Henry James, Daisy Miller i inne opowiadania. Recenzja.


Ścieżka samotnego portrecisty

Amerykanie uważają Henry’ego Jamesa za swojego pisarza, a Anglicy za swojego. W obu przypadkach jest to jak najbardziej uzasadnione, ponieważ James obserwował i wykpiwał obyczaje społeczne po obu stronach barykady (urodził się w Nowym Jorku, ale podróżował po Europie, przez wiele lat również mieszkał na Starym Kontynencie). Wnikliwe obserwacje przekuwał w krytykę, w swoich utworach wiele razy podnosząc motyw przemian w obyczajowości przełomu stuleci. Pod tym kątem dobrane są opowiadania w prezentowanym zbiorze (najwcześniejsze z nich, słynna „Daisy Miller”, pochodzi z 1878 roku). A jednak na pierwszy plan wysuwa się opowiadanie zgoła odmienne, być może najważniejsze w dorobku pisarza, z omawianych tutaj napisane najpóźniej, bo w 1903 roku.

Mowa o „Bestii w dżungli”, gdzie spekulacje na temat wartości i sensu ludzkiego życia ulepione są wokół motywu samotności z wyboru. Choć sam wybór nie jest do końca dobrowolny – determinuje go raczej egzystencjalne tchórzostwo, strach przed podejmowaniem decyzji, przed podwojami życia. Opowiadania ma formę monologu mężczyzny, którego życie strawiły nieustanne lęki i obawy. Ukrywając się przed tytułową Bestią, uosobieniem trwogi, zamienia on swoje życie w szarą, samotną egzystencję. Kiedy orientuje się, co stracił, poczucie upadku prowadzi go do nieświadomych poszukiwań odkupienia, w konsekwencji zaś na skraj obłędu. „Bestia w dżungli” była dla Jamesa opowiadaniem bardzo intymnym. W historii samotnika-egoisty krytycy słusznie widzieli zamaskowaną autorefleksję – wyznania pisarza, który własne życie w gruncie rzeczy rzeczywiście również przeżył samotnie.

Ekranizacja „Daisy Miller” z 1974 roku (reż. Peter Bogdanovich)

Tytułowa „Daisy Miller” tylko z pozoru jest próżną, nieobytą trzpiotka. Figlarna i zaczepna młoda Amerykanka, podróżując po Europie z matką i bratem, wdaje się w nieodpowiednie romanse, a swoją powierzchownością wywołuje wśród snobistycznych wyższych sfer oburzenie. Daisy z premedytacją i cynizmem uwypukla w postawach Europejczyków z przełomu XIX i XX wieku fałsz i obłudę. Wśród pięknych scenerii Genewy czy Rzymu śledzimy okiem narratora – Amerykanina Winterbourne’a zauroczonego panną Miller – wystawne przyjęcia, spotkania towarzyskie, rozmowy i konwenanse. A Daisy bywa prowokująca („Dawniej każdej zimy jeździłam do Nowego Jorku. Tam to jest towarzystwo!”) albo uroczo… feminizująca („Żaden mężczyzna nie będzie mi mówił, co mam robić, ani wtrącał się w moje sprawy”), przez co nie zawsze bywa w towarzystwie mile widziana. Pan Winterbourne określa Daisy mianem „nieodgadnionej mieszaniny cnoty i zuchwalstwa”, a jako postać literacka nazywana jest jedną z prekursorek nurtu feministycznego.

O pewnym pokrewieństwie można mówić w przypadku dwóch pozostałych opowiadań: „Łgarza” oraz „Wychowanka”. W tym pierwszym malarz Oliver Lyon przybywa w gościnę do Arthura Ashmore’a, aby namalować portret jego 90-letniego ojca, sir Davida. Na przyjęciu u gospodarzy spotyka dawną miłość – kobietę zafascynowaną swoim mężem, pułkownikiem Capadose, tytułowym Łgarzem. Pułkownik to dusza towarzystwa, uwielbia brylować i konfabulować. Jego kłamstewka są w gruncie rzeczy nieszkodliwe, a jednak prowadzą Lyona do podjęcia pewnej gry. Malarz postanawia obnażyć przed panią Capadose prawdziwą naturę jej męża, malując jego portret. Opowiadanie w mistrzowski sposób łączy ze sobą elementy psychologiczne z satyrą, a czytelnik zaznajomiony z twórczością Jamesa bez trudu dostrzeże tu oczko puszczone w kierunku powieści gotyckiej (np. w opisach posiadłości czy wspomnieniu duchów), z którą to romans pisarz przypieczętuje 10 lat później powieścią „W kleszczach lęku” (1898).

Henry James – portret autorstwa Johna Singera Sargenta z 1913 roku

O ile „Łgarz” posiada lekki, momentami komiczny ładunek emocjonalny, to „Wychowanek” jest bardzo smutną satyrą obyczajową. Portret niedowartościowanych kosmopolitów o przerośniętych ambicjach namalował James w ponurych odcieniach, patrząc na poczynania rodziców z perspektywy chorego, przedwcześnie dojrzałego syna i jego bardzo osobistej relacji z prywatnym nauczycielem. Społeczeństwo obserwowane oczami dziecka również pojawia się w późniejszej twórczości pisarza, w powieści „O czym wiedziała Maisie” (1898).

Niezwykle precyzyjny język Henry’ego Jamesa stanowi idealne narzędzie do kreowania pełnokrwistych, wiarygodnych portretów. Dlatego opowiadania nowojorczyka, mimo że osadzone w tradycji konkretnej epoki, wciąż uwodzą psychologicznym perfekcjonizmem. Mało to bowiem mamy współcześnie Łgarzy, Wychowanków i Bestii w dżungli?

Henry James, Daisy Miller i inne opowiadania, przeł. Magdalena Moltzan-Małkowska, Prószyński i S-ka, Warszawa 2013.

Rafał Niemczyk

Charles Dickens, Opowieść wigilijna.


Bob Cratchit także może pisać świetne książki

– Wesołych świąt?! Jaki ty masz powód, żeby być wesołym? Ty, biedaku?

– A jaki ty masz powód, żeby być ponurym, wuju? Ty, bogacz?

(fragment rozmowy Ebenezera Scrooge’a ze swym siostrzeńcem Fredem)

„Opowieść wigilijna”, słynna nowela Karola Dickensa i moralitet w wiktoriańskim stylu, to jeden z tych utworów, które znają wszyscy: duzi i mali, biznesmeni i rolnicy, dziadkowie i babcie, czytający i… nie czytający. Tak, tak, „Opowieść wigilijną” – przenoszoną wielokrotnie na duży i mały ekran, na deski teatru, przerabianą i parodiowaną – zna każdy. Postacią Ebenezera Scrooge’a i wizjami nawiedzających go duchów wiktoriańskie babcie straszyły pewnie wiktoriańskie dzieci, sadzając je na kolanach przy kominku. Czasy się zmieniają, lecz potępiony duch Jacoba Marleya wciąż tuła się gdzieś między światami, nie zaznawszy ukojenia.

Sam mam przed oczami obraz wczesnego dzieciństwa, kiedy tuż przed Świętami obejrzałem „Opowieść wigilijną Myszki Miki” z całą plejadą gwiazd Disneya. Ebenezera Scrooge’a zagrał oczywiście równie skąpy Sknerus McKwacz, w ducha zmarłego Marleya wcielił się pobrzękujący łańcuchami Goofy, siostrzeńcem Fredem był sam Kaczor Donald, pracownikiem sknery – Bobem Cratchitem – Myszka Miki, a panią Cratchit Myszka Minnie. Tę wspaniałą adaptację w disneyowskim duchu pamiętam doskonale, szczególnie scenę, w której Scrooge staje nad grobem i odczytuje własne nazwisko…

Ebenezer Scrooge to biznesmen, giełdziarz, właściciel domu handlowego, a także samotny mizantrop. Jedynym zajęciem tego antypatycznego kutwy jest pomnażanie majątku, którego nie trwoni nawet na własne potrzeby. Wszystko zmienia się w wigilię Bożego Narodzenia, gdy odwiedza go duch zmarłego przed kilku laty wspólnika Jacoba Marleya, zapowiadając wizytę kolejnych zjaw. I faktycznie! Scrooge’a nawiedzają kolejno duchy przeszłych, teraźniejszych i przyszłych świąt, ukazując mu obrazy będące przyczyną jego niecnego postępowania, a także przyszłe konsekwencje bezduszności bogacza. Ciekawa jest podróż w przeszłość, ponieważ odmalowuje ona postać Scrooge’a nie tylko w czarno-białych barwach.

Scrooge odwiedzany przez ducha Marleya. Ilustracja Johna Leecha z pierwszego wydania „Opowieści wigilijnej”

Można mieć wątpliwości i stawiać pytanie: czy przemiana bohatera pod groźbą nieuchronnej śmierci staje się naprawdę odkupiająca? Czy lepszy jest pracowity skąpiec, czy ubogi kwestarz? Takie deliberacje podejmują zapewne zastępy polityków, spierających się nad wyższością liberalizmu nad socjalizmem, bo już takie interpretacje „Opowieści wigilijnej” w sieci się pojawiają. Całkiem niesłusznie dorzuciłem powyższe zdanie; mamy bowiem wigilię, a to niewłaściwy czas na głupoty. A to że Karol Dickens napisał ponadczasową nowelę z zamiarem spłaty swoich długów, nie posiada znaczenia większego niż symboliczne. Tacy jak Bob Cratchit, w którego rysach da się zauważyć wiele rysów Dickensa, również mogą pisać świetne książki, a jeśli uczą one pogody ducha, ciepła i rozwagi, niech zagoszczą tu na wieki, niczym duch Marleya tułający się po zaświatach. Wesołych Świąt!

Charles Dickens, Opowieść wigilijna, tłum. Bohdan Maliborski, Świat Książki, Warszawa 2009.

 Rafał Niemczyk

Charlotte Bronte, Profesor. Recenzja.


Amour propre

Jest rok 18… Świat, a nade wszystko Europa, ciągle jeszcze pozostaje ufny w zdobycze nauki. Ludzie są pełni wiary w racjonalność i logikę rzeczywistości; światlejsze umysły odszukują jej uzasadnienie w wiedzy, jej rozpowszechnieniu i dostępności, którą podarowało Oświecenie. Nadal jednak używa się pewnych kategorii umożliwiających na wskroś stereotypową percepcję. Również nadal histerię uważa się po pierwsze: za schorzenie, i po drugie: wyłącznie kobiece, powodowane nieprawidłowym funkcjonowaniem macicy…

Po ulicach miast, podróżni i peregrynatorzy przemieszczają się dorożkami, w których upychają swe sakwojaże i torby dynamiczne. Noszą się elegancko, wytwornie zachowując przy tym spory dystans między własnym indywiduum a resztą ludzkości. Tak wypada! Albowiem świat społeczny jest ściśle regulowany konwenansami. Forma ogłasza śmierć bezpośredniości i szczerości. Naturalność to persona non grata. Obyczaje są w takiej samej mierze wyszukane i dystyngowane jak stroje, równie sztywne i uwierające jak gorsety, i niemal tak samo niepraktyczne jak cylindry.

Architekt zapomniał najwidoczniej o wrażliwości. Jeśli jest się nieśmiałkiem czułym bardziej niż inni, lub tę wrażliwość pielęgnującym w sobie, należy to ukrywać skrupulatnie. Na romantyczność, wzniosłość i liryzm zarezerwowano najwyraźniej trzecią od góry szkatułkę zabytkowej szyfoniery, ustawionej w pysznym ogrodzie pełnym kolorowych zapachów, być może pod kwitnącym złotokapem lub jaśminem. Ściślej rzecz biorąc, porywy człowieczego serca przetransportowano do literatury. I to tylko te najbardziej szlachetne, rzecz jasna z pewnymi zastrzeżeniami. Iście to herkulesowy wysiłek, zwłaszcza na kruche siły niewieście. Lecz upór, konsekwencja i talent skłonne nie takie ciężary pokonywać.

Portret Charlotte Bronte (Evert A. Duyckinck, 1873)

Portret Charlotte Bronte (Evert A. Duyckinck, 1873)

Pisze Charlotte Bronte o tym wszystkim po trochu: o świecie wysokich okien wyposażonych koniecznie w karmazynowe story, pełnym konwenansów, stereotypów, społecznych nakazów; o samotności człowieka; wreszcie o drodze do jej pokonania, miłości.

Czyni to subtelnie i tak, jak wymaga architekt. Czasem może tylko troszeczkę się zapomina i wtrąca bezwiednie swoje wspomnienia i przeżycia. Tworzy opowieść o perypetiach pozornie zwyczajnych, lecz, zwłaszcza obecną miarą, jakże bajkową, inną i trudną do wyobrażenia; pretensjonalną przecież, ale w jaki śliczny sposób, jak uroczą, choć dla nas już zupełnie niewiarygodną. Bo czyż można to inaczej ująć?

Kiedy po nocy, gdy wzburzony umysł czynił poduszkę niespokojną, absztyfikant udaje się do wybranej swego serca. I w te słowa, najzupełniej bez żartów, prosi ją o rękę: Frances, czy poważasz mnie na tyle, by zostać moją żoną? Na co ona, nieco zwodząc, dla próżności celów, po krótkiej, akuratnej chwili odpowiada: Pan zawsze sprawia, że jestem szczęśliwa; lubię słuchać, gdy pan mówi; lubię pana widywać; lubię być blisko niego; uważam, że jest pan bardzo dobry, lepszy od innych; wiem, że jest pan surowy wobec beztroskich i gnuśnych, ale wobec uważnych i pracowitych jest pan życzliwy, bardzo życzliwy, nawet jeżeli nie są to ludzie mądrzy. Będę rada, mogąc na zawsze zamieszkać z panem. Namiętność jest w tym wypadku, jak łatwo się domyślić, jedynie milczeniem.

Głównym bohaterem „Profesora” jest William Crimsworth, młody angielski dżentelmen. Jako taki, rzecz jasna, obdarzony dobrym, arystokratycznym pochodzeniem i podziwu godnymi cechami – tak charakteru, jak i umysłu. Te, już z samej natury diamenty, uszlachetnione są jeszcze nad wyraz starannym wychowaniem i płynącymi z niego wzorowymi manierami. Oczywiście na skutek niefortunnych wyroków okrutnego losu ów dżentelmen jest biedny bardziej niż mysz kościelna.

Rewolucja przemysłowa w XIX-wiecznej Wielkiej Brytanii (William Bell Scott - "Iron and Coal", 1855-1860)

Rewolucja przemysłowa w Wielkiej Brytanii (William Bell Scott – „Iron and Coal”, 1855-1860)

Nietrudno przewidzieć ciąg dalszy tak rozpoczętej opowieści. William z pewnych dość oczywistych i bardzo honorowych powodów odrzuca propozycję ciepłej, proboszczowskiej synekury i mdłego małżeństwa z nudną kuzynką, jaką uczynili byli mu dalecy i zamożni krewni. Podejmuje próbę odnalezienia i porozumienia się z bratem, którego nie widział od wieku dziecięcego. Tu również natrafia na niepowodzenie i równie godnie je znosi. A czytelnik ma niepowtarzalną sposobność zapoznać się z chłodnym klimatem początków industrializacji. Przy okazji poznaje pana Hunsdena, oryginalnego cynika, liberała i cichego zwolennika karbonariuszy co naturalnie (wszak to XIX wiek) nie przeszkadza mu być całkiem sprawnym przedsiębiorcą oraz majętnym i ustosunkowanym człowiekiem. Dzięki protekcji Hunsdena Crimsworth trafia do Brukseli, gdzie zostaje profesorem języka angielskiego. Najpierw w szkole dla chłopców, a potem w pensji dla dziewcząt. Opisy obu tych zacnych instytucji są ciekawe, lecz dopiero czytając o szkole dla dobrze urodzonych panien, możemy być naprawdę usatysfakcjonowani. Bronte bez wątpienia posłużyła się tu swoimi doświadczeniami i wspomnieniami, być może dokonując przy okazji kilku rozrachunków z przeszłością.

W tak zawiązanej akcji i zarysowanych okolicznościach oczywiste wydaje się być pojawienie intrygi miłosnej. Kocha się tu sporo, lecz mało namiętnie, za to zawsze wzniośle i szlachetnie. Nie zdradzając szczegółów, epilogiem jest całkowity tryumf prawości i czystości nad plugawością i podłością oraz szczęśliwe lata dojrzałe w posiadłości „Daisy Lane”, co zdaje się na język polski można transkrybować „Stokrotkowa Dróżka”.

Pokój urządzony w stylu wiktoriańskim

Pokój urządzony w stylu wiktoriańskim

Wcześniej jeszcze mamy świetną i znamienną scenę rozmowy Frances z Hunsdenem, o Anglii, Szwajcarii, patriotyzmie i jeszcze kilku drobiazgach. Konfrontację tradycjonalistki i liberała, zaciekłą, bardzo zdeterminowaną i ognistą; ale konfrontację z rodzaju nierozstrzygniętych, bo i sam problem, jak i w gruncie rzeczy opozycjoniści nie są zdefiniowani, gdyż świat, być może właśnie w tym momencie, staje się wielopłaszczyznowy.

To książka bez wątpienia oparta na wątkach autobiograficznych. Dlatego może tak trudna do napisania. Czasem wstrzemięźliwa i wydaje się w paru fragmentach niedopowiedziana. Bronte w postaci Frances Evans Henri sportretowała samą siebie. Z ta małą różnicą, że autorce przydarzył się zawód miłosny, a Frances osiągnęła spełnienie w miłości.

To również debiut powieściowy Charlotte Bronte, stąd może taka skłonność do poprawności i lęk przed zuchwałością psychologiczną postaci.

Wreszcie rzecz bez wątpienia najcenniejsza: język powieści. Cudownie pretensjonalny, dokładny już nie w skali centymetrowej, a milimetrowej. Niemal każde zdanie posiada swój rytm i skrzy się od przymiotników właściwych danym rzeczownikom. Prawda, że styl afektowany i przesadny, lecz jakże adekwatny do opisywanej rzeczywistości; przy tym czarowny, uroczy, choć pewnie dla wielu nudny i przewidywalny. To swoista pieczęć i certyfikat epoki wiktoriańskiej, czasów rygorystycznej moralności, ukonstytuowanej porządkiem i mnogością konwenansów społecznych, czasów powstawania przemysłu i złotej potęgi kolonialnej Wielkiej Brytanii. To właśnie ta fraza Bronte pozwala nam odbyć podróż do tamtych czasów, gdy świat wydawał się być jeszcze cokolwiek nieodkryty i dziewiczy, choć czyniono wiele aby go nazwać i wytłumaczyć naukowo.

Charlotte Bronte, Profesor, tłum. Katarzyna Malecha, Wydawnictwo MG, Kraków 2012.

Dominik Śniadek

William Shakespeare, Makbet, w przekładzie Piotra Kamińskiego. Omówienie


Krwawy uzurpator czy ostatni król
starej gaelickiej arystokracji?

Minęły cztery stulecia od napisania i prapremiery „Makbeta”, a szekspirologowie, historycy i badacze literatury wciąż spierają się, debatując nad genezą, interpretacjami czy tłem historycznym „szkockiej tragedii”. Najnowszy przekład Piotra Kamińskiego (rytmiczny, płynny, chwalony przez aktorów i reżyserów), opatrzony wstępem i komentarzem Anny Cetery, jest świetnym przyczynkiem do ponownego rzucenia światła na intrygujące zawiłości szekspirowskiego arcydzieła.

W marcu 1603 roku, po śmierci Elżbiety I Tudor, Anglia znalazła się pod rządami Stuartów. Odczytując zakończenie „Makbeta” (osadzonego wszakże alegorycznie w początkach drugiego tysiąclecia naszej ery) jako nową sytuację polityczną, mamy do czynienia ze wskazaniem na wschodzącą dominującą rolę Szkocji, która to poprzez unię personalną z Anglią, przerodziła się w 1707 roku w Królestwo Wielkiej Brytanii.

Trzeba tu zwrócić uwagę na kontrowersje związane z osobą króla Szkocji (a w momencie premiery „Makbeta” – już także króla Anglii) Jakuba I: przywiązywanie przez niego wagi do zabobonów i czarów (jest autorem traktatu Daemonologie z 1597 roku), co wiązało się z egzekwowanymi z całą surowością ustawami przeciwko tymże; traumatyczne przeżycia z dzieciństwa i młodości (ojca Henryka Stuarta uduszono, gdy Jakub miał niecały rok, zachodzi prawdopodobieństwo, że za zgodą żony; matka Maria Stuart została ścięta z rozkazu Elżbiety I); fakt, że i w samego króla niejednokrotnie wymierzane były zamachy; istnieje też duże prawdopodobieństwo, iż władca zamieszany był m.in. w tajemniczą śmierć królewskiego wierzyciela, hrabiego Gowrie.

Makbet-w-Teatrze-Starym (rez. A.Wajda)Wziąwszy pod uwagę powyższe okoliczności, można wysnuć hipotezę, że pierwotna recepcja dramatu Szekspira miała bezpośrednie odniesienie w kierunku Jakuba I Stuarta. Anna Cetera pisze o tym w interesującym komentarzu:
Makbet w wyjątkowym stopniu odzwierciedla atmosferę Londynu z początku XVII wieku, a silnie zarysowany wątek Wiedźm i szatańskiej manipulacji skłania do odczytywania sztuki jako bezpośredniej konfrontacji z poglądami króla.”
Trzeba podkreślić, że w czasach elżbietańskiej Anglii obowiązywał ustanowiony od roku 1559 zakaz przedstawiania w utworach scenicznych wizerunku panujących władców. Byłby wtedy Szekspir prawdziwym cyrkowym linoskoczkiem, ryzykantem lawirującym nad przepaścią, w otchłani której czekałby go upadek artystycznej kariery albo i coś gorszego.
„Jeżeli przyjąć tę logikę [zakamuflowanych odniesień w kierunku króla – przyp. R.N.], Shakespeare istotnie jawi się jako niepoprawny ryzykant, genialny psychoanalityk i manipulant, twórca sztuki pod każdym względem zgodnej z oficjalną polityką [Makbet utrwalał i rozwijał intensywnie rozpowszechniany mit założycielski Stuartów, wiążący początki dynastii z postacią Banka (Banquo), tana Lochaber, o którym wspominają kroniki – cyt. za A.C.], a zarazem zdolnej rozjątrzyć najskrytsze królewskie rany” – czytamy w dalszej części komentarza.

Sam Makbet, szkocki arystokrata czystego rodu i rycerz, omamiony żądzą obiecanej przez przepowiednię wiedźm władzy, podsycany stale przez żonę – staje się manipulantem, zdrajcą i zbrodniarzem. W efekcie krwawego żniwa i serii morderstw wspina się na tron, ale zostaje z niego brutalnie strącony przez prawowitych następców.

Historyczny Makbet nie do końca jest pierwowzorem literackiego. Do XI wieku w Szkocji obowiązywała tzw. tanistry – rozpowszechniony wśród Celtów system ustalania następcy panującego, polegający, mówiąc oględnie, na przyznaniu korony najsilniejszemu spośród przedstawicieli rodu. System ten potęgował krwawą rywalizację pomiędzy panującymi władcami, ich dziećmi i zastępami uzurpatorów. Jak zauważył londyński profesor John Dover Wilson, w latach 943-1040 (druga graniczna data wskazuje na objęcie tronu Szkocji przez historycznego Makbeta) na jedenastu królów Szkocji, dziewięciu zostało zamordowanych przez wrogów, którzy byli najczęściej ich bliskimi krewnymi.

Makbet-w-Kinie-Pod-BaranamiAngielski kronikarz Raphael Holinshed, z którego Holinshed’s Chronicles w dużej mierze czerpał Szekspir, opisuje konflikt charyzmatycznego Makbeta z nieudolnym Duncanem. Czarę goryczy przelewa Duncan, mianując swojego kilkuletniego syna Malcolma (tego samego, który zostanie królem Szkocji po pokonaniu Makbeta; tutaj historia jest adekwatna z dramatem) księciem Cumberlandu i następcą tronu. Łamie w ten sposób tanistry – tradycyjny sposób dziedziczenia. Makbet wznieca wśród szkockich tanów iskrę buntu i zabija Duncana w potyczce pod Bouthgouanom koło Elgin. Okres rządów Makbeta kroniki Holinsheda opisują jako pomyślny na początku (reformy rozwojowe, efektywna obrona szkockich granic, walka z bezprawiem), ale z czasem – i tutaj postać historyczna zaczyna przeradzać się w Makbeta szekspirowskiego – ogarnia go obsesyjny lęk przed zdradą. Wszak sztuka Szekspira wręcz rozmywa się w oparach zdrady, dwuznaczności, kłamstw i przebiegłych manipulacji.
„Shakespeare nie rekonstruuje wiernie sytuacji historycznej, w dużej mierze marginalizuje też kwestie rzeczywistych relacji rodzinnych i związanych z nimi praw do tronu, perfekcyjnie wychwytuje jednak wątek dominujący w biografiach ostatnich gaelickich władców – patologiczną walkę genów w obrębie rodu, obsesje dynastyczne i związane z nim mordy dzieci” – konkluduje Anna Cetera.

Śmierć historycznego Makbeta była równocześnie schyłkiem Szkocji jako królestwa czysto celtyckiego. Stara arystokracja ze szkockich wyżyn (Highlands) została zastąpiona przez rody ze szkockich nizin (Lowlands). Malcolm III Cenmore, w dużej mierze posługując się angielskimi wpływami, umocnił szkocki tron kosztem uzależnienia kraju od Anglii, a sytuacja ta utrzymywała się niezmiennie przez całe wieki. Był więc Makbet bezsprzecznie ostatnim prawdziwym królem starej gaelickiej arystokracji – Highlands. Szkoci pamiętają o tym po dziś dzień. W przypływie częstych ostatnimi laty debat na temat politycznej odrębności i niepodległości państwa Parlament Szkocji ogłosił rok 2005, czyli tysięczną rocznicę urodzin historycznego króla, rokiem Makbeta. „Nikt nie umrze za ojczyznę bez wielkiej nadziei nieśmiertelności” – pisał Cyceron. Makbet zginął, Szekspir umarł, a obaj wiecznie żywi.

William Shakespeare, Makbet, w przekładzie Piotra Kamińskiego, ze wstępem i komentarzem Anny Cetery, Wydawnictwo WAB, Warszawa 2011.

Rafał Niemczyk

* Poniżej prezentuję Czytelnikom dwa wybrane przez siebie fragmenty w czterech różnych przekładach: Józefa Paszkowskiego, Macieja Słomczyńskiego, Stanisława Barańczaka i Piotra Kamińskiego.

Przepowiednia trzeciej zjawy usłyszana przez Makbeta (akt IV, scena 1, wersy 90-95):

Przekład Józefa Paszkowskiego (1857)

„Bądź jak lew śmiały, dumny, przedsiębierczy;
Nie tknie Makbeta żaden cios morderczy,
Póki las Birnam ku dunzynańskiemu
Wzgórzu nie pójdzie walczyć przeciw niemu.”

Przekład Macieja Słomczyńskiego (1980)

„Bądź lwiego serca, pyszny, nie dbaj zgoła
O gniewy, zdradę i spiski dokoła,
Bowiem Macbetha mocy nic nie skruszy,
Póki Birnamski wielki Las nie ruszy
Ku wzgórzu Dunsinane, by nań uderzyć.”

Przekład Stanisława Barańczaka (1992)

„Bądź jak lew władczy, wyniosły, wspaniały;
Lekceważ spiski i buntu sygnały:
Szkocja nie zada klęski swemu panu,
Dopóki szturmem pod mur Dunsinanu
Nie dojdzie wrogi Las Birnamski.”

Przekład Piotra Kamińskiego (2011)

„Miej serce lwa, bądź dumny, nie bacz wcale,
Kto sarka, zbroi się, wylewa żale.
Nikt nie pokona Makbeta, aż stanie
Las Birnam u stóp wież na Dunsynanie
I szturm przypuści.”

Makbet, dowiedziawszy się, że las Birnamski „ruszył” na zamek Dunsynan (akt V, scena 5, wersy 46-52):

Przekład Józefa Paszkowskiego (1857)

„Dalej, do broni! do broni! i naprzód!
Jestli to prawda, nie mam czego czekać,
Na nic mi zostać, na nic mi uciekać,
Zbrzydło mi słońce; rad bym, żeby cała
Budowa świata w proch się rozleciała.
Uderzcie w dzwony! Dmij, wietrze! wrzej, toni!
Mamli umierać, umrę z mieczem w dłoni.”

Przekład Macieja Słomczyńskiego (1980)

„Wychodźcie z zamku! Do broni, do broni! –
Jeśli to, o czym doniósł, się pojawi,
Jakaż ucieczka lub zwłoka mnie zbawi?
Poczynam dość już mieć widoku słońca
I pragnę, aby wszechświat dobiegł końca. –
W dzwon bijcie! – Wichrze, dmij! Żegnaj mi, świecie!
Jeśli zginiemy, to w zbroi na grzbiecie.”

Przekład Stanisława Barańczaka (1992)

„Las sunie w stronę Dunsinanu… – Ludzie,
Do broni! Naprzód! – Jeśli jego słowa
Staną się ciałem, ani ta zamkowa
Kryjówka, ani ucieczka nic nie da;
Zbrzydło mi słońce, zbrzydła dni czereda –
Niech ginie świat, niech wichr i grom uderza!
Jeżeli konać – to śmiercią żołnierza.”

Przekład Piotra Kamińskiego (2011)

„Do Dunsynanu! Bierzcie broń i w pole!
Jeśli ów widok tam przed nami stanie,
Na nic ucieczka i próżne czekanie.
Dosyć mam słońca, mierzić mnie zaczyna
Świat – czas najwyższy, aby legł w ruinach.
Uderzcie w dzwony! Wichrze, wiej, giń, świecie!
Jak już umierać, to w zbroi na grzbiecie.”

%d blogerów lubi to: