Oscar Wilde, Portret Doriana Graya.


Kiedy poeta pisze powieść

W amarantowym niebie różne dzieją się sprawy, czas nie bywa tak logiczny jak gdzie indziej, mieszają się też imiona z osobami; bywają tam dziwy, paradoksy i zwykłe pomyłkowe gafy. Na dodatek anioły uwielbiają maskaradę, grywają konwencją, często mylą role – ratują się wtedy naprędce wymyślanymi bonmotami. Wszak to raj literatów, tu nie wypada być poważnym, dobrze widziana jest konfabulacja i różnobarwna inwencja słów.

Przy mrozie srogim kroki piechura stąpają odgłosem ciężkim, z daleka słyszalnym, będącym jakby heroldem oznajmiającym przybycie gościa. Dlatego dwóch mężczyzn zdążyło przygotować się na witanie wędrowca i gdy on bramę przekroczył jęli mu się dokładnie przyglądać. Widok nie był okazały. Gość był mężczyzną szlachetnej budowy, urodę posiadał typu anglosaskiego w stylu młodego Hugh Granta. Kulminacją sylwetki i całego wyglądu była głowa, a w niej twarz: dosyć pociągła, obdarzona nosem wielkim, lecz nie na tyle ogromnym aby szpecić, o pięknych, prawie niewieścich ustach i czole tak wysokim, aby pomieścić całą inteligencję biblioteki Uniwersytetu Oxford; lecz punktem najważniejszym, najbardziej domagającym się uwagi były duże, ładne i marzycielskie oczy okolone długimi rzęsami, mocno osadzone w solidnych oczodołach i wyodrębnione od reszty twarzy, grubą, czarną krechą powiek. Głowę zdobiły dosyć długie, ciemne, bujne włosy, ułożone w fantazyjny, choć prosty, rodzaj fryzury; centralny i symetryczny przedziałek położony na czubku czaszki pozwalał opadać falom włosów w naturalny kędzierzawy sposób.

Oscar Wilde

To wszystko sprawiało, że widzieli mężczyznę dużego i silnego, lecz jak się wydawało obdarzonego usposobieniem romantycznym – mógł to być szlachetny rozbójnik albo gondolier czuwający nad bezpieczeństwem pocałunków kochanków przewożonych w swojej łódce, lecz okazał się poetą. Dosyć okazałą fizyczność znaczył jednak skąpy i lichy ubiór. Przybysz miał na sobie cienkie, jesienne – choć był środek zimy – palto w bardzo wielu miejscach reperowane dosyć niewprawną ręką; o kołnierzu tak wytartym jakby zwierzę, z którego futra je zrobiono, przedwcześnie i nagle wyłysiało na skutek jakiejś tajemniczej i groźnej choroby hormonalnej. Spodnie miał szare, drelichowe, w kilku miejscach poplamione; na nogach ciężkie trepy, tak samo jak płaszcz bardzo wysłużone, najwidoczniej w jakichś koszarach lub więzieniu. Głowę miał odkrytą, nie posiadał garderoby zbędnej: nie miał szala, rękawiczek, nie mówiąc już o laseczce do podpierania się, jaką noszą angielscy dżentelmeni dla podkreślenia swej elegancji. Pod pachą ściskał zwój pergaminu, na którym – jak się później wyjaśniło – sporządził rękopis swojej powieści. Była to druga książka, jaką napisał, i pierwsza powieść. Wyglądał na człowieka, który doznał nieszczęścia, najwidoczniej skrzywdzonego jakąś znaczną niesprawiedliwością; umiejącego jednak zdobyć się na pogardę dla wyroku i samych oprawców. Bladość wyzierająca z jego oblicza głosiła wieczną chwałę bieli i zimny smutek melancholii. Jednak spokój bijący od tego mizernego wyglądu dowodził, że człowiek ten jest zarówno świadomy wybranej drogi, jak i również zadowolony z tego wyboru oraz potrafi godnie przyjąć najbardziej nawet niepomyślne rozporządzenia losu.

Przychodnia przywitał gospodarz, wielki posturą starzec, z ogromną siwą brodą, kręconymi włosami i twarzą oznaczoną gęstą pajęczyną zmarszczek stanowiących emblemat pamięci całego jego życia. Wszyscy uważali go za ojca, lecz z racji wieku był już raczej dziadkiem. Poruszał się powoli, trochę niepewnie, w ręce trzymał kostur, jako że był ślepcem. Gość nie wszedł był do środka, pozostał w sieni, tam krótko dwaj mężczyźni rozmawiali. Widoczny był szacunek jakim młodszy darzył starca, który pod koniec rozmowy wrócił na chwilę do wewnątrz pomieszczenia, podszedł do swojego sekretarzyka, wprawnie odnalazł odpowiednią szufladkę i wyjął z niej opiumowego papierosa. Po czym z uśmiechem wyrozumienia obdarował nim przybysza, który wkrótce równie głośno, co poprzednio, stąpając po zmrożonym dukcie oddalił się w kierunku, skąd przybył. Starzec chwilę pozostał na progu swego domostwa. Stał tam, wystawiając twarz na podmuchy wiatru i chłonąc atmosferę powietrza. Potem niespiesznie wrócił do pomieszczenia i swojego towarzysza. Po chwili, przetrawiwszy dopiero co zdobyte wrażenia powiedział:

– Mróz, ptaki milczą, wiejba wiatrów tylko cyka. Musi być potwornie ślisko… Podczas zimy żegluga na morzu zamiera – kto nie zdążył wrócić na czas, musi pozostać na obcej wyspie, nawet jeśli gościna taka mu niemiła.

Homer - rzymska kopia hellenistycznej rzeźby z II wieku p.n.e. (British Museum)

Homer – rzymska kopia hellenistycznej rzeźby z II wieku p.n.e. (British Museum)

Towarzysz jego – znacznie młodszy mężczyzna, niewielki w posturze, wręcz drobny, o małej głowie, raczej okrągłej w kształcie, choć kwadratowej w policzkach i szczęce; o ustach niewielkich, przywykłych do oszczędnych uśmiechów i precyzyjnie wymierzonych słów oraz włosach tak wybielałych siwizną, że mógł z powodzeniem uchodzić za anioła – nie bardzo wiedział, co sądzić o słowach starca. Nie uważając, aby trzeba było kontynuować temat zapytał:

– Homku drogi, kto zacz?

– Oscar Wilde, Irlandczyk, syn laryngologa i poetki, ojciec dwóch synów i mąż jednej Konstancji; z zamiłowania ekscentryk, z powołania prowokator, duży esteta, arbiter elegancji. Zakochany po równo w kobietach i facetach. Człowiek pióra, raczej poeta, czasem dramatopisarz, choć i w prozie rościł sobie pretensję do sławy, zasłynął również jako aforysta i twórca epigramatów, próbował się także jako dziennikarz. Zbyszku powinieneś go znać, on podobnie tobie o pięknie pisywał.

– Musiał w „więźniu” siedzieć, widać po butach i odzieniu. Nie wiesz gdzie i za co? – dopytywał Zbyszek.

– W Reading pod Londynem, dostał dwa lata ciężkich robót za kultywowanie pederastii. Dwa lata – szmat czasu – akurat tyle, aby porzucili go bliscy i aby zbiednieć. Błąka się teraz po Europie, śpi w tanich hotelach, dawne czasy rozpamiętuje; co głęboko rozpamięta, to zaraz napisze, zdaje się po łacinie De Profundis tytułuje. Niedługo już pożyje, akurat tyle aby, co ma, napisać, a potem ducha wyzionie dla swej przyszłej sławy i charyzmy. Przyniósł mi swoją pierwszą powieść – Portret Doriana Graya – z powodu cenzury wielokrotnie przerabianą. Znam ją z odpisu, „pirackiego”, więc mu się nie przyznałem do tego – choć starzec był z niego nielichy, broda po ostatnim zdaniu zadrżała mu bardzo młodzieńczo w uśmiechu.

Zbigniew Herbert - portret Zbigniewa Kresowatego

Zbigniew Herbert – portret Zbigniewa Kresowatego

– Dorian Gray – powiedział Zbyszek – dźwięczne miano, pachnące młodością i odwagą; chłopiec noszący je musiał być piękny, nikt tak nazwany nie może być szkaradą. Ciężki żywot dźwigać ładne lico… Homku drogi, drogi Homku! Musiałem i ja to czytać, lecz opowiedz, co sądzisz o rzeczy, niech i anioły posłyszą.

– Poeta widzi obrazami, gdy porzuci rymy, by zażądać prozaika sławy. Tworzy sceny, z nich akty i całe dramaty, a potem próbuje zamaskować opowieścią. Fabuła jest dla takiego zwiewna, choć na ogół wyraźna, prosta i czytelna; z natury jednak schematyczna, mocno uproszczona, za to pełna metafor i zdań, które same w sobie są pełnią. Wilde całą duszą jest poetą, dlatego swe postaci, jak rzeźbiarz, wykuwa w marmurze. Ze wszystkimi tego konsekwencjami. Tworzy ludzi nieskończenie pięknych i okrutnie szkaradnych. Nie uznaje form przejściowych. Dla lepszego zilustrowania swych myśli potrzebuje symboli – tu najlepszym przykładem jest portret Graya, mogący szpetnąć i zohydzać się podczas, gdy jego negatyw zostaje ciągle piękny.

– Już pamiętam, nawet dobrze, Sybil Vane, jego młoda i śliczna nimfa – aktoreczka pospolita – by otruć się wypitym kwasem pruskim, musiała być na scenie tylko jeden raz nieznakomita. Graya nie można było zdradzić lub spotwarzyć, łatwo jednak było urazić pospolitością, ohydą nie-wspaniałości i brakiem piękna. A nimfia matka – ciągnął dalej Zbyszek – pani Vane, grubo kreślona przez Wilde’a, sama miała za skórą pewne sprawy, lecz łasa po młodzieńczych przygodach na dostatek starości chciała córkę sprzedać. Brat inny zgoła, czysty ideał. Ciekaw jestem: dlaczego zabić nie zdołał Graya?

– Ta sama, nimfa Sybil, która o Dorianie mówiła nazywa się książę z bajki. A matka? Wilde czyni pretensjonalne uwagi o płciach, dostaje się zwłaszcza niewiastom. Jest to tak wyraźne, że czasem aż nudne, a potem jednym zdaniem opisuje charakter matki, gdy ta wypowiada: spodziewam się, że będziesz zadowolony ze swej kariery marynarza – do syna, Jamesa, który musi ruszyć w świat, aby się utrzymać. Ta powieść nie jest fabułą z moralną nauką, choć taką udaje. To zbiór obrazów, a z tych zrobionych scen, zgrabnie wplecionych w pozornie główny wątek.

– Homku! Wilde to kpiarz, ironista, w dodatku nie byle jaki, jest bardzo przewrotny. Pisuje obficie pomiędzy wierszami, a jego słowa i zdania często mają wiele płaszczyzn, mnóstwo kontekstów. W ten sposób pisał dla różnych ludzi, dla tych, co trzeba i dla tych, co chciał. Napisał książkę o miłości i namiętności, ale jeśli tylko pod te słowa podstawimy termin sztuka otrzymamy zupełnie inne znaczenie. Dla niego zresztą miłość była synonimem sztuki lub przynajmniej jej bliźniaczą siostrą, a jedna i druga była kwintesencją piękna.

– Tiaa. Napiłbym się coli albo strzelił browara – tylko nie mów moim czytelnikom – strasznie senno od tego twojego papierosowego dymu. Zawsze się tak zapalasz, gdy dyskutujesz o literaturze i ćmisz fajki permanentnie, jak gdyby mniejsza ilość tlenu w twoim mózgu mogła spowodować trafniejsze myśli i lepsze zdania. Czy w tej twojej czerwonej Polsce nie wynaleźli papierosów z filtrem? Cała broda mi capi nikotyną! A z ironią u Wilde’a oczywiście masz rację. Pamiętam takie dwa fragmenty: Po śmierci trzeciego męża włosy jej ze zgryzoty stały się całkiem złote. I drugi: Kobiety traktują nas jak ludzkość swych bogów. Ubóstwiają nas i ciągle nas nudzą, żeby coś dla nich zrobić. To nie wszystko, lecz pamięć przecież moja stara i przez to kapryśna, więc dokonuje selekcji treści na chybił-trafił. Język Wilde’a jest bardzo metaforyczny, do tego jeszcze dokłada wielką plastyczność, obrazowość: …czarne ręce zazdrości… lub: Rozkład trupa w wilgotnym grobie nie mógł być równie straszny. Albo …wiedział, przez jakie nieba cierpień przechodzimy.

Oscar Wilde ok. roku 1880 (fotograf nieznany)

Oscar Wilde ok. roku 1880 (fotograf nieznany)

– Homku drogi, drogi Homku! Daj już spokój cytatom, bo całą książkę skopiujesz, a to przecież tobie – ojcu poetów – nie przystoi. Portret Doriana Graya, jak łatwo się domyślić, jest książką autobiograficzną. Wilde opisał tu siebie, przy czym najwyraźniej tak wiele miał do powiedzenia, że musiał stworzyć aż trzy postaci, aby to wszystko pomieścić. Jest Dorianem Grayem – pięknym młodzieńcem, pełnym odwagi oraz dzikiej żądzy i zachłannej ciekawości życia, który ze swej egzystencji czyni sztukę, a próżność jest mu korabem dla oceanu doświadczeń. Jest też Henrykiem Wottonem – sybarytą, cynikiem, twórcą niezliczonych bonmotów i epigramów. Ale również Basilem Hollwardem – introwertykiem, malarzem, który z jednej strony dla genialności potrzebuje podniet homoseksualnych, a z drugiej czci – i to chyba całkiem poważnie – cnotę i wszelkie ideały dobra. Nie trzeba postmodernizmu, aby odkryć złożoność i niekompatybilność, nie popadając jednocześnie w metaforę szaleństwa.

– Zbyszku jestem już dosyć stary, i pomimo wszystkich tytułów, jaki mi nadają przypochlebcy, posiadam skłonność rewolucyjną do śmiechu i psot. Dlatego ujęło mnie zakończenie Portretu Doriana Greya. W wersji oficjalnej Grey znużony wieloletnim hedonizmem i trapiony rozlicznymi wyrzutami sumienia, jak bardzo wysoką gorączką, pragnie oczyścić duszę i niszczy obraz, zabijając przy okazji siebie. Ale ja starzec-satyr widzę to inaczej. Dorian znudził się swoją młodzieńczością i pięknem, szukał innych podniet, zamarzył jeszcze o chłopięcej niewinności. Niszczył portret nie z myślą o ideale dobra, a zachłannie chcąc odzyskać niewinność dla samego posiadania chłopięcości…

Oscar Wilde, Portret Doriana Graya, przeł. Maria Feldmanowa, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1976.

Dominik Śniadek

Mikołaj Gogol, Opowiadania, Ożenek, Rewizor.


Tantal i Prometeusz

 Im przedmiot jest zwyklejszy, tym wyżej stać winien poeta, aby wydobyć zeń to, co niezwykłe, i aby ta niezwykłość była skądinąd całkowitą prawdą.

 (Mikołaj Gogol o naczelnej zasadzie własnej twórczości)

O Mikołaju Gogolu (1809-1852) trzeba napisać, że był jednym z tych pisarzy, których własna twórczość, genialna twórczość, stała się przyczynkiem wewnętrznego upadku, duchowej klęski, a w konsekwencji śmierci, której okoliczności nigdy nie pozostały do końca jasne. Rewolucyjny charakter twórczości urodzonego na Ukrainie pisarza – krytykujący absurdy patriarchalno-feudalnego układu gospodarczego w XIX-wiecznej carskiej Rosji, hierarchię rang, ohydny aparat biurokratyczny i podlegających mu urzędników – w pewnym momencie „wymknął mu się spod kontroli”.

Oskarżenia o zdradę ojczyzny wymierzone w Gogola przez reakcyjną, a więc lwią część krytyki, wyrzuty sumienia i wewnętrzne rozterki wywoływały u autora „Martwych dusz” karuzelę ambiwalentnych nastrojów. Stał się idolem rosyjskiej młodzieży, głosem prostego ludu, ale także dekabrystów, jego prozę promował i zachwycał się nią słynny „szalony Wissarion” Bieliński. Jednocześnie nienawidziła Gogola arystokratyczna i urzędnicza elita Petersburga i Moskwy, co zaprowadziło zaskoczonego silnym ideologicznym wydźwiękiem własnych utworów pisarza do wielokrotnej rewizji swoich pisarskich dokonań. Doszło do tego, że w „Wybranych fragmentach z korespondencji z przyjaciółmi” z 1847 r., a więc kilka lat po „Martwych duszach” i „Rewizorze”, Gogol potępił cały swój poprzedni dorobek literacki, przyznając, że Rosję zna słabo i jednostronnie. Już wtedy w głowie pisarza zakwitały ideały chrześcijańskie i rozpacz spowodowana brakiem jednolitej, „właściwej” interpretacji jego książek. Rozwścieczony Bieliński napisał wtedy do Gogola list, który stał się jednym z najostrzejszych w historii całej literatury rosyjskiej:

Wielbicielu knuta, apostole ignorancji, rzeczniku obskurantyzmu i wstecznictwa, chwalco tatarszczyzny – co czynisz! Spójrz pod nogi – stoisz nad przepaścią…

Wybitny krytyk „odbiera” Gogolowi prawo do reinterpretacji i rewizji pokazanych światu dzieł, broni ich przed samym autorem, wzywając go do wycofania się ze stanowiska zawartego w feralnych „Wybranych fragmentach…”. Rozpaczliwie powołuje się na potrzeby społeczeństwa rosyjskiego, dla których pisarze są ostatnią i jedyną szansą –

(…) swych jedynych wodzów, obrońców i zbawców od rosyjskiego samodzierżawia, prawosławia i narodowości [tj. nacjonalizmu], zawsze gotowe jest przebaczyć pisarzowi napisanie złej książki, lecz nigdy nie przebaczy napisania książki szkodliwej.

Dramatyczny list „szalonego Wissariona” powoduje najpierw polemiczną ripostę Gogola, ale w jego następstwie pisarz, przemyślawszy rzecz dogłębniej, odpowiada Bielińskiemu (a równocześnie społeczeństwu) w bardziej stonowany sposób. „Trzeba, abym poznał wiele z tego, co zna Pan, a czego ja nie znam…” – pisze. Brawurowej demaskacji aparatu biurokracji carskiej i całego systemu społeczno-politycznego nie udało się Gogolowi zniekształcić nawet w przypływie największej rozterki („Wybrane fragmenty…”) – jego utwory żyły już własnym życiem, stały się symbolami. O ile jednak nie mógł zapanować nad ideowymi interpretacjami „Rewizora”, to o wiele bardziej nie mógł się zgodzić na zarzuty dotyczące warstwy literackiej. Odpowiedział krytyce, publikując „Przedsionek teatralny po premierze nowej komedii”, gdzie odniósł się do nowatorskiej konstrukcji samego dramatu, który jawnie odbiegał od ówcześnie panującej, wodewilowej mody.

Portret Gogola pędzla Fiodora Mollera (lata 40. XIX w.)

W 1846 r. Gogol poddał się mistycyzmowi, popadł w obłęd religijny, zaczęły się też pojawiać pierwsze objawy choroby psychicznej. Kilkukrotnie zmieniał stanowisko w sprawie interpretacji „Rewizora” – obwieszczał, że dramat ma wydźwięk religijno-moralny, a nie społeczno-polityczny, jak „błędnie” odbierało go społeczeństwo. Ten wewnętrzny konflikt, który przerodził  się w sprawę całego narodu rosyjskiego, wyniszczył artystę doszczętnie. Pod koniec życia uznał swą twórczość za „oręż szatana”, a szaleństwo, bieda i choroba nerwowa doprowadziły go do śmierci w niejasnych okolicznościach. Religijny szarlatan, niejaki o. Matwiej Konstantynowski, roztoczył opiekę nad pisarzem, wymuszając na nim rygorystyczne posty i wyrzeczenia się jakichkolwiek kontaktów ze sztuką. Do dziś krąży niepotwierdzona legenda, że pochowano go żywcem w stanie śpiączki, czego miało dowodzić, iż po odkopaniu trumny ciało leżało twarzą w dół. Pogrzeb Gogola stał się społeczną manifestacją; jeden ze studentów biorących udział w uroczystości powiedział: „Chowamy Gogola, wszyscy jesteśmy jego najbliższymi, a wraz z nami jest cała Rosja”.

Mikołaj Czernyszewski – filozof, utopijny socjalista, wódz rewolucyjnej demokracji rosyjskiej – napisał o Gogolu tak:

Jakkolwiek wielkie były twe błędy, męczenniku bolesnej myśli i wzniosłych dążeń, byłeś jednym z najszlachetniejszych synów Rosji i bezgraniczne są twe zasługi wobec ojczyzny.

 ***

W 1831 r. ukazała się pierwsza znacząca publikacja Mikołaja Gogola – „Wieczory na futorze koło Dikańki”. Był to zbiór opowiadań i nowel skonstruowanych w romantycznej konwencji, które poruszały struny folkloru, opowiadając o życiu dawnej Kozaczyzny, gdzie realizm mieszał się z legendą i zabobonami. Najbardziej znanym utworem ze zbioru, wielokrotnie adaptowanym przez kino, jest „Wij”. To relacja z przygody trójki bursaków (studentów), którzy włócząc się w czasie dni wolnych od nauki po okolicznych stepach, trafiają do opuszczonego chutoru, gdzie, jak się okazuje, pomieszkuje wiedźma. Realizm szczegółu miesza się tutaj z elementami grozy w duchu romantyzmu, co jest nader widoczne podczas spotkania z tytułowym demonem.

 

Elementy romantyzmu pojawiają się jeszcze w późniejszym „Mirgorodzie”, a także w powieści opiewającej heroiczną przeszłość Kozaczyzny – „Taras Bulba”. W tym ostatnim Gogol ujawnia tęsknotę za wolnością stepu, za wielkimi czynami, które pozwoliłyby zapomnieć o przytłaczającym życiu w carskiej Rosji.

W 1835 r. pojawia się zbiór pt. „Arabeski”, który wraz z kilkoma późniejszymi utworami tworzy cykl tzw. opowiadań petersburskich. Rodzi się Gogol-realista, naczelny krytyk ówczesnej rosyjskiej rzeczywistości, artystyczny perfekcjonista operujący bezbłędnie groteską i karykaturą.

Reprezentacyjnym i (obok „Szynelu”) najczęściej omawianym opowiadaniem Gogola jest „Nos” z 1836 r. Posłużę się tutaj opracowaniem izraelskiego pisarza Amosa Oza – ten, w zbiorze swoich esejów pt. „Opowieść się rozpoczyna”, w taki sposób rozłożył początek „Nosa” na czynniki pierwsze, nawiązując jednocześnie do konstrukcji literackiej ogółu opowieści petersburskich:

Nie jest to wprowadzenie harmonijne, wcale na takie nie wygląda, lecz raczej biurokratyczne. Język tej narracji, język Gogola w jego opowiadaniach petersburskich, jest pedantyczny i formalny, iluminowany chwilami przez rozbłyski obsesji i szaleństwa: opowiadanie rozpoczyna się szczegółowym sprawozdaniem – podającym miesiąc i dzień zdarzenia, nazwę miasta i adres domu, w którym miał miejsce ów „niezwykle dziwny wypadek”. Ale nawet zanim narrator przejdzie do tej sprawy, jego sprawozdanie zbacza z głównego szlaku, rozdwaja się na zdania wtrącone, a następnie rusza na poszukiwanie pewnego przeoczonego szczegółu, mającego kluczowe znaczenie dla dopełnienia niezbędnych w raporcie wymogów: nazwiska głównego bohatera (…) To, co zdarzyło się w pierwszych zdaniach opowiadania, przedstawiających poszukiwanie nazwiska, będzie powracało w toku całej narracji, w związku z poszukiwaniem utraconego nosa. Siły anarchiczne zaczaiły się za każdym zakrętem fabuły, dążąc do odciągnięcia toku narracji z utartej, biurokratycznej ścieżki, wąskiej, ale prostej, której ów tok usiłuje się trzymać, i wywiedzenia go na mroczne manowce (…) Drobne nieścisłości logiczne, niewinne żarty, groteskowe nonsensy zdarzają się na każdej niemal stronie tego utworu. 

Petersburg, Sennaya (1840; źródło: rusarchives.ru)

O ile opowieść o poszukiwaniu po całym Petersburgu zagubionego nosa przez asesora kolegialnego, majora Kowalewa, w zabawny sposób ośmiesza biurokratyczne i społeczne mechanizmy stolicy Imperium Rosyjskiego, o tyle wydany w 1842 r. „Szynel” (czasami tłumaczony jako „Płaszcz”) to opowiadanie bardziej ponure, smutne. Element groteski zostaje tu zepchnięty na plan dalszy – dominuje złowieszczy realizm, który każe się domyślać czytelnikowi tragicznego końca. „Szynel” jest historią Akakiusza Akakijewicza – podrzędnego urzędnika, zahukanego, pozbawionego jakiejkolwiek pewności siebie, wyśmiewanego i poniżanego przez kolegów z pracy, który nie potrafi się bronić. Gogol staje w obronie szarego człowieka, opisując zalęknionego obywatela, który za wszelką cenę stara się uzbierać fundusze na nowy szynel, ponieważ stary się rozpada, a Petersburg to miasto nieustającego mrozu. Tu, w przeciwieństwie do „Nosa”, mało jest miejsca na śmiech, chyba że ten przez łzy. Konstrukcja literacka „Szynelu”, a zwłaszcza jego zakończenie, przywodzi raczej na myśl późniejsze polskie nowele pozytywistyczne, choćby „Antka” Bolesława Prusa z 1880 r. czy „Janko Muzykanta” Henryka Sienkiewicza, gdzie autorzy piętnowali zacofanie, społeczną znieczulicę czy niezdolność ubogiej jednostki do normalnego funkcjonowania. Z zaznaczeniem oczywiście, że rzeczywistość „Szynelu” jest rzeczywistością rosyjską, a nurt biurokratycznego absolutyzmu, pełniący tu funkcję destrukcyjną, wywodzi się od „Poczmistrza”, którego autor – Aleksander Puszkin – był przedwcześnie zmarłym najlepszym przyjacielem Gogola.

Pierwszy spektakularny dramat Gogola, „Ożenek” (napisany w 1836 r., opublikowany w 1842 r.), w którym poddał satyrze XIX-wieczną rosyjską obyczajowość, opowiadał o poszukiwaniu idealnego kandydata na męża przez kupiecką córkę – Agafię Tichonową. Wszyscy wkoło, łącznie z kilkoma kandydatami na męża, patrzą na małżeństwo z perspektywy przyszłego zysku – podniesienia statusu majątkowego i społecznego. Choć „Ożenek” należy dziś do klasyki komedii rosyjskiej, sam Gogol nie był z utworu do końca zadowolony – krytyka przegniłej warstwy społecznej nie była efektem, który ostatecznie chciał osiągnąć.

Fiodor Paramonom jako Horodniczy

Pomysł na najsłynniejszy dramat Gogola, czyli na „Rewizora”, którego pierwszą wersję oddał do publikacji w 1836 r., również podsunął Puszkin (podobnie jak w przypadku „Martwych dusz”, którym poświęcę w przyszłości osobne miejsce). Był on dość prosty, a opierał się na wątku rzekomego przybycia do prowincjonalnego miasteczka rewizora ze stolicy. Ta niepożądana postać miała dokonać incognito kontroli urzędowych mechanizmów oraz zorientować się w pracy poszczególnych państwowych funkcjonariuszy. Na tych ostatnich – wśród których znajdują się m.in. zarządzający miastem horodniczy, sędzia, kurator instytucji dobroczynnych, naczelnik poczty czy miejscowy lekarz – pada blady strach. Każdy z nich ma na sumieniu własne grzechy i zaniedbania, a bojąc się konsekwencji, postanawiają podjąć rewizora „ze wszystkimi honorami” – wręczając mu łapówki, suto zastawiając stół jadłem i wódką, oferując darmowe noclegi, zabawy, a nawet (to horodniczy) własną córkę za żonę. Rzecz jasna straszliwy rewizor okazuje się być fałszywy: to niejaki Chlestakow – leń, hulajdusza, głupawy i podrzędny urzędniczyna, który postanawia wykorzystać sytuację, stając się w historii dramatu pierwszym słynnym „przypadkowym oszustem”.

Komedia pomyłek i bezlitosne wyszydzanie absurdów  biurokratycznego molocha (Andrzej Walicki napisał, iż „arcydzieło Gogola było jednym z najsilniejszych policzków wymierzonych przez rosyjskiego pisarza rosyjskiemu absolutyzmowi”) idą w parze z geniuszem konstrukcyjnym dramatu. Gogol-perfekcjonista kilkakrotnie przeredagowywał dramat, wyrzucał całe sceny bądź je przenosił, pracował nad każdym słowem każdego dialogu, dopracowywał je tak, żeby były jak najbardziej spójne, by zazębiały się fabularnie, by nie pozostało ani jedno niepotrzebne zdanie. Czynił podobnie z większością swoich utworów, ale w „Rewizorze” osiągnął kompozycyjną perfekcję. Czernyszewski pisał o jego pracy:

Wszystko wydawało mu się słabe i niskie, cokolwiek tylko napisał. Pokażcie mi człowieka z takim pragnieniem doskonałości, a powiem wam: taki nic nie napisze albo stworzy coś naprawdę wielkiego – będzie albo Tantalem, albo Prometeuszem. 

Fotografia Gogola wykonana przez S.L. Levitsky'ego (1845)

Fotografia Gogola wykonana przez S.L. Levitsky’ego (1845)

Czernyszewski się mylił, bo był Mikołaj Gogol i jednym, i drugim. Mitologiczny Tantal wykradł bogom ich sekrety, obalił mit ich wszechwiedzy, za co został strącony do Tartaru, skazany na wieczny głód i potępienie. Gogol to samo czynił z Cesarstwem Rosyjskim, stając się dla ludu pisarzem-Prometeuszem, który przeciwstawił się carowi, feudalnemu systemowi i rządom biurokracji, wiele lat spędził na emigracji, umierając wreszcie w szaleństwie i nędzy. Orężem Gogola była sztuka i mógłby mieć rację ktoś, kto powołałby się na przysłowie: „Kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie”, pomny wszystkich nieszczęść, które przez moc własnej twórczości spadły na pisarza. Jednak Imperium Rosyjskie już dawno się rozpadło, a uniwersalne utwory Gogola wciąż obnażają kolejne absurdy. „Nie przygaduj zwierciadłu, kiedy masz gębę krzywą!”.

Mikołaj Gogol, Opowiadania, przeł. Julian Tuwim, Jerzy Wyszomirski, Wyd. Siedmioróg, Wrocław 2001.

Mikołaj Gogol, Ożenek, Rewizor, przeł. Julian Tuwim, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2006.

 Rafał Niemczyk

 * Cytaty wykorzystane w powyższym tekście pochodzą z następujących źródeł:

Mikołaj Gogol, Rewizor, przeł. Julian Tuwim, wstępem i objaśnieniami opatrzył Andrzej Walicki, Biblioteka Narodowa, Wrocław 1966.

Amos Oz, Opowieść się rozpoczyna, przeł. Wacław Sadkowski, Prószyński i S-ka, Warszawa 2000.

Charles Dickens, Opowieść wigilijna.


Bob Cratchit także może pisać świetne książki

– Wesołych świąt?! Jaki ty masz powód, żeby być wesołym? Ty, biedaku?

– A jaki ty masz powód, żeby być ponurym, wuju? Ty, bogacz?

(fragment rozmowy Ebenezera Scrooge’a ze swym siostrzeńcem Fredem)

„Opowieść wigilijna”, słynna nowela Karola Dickensa i moralitet w wiktoriańskim stylu, to jeden z tych utworów, które znają wszyscy: duzi i mali, biznesmeni i rolnicy, dziadkowie i babcie, czytający i… nie czytający. Tak, tak, „Opowieść wigilijną” – przenoszoną wielokrotnie na duży i mały ekran, na deski teatru, przerabianą i parodiowaną – zna każdy. Postacią Ebenezera Scrooge’a i wizjami nawiedzających go duchów wiktoriańskie babcie straszyły pewnie wiktoriańskie dzieci, sadzając je na kolanach przy kominku. Czasy się zmieniają, lecz potępiony duch Jacoba Marleya wciąż tuła się gdzieś między światami, nie zaznawszy ukojenia.

Sam mam przed oczami obraz wczesnego dzieciństwa, kiedy tuż przed Świętami obejrzałem „Opowieść wigilijną Myszki Miki” z całą plejadą gwiazd Disneya. Ebenezera Scrooge’a zagrał oczywiście równie skąpy Sknerus McKwacz, w ducha zmarłego Marleya wcielił się pobrzękujący łańcuchami Goofy, siostrzeńcem Fredem był sam Kaczor Donald, pracownikiem sknery – Bobem Cratchitem – Myszka Miki, a panią Cratchit Myszka Minnie. Tę wspaniałą adaptację w disneyowskim duchu pamiętam doskonale, szczególnie scenę, w której Scrooge staje nad grobem i odczytuje własne nazwisko…

Ebenezer Scrooge to biznesmen, giełdziarz, właściciel domu handlowego, a także samotny mizantrop. Jedynym zajęciem tego antypatycznego kutwy jest pomnażanie majątku, którego nie trwoni nawet na własne potrzeby. Wszystko zmienia się w wigilię Bożego Narodzenia, gdy odwiedza go duch zmarłego przed kilku laty wspólnika Jacoba Marleya, zapowiadając wizytę kolejnych zjaw. I faktycznie! Scrooge’a nawiedzają kolejno duchy przeszłych, teraźniejszych i przyszłych świąt, ukazując mu obrazy będące przyczyną jego niecnego postępowania, a także przyszłe konsekwencje bezduszności bogacza. Ciekawa jest podróż w przeszłość, ponieważ odmalowuje ona postać Scrooge’a nie tylko w czarno-białych barwach.

Scrooge odwiedzany przez ducha Marleya. Ilustracja Johna Leecha z pierwszego wydania „Opowieści wigilijnej”

Można mieć wątpliwości i stawiać pytanie: czy przemiana bohatera pod groźbą nieuchronnej śmierci staje się naprawdę odkupiająca? Czy lepszy jest pracowity skąpiec, czy ubogi kwestarz? Takie deliberacje podejmują zapewne zastępy polityków, spierających się nad wyższością liberalizmu nad socjalizmem, bo już takie interpretacje „Opowieści wigilijnej” w sieci się pojawiają. Całkiem niesłusznie dorzuciłem powyższe zdanie; mamy bowiem wigilię, a to niewłaściwy czas na głupoty. A to że Karol Dickens napisał ponadczasową nowelę z zamiarem spłaty swoich długów, nie posiada znaczenia większego niż symboliczne. Tacy jak Bob Cratchit, w którego rysach da się zauważyć wiele rysów Dickensa, również mogą pisać świetne książki, a jeśli uczą one pogody ducha, ciepła i rozwagi, niech zagoszczą tu na wieki, niczym duch Marleya tułający się po zaświatach. Wesołych Świąt!

Charles Dickens, Opowieść wigilijna, tłum. Bohdan Maliborski, Świat Książki, Warszawa 2009.

 Rafał Niemczyk

Joanna Siedlecka, Jaśnie Panicz. O Witoldzie Gombrowiczu. Recenzja.


Między szaleństwem a astmą

Moje książki dużo mi sławy przysparzają, ale mniej pieniędzy, bo tylko dla Jaśniejszych pisane, nie dla Ciemniejszych, więc sprzedaż idzie wolno.

(Gombrowicz w liście z Argentyny do swojej dawnej ulubionej służącej Anieli, tej samej, która wymyśliła zdanie „Koniec i bomba, a kto czytał ten trąba”)

Stoi młodzian przed ogromnym, w oprawie secesyjnym, lustrem; w sylwetce piękny, wytworny, gustownie i modnie ubrany, widać znaczna persona, ktoś ważny, bogaty, posiadający wyjątkową towarzyską pozycję, słowem Jaśnie Panicz. Stoi, przegląda się, zachwyca, sprawdza kunszt arystokratycznego profilu; miny, grymasy i „gęby” próbuje i podziwia. Pyszne i błogie zajęcie. Wtem lustro w drobny mak rozpryska się zupełnie bez powodu. Odłamki szkła i tego sprzed chwili obrazu prędko po perskim dywanie w niespodziewanej malignie, jak rzeka w delcie w wielu drobnych strużkach płyną i równie szybko w niepamięci giną. Młodzian nogą z wściekłości tupie, los srogo fuka i sztorcuje, a gdy ten mu nie odpowiada zagniewany, od niesławy niezwłocznie i daleko ucieka. Całe życie będzie tęsknił i do tego widoku, i do okoliczności zwierciadła. Lecz mimo licznych wysiłków i pretensji do całego świata już go nie poskłada. Minął bowiem czas okoliczności zwierciadła…

Dowód osobisty Witolda Gombrowicza, 1922 r. wydany przez Urząd Gminy Sadowie, pow. Opatowski

Dowód osobisty Witolda Gombrowicza, 1922 r. wydany przez Urząd Gminy Sadowie, pow. Opatowski

„Jaśnie Panicz” jest właśnie takim, z drobnych i z trudem odnalezionych okruchów, literackim rekonstruowaniem życia młodziana i okoliczności tamtego świata. Joanna Siedlecka nie napisała bowiem biografii sensu stricte. To raczej rodzaj malowanego wspomnieniami literackiego portretu samego Gombrowicza, ale i, co wydaje się równie, a może bardziej cenne, obraz miejsc oraz ludzi, którzy odegrali niepoślednią rolę w życiu autora „Trans-Atlantyku”.

Książka składa się z dwóch części. W pierwszej przedstawiono życie i świat Witolda Gombrowicza do sierpnia 1939, czyli jego wyjazdu z Polski. Druga dotyczy owej ucieczki od „stłuczonego zwierciadła” i obejmuje czas, w którym mieszkał w Argentynie, Niemczech i Francji. Słuszny to podział, bo jakże inne to były okresy życia.

Witold Gombrowicz jako uczeń, ok. 1918 r.

Witold Gombrowicz jako uczeń, ok. 1918 r.

Część pierwsza jest moim zdaniem lepsza, żywsza, wierniejsza, prawdziwsza, bardziej kompletna. Wynika to może z tego, że przeważają w niej relacje świadków, wspomnienia. Poza tym dotyczy w większości miejsc znajdujących się w Polsce, gdzie autorce znacznie łatwiej było dojechać, zobaczyć i poczuć. Pierwsze wydanie omawianej tu pozycji ukazało się w roku 1987. Nie można zapominać o ówczesnych realiach. W części drugiej brak tej empatii do miejsc, osób i wydarzeń. Więcej w niej listów niż bezpośrednich relacji. Nie bez znaczenia jest również fakt, że lata przedwojenne to przecież młodość Gombrowicza, jego „jaśniepaństwo”, czyli wyjątkowa pozycja społeczna, zamożność, nawet bogactwo, a okres późniejszy to niezbyt przyjemna sytuacja materialna, czasem również towarzyska, poza tym to wiek dojrzały, ciężka i śmiertelna choroba – astma, a wszystko to w atmosferze jedynej wiernej przyjaciółki – samotności, słowem: rzeczywistość najczęściej szara.

Wkraczamy w świat sandomierskiego ziemiaństwa, w Międzywojniu cieszącego się reputacją „najbardziej chyba zasiedziałego, tradycyjnego i zdziwaczałego”. Główną areną są, jeśli chodzi o wieś, Małoszyce, Bodzechów i nieco później Wsola i Potoczek. To kraina dworów, czworaków, rządcówek, bandosiarń ale także papierni, cegielni, młynów, tartaków, gwoździarni, olejarni, a nawet małej huty wyposażonej w piece pudlinki. Miejsce w jakieś mierze, zwłaszcza z dzisiejszej perspektywy dla wielu idylliczne, a na pewno i dla wszystkich już minione, odeszłe, niebyłe.

Poznajemy dosyć szczegółowo losy dwóch rodzin ziemiańskich, krewnych twórcy „Kosmosu”: Kotkowskich (matka) i Gombrowiczów (ojciec), dodajmy obu dość znacznych i obu z ciekawą historią.

Kotkowscy, świetni gospodarze, lecz ludzie „jak tu się mówi – fisie, czyli dziwadła, oryginały”, prawdopodobnie z powodu bliskiego pokrewieństwa osób zawierających małżeństwa. Najlepszą partią był kuzyn lub kuzynka. Nie było tu w tym nic dziwnego, a nawet rodzina oczekiwała takiego postępowania. Czyniono tak dla zachowania majątku i w ten przebiegły, ale i ryzykowny genetycznie sposób przeciwdziałano jego rozdrobnieniu. Nie brakowało w tej familii ekscentryków – „zła krew” robiła swoje. Pewien „gdy się ożenił, wsiadł na konia i pojechał zameldować o tym na policję”, inny był tak skąpy, że „zamykał do cukierniczki muchę, żeby sprawdzić czy nikt nie podkradał cukru”.

Witold Gombrowicz, jego matka, babka (Aniela Kotkowska) i siostra Rena, Bodzechów, ok. 1913 r.

Witold Gombrowicz, jego matka, babka (Aniela Kotkowska) i siostra Rena, Bodzechów, ok. 1913 r.

Rodzina Gombrowiczów, równie ciekawa, niegdyś posiadająca duże znaczenie, z rodowodu litewska, do Sandomierskiego trafiła na skutek reperkusji, jakie wywołał udział przodka w powstaniu narodowym, z tego samego powodu przez konfiskatę mienia nieco zbiedniała.

Witold Gombrowicz odnalazł się w tym świecie znakomicie, lecz otoczenie bez wątpienia wywarło na niego poważny wpływ – zarówno na osobowości pisarza, jak i na twórczość literacką.

Dosyć istotne wydaje się również to, że był najmłodszym i ukochanym synem Marceliny Antoniny z Kotkowskich Gombrowiczowej, która to, nie mogąc doczekać się córki, dosyć długo ubierała go na sposób dziewczęcy oraz wykazywała sporą nadopiekuńczość, niejednokrotnie wręcz śmieszną: „chodziła z nim wyłącznie lewą strona placu Mokotowskiego, obok którego mieszkali – uważała, że po prawej wieją silniejsze wiatry, które mogą mu zaszkodzić”.

Znajdziemy tu mnóstwo tropów literackich, pewnych hipotez psychologicznych, a także po prostu ciekawych opowieści o członkach rodzin Gombrowiczów i Kotkowskich oraz ludziach w jakiś sposób bliskich Witoldowi. Spisanych bardzo naprędce, wydaje się w ostatniej chwili, ze względu na podeszły wiek świadków. Lecz bardzo sumiennie i plastycznie.

W pierwszej części „Jaśnie Panicza” Siedlecka, słowami osób wspominających, opowiedziała również część przedwojennej historii Warszawy, zwłaszcza tę dotyczącą Gombrowicza. Wyjątkowo ciekawy wydaje się fragment o młodym pisarzu, środowisku literackim i spotkaniach w kawiarniach: Zodiak i Ziemiańska. Szczegółów nie zdradzam, nie chcąc psuć przyjemności i smaczków lektury.

Witold Gombrowicz jako student prawa

Witold Gombrowicz jako student prawa

Część druga poświęcona jest losom wojennym i powojennym Gombrowicza.

Długim dwudziestu czterech latom w Argentynie, kiedy to bywało ubogo, a nawet biednie, gdy pracował jako urzędnik w Banco Polaco, chałturzył też z konieczności różnymi dosyć odległymi literaturze zajęciami. Poznajemy środowisko argentyńskiej Polonii. Prawdę rzekłszy, również bliższe aberracji niż stanowi normalnemu, przynajmniej w tej jego części, w której uczestniczył pisarz. Częściej udzielono tu głosu autorowi „Pornografii”, cytując jego listy, tak pełne determinacji i stanowczości w walce o rozpropagowanie swej twórczości.

Mamy tu wreszcie relację z lat powrotu do Europy, owego krótkiego, ale jednak tryumfu Gombrowicza, małej chwili sławy oraz względnej stabilizacji materialnej. A więc okres rocznego stypendium Fundacji Forda, który spędził w Berlinie Zachodnim, czasów paryskich oraz ostatnich lat życia w Vence koło Nicei.

Ewidentnym mankamentem tego fragmentu książki jest brak wspomnień, listów i relacji osób najbliższych w tamtym czasie Gombrowiczowi, mianowicie: Rity Labrosse – towarzyszki życia, sekretarki i opiekunki oraz późniejszej żony; Konstantego Jeleńskiego – przyjaciela, tłumacza i największego propagatora pisarstwa Gombrowicza; Marii i Bohdana Paczowskich – przyjaciół i wielokrotnych wybawicieli. Jednak precyzja i solidność biograficznego kunsztu Siedleckiej oraz dokładność i uporządkowanie pozostałej części „Jaśnie Panicza” wykluczają możliwość, aby po prostu o tym zapomniała…

Obficie i szeroko za to udostępniono relacje osób okazjonalnie odwiedzających Gombrowicza w tamtych czasach. Tych wszystkich początkujących prozaików, krytyków literackich oraz ludzi szeroko pojętej kultury. Najczęściej na stałe mieszkających w Polsce. Widoczna jest obustronna ciekawość, zarówna Gombrowicza jak i gości.

Ciekawa jest część dotycząca kontaktów Miłosza i Mrożka z Gombrowiczem.

Książka na pewno trudna, o człowieku niełatwym, skomplikowanym, wielopłaszczyznowym, posiadającym zamiłowanie do formy i przywdziewania różnorakich „gęb”; człowieku wielbiącym prowokacje, z zamiłowaniem i świadomie do niej doprowadzającym; ponadto doświadczonym, jak całe jego pokolenie, niełatwym losem; artyście uwikłanym w pułapki historii, kpiącym z celebry, a jednocześnie jej pożądającym, pisarzu często nierozumianym, czasami wykorzystywanym politycznie. Nade wszystko o jednostce samotnej, inna rzecz, że tę samotność, jak się wydaje, lubiącej. Bez wątpienia jednak książka dobra, wyważona, przemyślana, solidna, bardzo plastyczna i wiarygodna.

Maria-Rita Labrosse i Witold Gombrowicz, Vence, lata sześćdziesiąte

Maria-Rita Labrosse i Witold Gombrowicz, Vence, lata sześćdziesiąte

Największą siłą tej pozycji jest to, że autorka prawie w ogóle nie zaznacza swej obecności, sądów i opinii, a jeśli już to robi to bardzo subtelnie, między wierszami. W tym tkwi tajemnica piękna jej literackiego malarstwa. Dostajemy obraz samego Gombrowicza, a także ludzi i okoliczności jego życia. Co z tym zrobimy, to już nasza sprawa.

Jest to również opis dawnej Polski, zarówno tej wiejskiej, ziemiańskiej, jak i wielkomiejskiej, warszawskiej. Co bardzo często oznacza kolejne „Zdążyć przed Panem Bogiem”, bo tamten świat odszedł był już w przeszłość, a Siedlecka w ostatniej chwili odwiedziła, w ten lub inny sposób, i wypytała, również już odchodzących, jego naocznych świadków. Opis cenny, wielopłaszczyznowy, zróżnicowany, reprezentowany zarówno wspomnieniami ludzi prostych, niewykształconych, jak i elit ówczesnego świata: arystokracji i inteligencji.

Warto podkreślić, że jest to debiut Siedleckiej w kategorii biografii literackich. Debiut udany i całkiem smakowity w lekturze. Przyznam, że fanem jej pisarstwa stałem się po lekturze „Pana od poezji” – tamta książka jest wyśmienita i pozostaje klasą samą dla siebie. Jednakże w jak innych okolicznościach była pisana („Jaśnie Panicz” wydany w 1987 roku, „Pan od poezji” w 2002) oraz jakże innego literacko i estetycznie człowieka opowiadała.

W ostatnim słowie warto wspomnieć o zagadnieniach edytorskich. Jest to nareszcie wydanie porządne, nawet odrobinę eleganckie. W solidnej twardej oprawie. Wyposażone w zdjęcia i ilustracje, w liczbie akuratnej i adekwatnej do treści, którą zawiera. Znajdziemy tu faksymile zarówno korespondencji Gombrowicza, jak i pewnych jego dokumentów. Książka posiada dobrze opracowany i sporych rozmiarów „Indeks osób”, co ułatwia poruszanie się po niej w trakcie mniej standardowej lektury. Zamieszczono tu również kilka recenzji, w tym też  słowo „Od autorki”. I jeśli przy tych pierwszych możemy nieco zastanawiać się nad sensem decyzji redakcji, to ostatnie wydaje się konieczne i niezbędne, wziąwszy pod uwagę kontrowersyjność samego Gombrowicza, jak i radykalnie rozbieżne oceny jego życia i twórczości w społeczeństwie polskim.

Joanna Siedlecka, Jaśnie Panicz. O Witoldzie Gombrowiczu, Wydawnictwo MG, Kraków 2011.

Dominik Śniadek

Vladimir Nabokov, Lolita.


Lolita-okladka-2012O, pani na mych włościach!

Jakże dziwnie i słodko było odnaleźć ją samą w przedziwnym gaju imion,
w eskorcie róż – księżniczkę elfów między dwiema damami dworu.

Lolito, ornamencie literackiego kosmosu, ogniu lędźwi słowa, pomiędzy które wciskasz się bez pardonu, niewinna i dzika jednako, światłości swej świadoma!

Z jakimż nietaktem ten padół ziemski Cię nosi, niegodzien zadrapań Twych całować na kolanach, niegodzien piasku spod stóp Twych zamiatać, niegodzien szeptu Twego słuchać, wsłuchiwać się w Ciebie całą, Ciebie, co słowa w szeregu, jedno po drugim po kątach rozstawiasz, niegodzien kosmyków włosów Twych muskać, tychże nawet, co to upadły na ziemię pod upośledzonym ostrzem homo ferusa fryzjera, człowieka zdziczałego, barbarzyńcy, który perfekcję Twą dotykiem wulgarnym pokalał.

Lolito, panno zwiewna! Kto Cię dzieckiem zowie, ten oczy stale musi ku słońcu zwracać, oślepiony, bądź gałki oczne bielmem zasnute nadaremno przecierać, nadaremno, bo jasnym jest, iż oślepł na wieki. Sto czterdzieści Twoich pięć centymetrów pod nieboskłon Cię wznosi, skąd wszystko małe, małe i nędzne, a Tyś jedna wielka.

Jean-Honore-Fragonard-HustawkaO, panno wśród ruin! Grzęźniesz w mych rękach, konterfekt Twój niczym gołąb zamknięty w klatce, skazany na odruchy puste złej człowieczej woli, być może na słowo, dwa-trzy słowa, cztery, choć Ciebie słowami opisać nie sposób. Pisali o Tobie, o nas, piszą i pisać będą nieprawdę, by znaleźć podłe ujście dla stłumionej zazdrości. Piszą jakoby obrzydliwe to było, a czyżże ohydą mogą być słowa tak czarowne, tak kunsztowne, w świetle godźmiszowatej latarki błyszczące? Czyż godzi się rozliczać uczucie z jego niedoskonałej percepcji dlatego tylko, by zadość uczynić konwenansom?

Gdyby chociaż prawdą było, co jątrzą w swoim zaślepieniu! Trzydzieści pięć Twoich kilogramów na szali tonę złota przeważy, bo wszystkie skarbce świata puste są i nieważkie, gdy stajesz w pobliżu. Słyszycie? Stukot kół na wyszczerbionym bruku, syrena statku w żagle zajadle dmąca, ryk pasażerskiego samolotu. A Tyś tam wszędzie już była, nadal jesteś, ulepiona z gliny, która wszak nie kruszeje!

Usypiasz, a potem wracasz każdego poranka, coraz starsza i niezmieniona zarazem. Kielnia tego, który ofiarował Ci życie, już dawno rdzewieje, przymarzła w cemencie, ale Ty… Och, Ty, odnaleziona w przedziwnym gaju imion, w eskorcie róż, Ty, unieśmiertelniona księżniczko, orędowniczko absolutnego piękna, Ty już na zawsze panować będziesz na tych kruchych włościach. Uległa, boska i wieczna, Lolito. Ponieważ taką Cię stworzył.

Vladimir Nabokov, Lolita, tłum. Michał Kłobukowski, Wyd. MUZA SA, Warszawa 2012.

Rafał Niemczyk

* Czytelnikom, poszukującym wielorakich interpretacji, smaczków i ciekawostek na temat „Lolity”, polecam cykl opracowań naszego kolegi po fachu, Zbyszka Kwiatkowskiego, opublikowanych na łamach bloga W zaciszu biblioteki.

%d blogerów lubi to: