie potrzebuje ciepła. Jedna z najsłynniejszych baśni na świecie niesie w sobie wiele prawdy, nie tylko metaforycznej. Dotkliwy chłód potrafi wyziębić nie tylko palce i nosy, ale i uczucia. Tymczasem bezwzględna Królowa żyje i nadal zbiera swoje żniwo. Co roku na wiele miesięcy opatula swoim płaszczem jedną ze swoich ulubionych odległych krain. Znęca się nad jej mieszkańcami mrozem i skutecznie chłodzi emocje. Jakuck – intrygujący i straszny zarazem, surowy i fascynujący, być może jest właśnie domem Królowej Śniegu. Albo jakiejś złośliwej czarownicy, która podstępem zepchnęła ją z tronu.

O „Jakucku” Michała Książka dowiedziałam się z radia. Po odsłuchaniu wywiadu z autorem o bardzo ciepłym głosie domyśliłam się, że posiada on niezwykły talent do snucia ciekawych opowieści. Potwierdzenie tej tezy otrzymałam wraz z jego publikacją. Zaskakująco ciepłą, jak na przeszywającą zimnem tematykę.

Przeciętnemu czytelnikowi trudno będzie wyobrazić sobie przeraźliwe zimno sięgające na termometrze nawet minus pięćdziesięciu stopni. A przynajmniej byłoby, gdyby nie czary autora. Ten w plastyczny i jednocześnie ujmujący sposób odkrywa przed nami „kulisy” prawdziwego mrozu. Sprawnie operując porównaniami i wygimnastykowanym, czasem niemal poetyckim językiem, przybliża nam uczucie bolących od zimna palców i nosów najbardziej, jak tylko się da. Czytając „Jakuck” nawet w upale, można się wzdrygnąć niczym na najlepszym horrorze. Złym bohaterem nie jest tu jednak przeraźliwa kreatura, duch czy psychopata w masce. To natura w czystej postaci. To okrutna strona jej osobowości, która albo hartuje, albo odbiera człowiekowi całkowitą chęć do życia.

Michał Książek odnalazł świetny klucz do opisania tej pełnej dziwów krainy. Rozłożył bowiem na części język używany przez jej mieszkańców. Od popularnych, ciekawych i charakterystycznych słów wysnuł interesujące opowieści i zarysował białe pejzaże. Autor udowodnił jednocześnie, że to właśnie w języku można odnaleźć osobowość danego narodu albo człowieka. „Jakuck” jest więc nie tylko reportażem, literacką podróżą, ale swoistym wokabularzem, który słowa zamienia w obrazy. „Język narodu to wyrażenie całego jego życia, to muzeum, w którym zebrano wszystkie skarby jego kultury i intelektu” – czytamy u Książka. Nic więc dziwnego, że Jakuci mają całą masę określeń przestrzeni i używają kilku rodzajów zaimka „tam”. Tutaj przestrzeń jest niemal bezkresna, odległości ogromne, a natrętny horyzont przytłacza tak, że można zwariować. Tak jak od zimna. Czas natomiast liczy się nie za pomocą kolejnych lat, ale kolejnych śniegów. „Zimą szum wiatru usłyszysz tu rzadko, deszczu nigdy, grom dopiero na wiosnę, za to dźwięków śniegu do woli. Skrzyp, skrzyp, skrzyp. Tak słychać biały kolor”.

Autor spędził w Jakucji kilka lat. Udało mu się nie tylko poznać geograficzną specyfikę tego regionu, przeniknąć jego język, ale i zrozumieć tutejszych mieszkańców. Im natomiast, nie raz strasznym, odpychającym, zapijaczonym lub imponująco hardym, życie przypisało niełatwy kawałek chleba. Natura stała się ich nachalną towarzyszką. Nie da się o niej zapomnieć, jakoś jej uniknąć, zamknąć się w czterech ścianach i nie myśleć o rzeczywistości na około. Charaktery i życiorysy kształtują się w Jakucku w ekstremalnych warunkach. Tutaj każdy oddech to „cios nożem”. Jak zatem oddychać pełną piersią? Jak żyć pełnią życia?

„Jakuck” nie ma swoich głównych postaci ani fabuły. To zbiór obrazów, pojęć, anegdot. Mogło by się wydawać, że książka zbudowana w ten sposób okaże się w pewnym momencie nużąca. Nic podobnego! W trakcie lektury przekonujemy się, że prawdziwymi bohaterami tej opowieści są natura i język. Jak się okazuje potrafią być oni równie fascynujący jak mityczni herosi lub skomplikowane charaktery z psychologicznych powieści. Szczególnie zarysowani piórem człowieka o dużej wrażliwości na urodę świata, spostrzegawczego gawędziarza, dla którego Jakuck nie jest tak straszny, jak fascynujący.

Na koniec ciekawostka. Wiedzieliście, że istnieje aż czterdzieści jeden rodzajów śnieżynek? Ich klasyfikacji dokonał profesor Nakaya z uniwersytetu w Hokkaido. Każdą z nich nazwał kombinacją dużych i małych liter oraz cyfr. Michał Książek opowiada o tym z charakterystycznym dla siebie urokiem: „Poczytasz trochę profesora Nakayi i wyda ci się, że oto P2b przeleciał ci przed nosem, N1a roztopił się na rękawiczce, A2d osiada na parapecie. Dosłownie litery i literki, cyfry i cyferki lecą z nieba. Jasia przywitała je z należytym szacunkiem, zadzierając głowę”. To sztuka zapisywać tak ciepłe zdania w pełnym grozy Królestwie Śniegu.

Michał Książek, Jakuck. Słownik miejsca, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013.

Dorota Jędrzejewska

* Zdjęcia zostały zrobione przez autora książki.

%d blogerów lubi to: