Rutu Modan, Zaduszki. Recenzja.


Zaduszki-okladkaWyjątkowo ciepłe Zaduszki

Lektura „Zaduszek” Rutu Modan działa jak balsam dla duszy. Rozlewa się przyjemnym ciepłem w okolicach serca i zastyga uśmiechem na ustach. Aż dziw bierze, że takie reakcje wywołuje komiks rozgrywający się burą, warszawską jesienią w przeddzień Święta Zmarłych. Komiks, którego tematem są niełatwe i zagmatwane polsko-żydowskie stosunki.

Autorka świetnych „Ran wylotowych” już zasiadając do tworzenia scenariusza „Zaduszek”, miała zupełnie inne założenia niż rozdrapywanie ran. W wywiadzie udzielonym na potrzeby „Zwierciadła” mówiła:
O Holokauście napisano wystarczająco dużo książek. W tym jeden z najwspanialszych komiksów – „Maus” Arta Spiegelmana (…) Polacy, Żydzi, Palestyńczycy, wszyscy są ekspertami od bycia ofiarami. Jesteśmy w tym naprawdę dobrzy, a przecież bycie ofiarą to słaby sposób na znalezienie rozwiązań dla istniejących problemów.

Komiks Modan nie unika trudnej historii, choć traktuje ją z dużym dystansem (niektórzy powiedzą, że ze zbyt dużym). W gruncie rzeczy jest niepozbawioną nostalgii, trochę wyidealizowaną obyczajową komedią z kryminalnym zacięciem.

Zaduszki-1Bohaterkami są dwie kobiety: 90-letnia Żydówka Regina Segal oraz jej dorosła wnuczka. Obie przylatują z Izraela do Polski, by odzyskać rodzinną nieruchomość utraconą w czasie II wojny światowej. Tuż po przylocie do stolicy sympatyczna babcia zaczyna zachowywać się nad wyraz podejrzanie. Wnuczka zdziwiona tą przemianą, bierze sprawę w swoje ręce i rozpoczyna osobiste śledztwo, jednocześnie odkrywając dla siebie stolicę Polski. Krok w krok za dziewczyną podąża wyjątkowo antypatyczny typ („przyjaciel rodziny” Jagodnik), choć dla równowagi spotyka ona również intrygującego przewodnika po żydowskiej Warszawie (a przy okazji rysownika komiksów). Uczucie wisi w powietrzu wraz z odkryciem wielkiej rodzinnej tajemnicy. Jak się bowiem okazuje, sekrety babci dotyczącą znacznie mniej przyziemnych spraw niż stara, warszawska nieruchomość.

Rutu Modan inspiracje dla komiksu czerpała bezpośrednio z historii własnej rodziny. Jej dziadkowie wyemigrowali z Polski z początkiem II wojny światowej. Mieli wiele szczęścia, ale trudna historia poniekąd złamała im serce. Autorka odkurza tamte wydarzenia, zgrabnie żeniąc je z własną fantazją, intrygą i genialnym wręcz zmysłem obserwacji.

Zaduszki-3

Zaduszki-4Podobnie jak w „Ranach wylotowych” Modan wykazuje się niebywałą umiejętnością odtwarzania nastrojów, gestów, kreślenia sytuacji i dialogów bezpośrednio wyjętych z życia. W ten sposób opowieść dotycząca konkretnego, szczegółowego tematu, jest paradoksalnie bardzo uniwersalna – traktuje bowiem o uczuciach znanych każdemu i doskonale je odwzorowuje. U Modan bawią i wzruszają nawet kadry tworzone poniekąd na obrzeżach fabuły – spojrzenie, ruch ręki, reakcja, dwa słowa, wszystko odwzorowane z drobiazgową starannością. Cieszy również świetne odtworzenie polskiej rzeczywistości – wnętrze skromnej restauracji, pachnącego PRL-em hotelu, ulice, witryny, mieszkania. Rutu Modan potrafi prześwietlać więc nie tylko ludzi, ale i miasta. Jej kreska – prosta i nawiązująca do dawnych tradycji komiksowych – bywa momentami bardziej realistyczna niż twórczość niejednego hiperrealistycznego autora.

Wspomnieć należy również o rewelacyjnym poczuciu humoru autorki. To kolejny jej talent, dzięki któremu „Zaduszki” czyta się z ogromną satysfakcją. Humor jest tutaj raz ciepły i dobrotliwy, innym razem bywa subtelnie złośliwy i ironiczny. Nie bez uroku, a jednak precyzyjnie, Modan naigrawa się choćby z komercjalizowania historii albo traktowania jej z przesadnym, wystudiowanym patosem. Mnogość nastrojów i motywów, które pojawiają się na kartach jej komiksu: od tęsknoty, poprzez zauroczenie, charakter międzypokoleniowych relacji, chciwość i kombinatorstwo, aż po zwyczajną prozę życia – nie przeszkadza autorce zapanować nad tym barwnym tyglem. Doskonale potrafi ona wyważyć proporcje i poprowadzić historię tak, by czytało się ją bez najmniejszych przeszkód. Jak się okazuje, jest również doskonałą „konstruktorką” scenariuszy – lekko zaplątanych, a jednak od początku do końca zrozumiałych.

Zaduszki-5Podstawowym zarzutem, który przewija się w mniej pochlebnych recenzjach „Zaduszek”, jest obcesowe potraktowanie poważnego tematu i ubranie go w nadto kolorowe barwy. Spróbujmy spojrzeć na to jednak z innej strony. W gruncie rzeczy bowiem opowieść Modan odwzorowuje stosunek do historii charakterystyczny dla młodszych pokoleń, które znają ją wyłącznie z podręczników i relacji. Ich przedstawiciele nie doświadczyli tragedii na własnej skórze, przez co nie są w stanie się w pełni zaangażować. Doceniają, interesują się, dalecy są od lekceważenia – a jednak instynktownie patrzą w przód. Ich życie toczy się dalej – w bardziej błahy, pełen prostych uniesień sposób. W taki, jaki powinno przecież się toczyć.

Rutu Modan, Zaduszki, tłum. Zuzanna Solakiewicz, Kultura Gniewu, Warszawa 2013.

Dorota Jędrzejewska

 

Zaduszki-2Zdaniem Rafała:

Dorotka rozpływa się nad nowym komiksem Rutu Modan niewątpliwie słusznie. Nie jest to jednak Warszawa, którą znają Polacy. Brak w niej zakorkowanych ulic i niebezpiecznych zaułków, a ludzie są nadzwyczaj uprzejmi i tolerancyjni. Album ma świetny odbiór zagranicą, więc jako naród powinniśmy dziękować Rutu za wyjątkowo dobry PR. Być może autorką kierowała niechęć w przyszywaniu Polakom „łatek”, co w zagmatwanych relacjach polsko-żydowskich bywa na porządku dziennym (z jednej i z drugiej strony zresztą). Wyszła nam z tego Warszawa bardzo „wygładzona”, co niekoniecznie musi stanowić zarzut, ponieważ „Zaduszki” nie stawiają sobie za cel rozbierania charakterystyk narodów na części pierwsze. To opowieść ciepła, momentami ckliwa, choć Modan uwielbia bawić się pozorami. Dokłada zatem jednym i drugim, Polakom i Żydom, ale jej żarty z narodowych przywar są lekkostrawne i zabawne, ironiczne, ale nie konfliktowe i pretensjonalne. „Czemu leżysz w ubraniach w łóżku? Według polskiego prawa grozi za to dożywocie” – mówi Mika do babci, by na drugi dzień w rozmowie ze swoim polskim przewodnikiem-chłopakiem rzucić z uśmiechem: „Jedyną rzeczą, którą Żydzi kochają bardziej niż pieniądze, to robić jedno drugiemu na przekór”. Wszechobecny humor doskonale równoważy nostalgiczne tony, dzięki czemu opowieść nabiera lekkości i dystansu. O tym, jak genialnie Rutu operuje emocjami swoich postaci, napisała już Dorotka. Podsumowując: „Zaduszki” nie są w mojej opinii dziełem tak pełnym jak „Rany wylotowe”, ale to w dalszym ciągu jeden z najlepszych albumów komiksowych ubiegłego roku.

Zaduszki-pasek

Matthias Picard, Jaś Ciekawski. Podróż do serca oceanu. Recenzja.


Jas-Ciekawski-okladkaKomiksowy ocean 3D, czyli powrót do dziecięcej mentalności

Za dzieciaka najbardziej zaciekawiało to, co nowe. Opatrzone krajobrazy, miejsca poznane jak własna kieszeń, przedmioty wymacane wcześniej setki razy, znajome twarze – wszystko to dawało wprawdzie poczucie bezpieczeństwa, ale na dłuższą metę nudziło, wywołując zniecierpliwienie. Za dzieciaka o wiele bardziej atrakcyjne było odkrywanie. Eskapada do jeszcze niepoznanego zakątku miasta, wizyta w domu nowego kolegi, zapachy nieznanych kwiatów na łące i ekstra smaki lodów, rozpoczęcie kolejnego poziomu w ulubionej grze albo przeglądanie nowych książek i komiksów – to była prawdziwa ekscytacja. Duch przejętego i „napalonego” na nowe bodźce dzieciaka-odkrywcy uchował się w wielu z nas. Dziś, już jako świadomi i dorośli (?) konsumenci kultury, wciąż witamy nowe, cenne publikacje rozedrganymi dłońmi i mocniej bijącym sercem. Zupełnie jak dawniej. Tak, czasem i dziś, pomimo pierwszych siwych włosów (kilku, ale jednak *), naprawdę bywa jak dawniej. Jednej z takich chwil, chwil niepodważalnej dziecięcej radości dostarczyła nam ostatnio lektura albumu pt. „Jaś Ciekawski. Podróż do serca oceanu”.

Jas-Ciekawski-1

Publikacja, wydana przez Kulturę Gniewu w serii „Krótkie Gadki”, ma trafiać przede wszystkim do młodszego odbiorcy. A jednak to, co zbudzi w dzieciakach instynkt małego odkrywcy, w starszych eks-odkrywcach wyzwoli na powrót… mentalność dziecka. „Jaś” jest książeczką bez słów, okaże się więc wspaniałą lekturą również dla najmłodszych, jeszcze nieczytających odbiorców. Sprytne, intrygujące i – co zaraz wyjaśnimy – nowatorskie.

Jas-Ciekawski-myW pierwszej kolejności wyjątkowość „Jasia Ciekawskiego” opiera się na jego formie. To bowiem komiks trójwymiarowy. Dziś wszystko zaczyna być 3D, 4D, tak więc i komiks poszedł z duchem czasu. W zestawie z „Jasiem” otrzymujemy dwie pary specjalnych okularów do wspólnego oglądania. Tematem historii stworzonej przez francuskiego artystę, Matthiasa Picarda, jest tytułowa podróż sympatycznego człowieczka ubranego w skafander. Schodzi on do świata fascynujących głębin i odkrywa podwodne sekrety. Oglądanie komiksu jest więc zajmujące co najmniej na dwóch poziomach: pozwala wraz z bohaterem eksplorować nieznaną, bajeczną i fantazyjną przyrodę, a przy tym jest spotkaniem z czymś osobliwym: „trójwymiarowością papieru”.

Jas-Ciekawski-2A trójwymiarowość ta robi ważenie. Zarysowane grubą, gęstą kreską ciemne kadry, pełne detali, wypełnione po brzegi ciekawymi elementami, stworzonkami i roślinkami, naprawdę sprawiają wrażenie głębi. Zaczynamy więc wodzić palcami po kolejnych stronach albumu, odruchowo sprawdzając, czy da się w nich zanurzyć. I rzeczywiście – na swój sposób w planszach Picarda da się „zatonąć”! Podwodny świat bada się powoli, śledząc każdy najdrobniejszy niuans. Rysownik odkrywa przed nami nie tylko tajniki bujnej natury, ale również zatopione miasta i niepokojące zakątki mrocznego oceanu.

Jas-Ciekawski-3„Jaś Ciekawski” (w oryginale „Jim Curious”) cieszy oczy. Od tego chyba przede wszystkim jest. To wspaniały popis wyobraźni – mimo że sympatyczny, ładny, prosty, to jednak wcale nie infantylny. Nie sposób machnąć na niego ręką. Zakładając okulary i otwierając album, z gardła wydobywa się mimowolne: „łaaaaaał!”. A skoro tak wygląda reakcja „dorosłych”, to ile radości „Jaś” musi przynosić dzieciakom? Tyyyyyyy-leeeeee!

Matthias Picard, Jaś Ciekawski. Podróż do serca oceanu, Kultura Gniewu, Warszawa 2013.

Dorota Jędrzejewska
Rafał Niemczyk

* Tych kilka siwych włosów ma Rafał, Dorotka ma na zawsze wszystkie rude.

Shaun Tan, Regulamin na lato.


Jeśli nie znasz reguł, weź ze sobą przewodnika

Braliśmy wszystko to, co dało się zabrać, stając się na wieki dłużnikami. Przeskakiwaliśmy przez szosę, z jednej strony chodnika na drugą, gdzie nie czekało na nas nic prócz podziurawionych betonowych kwadratów, z których letnie ulewy spłukiwały wyrysowane kredą lub cegłą symbole. Były to sekretne znaki na ołtarzach, po których deptały podziurawione i zakurzone trampki. Obserwowaliśmy owady, ich życie w upale było zbyt pracowite i pełne pasji, aby się nami przejmować. Wąchaliśmy truskawki, bo nasze żołądki nie dały już rady ich pomieścić, a żując na wyścigi pestki z czereśni, graliśmy na nosie zgrzybiałemu właścicielowi sadu. I było lato, i dni były długie, nieskończone: zaczynały się gruchaniem gołębi, trwały w popołudniowym bezruchu dumne i gorące, by zakończyć się dopiero różowym blaskiem nieba, na tle którego odcinały się ptaki wieczora, kruki, wrony, i smukłe kominy elektrowni. I każdy taki dzień trwał tak długo, dopóki niebo nie zniknęło, a kiedy już zniknęło, znikaliśmy i my, wracaliśmy do domów i kładliśmy się spać w bezgranicznej ufności, że promienie słońca wędrują i zawracają, wędrują i zawracają, by za parę godzin znów obudzić gołębie na poddaszach, osuszyć trawę z porannej rosy, rozświetlić letni ołtarz i ocucić z letargu swych wyznawców. Wielu z nas chodziło spać ze smutkiem, niekochani, oszukani, ale budziliśmy się zawsze pełni wiary. Mieliśmy swoje zasady. Najważniejsze, że było ciepło.

(„Ciepło”)

Tego nauczyłem się ostatniego lata:

Lato rządzi się własnymi prawami. To wtedy wolno włóczyć się do samej nocy, a do domu wracać z poharatanymi łokciami i siniakami w zaskakujących miejscach. Mimo że na lato składa się kilka najbardziej beztroskich tygodni w roku, jest ono jednocześnie okresem najintensywniejszego dorastania. Pozostawieni samopas przygodzie, nieodpowiedzialni i rozochoceni słońcem, nazbyt pewni siebie i zupełnie naiwni, to właśnie latem poznajemy świat najintensywniej. Nie z podręczników i regułek wygłaszanych przez odpowiedzialnych opiekunów, ale z własnego doświadczenia.

Nigdy nie zostawiaj jednej czerwonej skarpetki na sznurze do suszenia prania.

Musimy jednak zachować ostrożność. Nasza letnia wolność, choć piękna, może nas bowiem wpuścić w maliny. Bezcenny okazuje się więc bardziej doświadczony towarzysz i zbiór odpowiednich zasad. Bohaterów jest zatem dwójka: starszy z nich jest przewodnikiem młodszego (brata?), odkrywa przed nim tajemnice i reguły. Taka konwencja przypomina nieco wspaniałą grę video stworzoną przez studio Starbreeze pt. „Brothers: A Tale of Two Sons” – osadzoną w klimatach skandynawskich legend i baśni Andersena opowieść o dwóch braciach wyruszających w podróż po lekarstwo dla chorego ojca.

„Regulamin na lato” to kolejny popis nieograniczonej wyobraźni i wspaniałej kreski Shauna Tana. Tym razem sięga on do czasów dzieciństwa, które spędził na przedmieściach australijskiego Perth. Jednak podobnie jak w przypadku innych dzieł Australijczyka, i tutaj mamy do czynienia z dziełem uniwersalnym. Lato i dzieciństwo każdy przeżywa i pamięta na swój sposób, mimo to istnieje szereg kluczy, za pomocą których jesteśmy w stanie się porozumieć. Tan za pomocą swojego picture booka oddaje w nasze ręce cały pęk kluczy – złożone sceny i krajobrazy pełne są metafor, dwuznaczności i symboliki. Punktów regulaminu jest szesnaście, a każdy z nich zawarty jest dokładnie w jednym zdaniu.

Nigdy nie dawaj kluczy nieznajomemu.

Ilustracje Shauna Tana to wielobarwne, soczyste obrazy olejne, często wypełnione znaczącymi szczegółami. Bez trudu dostrzeżemy w nich przeróżne inspiracje, z których na pierwszy plan wysuwają się prace przedwojennego brytyjskiego surrealisty Paula Nasha. Krajobrazy są bujne i parne, ale nie zawsze beztroskie. Prócz pięknych scenerii i lazurowego nieba, mamy tu surowe, opustoszałe przedmieścia, wszędobylskiego kruka czy korowód niepokojących gości. Surrealistyczne widziadła podkreślają niesamowitość letniej przygody, ale ostrzegają też, że niebezpieczeństwa czyhające na naszych małych bohaterów, choć nienazwane, są bardzo realne. Zwłaszcza, jeśli ktoś nie zna reguł.

Shaun Tan, Regulamin na lato, tłum. Jacek Drewnowski, Kultura Gniewu, Warszawa 2014.

Dorota Jędrzejewska
Rafał Niemczyk

Preludium do parady (więcej na: http://www.shauntan.net)

Shaun Tan, Przybysz. Recenzja.


Przybysz-okladkaSwój w obcym kraju

Gdyby tak usiąść i zastanowić się nad tym dłużej, uznać by można pomysł opowiedzenia o rozłące bez pomocy słów za jednocześnie: prosty, dość karkołomny, lecz jednocześnie genialny. Jako że mamy do czynienia z australijskim mistrzem obrazu, Shaunem Tanem, autor „Przybysza” bezsłowność swojej opowieści czyni jednym z jej głównych atutów. To właśnie brak słów w którymś ze znanych nam języków sprawia, że rysunki Tana ożywają na kartach komiksu, układając się mimowolnie w niewypowiedziane zdania, emocje i historie. Zasłużenie obsypany licznymi nagrodami „Przybysz” jest opowieścią o emigracji, wyobcowaniu, próbie odnalezienia swojego miejsca w nieznanej i egzotycznej rzeczywistości, a także o sile rodzinnej więzi, stanowiącej dla bohatera największe oparcie.

Przybysz-1Nie ma potrzeby, by zdradzać szczegóły niezbyt skomplikowanej fabuły komiksu. Wystarczy powiedzieć, że pewnego dnia ojciec pakuje walizkę i wyrusza za chlebem do dalekiego kraju, pozostawiając w domu tęskniącą żonę i dorastającą córkę. Jak zaznacza autor w krótkiej nocie na końcu książki, inspiracją dzieła były w dużej mierze anegdoty opowiedziane przez imigrantów z różnych stron świata, w tym również ojca samego Shauna Tana, który przybył do Australii z Malezji w 1960 roku. Tan inspirował się również fotografiami ze starych albumów (m.in. zdjęciem z 1912 roku, na którym uwieczniono chłopca ogłaszającego zatonięcie Titanica), a także rysunkami i obrazami z XIX i XX wieku. Nie byłoby w tym niczego nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że artysta dokonuje syntezy neorealistycznych ujęć (np. kadry z tłoczącymi się ludźmi), znanych z wybitnych filmów włoskich reżyserów tego okresu (choćby Roberta Rosselliniego), z surrealistycznym pejzażem odległego świata.

Przybysz-2Neorealizm jest zresztą wpisany w „Przybysza” również od strony programowej. Podglądanie ciężkiego losu emigrantów w historii Shauna Tana przywodzi na myśl okres powojenny, a więc czasy największej świetności włoskiego kina, kiedy to głównymi aspiracjami ówczesnych reżyserów (Rossellini, Visconti) były filmy „przyglądające się życiu”. Hanna Książek-Konicka szuka korzeni tego filmowego powołania w „wizualnym typie kultury, jaki owocował we Włoszech przez stulecia olśniewającym bogactwem i niespotykaną ilością sztuk plastycznych”. Skąd u komiksiarza z Antypodów taka właśnie inspiracja? Takiej wiedzy nie mam. Natomiast zamiłowanie do nostalgicznych i surrealistycznych obrazów dostrzeżemy bez trudu zarówno we wcześniejszej, jak i późniejszej twórczości Tana, m.in. w „Opowieściach z najdalszych przedmieść” czy „Zagubionej rzeczy” (za krótkometrażową animowaną adaptację tej książki otrzymał wraz z Andrew Ruhemannem w 2011 roku Oscara).

Przybysz-3W „Przybyszu” surrealistyczny świat z jednej strony służy autorowi do uwypuklenia izolacji naszego bohatera i jego towarzyszy w doli lub niedoli (bo obraz Australijczyka, choć melancholijny, nie jest z gruntu pesymistyczny). Drugą rolą, którą pełni owa stylistyka, jest – paradoksalnie – nadanie dziełu rangi uniwersalnej (znów kłania się neorealizm, w którym obserwację dramatu szarego człowieka twórcy przedzierzgali w wielkie uogólnienia).

Kraina, do której trafia nasz emigrant, pełna jest dziwnych istot, roślin, maszyn, pojazdów i budowli. Język, którym posługują się jej mieszkańcy, to system tajemnych znaków i symboli. Wraz z oniryczną stylistyką (popadającą momentami w steampunkowe tony) znakomicie oddają one zagubienie mężczyzny w radykalnie obcym dla niego miejscu. Do tego dochodzi specyficzna kolorystyka i kadrowanie – najróżniejsze odcienie sepii i często stosowany „fotograficzny” układ kadrów przywodzą na myśl stary album ze zdjęciami. Oglądamy zatem starą jak świat (i emigracja) historię zwykłego człowieka przeniesioną w egzotyczne (wręcz fantastyczne) realia.

Przybysz-4Dzieło Shauna Tana, pomimo postmodernistycznej otoczki, dzięki swej płynności i wiarygodności, zachowuje cechy klasycznej (choć niemej) opowieści. Odkrywając krok po kroczku zasady rządzące obcą krainą, później zaś jej zakamarki i mieszkańców, dostrzegamy podobieństwo z „naszym” światem. Choć pejzaże wydają się abstrakcyjne, a niektóre istoty budzą grozę, mechanizmy rządzące „nieznanym” są nam raczej znane. W ten sposób autor pogodził zapędy własnej wyobraźni, która przełożyła się na wspaniałe rysunki, z uniwersalnym przekazem. A że uczynił to w mistrzowski sposób, „Przybysz” stał się komiksem, który nawet sceptycy mogą uznać za wybitny.

Shaun Tan (scenariusz & rysunki), Przybysz, Kultura Gniewu, wyd. II, Warszawa 2013. 

Rafał Niemczyk

Mikołaj Łoziński, Marta Ignerska, Prawdziwa bajka. Recenzja.


Fantazja z kropek i kresek

„Bo fantazja, fantazja, bo fantazja jest od tego, aby bawić się, aby bawić, aby bawić się na całego” – piosenka zespołu Fasolki to jeden z największych przebojów naszego dzieciństwa. Ilustratorka Marta Ignerska i autor powieści „Książka” Mikołaj Łoziński połączyli swoje siły, by dowieść, że ponadczasowe hity nigdy się nie starzeją. Wykorzystanie abstrakcyjnego przekazu, aby pobudzić odbiorcę do myślenia, w malarstwie zaistniało jakieś sto lat temu, ale „Prawdziwa bajka” to spojrzenie świeże i zaskakująco nowoczesne. Z połączenia symbolicznej graficznej formy i prostej opowieści otrzymujemy dzieło względnie uniwersalne – przeznaczone dla młodszego odbiorcy, lecz pozostawiające pole do interpretacyjnego popisu dla tandemu dziecko-rodzic.

Współczesne dzieciaki patrzą na świat w zupełnie inny sposób niż wcześniejsze pokolenia. Jak mówi Marta Ignerska w Polskim Radiu: „Dzieci są o wiele mniej skażone figuratywnym opowiadaniem, dlatego są otwarte na abstrakcyjny język, z tym się rodzą”. Inne niż kiedyś rejony wyobraźni poruszają modne obecnie kreskówki, kultura obrazkowa przemawia do nas przede wszystkim symbolami, skrótami, ujętymi w liniach i kolorach metaforami, ten sam sposób przekazu proponują nam twórcy wszechobecnej reklamy. Skrótowy i bardziej esencjonalny jest współczesny język, a na podobnych założeniach funkcjonuje również nowoczesna sztuka, jakże często nierozumiana czy wręcz lekceważona i bagatelizowana przez dzisiejszych seniorów. Ileż to razy w jej kontekście słyszymy kąśliwe uwagi i żarty opierające się na stwierdzeniach typu: co to za sztuka? Parę kresek, nic więcej – to przecież każdy potrafi.

Para młodych ludzi podróżuje po Europie. Któregoś dnia dołącza do nich tajemniczy „autostopowicz”, nie będący jednak zwykłym pasażerem. Kim jest i gdzie podąża – dowiecie się z „Prawdziwej bajki”. Mnogość interpretacji to zdecydowanie największa zaleta tego albumu. Marta Ignerska i Mikołaj Łoziński udowadniają, że fantazja wcale nie musi przybierać „kosmicznych” odcieni. Geometria, kreski, kropki, figury, kolory – wszędzie kryje się radość z odkrywania, swoboda, a także historia o sporym potencjale.

„Prawdziwa bajka” jest przede wszystkim nastawiona na młodego odbiorcę, który wchodzi w świat kultury z innym bagażem początkowym, niż robił to jego rodzic czy dziadek. Przygotowuje go do zabawy w sztukę, odczytywanie ukrytych sensów, zapełnianie pustych miejsc, dopowiadanie niedopowiedzianego. Nie należy jednak pozostawiać tej przyjemności wyłącznie dzieciom. Jesteśmy pewni, że z pomocą tego albumu nowego sposobu czytania nauczy się także niejeden dojrzały czytelnik, który wspólnie z dzieckiem zasiądzie do lektury.

Nad każdą stroną „Prawdziwej bajki” można podebatować, wskazać palcem to i owo, razem spróbować nazwać pewne elementy, określić je, poszukać odpowiednich słów – w ten właśnie sposób autorzy proponują nowy, ożywczy rodzaj wspólnego czytania. Warto wspomnieć, że tekst wspierający tu wielkie ilustracje, choć momentami banalny, nie jest naiwny. Nie infantylizuje odbiorcy, dzięki czemu czytelnicy niezależnie od wieku nie spojrzą z góry na tego typu uciechę, a po prostu dadzą się wciągnąć.

Mikołaj Łoziński, Marta Ignerska, Prawdziwa bajka, Kultura Gniewu, Warszawa 2013. 

Dorota Jędrzejewska
Rafał Niemczyk

%d blogerów lubi to: