Matthias Picard, Jaś Ciekawski. Podróż do serca oceanu. Recenzja.


Jas-Ciekawski-okladkaKomiksowy ocean 3D, czyli powrót do dziecięcej mentalności

Za dzieciaka najbardziej zaciekawiało to, co nowe. Opatrzone krajobrazy, miejsca poznane jak własna kieszeń, przedmioty wymacane wcześniej setki razy, znajome twarze – wszystko to dawało wprawdzie poczucie bezpieczeństwa, ale na dłuższą metę nudziło, wywołując zniecierpliwienie. Za dzieciaka o wiele bardziej atrakcyjne było odkrywanie. Eskapada do jeszcze niepoznanego zakątku miasta, wizyta w domu nowego kolegi, zapachy nieznanych kwiatów na łące i ekstra smaki lodów, rozpoczęcie kolejnego poziomu w ulubionej grze albo przeglądanie nowych książek i komiksów – to była prawdziwa ekscytacja. Duch przejętego i „napalonego” na nowe bodźce dzieciaka-odkrywcy uchował się w wielu z nas. Dziś, już jako świadomi i dorośli (?) konsumenci kultury, wciąż witamy nowe, cenne publikacje rozedrganymi dłońmi i mocniej bijącym sercem. Zupełnie jak dawniej. Tak, czasem i dziś, pomimo pierwszych siwych włosów (kilku, ale jednak *), naprawdę bywa jak dawniej. Jednej z takich chwil, chwil niepodważalnej dziecięcej radości dostarczyła nam ostatnio lektura albumu pt. „Jaś Ciekawski. Podróż do serca oceanu”.

Jas-Ciekawski-1

Publikacja, wydana przez Kulturę Gniewu w serii „Krótkie Gadki”, ma trafiać przede wszystkim do młodszego odbiorcy. A jednak to, co zbudzi w dzieciakach instynkt małego odkrywcy, w starszych eks-odkrywcach wyzwoli na powrót… mentalność dziecka. „Jaś” jest książeczką bez słów, okaże się więc wspaniałą lekturą również dla najmłodszych, jeszcze nieczytających odbiorców. Sprytne, intrygujące i – co zaraz wyjaśnimy – nowatorskie.

Jas-Ciekawski-myW pierwszej kolejności wyjątkowość „Jasia Ciekawskiego” opiera się na jego formie. To bowiem komiks trójwymiarowy. Dziś wszystko zaczyna być 3D, 4D, tak więc i komiks poszedł z duchem czasu. W zestawie z „Jasiem” otrzymujemy dwie pary specjalnych okularów do wspólnego oglądania. Tematem historii stworzonej przez francuskiego artystę, Matthiasa Picarda, jest tytułowa podróż sympatycznego człowieczka ubranego w skafander. Schodzi on do świata fascynujących głębin i odkrywa podwodne sekrety. Oglądanie komiksu jest więc zajmujące co najmniej na dwóch poziomach: pozwala wraz z bohaterem eksplorować nieznaną, bajeczną i fantazyjną przyrodę, a przy tym jest spotkaniem z czymś osobliwym: „trójwymiarowością papieru”.

Jas-Ciekawski-2A trójwymiarowość ta robi ważenie. Zarysowane grubą, gęstą kreską ciemne kadry, pełne detali, wypełnione po brzegi ciekawymi elementami, stworzonkami i roślinkami, naprawdę sprawiają wrażenie głębi. Zaczynamy więc wodzić palcami po kolejnych stronach albumu, odruchowo sprawdzając, czy da się w nich zanurzyć. I rzeczywiście – na swój sposób w planszach Picarda da się „zatonąć”! Podwodny świat bada się powoli, śledząc każdy najdrobniejszy niuans. Rysownik odkrywa przed nami nie tylko tajniki bujnej natury, ale również zatopione miasta i niepokojące zakątki mrocznego oceanu.

Jas-Ciekawski-3„Jaś Ciekawski” (w oryginale „Jim Curious”) cieszy oczy. Od tego chyba przede wszystkim jest. To wspaniały popis wyobraźni – mimo że sympatyczny, ładny, prosty, to jednak wcale nie infantylny. Nie sposób machnąć na niego ręką. Zakładając okulary i otwierając album, z gardła wydobywa się mimowolne: „łaaaaaał!”. A skoro tak wygląda reakcja „dorosłych”, to ile radości „Jaś” musi przynosić dzieciakom? Tyyyyyyy-leeeeee!

Matthias Picard, Jaś Ciekawski. Podróż do serca oceanu, Kultura Gniewu, Warszawa 2013.

Dorota Jędrzejewska
Rafał Niemczyk

* Tych kilka siwych włosów ma Rafał, Dorotka ma na zawsze wszystkie rude.

Krystyna Miłobędzka, Iwona Chmielewska, Na wysokiej górze.


Permanentne odbicie w lustrze

Od premiery Na wysokiej górze, książki-spotkania Krystyny Miłobędzkiej i Iwony Chmielewskiej, minęło kilka dobrych miesięcy. Publikacja Wydawnictwa Miejskiego Posnania była przez ten czas wielokrotnie nagradzana. Podczas 5. Targów Książki dla Dzieci i Młodzieży we Wrocławiu przyznano jej główną nagrodę w konkursie Dobre Strony. Otrzymała też honorowe wyróżnienie w Konkursie na Najpiękniejszą Książkę Roku 2013, organizowanym przez Polskie Towarzystwo Wydawców Książek, z kolei Biblioteka Raczyńskich z Poznania przyznała swoje wyróżnienie w ramach Poznańskiego Przeglądu Nowości Wydawniczych „Książka zimy 2013/2014”.

Ewa Gruda – jurorka wrocławskiego konkursu – powiedziała podczas gali: „O książkach często mówi się, że są magiczne. Przyznam, że to określenie pasuje do tej książki znakomicie. Jest to dzieło dwóch niezwykłych, uzupełniających się artystek”. Po prawdzie, chociaż trudno w to uwierzyć, Krystyna Miłobędzka nie uczestniczyła w procesie tworzenia publikacji. Jak napisał mi Jarosław Borowiec: „Książka powstawała w zupełnie wyjątkowy sposób, bo była prezentem dla Krystyny Miłobędzkiej; p. Krystyna zobaczyła ją po raz pierwszy w pełni dopiero na targach, nie było żadnych konsultacji, żadnych zmian…”.

Na-wysokiej-gorze-1Jarosław, zapytany przeze mnie o rodowód publikacji, odpowiedział: „Ten pomysł był taką wypadkową rozmów, które prowadziłem z Olchą Sikorską, komisarzem targów i inicjatorką nagrody „Pegazika” dla Miłobędzkiej. Znałem wcześniej prace Chmielewskiej, jej warsztat, stąd pomysł wydał mi się naturalnym połączeniem – różnych, ale w wielu miejscach tożsamych sobie światów”. Iwona Chmielewska wzięła na warsztat fragment tekstu Na wysokiej górze. Commedia della lingua, przedstawienia teatralnego (a właściwie, „gry słownej dla teatru”) napisanego przez Krystynę Miłobędzką. Mam w domowej biblioteczce książkę poetki Siała baba mak, z której zaczerpnięte zostały słowa. Sztuka opatrzona jest rozbudowanym zestawem didaskaliów, w których autorka wszystkowierszy dzieli się swoimi wątpliwościami: „(…) może wszytko odbywa się inaczej – bardzo uroczyście”, „Któreś zaczyna opowiadać, a potem toczy się «rozmowa», która może być grą w talerzyki i pałeczki. Nie znam zasad tej gry”.

Na-wysokiej-gorze-2Chciałbym zacytować jeszcze fragment z posłowia książki Miłobędzkiej, które śmiało można odnieść do omawianej publikacji: „Mówi się jedno słowo a dzieje się wiele rzeczy, wiele rzeczy dzieje się bez słów albo dzieją się same słowa. Rozmaicie. Na czytelników i aktorów czekają także puste miejsca do wypełnienia własnymi słowami. Czekają również gotowe słowa, gotowe przedmioty i role jeszcze niczyje (…)”. Ponieważ Chmielewska pozostawia między ilustracjami również wiele pustych przestrzeni, które może wypełnić (jeśli tylko będzie chciał) czytelnik. Napisałem w pierwszym zdaniu, że Na wysokiej… to książka-spotkanie. Intymne spotkanie (w sensie: ciche, spokojne, skupione), w którym tekst Miłobędzkiej spotyka się z ilustracjami Chmielewskiej, a może odwrotnie. Czytelnik może brać w nim aktywny udział, może dopowiadać (dograć?), współuczestniczyć. Czy ktoś zna odpowiedź na pytanie, dlaczego na jednym z końcowych paneli pies wchodzi po schodach i dlaczego patrzy na zwiewną, białą sukienkę?

Na-wysokiej-gorze-4Nadszedł właśnie taki moment, w którym powinienem napisać, o czym opowiada ten piękny picturebook. Nie jestem pewien, ale postaram się zanotować swoje intuicje, chociaż nie przypominam sobie, abym podczas lektury jakiejkolwiek innej książki miał aż tyle wątpliwości. Czuję się trochę tak, jakbym nie znał reguł tej gry. Z jednej strony jest o starości, która wspomina młodość. Z drugiej strony, jeśli ustawimy lustro pod innym kątem, jest o młodości, która projektuje starość. Jest prawie milczącą lekcją, że wszystko wydarza się jednocześnie, wszystko zawiera się we wszystkim: starość w dziecięcości i odwrotnie, że mała dziewczynka mieszka w starej kobiecie, a w dziewczynce babcia i prababcia. Permanentnie odbijamy się. W lustrach, w czasie, w sobie. Czy kot patrzący w lustro siebie widzi, czy innego kota?

Na-wysokiej-gorze-5O tym, że czasem czujemy się bardzo samotni w pustym pokoju. Dom jest światem, a świat domem. Dom nie jest stałym elementem przestrzeni, jest miejscem niesionym przez czas, oglądanym z różnych perspektyw pamięci i mającym na nią (pamięć) zasadniczy wpływ. Kobieta, nie młoda i jeszcze nie stara, siedzi w pokoju i przez ramę okienną spogląda na rzeczy za nim. Z domu wychodzi się, do domu się wraca, mamy do czynienia z ciągłym przemieszczaniem się. Czas dany nam jest niczym w porównaniu z czasem drzewa, ale czy trzeba się tym smucić? Niekoniecznie. Dziewczynka wychodzi do lasu, a wraca stara kobieta. (Dlaczego te dwa słowa brzmią tak zgrubiale, tak mało przyjaźnie?)

Na-wysokiej-gorze-okladka-2Wyliczanka Miłobędzkiej, zbudowana w myśl zasady: na hasło odpowiada się „skrzywionym” odzewem, jest miejscami zabawna. Muszę przyznać, że właściwie trochę w ilustracjach Chmielewskiej brakuje mi właśnie zabawy. Całość jest melancholijna, utrzymana w nostalgicznym tonie, który podkreśla spłowiała kolorystyka. Jedynie w niektórych panelach świeci intensywnie czerwona kula azalii.

Czy moje intuicje są słuszne? Nie wiem.

Krystyna Miłobędzka (tekst), Iwona Chmielewska (ilustracje),
Na wysokiej górze, Wydawnictwo Miejskie Posnania, Poznań 2014.

[tekst: 5, ilustracje: 5+, kolory/cienie: 4]

Maciej Gierszewski
Kopiec Kreta

Shaun Tan, Regulamin na lato.


Jeśli nie znasz reguł, weź ze sobą przewodnika

Braliśmy wszystko to, co dało się zabrać, stając się na wieki dłużnikami. Przeskakiwaliśmy przez szosę, z jednej strony chodnika na drugą, gdzie nie czekało na nas nic prócz podziurawionych betonowych kwadratów, z których letnie ulewy spłukiwały wyrysowane kredą lub cegłą symbole. Były to sekretne znaki na ołtarzach, po których deptały podziurawione i zakurzone trampki. Obserwowaliśmy owady, ich życie w upale było zbyt pracowite i pełne pasji, aby się nami przejmować. Wąchaliśmy truskawki, bo nasze żołądki nie dały już rady ich pomieścić, a żując na wyścigi pestki z czereśni, graliśmy na nosie zgrzybiałemu właścicielowi sadu. I było lato, i dni były długie, nieskończone: zaczynały się gruchaniem gołębi, trwały w popołudniowym bezruchu dumne i gorące, by zakończyć się dopiero różowym blaskiem nieba, na tle którego odcinały się ptaki wieczora, kruki, wrony, i smukłe kominy elektrowni. I każdy taki dzień trwał tak długo, dopóki niebo nie zniknęło, a kiedy już zniknęło, znikaliśmy i my, wracaliśmy do domów i kładliśmy się spać w bezgranicznej ufności, że promienie słońca wędrują i zawracają, wędrują i zawracają, by za parę godzin znów obudzić gołębie na poddaszach, osuszyć trawę z porannej rosy, rozświetlić letni ołtarz i ocucić z letargu swych wyznawców. Wielu z nas chodziło spać ze smutkiem, niekochani, oszukani, ale budziliśmy się zawsze pełni wiary. Mieliśmy swoje zasady. Najważniejsze, że było ciepło.

(„Ciepło”)

Tego nauczyłem się ostatniego lata:

Lato rządzi się własnymi prawami. To wtedy wolno włóczyć się do samej nocy, a do domu wracać z poharatanymi łokciami i siniakami w zaskakujących miejscach. Mimo że na lato składa się kilka najbardziej beztroskich tygodni w roku, jest ono jednocześnie okresem najintensywniejszego dorastania. Pozostawieni samopas przygodzie, nieodpowiedzialni i rozochoceni słońcem, nazbyt pewni siebie i zupełnie naiwni, to właśnie latem poznajemy świat najintensywniej. Nie z podręczników i regułek wygłaszanych przez odpowiedzialnych opiekunów, ale z własnego doświadczenia.

Nigdy nie zostawiaj jednej czerwonej skarpetki na sznurze do suszenia prania.

Musimy jednak zachować ostrożność. Nasza letnia wolność, choć piękna, może nas bowiem wpuścić w maliny. Bezcenny okazuje się więc bardziej doświadczony towarzysz i zbiór odpowiednich zasad. Bohaterów jest zatem dwójka: starszy z nich jest przewodnikiem młodszego (brata?), odkrywa przed nim tajemnice i reguły. Taka konwencja przypomina nieco wspaniałą grę video stworzoną przez studio Starbreeze pt. „Brothers: A Tale of Two Sons” – osadzoną w klimatach skandynawskich legend i baśni Andersena opowieść o dwóch braciach wyruszających w podróż po lekarstwo dla chorego ojca.

„Regulamin na lato” to kolejny popis nieograniczonej wyobraźni i wspaniałej kreski Shauna Tana. Tym razem sięga on do czasów dzieciństwa, które spędził na przedmieściach australijskiego Perth. Jednak podobnie jak w przypadku innych dzieł Australijczyka, i tutaj mamy do czynienia z dziełem uniwersalnym. Lato i dzieciństwo każdy przeżywa i pamięta na swój sposób, mimo to istnieje szereg kluczy, za pomocą których jesteśmy w stanie się porozumieć. Tan za pomocą swojego picture booka oddaje w nasze ręce cały pęk kluczy – złożone sceny i krajobrazy pełne są metafor, dwuznaczności i symboliki. Punktów regulaminu jest szesnaście, a każdy z nich zawarty jest dokładnie w jednym zdaniu.

Nigdy nie dawaj kluczy nieznajomemu.

Ilustracje Shauna Tana to wielobarwne, soczyste obrazy olejne, często wypełnione znaczącymi szczegółami. Bez trudu dostrzeżemy w nich przeróżne inspiracje, z których na pierwszy plan wysuwają się prace przedwojennego brytyjskiego surrealisty Paula Nasha. Krajobrazy są bujne i parne, ale nie zawsze beztroskie. Prócz pięknych scenerii i lazurowego nieba, mamy tu surowe, opustoszałe przedmieścia, wszędobylskiego kruka czy korowód niepokojących gości. Surrealistyczne widziadła podkreślają niesamowitość letniej przygody, ale ostrzegają też, że niebezpieczeństwa czyhające na naszych małych bohaterów, choć nienazwane, są bardzo realne. Zwłaszcza, jeśli ktoś nie zna reguł.

Shaun Tan, Regulamin na lato, tłum. Jacek Drewnowski, Kultura Gniewu, Warszawa 2014.

Dorota Jędrzejewska
Rafał Niemczyk

Preludium do parady (więcej na: http://www.shauntan.net)

Wilhelm Sasnal, Lawa. Recenzja.


Lawa-okladkaSzkicownik

Niedawno, po ponad dziesięciu latach, raz jeszcze przeczytałem cały Kwartet aleksandryjski Lawrence’a Durrella. Tetraksiąg kolejny raz zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Kiedyś zachwycałem się emocjonalnymi więziami, które spajają życie bohaterów, duszną atmosferą opowieści, obrazem miasta Aleksandrii (ten przerażający cytat: „Miasto, gdy kochasz w nim jedną istotę, staje się światem”). A tym razem zwróciłem uwagę przede wszystkim na konstrukcję cyklu (choć sam Durrell dobitnie podkreślał, że jest to jedna książka, chociaż nie powinna być wydawana w jednym tomie). Konsekwencje zmiany perspektywy z tomu na tom powodują, że czytelnik patrzy na te same wydarzenia z odmiennych perspektyw. To z kolei implikuje przerażające odkrycie, że nie ma jednej Prawdy, że zależy ona od tego kto opowiada i komu. Wystarczy zmiana perspektywy, a okazuje się, że historia nie jest skończona, że można opowiadać ją w nieskończoność. Bernadeta Darska pisała: „Oczywiste pytanie, czyja wersja jest najbliższa prawdy, pozostaje bez odpowiedzi – jednej prawdy przecież nie ma, daje nam do zrozumienia autor, a ta, którą poznajemy, choć wysuwa się na plan pierwszy, to podlega jednocześnie unieważnieniu za sprawą konkurencyjnej opowieści”.

Lawa-1Po nieco przydługim wstępie przejdę do meritum, czyli do komiksu Wilhelma Sasnala pt. Lawa. Nadal jednak myślę o Kwartecie aleksandryjskim, a dokładniej – o formalnym zabiegu zastosowanym przez Durrella: opowieść jest Prawdziwa dla tego, który opowiada i, jakby przy okazji, dla czytelnika, który pełen ufności i wiary wchodzi w świat przedstawiany. Czytelnicze zaufanie, jakim zwykle obdarzamy autora, zostało skrzętnie wykorzystane przez Sasnala. Ułudę autentyczności potwierdza także edycja książki, która sposobem wydania i formatem przypomina szkicownik. Czytając, łapałem się na tym, że uważałem, aby palcami nie dotknąć rysunków, bałem się, że zostawię smugę, rozmażę rysunek, który wykonano ołówkiem. Pozorność potwierdzenia fikcji spotęgowana została przez artystę poprzez pierwszą ilustrację, na której widzimy stopy w japonkach, lewą dłoń podtrzymującą notatnik, w którym ktoś rysuje stopy w japonkach i podtrzymywany na kolanach notatnik.

Lawa-2Jeszcze nie wiemy, kto rysuje, co konkretnie, dla kogo, gdzie ta osoba się znajduje, czy jest w pomieszczeniu, a może na zewnątrz. Przewracając kolejne kartki, liczymy na jakieś odpowiedzi, wyraźne podpowiedzi, jednakże ostatecznie dostajemy ich niewiele. Opowieść jest enigmatyczna: jest jakiś On, który pisze i rysuje ołówkiem w notatniku (Czy ten notatnik czytamy?), jest jakaś Ona. Nie poznajemy ich imion. Podróżują autostopem: kiedy? dokąd? – nie wiadomo dokładnie. Zatrzymują się niedaleko morza, w tle widać stożek wulkanu, na jęzorach lawy rozbijają namiot. Odwiedzający ich tubylcy mówią po hiszpańsku. Ile trwa ich wspólne bycie, tego też nie wiadomo. Wiele pytań, aż do „dziennikarskiego” epilogu, pozostaje bez odpowiedzi. Luki w opowieści jesteśmy zmuszeni wypełnić sobie sami. Na planie emocjonalnym niewiele się dzieje. Akcja sunie powoli, niczym masy lawy spływające powoli po stoku. Negatywne emocje, wybuchy bohatera wiążą się ze szkicownikiem, z tym jak Ona, bez pozwolenia, go przegląda i czyta (Następnie zadaje pytania: „Dlaczego rysujesz mnie tak jak niewyglądam? I siebie też? Narysujesz mnie kiedyś tak jak wyglądam naprawdę?” – pytania na tyle ważkie, że czytelnik mimowolnie skupia na nich swą uwagę, ponieważ kwestionują prawdziwość, ujmują w nawias opowieść).

Czy ma znaczenie, że Sasnal opowiada autentyczną historię? Im dłużej myślę o tej książce, tym bardziej stosowna wydaje mi się zmiana formy pytania na: Czy powinno to mieć znaczenie? Oczywiście, natychmiast pojawiają się kolejne pytania: do jakiego stopnia i co jest w niej autentyczne? Prawdziwi są bohaterowie: Brittany-Jane Royal oraz Boaz Johnson. Prawdziwe jest miejsce akcji: wyspa Hawai’i, okolice Kalapana, miasta opuszczonego na wskutek wybuch wulkanu Kīlauea. Czy te suche fakty mają jakieś znaczenie dla interpretacji książki?

Lawa-3Zamiast zakończenia będzie cytat z Wiersza bez światła Marcina Świetlickiego:

A więc światło umarło, Wiele martwych świateł
leży przede mną, w tym bezkształtnym mroku.
Ze wszystkiego się zawsze uda robić wiersze,
z martwego światła także. Nawet jest pożytek
z ujadania sąsiadek. Z pana kierownika,
który się niebezpiecznie w Pana Boga bawi.

Wilhelm Sasnal (scen. & rys.), Lawa, Fundacja Galerii Foksal, Warszawa 2014.

[scenariusz: 4+, rysunki: 4, kolory/cienie: 5+]

Maciej Gierszewski
Kopiec Kreta

* Może dla niektórych czytelników będzie miało znaczenie, że książka pierwotnie ukazała się w USA i towarzyszyła miesięcznej wystawie Sasnala w Anton Kern Gallery w Nowym Jorku. Więcej szczegółów TUTAJ

Shaun Tan, Przybysz. Recenzja.


Przybysz-okladkaSwój w obcym kraju

Gdyby tak usiąść i zastanowić się nad tym dłużej, uznać by można pomysł opowiedzenia o rozłące bez pomocy słów za jednocześnie: prosty, dość karkołomny, lecz jednocześnie genialny. Jako że mamy do czynienia z australijskim mistrzem obrazu, Shaunem Tanem, autor „Przybysza” bezsłowność swojej opowieści czyni jednym z jej głównych atutów. To właśnie brak słów w którymś ze znanych nam języków sprawia, że rysunki Tana ożywają na kartach komiksu, układając się mimowolnie w niewypowiedziane zdania, emocje i historie. Zasłużenie obsypany licznymi nagrodami „Przybysz” jest opowieścią o emigracji, wyobcowaniu, próbie odnalezienia swojego miejsca w nieznanej i egzotycznej rzeczywistości, a także o sile rodzinnej więzi, stanowiącej dla bohatera największe oparcie.

Przybysz-1Nie ma potrzeby, by zdradzać szczegóły niezbyt skomplikowanej fabuły komiksu. Wystarczy powiedzieć, że pewnego dnia ojciec pakuje walizkę i wyrusza za chlebem do dalekiego kraju, pozostawiając w domu tęskniącą żonę i dorastającą córkę. Jak zaznacza autor w krótkiej nocie na końcu książki, inspiracją dzieła były w dużej mierze anegdoty opowiedziane przez imigrantów z różnych stron świata, w tym również ojca samego Shauna Tana, który przybył do Australii z Malezji w 1960 roku. Tan inspirował się również fotografiami ze starych albumów (m.in. zdjęciem z 1912 roku, na którym uwieczniono chłopca ogłaszającego zatonięcie Titanica), a także rysunkami i obrazami z XIX i XX wieku. Nie byłoby w tym niczego nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że artysta dokonuje syntezy neorealistycznych ujęć (np. kadry z tłoczącymi się ludźmi), znanych z wybitnych filmów włoskich reżyserów tego okresu (choćby Roberta Rosselliniego), z surrealistycznym pejzażem odległego świata.

Przybysz-2Neorealizm jest zresztą wpisany w „Przybysza” również od strony programowej. Podglądanie ciężkiego losu emigrantów w historii Shauna Tana przywodzi na myśl okres powojenny, a więc czasy największej świetności włoskiego kina, kiedy to głównymi aspiracjami ówczesnych reżyserów (Rossellini, Visconti) były filmy „przyglądające się życiu”. Hanna Książek-Konicka szuka korzeni tego filmowego powołania w „wizualnym typie kultury, jaki owocował we Włoszech przez stulecia olśniewającym bogactwem i niespotykaną ilością sztuk plastycznych”. Skąd u komiksiarza z Antypodów taka właśnie inspiracja? Takiej wiedzy nie mam. Natomiast zamiłowanie do nostalgicznych i surrealistycznych obrazów dostrzeżemy bez trudu zarówno we wcześniejszej, jak i późniejszej twórczości Tana, m.in. w „Opowieściach z najdalszych przedmieść” czy „Zagubionej rzeczy” (za krótkometrażową animowaną adaptację tej książki otrzymał wraz z Andrew Ruhemannem w 2011 roku Oscara).

Przybysz-3W „Przybyszu” surrealistyczny świat z jednej strony służy autorowi do uwypuklenia izolacji naszego bohatera i jego towarzyszy w doli lub niedoli (bo obraz Australijczyka, choć melancholijny, nie jest z gruntu pesymistyczny). Drugą rolą, którą pełni owa stylistyka, jest – paradoksalnie – nadanie dziełu rangi uniwersalnej (znów kłania się neorealizm, w którym obserwację dramatu szarego człowieka twórcy przedzierzgali w wielkie uogólnienia).

Kraina, do której trafia nasz emigrant, pełna jest dziwnych istot, roślin, maszyn, pojazdów i budowli. Język, którym posługują się jej mieszkańcy, to system tajemnych znaków i symboli. Wraz z oniryczną stylistyką (popadającą momentami w steampunkowe tony) znakomicie oddają one zagubienie mężczyzny w radykalnie obcym dla niego miejscu. Do tego dochodzi specyficzna kolorystyka i kadrowanie – najróżniejsze odcienie sepii i często stosowany „fotograficzny” układ kadrów przywodzą na myśl stary album ze zdjęciami. Oglądamy zatem starą jak świat (i emigracja) historię zwykłego człowieka przeniesioną w egzotyczne (wręcz fantastyczne) realia.

Przybysz-4Dzieło Shauna Tana, pomimo postmodernistycznej otoczki, dzięki swej płynności i wiarygodności, zachowuje cechy klasycznej (choć niemej) opowieści. Odkrywając krok po kroczku zasady rządzące obcą krainą, później zaś jej zakamarki i mieszkańców, dostrzegamy podobieństwo z „naszym” światem. Choć pejzaże wydają się abstrakcyjne, a niektóre istoty budzą grozę, mechanizmy rządzące „nieznanym” są nam raczej znane. W ten sposób autor pogodził zapędy własnej wyobraźni, która przełożyła się na wspaniałe rysunki, z uniwersalnym przekazem. A że uczynił to w mistrzowski sposób, „Przybysz” stał się komiksem, który nawet sceptycy mogą uznać za wybitny.

Shaun Tan (scenariusz & rysunki), Przybysz, Kultura Gniewu, wyd. II, Warszawa 2013. 

Rafał Niemczyk

%d blogerów lubi to: