John Steinbeck, Tortilla Flat. Recenzja.


Każdy ma swoje Monterey

Bardzo jest dobrze mieć przyjaciół.
Jakże samotny jest człowiek, jeśli nie ma przyjaciół,
z którymi może posiedzieć i podzielić się swoją grappą.

(Danny)

Paradoksalnie, pierwsza głośna powieść Johna Steinbecka, wielkiego społecznika i humanisty, została przyjęta dobrze, lecz… „antyspołecznie”. Szerokie grono krytyków i czytelników, choć doceniało literacką wartość „Tortilli Flat”, zarzucało pisarzowi brodzenie w stereotypach, ocierające się o rasizm uwłaczanie meksykańskim Amerykanom (czy też, jak kto woli, potomkom hiszpańskich konkwistadorów), którzy w powieści mienią się dźwięcznie jako paisanos. Dziś, znając nie tylko znaczenie i wymiar twórczości Steinbecka, traktujemy to jak niegroźną dykteryjkę, ale w 1935 r. takie opinie mogły autorowi zaszkodzić. Podjął on nawet próby publicznej obrony, na szczęście dość szybko proza zaczęła bronić się sama, a dokładając co dwa lata kolejne genialne dzieła („Myszy i ludzie” w 1937 r. oraz nagrodzone Pulitzerem „Grona gniewu” w 1939 r.), Steinbeck stał się jednym z najbardziej poczytnych i lubianych pisarzy amerykańskich.

Tortilla Flat to dzielnica miasteczka Monterey, w której mieszkają Danny, główny bohater, i jego przyjaciele. Do kalifornijskiego Monterey Steinbeck będzie wracał w swojej twórczości jeszcze wielokrotnie – w „Ulicy Nadbrzeżnej”, „Cudownym czwartku” czy w sporych fragmentach „Na wschód od Edenu”. Ten rybacki port nad Pacyfikiem to tygiel ludzi różnej orientacji społecznej, różnej maści, pochodzenia i ambicji. Spotkamy tu sprytnych właścicieli spelunek i adwokatów, zarówno „porządnych” Amerykanów, jak i ubogich, pokrzywdzonych weteranów wojennych, policjantów i złodziejaszków, ciężko harujących rybaków i obijających się całymi dniami lekkoduchów.

„Tortilla Flat” – ekranizacja Victora Fleminga z 1942 roku (w rolach głównych: John Garfield jako Danny, Spencer Tracy – Pilon, Hedy Lamarr – Dolores)

Danny i jego kompania, w skład której wchodzą same sławy (Pilon, Pablo, Pirat, Wielki Joe Portugalczyk, a nawet Jezus Maria), należą rzecz jasna do tej ostatniej grupy. I wydaje się, że jest im z tym bardzo dobrze. Życie upływa tym panom na wylegiwaniu się na słońcu, zarywaniu znudzonych panien, drobnych kradzieżach, kombinowaniu, jakby tu niewielkim kosztem zdobyć parę centów na wino, a gdy już się to uda, wydojeniu tego wina z kumplami w słoikach po konfiturach. Sprawa nie zawsze jednak jest prosta, ponieważ czasy prohibicji potrafią mocno dać w kość barwnej ekipie. Mają oni zresztą, w sporej części uzasadnione, pretensje do swojego kraju. „Siedzimy sobie tutaj (…) ze złamanymi sercami” – żartuje Pilon, na co Danny odpowiada mniej lirycznie: „…to nie poemat. Siedzimy tutaj bezdomni. Oddaliśmy nasze życie ojczyźnie, a teraz nie mamy nawet dachu nad głową”.

Nominowany do Oscara Frank Morgan w roli Pirata (z prawej)

Pretensje naszych bohaterów nie mają jednak bolesnego wymiaru – to raczej pijackie filozofowanie, podtrzymujące w ich sercach pretekst do tego, by nic nie zmieniać, ponieważ w gruncie rzeczy większości z nich podoba się takie życie. Kiedy zatem otwiera się przed nimi szansa na odziedziczenie domu, wcale nie przyjmują jej z radością i optymizmem. Niby własny dach nad głową, lecz z drugiej strony… „na twarzy Danny’ego malował się wyraz troski, jaka zawsze towarzyszy bogactwu. I już do końca życia troska ta nie zniknie. Już nigdy w życiu Danny nie będzie wybijał w mieście cudzych szyb, mając własne szyby do wybijania”.

Aby carpe diem nie było zbyt błogie i nudne, nasi przyjaciele przeżywają szereg przygód. Właściwie każdy z siedemnastu rozdziałów jest odrębnym epizodem, w którym odkrywa Steinbeck kolejne zakamarki miasteczka i przedstawia losy kolejnych bohaterów (głównych i pobocznych). Czyni to, swobodnie nawiązując do legend arturiańskich, nie tylko w konwencji (przygodowa stylistyka, charakterystyczne tytułowanie rozdziałów), ale również w warstwie symbolicznej. W „Tortilla Flat” co rusz uświadczymy bogatego folkloru, odnoszącego się do mitów i legend, w postaci skarbów zakopanych w ziemi, które świecą podczas wigilii św. Andrzeja, walki Dobra ze Złem czy Domu-Okrągłego Stołu, z którego przyjaciele wyruszają na kolejne wyprawy.

I choć im dalej w las, tym przygodowo-sowizdrzalska nuta zaczyna przybierać melancholijne filozoficzne tony, zwiastując (jednak) nieadekwatny do tej melodii koniec, to „Tortilla Flat” zawsze pozostanie przede wszystkim pięknym portretem o przyjaźni. Portretem dowcipnym, sentymentalnym i prostym, lecz przez to ponadczasowym. Bo społecznych problemów i nierówności świat nie wyzbędzie się nigdy, ale najlepszych przyjaciół poznaje się właśnie w biedzie. Steinbeck o tym wiedział, a ta książka jest także o tym, że każdy z nas ma swoje Monterey, swoją Tortilla Flat.

John Steinbeck, Tortilla Flat, przeł. Jan Zakrzewski, Prószyński i S-ka, Warszawa 2013.

Rafał Niemczyk

Henry James, Daisy Miller i inne opowiadania. Recenzja.


Ścieżka samotnego portrecisty

Amerykanie uważają Henry’ego Jamesa za swojego pisarza, a Anglicy za swojego. W obu przypadkach jest to jak najbardziej uzasadnione, ponieważ James obserwował i wykpiwał obyczaje społeczne po obu stronach barykady (urodził się w Nowym Jorku, ale podróżował po Europie, przez wiele lat również mieszkał na Starym Kontynencie). Wnikliwe obserwacje przekuwał w krytykę, w swoich utworach wiele razy podnosząc motyw przemian w obyczajowości przełomu stuleci. Pod tym kątem dobrane są opowiadania w prezentowanym zbiorze (najwcześniejsze z nich, słynna „Daisy Miller”, pochodzi z 1878 roku). A jednak na pierwszy plan wysuwa się opowiadanie zgoła odmienne, być może najważniejsze w dorobku pisarza, z omawianych tutaj napisane najpóźniej, bo w 1903 roku.

Mowa o „Bestii w dżungli”, gdzie spekulacje na temat wartości i sensu ludzkiego życia ulepione są wokół motywu samotności z wyboru. Choć sam wybór nie jest do końca dobrowolny – determinuje go raczej egzystencjalne tchórzostwo, strach przed podejmowaniem decyzji, przed podwojami życia. Opowiadania ma formę monologu mężczyzny, którego życie strawiły nieustanne lęki i obawy. Ukrywając się przed tytułową Bestią, uosobieniem trwogi, zamienia on swoje życie w szarą, samotną egzystencję. Kiedy orientuje się, co stracił, poczucie upadku prowadzi go do nieświadomych poszukiwań odkupienia, w konsekwencji zaś na skraj obłędu. „Bestia w dżungli” była dla Jamesa opowiadaniem bardzo intymnym. W historii samotnika-egoisty krytycy słusznie widzieli zamaskowaną autorefleksję – wyznania pisarza, który własne życie w gruncie rzeczy rzeczywiście również przeżył samotnie.

Ekranizacja „Daisy Miller” z 1974 roku (reż. Peter Bogdanovich)

Tytułowa „Daisy Miller” tylko z pozoru jest próżną, nieobytą trzpiotka. Figlarna i zaczepna młoda Amerykanka, podróżując po Europie z matką i bratem, wdaje się w nieodpowiednie romanse, a swoją powierzchownością wywołuje wśród snobistycznych wyższych sfer oburzenie. Daisy z premedytacją i cynizmem uwypukla w postawach Europejczyków z przełomu XIX i XX wieku fałsz i obłudę. Wśród pięknych scenerii Genewy czy Rzymu śledzimy okiem narratora – Amerykanina Winterbourne’a zauroczonego panną Miller – wystawne przyjęcia, spotkania towarzyskie, rozmowy i konwenanse. A Daisy bywa prowokująca („Dawniej każdej zimy jeździłam do Nowego Jorku. Tam to jest towarzystwo!”) albo uroczo… feminizująca („Żaden mężczyzna nie będzie mi mówił, co mam robić, ani wtrącał się w moje sprawy”), przez co nie zawsze bywa w towarzystwie mile widziana. Pan Winterbourne określa Daisy mianem „nieodgadnionej mieszaniny cnoty i zuchwalstwa”, a jako postać literacka nazywana jest jedną z prekursorek nurtu feministycznego.

O pewnym pokrewieństwie można mówić w przypadku dwóch pozostałych opowiadań: „Łgarza” oraz „Wychowanka”. W tym pierwszym malarz Oliver Lyon przybywa w gościnę do Arthura Ashmore’a, aby namalować portret jego 90-letniego ojca, sir Davida. Na przyjęciu u gospodarzy spotyka dawną miłość – kobietę zafascynowaną swoim mężem, pułkownikiem Capadose, tytułowym Łgarzem. Pułkownik to dusza towarzystwa, uwielbia brylować i konfabulować. Jego kłamstewka są w gruncie rzeczy nieszkodliwe, a jednak prowadzą Lyona do podjęcia pewnej gry. Malarz postanawia obnażyć przed panią Capadose prawdziwą naturę jej męża, malując jego portret. Opowiadanie w mistrzowski sposób łączy ze sobą elementy psychologiczne z satyrą, a czytelnik zaznajomiony z twórczością Jamesa bez trudu dostrzeże tu oczko puszczone w kierunku powieści gotyckiej (np. w opisach posiadłości czy wspomnieniu duchów), z którą to romans pisarz przypieczętuje 10 lat później powieścią „W kleszczach lęku” (1898).

Henry James – portret autorstwa Johna Singera Sargenta z 1913 roku

O ile „Łgarz” posiada lekki, momentami komiczny ładunek emocjonalny, to „Wychowanek” jest bardzo smutną satyrą obyczajową. Portret niedowartościowanych kosmopolitów o przerośniętych ambicjach namalował James w ponurych odcieniach, patrząc na poczynania rodziców z perspektywy chorego, przedwcześnie dojrzałego syna i jego bardzo osobistej relacji z prywatnym nauczycielem. Społeczeństwo obserwowane oczami dziecka również pojawia się w późniejszej twórczości pisarza, w powieści „O czym wiedziała Maisie” (1898).

Niezwykle precyzyjny język Henry’ego Jamesa stanowi idealne narzędzie do kreowania pełnokrwistych, wiarygodnych portretów. Dlatego opowiadania nowojorczyka, mimo że osadzone w tradycji konkretnej epoki, wciąż uwodzą psychologicznym perfekcjonizmem. Mało to bowiem mamy współcześnie Łgarzy, Wychowanków i Bestii w dżungli?

Henry James, Daisy Miller i inne opowiadania, przeł. Magdalena Moltzan-Małkowska, Prószyński i S-ka, Warszawa 2013.

Rafał Niemczyk

Don DeLillo, Mecz o wszystko. Recenzja.


Futbol w odcieniach postapokalipsy

– A mogę włożyć tę twoją ulubioną pomarańczową sukienkę?
– Wyglądasz w niej jak eksplozja nad pustynią.

Pisarze nader często bywają na bakier ze sportem. Wśród licznych powodów owej niechęci należałoby wymienić wyższość intelektualizmu nad cielesnością człowieka, zaś pogardzanie tą ostatnią jako wyraz buntu wymierzonego przeciwko kultowi ciała. Don DeLillo lekceważy awersję do sportu, w swojej drugiej (chronologicznie) powieści czyniąc z futbolu amerykańskiego suwerenną filozofię, organizującą byt i myśli bohaterów książki. Dodać należy, że nie pierwszy to pisarz hołdujący sportowi. Ze współczesnych nam mamy zapaśnika Johna Irvinga, biegacza Murakamiego, kochającego baseball Stephena Kinga, a na krajowym podwórku choćby Jerzego Pilcha, który za piłkę nożną dałby się pokroić.

Dlaczego DeLillo zanurza się akurat w świecie futbolu amerykańskiego? Po pierwsze, bo jest na wskroś amerykański. Owszem, w Ameryce kochają też koszykówkę i baseball, ale tylko futbol amerykański jest całkowicie… amerykański. Po drugie, DeLillo musi być fanem futbolu, bo kto inny z takim zaangażowaniem potrafiłby poświęcić cały rozdział na opis przebiegu meczu? Polski czytelnik może poczuć się skonsternowany, ale czyż nie wywołuje u nas, kibiców, ciarek na plecach „piłkarski monolog” wieńczący dramat „Narty Ojca Świętego” wspomnianego już Jerzego Pilcha? Po trzecie, tematem nadrzędnym „Meczu o wszystko” jest wojna, czyli krew, pot i łzy. Zupełnie jak futbol, bo futbol w swym złudzeniu przypomina wojnę, choć DeLillo odwraca tę pospolitą metaforę na swój sposób. Jeden z bohaterów, dziwaczny wykładowca Alan Zapalac, mówi wprost: „Odrzucam koncepcję futbolu jako wojny. Wojna jest wojną. Nie potrzebujemy namiastek, skoro mamy autentyk”.

Don DeLillo

Myliłby się ktoś, kto by pomyślał, że młody DeLillo (wówczas 36-latek) stworzył moralitet, nawet jeśli miałby on być złośliwy i w przewrotnej formie (jego pierwszą powieścią była przecież „Americana”). „Mecz o wszystko” jest raczej czarną komedią, krzywym zwierciadłem, w którym odbija się sposób funkcjonowania amerykańskiej prowincji lat 70. XX wieku. Trwa wojna w Wietnamie, potęguje się ponura atmosfera wyścigu zbrojeń, a zimna wojna nie jest już wcale taka zimna. Mała uczelnia w północnym Teksasie organizuje drużynę futbolową na kolejny sezon. Tu, na prowincji, trwa „epoka drobnych zdarzonek i błahych rozpaczy”, a sama wojna pozostaje daleko obok. „Trup” ściele się gęsto, ale podczas zabawy w „bum, nie żyjesz!”.

Gary Harkness, główny bohater i narrator powieści, to domorosły filozof, myśliciel poszukujący własnej „drogi na zewnątrz”. Studiując na odludziu, zajmuje się rutynowymi czynnościami, wśród których znajduje się napisanie listu do „kochanej osoby”, powtarzanie nazwisk amerykańskich prezydentów czy zapoznanie się codziennie z nowym, „trudnym” słowem. Nie czuje się częścią społecznego mechanizmu, tak jak czuje się częścią drużyny na boisku. Ale i futbol, gra zespołowa, nie jest w stanie przynieść mu satysfakcji. Gary ma zostać gwiazdą, lecz wybiera jointa, chcąc przekonać się, jak to jest wyjść na boisko zjaranym. Tym bardziej że sam wynik meczu nie jest przecież najważniejszy: od początku wiadomo, że ekipa Logos pokona wszystkich rywali, zatrzymując się dopiero na tym najważniejszym – drużynie Centrexu, uosobieniu tego, czego nie sposób osiągnąć. Taka forma przeciwstawia się kanonom dramatu sportowego, w którym z reguły ziszcza się sen młodego człowieka o karierze i sławie.

George Blanda (karta z 1971 r.). Gwiazda NFL, rozegrał w niej rekordową ilość 26 sezonów. W latach 70. zawodnik Oakland Raiders (źródło: 1971fbcards.blogspot.com)

Futbol nie jest zatem sposobem na lepsze życie, raczej sposobem na życie w ogóle dla grupy dwudziestolatków z Teksasu, wśród których znajdziemy: pierwszego Murzyna w Logos College, Tafta Robinsona, którego przyjęto na uczelnię, bo był szybki; Bloomberga, 150-kilowego Żyda z niezaleczonym poczuciem winy czy Mynę, która przyciąga Harknessa nie fizycznością a intelektem. To kolejny przykład na to, jak DeLillo bawi się kliszami, sięgając do stereotypów równie często jak marynarz po butelkę z rumem. „Niełatwo być piękną – mówi Myna. – Ma się wtedy zobowiązania. Człowiek staje się prawie publiczną własnością. Można się zupełnie pogubić i prawie rozchorować psychicznie tylko przez to, że uroda ma charakter publiczny”. Autor „Podziemi” równie mistrzowsko bawi się językiem, przeplatając cyniczną frazę świetnie skrojonymi dialogami, filozoficzne wstawki komentarzem sportowym albo boiskowym slangiem. Wszystko to do kupy sprawia, że postmodernistyczna szkatuła wypełnia się skarbami, które – być może – nie każdemu przypadną do gustu, co wcale nie deprecjonuje ich wartości. Żeby ją otworzyć, potrzeba było Michała Kłobukowskiego, który przetłumaczył książkę z całym swoim kunsztem.

Gary’ego bardziej od futbolu pociąga psychologiczna rozgrywka ze stetryczałym, autorytarnym trenerem, Emmetem Creedem. Creed to skrzyżowanie oschłego dowódcy z autsajderem, którego na margines zepchnęły nie tyle sportowe wyniki, co problemy z tożsamością. Metody starego, skuteczne na prowincji, nie sprawdzają się w konfrontacji „na wyższych szczeblach”. Dlatego jako człowiek jest skazany na bycie wiecznym trenerem, jak więzień, który spędził całe życie w zamknięciu i nie potrafi odnaleźć się w życiu na wolności. To, co uderza w postaci Creeda, jest jego samoświadomość i – w gruncie rzeczy – pogodzenie z losem. Właśnie dlatego upodobał sobie Harknessa, a chłopak z tego samego powodu darzy sympatią Mynę. Na pytanie „Czemu jest taka gruba?” odpowiada: „Przez odpowiedzialność za własną urodę. Czuje, że by jej nie udźwignęła. Musiałaby się zmienić”.

VIII finał Super Bowl (1974): Miami Dolphins vs Minnesota Vikings na Rice Stadium w Houston
(fot. http://www.stadiumsofprofootball.com)

Gary to obsesyjny miłośnik postapokalipsy – wyobraża sobie różne miejsca na ziemi po katastrofie nuklearnej. Zainteresowanie bronią jądrową i jej wykorzystywaniem przekłada się na poetyckie opisy katastrof snute przez chłopaka. Apokalipsa nie ma być formą biblijnego katharsis, a jedynie skojarzeniem, wizją zagłady, która uwiarygodnia w jego umyśle kondycję świata. Kumulacją tego jest „gra wojenna”, którą Harkness prowadzi z majorem pod koniec powieści, polegająca na wojskowej symulacji ogólnoświatowego kryzysu.

„Mecz o wszystko”, jak to bywa u DeLillo, można by zanalizować na setki sposobów. Tu każdy szczegół ma znaczenie, zaś przewrotna kompozycja przywodzi na myśl dzieła Stanleya Kubricka. Humor jest tu wyborny, ale ma gorzki smak. I choć „End Zone”, czyli oryginalny tytuł, oznacza linie końcowe mieszczące się na krańcach pola punktowego, tak „Mecz o wszystko” jest wstępem do wielkiej kariery pisarskiej, zapowiedzią przyszłych dzieł i lęków Dona DeLillo.

Don DeLillo, Mecz o wszystko, przeł. Michał Kłobukowski, Noir sur Blanc, Warszawa 2013.

Rafał Niemczyk

H. P. Lovecraft, Koszmary i fantazje (listy i eseje). Recenzja.


Skrzynka HPL-a, czyli rozsądna niestałość poglądów

Samotność samotnika z Providence została w świadomości czytelników powszechnie usankcjonowana być może w tym samym momencie, co jego twórczość, klasyfikowana z biegu w obrębie horroru czy fantastyki naukowej, względnie – przez znawców gatunku – jako weird fiction. Oczywiście jedno i drugie jest po części prawdą, jednak samotność samotnika, który w ciągu swojego (skądinąd dość krótkiego) życia napisał około 80 tysięcy listów, liczących nierzadko po kilkadziesiąt stron, jest samotnością tak samo dziwną jak jego opowieści. Howard Phillips Lovecraft, jeden z prekursorów science fiction w jej straszących odmianach, twórca kultowej mitologii Cthulhu, śledczy pradawnych bóstw, podjudzający potężne demony, zdekonspirowany po latach autor bluźnierczego „Necronomiconu”, myśliciel i filozof, autorytarysta, zdeklarowany ateista, człowiek bezwzględnie przywiązany do nieomal feudalnych, konserwatywnych wartości arystokratycznej Nowej Anglii, a więc, niejako siłą rzeczy, wyznający nierzadko poglądy rasistowskie.

Marek Wydmuch, ekspert od biografii i twórczości pisarza, zwraca uwagę na sprzeczność tych zasad i „duchowej elegancji” Lovecrafta – który sam o sobie mawiał najchętniej jako o „pełnym poczucia własnego arystokratyzmu gentlemanie z okresu kolonizowania wschodniego wybrzeża w XVII wieku” – z marnymi warunkami materialnymi, w których przyszło mu żyć. Paradoks, wobec którego HPL był raczej bezsilny (jako pisarz zarabiał rzadko i raczej mizernie), choć tak po prawdzie do pieniędzy i majątku nigdy go nie ciągnęło.

Providence (rys. Kaja Kasprowicz)

Wszystko to składa się w jedną arcyciekawą osobowość, przy czym HPL potrafi intrygować polemiką nie tylko z rozmaitymi korespondentami, ale i z własnymi poglądami, tymi konserwatywnymi i kontrowersyjnymi również. „Co by nie mówić o rasizmie Lovecrafta (…) – pisze we wstępie tłumacz, Mateusz Kopacz – nie można zaprzeczyć, że w większości kwestii był to człowiek poszukujący, rozwijający się. Na przestrzeni całej książki widać to wyraźnie (…), więc może się zdarzyć, że obok siebie wypowiada się dwóch kompletnie różnych Lovecraftów”. Niebywale owocna korespondencja pisarza była poniekąd próbą zaspokojenia niedostatków intelektualnych debat i wymiany myśli, do których lgnął, zamknięty w czterech ścianach, mimo że nie przepadał za towarzystwem samych ludzi. Dla HPL-a najcenniejsze były ludzkie myśli, nie zaś postacie z krwi i kości.

Wiele spośród 45 esejów i listów Lovecraft poświęcił samej literaturze grozy, analizie dzieł mistrzów, a także kilku swoich utworów. Mimo że nie cieszył się estymą pośród krytyków (tworzył przecież w czasach, kiedy horror zaliczano do gatunków niszowych, a samą weird fiction postrzegano jeszcze gorzej – jako nieestetyczną gatunkową hybrydę), i jego utwory zazwyczaj odrzucano, uskarżał się na niesłuszną niepopularność gatunku, który reprezentował, raczej rzadko. O wiele częściej brak literackiego sukcesu składał na karb własnych niedostatków pisarskich; pierwszy tekst „Koszmarów i fantazji” nosi znamienny tytuł „Krótka autobiografia marnego pisarzyny”. Dziś twórczość Lovecrafta zaliczana jest do kanonu literatury amerykańskiej i omawiana na uniwersytetach, co w przypadku literatury grozy zdarza się bardzo rzadko.

Howard Phillips Lovecraft (1915)

W liście do Harolda S. Farnese możemy za to przeczytać: „(…) od zawsze zdawałem sobie sprawę, że moja wyjątkowa dziedzina w gruncie rzeczy należy do tych pomniejszych oraz że nawet gdybym osiągnął poziom prawdziwej literatury, byłaby to zaledwie prosta forma „literatury eskapistycznej”. To, na co szczególnie zwracam uwagę, jeśli chodzi o ten gatunek, nieważne jak bardzo jest pośledni, to jego szczerość i prawdziwość; nie jest on zaledwie jednym z aspektów naiwnego nieokrzesania, które spycha na bok każda oświecona epoka”.

Wnikliwy czytelnik dostrzeże w wielu z tych listowych „samosądów” przewrotność, a miejscami niekonsekwencje, wskazujące na gorycz niedocenionego twórcy, niemniej radykalny w sądach, egotyczny HPL potrafił przelać na papier liczne wyrazy niekłamanego podziwu dla innych pisarzy – mistrzów gatunku, którym hołdował. Byli to przede wszystkim: Lord Dunsany, Walter De La Mare, Arthur Machen, Ambrose Bierce, Algernon Blackwood, Montague Rhodes James, Nathaniel Hawthorne i, rzecz jasna, Edgar Allan Poe. Do literatury głównego nurtu również podchodził z reguły konserwatywnie; nie podobały mu się wszelkie zapędy modernizowania klasycznej powieści, zajadle krytykował poezję początku XX wieku, ale głosił także, że „nadszedł czas, by zmierzyć się ostatecznie z jałowym i wyeksploatowanym wiktoriańskim ideałem”.

Napis na nagrobku Lovecrafta „I am Providence” oznacza „Jestem Opatrznością”, a jednocześnie „Jam jest Providence”, co ma podkreślać wpływ pisarza na miejsce, w którym tworzył,
i odwrotnie.

Z „Koszmarów i fantazji” wyłania się Lovecraft-intelektualista, myśliciel zainteresowany wieloma dziedzinami (m.in. literaturą, architekturą, historią, polityką, filozofią), a jego rozważań – nawet jeśli część z nich jest dziś nieaktualnych czy zweryfikowanych przez sto lat nauki i historii – nie sposób nazwać powierzchownymi. Wręcz przeciwnie, Lovecraft, który zawdzięczał rozwój umysłowy nieustannej niemal lekturze książek, gazet, materiałów popularnonaukowych, urzeka ostrością sądów przy jednoczesnej wrodzonej wnikliwości i rozległej wiedzy. To agnostyk, skrupulatny realista, potrafiący jednak docenić chrześcijańskie zasługi, choć do samej religii zdystansowany i zarzucający jej bazowanie na nieprawdzie. To zdeklarowany przeciwnik komunizmu, choć popierający program ówczesnego socjalizmu, a jednocześnie zwolennik Nowego Ładu Roosevelta.

Wiele z tych sprzeczności brało się z tego, co sam określał „rozsądną niestałością poglądów”. HPL rozmówcą był twardym, ale logicznym; polemizował z klasą i siekał argumentami, jednakże starał się nie zamykać na kontrargumenty rozmówców. A co najważniejsze, ujawniająca się w sporych fragmentach buta neutralizowana była urzekającym poczuciem humoru Lovecrafta. Niezdecydowanym polecam otworzyć książkę na stronie 163 i przeczytać genialny esej o wyższości kotów nad psami.

H. P. Lovecraft, Koszmary i fantazje (listy i eseje), tłum. Mateusz Kopacz, Wydawnictwo SQN, Kraków 2013.

Rafał Niemczyk

* Wybór ciekawszych listów i esejów dla zainteresowanych:

o weird fiction (s. 27); uwagi na temat tworzenia opowieści weird fiction (s. 29); list do Roberta E. Howarda, twórcy postaci Conana, który jedną z części napisał wespół z Lordem Dunsany (s. 34); o prawach autorskich i złych wydawcach (s. 50); szkic „Widma nad Innsmouth” (s. 54); „Wyzwanie spoza światów” – opowiadanie współtworzone przez pięciu autorów, w tym HPL-a (s. 76); notatnik z pomysłami – rewelacja!, zbiór wykorzystanych i niewykorzystanych pomysłów na opowiadania (s. 93); o Lordzie Dunsany (s. 126); tajemniczy list do Roberta Blocha (s. 154); esej o wyższości kotów nad psami – rewelacja! (s. 163); krytyka epoki wiktoriańskiej (s. 192); czymże jest sztuka? (s. 194); o weird fiction i poczuciu nieznanego (s. 197); krytyka pulpowej SF (s. 202); o rozpaczy w chwili śmierci matki (s. 207); o kompozycji utworów literackich (s. 210); o religii, moralności, prawdzie, wiedzy i kościele (s. 223); „Wyznanie niewiary” (s. 232); o religii i ateizmie (s. 243); list przeciwko komunizmowi (s. 257); „W obronie Dagona” (s. 267); o Nantucket (s. 306); „Domy Poego i miejsca mu poświęcone” (s. 309); relacja z podróży „Obserwacye w kilku częściach Ameryki dokonane” (s. 321); dodatek „Znajomi Lovecrafta” opracowany przez tłumacza, czyli sylwetki przyjaciół i korespondentów pisarza.

John Irving, Ratować Prośka. Recenzja.


Ukryta teoria ognia, czyli jak zostać amerykańskim pisarzem

John Irving, amerykański pisarz współczesny, który imię, sądząc po spektakularności jego fraz, dostał po Rambo z powieści Morrella. Prozaik, którego splendor widać w obrazach, kunszt w słowach, a „po łapkach” dostaje mu się zazwyczaj za dosadność i przesadę, zwłaszcza w sferze obyczajowo-seksualnej, a przecież szczerze rozdaje to, na co ogół obficie ślinką kapie. Znany jako autor książek, w których precyzyjnie stwarza światy możliwe, lecz co najmniej mało prawdopodobne, a jeszcze lepiej kreuje w nich ekscentryczne postaci. I gdy te dwa elementy ma gotowe, rozpoczyna opowieść, najczęściej o życiu na prowincji – umiejscowionej gdzieś w Północnej Ameryce, choć bywa też, zazwyczaj przelotnie, w New Yorku oraz w Europie, z dużym sentymentem w tym względzie dla Austrii. Głównym bohaterem jego prozy jest Inność, ale wcale nie rozumiana jako nieprzystosowanie, tylko wręcz odwrotnie: jako coś okazale wyjątkowego, coś co należy pielęgnować i doceniać, bo jest unikalne, i coś, co trzeba chronić, bo jest bardzo wrażliwe. Autor prawie dwudziestu książek, czytywanych, co prawda czasami z kontrowersyjnym odbiorem, lecz popularnych, za co w polskiej Wikipedii obdarzony został olbrzymim dwulinijkowym życiorysem, z którego połowa dotyczy jego osiągnięć w sztuce filmowej. Panie John, idę o zakład, że po pierwsze byłbyś się pan uśmiał, a po drugie byłbyś z takiego obrotu spraw zadowolony.

John-Rambo

„Ratować Prośka” stanowi w pewnej mierze ewenement w pisarstwie autora „Regulaminu tłoczni win”, bo nie jest to powieść, ale zbiór siedmiu opowiadań, zakończony recenzją, a raczej hymnem dla pisarstwa i osoby Karola Dickensa, poufale nazywanego „Królem powieści”. Jest to na pewno najbardziej autobiograficzna, przynajmniej dosłownie, pozycja Irvinga, jaką czytałem. Najwięcej tu tropów literackich, a także często słyszymy expressis verbis, jak pisać należy powieści i jaki powinien być pisarz. Odnieść można wrażenie, że ten tom nowel jest jakby dopełnieniem lub post scriptum dla całej twórczości Irvinga.

Pierwsze – tytułowe – opowiadanie to historia pewnego śmieciarza, który – jak przyznaje się autor – „pomógł mi zostać pisarzem” (szczegółów nie zdradzam, ale wersja zdarzeń wydaje się być wysoce prawdopodobna). W „Pensjonacie Grillparzer” pojawia się prototyp lub wczesna wersja Susie – najmądrzejszej niedźwiedzicy na świecie, posiadającej stałe zameldowanie w powieści „Hotel New Hampshire”. Kropka nad i postawiona zostaje we wspomnianym już wyżej „Królu powieści” poświęconym Dickensowi.

John Irving (fot. latimesblogs.latimes.com)

Książka bardzo nierówna, nie można mówić tu o żadnym „perły przed wieprze” – bo choć wieprzy tu pod dostatkiem, w zbiorze znajdziemy jedną tylko perłę: mianowicie nowelę „Królestwo zmęczenia”. Jest to najogólniej mówiąc historia o tym, że wszystko w życiu ma swoją cenę, a nasza wartość i klasa próbowana jest w momencie płacenia. Dość symptomatyczne spostrzeżenie dla literatury i kultury amerykańskiej. Szkoda, że mało popularne na Starym Kontynencie. Atrakcyjność opowiadania tkwi w jego konstrukcji oraz perspektywie narracji. I tak: mamy sytuację, gdy główna bohaterka („Minna Barret, lat pięćdziesiąt pięć”) jest jedynie wprowadzeniem do istotnych losów pewnej postaci drugoplanowej (Celesty, która nie obawiała się być sobą) i implikacji, które to pociągnęło za sobą – będących zarówno zakończeniem, jak i przesłaniem całej opowieści. Być może jest to interpretacja błędna, bo ostatecznie nie o Celestę ani Molly tu chodzi; wymiar jest uniwersalny, ludzki. O wartości tego opowiadania świadczy kompletność literacka świata, jaki w nim powstał, powodująca wiarygodność samej historii, jak i przesłania.

Ciekawe są również dwa inne opowiadania: „Przestrzeń wewnętrzna” oraz „Cudze sny”. W tym ostatnim przecieramy oczy i, czytając Irvinga, słyszymy Borgesa w historii Freda, któremu przydarzyła się pewnego razu umiejętność odczytywania snów, co doprowadziło go do dużego zażenowania… „Przestrzeń wewnętrzna” jest już za to bardzo w stylu autora „Świata według Garpa”. To perypetie pewnego urologa z miasteczka uniwersyteckiego, dość silnie zaangażowanego w walkę z wenerycznymi przypadłościami, dodatkowo podejmującego trud wytropienia możliwego źródła problemu i wprowadzenia profilaktyki; prywatnie zainteresowanego w stopniu zaawansowanym botaniką i życiem pewnego drzewa z rodziny orzechowatych.

Zdecydowanie najsłabsze są utwory „Prawie w Iowa” i „Tyrada Brennbara”. W obu przypadkach ma się wrażenie, że są to jedynie epizody lub wprawki do większej opowieści i jako takie pozostawiają uczucie sporego nienasycenia.

Zapaśnik Irving na okładce magazynu „Time”

„Ratować Prośka” to dowód na to, że jego autor, zupełnie jak żaglowiec, potrzebuje przestrzeni dla złapania wiatru, aby swobodnie pruć ocean literatury, czyli innymi słowy jego kunszt pisarski, magia obrazowego widzenia świata oraz umiejętność konstruowania fabuły najlepiej się mają w formach większych – umożliwiających rozmach, kompletność opowieści i wytworzenie sytuacji na tyle skomplikowanej, aby możliwa stała się gra kontekstów, w której bez wątpienia jest mistrzem.

W książce, podobnie jak w całej twórczości Irvinga, znajdziemy mnóstwo zabawnych, a czasem i tragikomicznych fragmentów. Odnajdziemy również przesłanie bardziej uniwersalne, skłaniające do refleksji a wszystko podane, jak przystało na tego autora, ze sporym rozmachem, szczerze, bywa, że z przesadą. Nie jest to literatura wielka, ale przyjemna – akurat na porę pikników w okolicznościach wiosenno-letnich – rozmiarem nie przerażająca, wygodna dla niezbyt pochłaniającej uwagę lektury. Dla bardziej zaawansowanych miłośników prozy Irvinga bardzo cenna, bo dająca odpowiedź na pytanie skąd wyszedł i dokąd zmierza, jako pisarz i człowiek – niezależnie od tego, czy jesteśmy w stanie w to uwierzyć. I tym czytelnikom szczególnie polecam rozdział pierwszy i ostatni.

John Irving, Ratować Prośka, przeł. Andrzej Ceynowa, Prószyński i S-ka, Warszawa 2001.

Dominik Śniadek

%d blogerów lubi to: