Thomas Bernhard, Partyjka.


Krótka rozprawa między Doktorem, Furmanem i samobójcą Sillerem
(między innymi)

„Partyjka” to forma rozmiarem niewielka, można powiedzieć miniatura powieści lub okazalsze opowiadanie, liczy bowiem nieco ponad 80 stronic niewielkiego formatu. Rzecz napisana jest w przeważającej mierze w formie listu, czyli monologu wewnętrznego. Jest to, pozornie, studium szaleństwa Doktora – głównego bohatera i zarazem narratora – obłędu tym dotkliwszego, że w pełni uświadomionego. Lecz sedno tym razem nie tkwi w rozmiarze ani też w treści. Piękno tej książki polega na kompletności opowieści. Tak, kompletności! Mimo krótkiej formy, „aberracji umysłowej” narratora i oziębłości świata, który opisuje. Obłęd Doktora i realizm scenerii jest tylko pretekstem, kamuflażem dla egzystencjalizmu, bo ten ostatni – wydaje się – jest tu tematem najważniejszym. Alienacja, „chroniczno-podchroniczny” indywidualizm, wycofanie, silny lęk przed śmiercią, beznadzieja i pesymizm w sprawie poszukiwania jakiegokolwiek sensu życia – to diagnoza rzeczywistości. Brzmi paskudnie i patetycznie. Dlatego trzeba ust szaleńca, aby uwiarygodnić takie realia. Tym bardziej, że – zdaniem autora „Wycinki” – jedyną receptą na taki stan jest izolacja; ocalenie godności osobistej przez samotność, zamknięcie się w świecie tak małym, jak to tylko możliwe i trwanie w melancholijnej konstatacji, czyli rozważanie potencji przy równoczesnej pewności, że ostatecznie nigdy nie zostanie zrealizowana.

Ruiny żagańskiej papierni nad rzeką Czerną – powiadają, że to miejsce wisielców (fot. militarni.pl)

Bernhard szkicuje rudymenty scenerii, ale robi to tak wprawnie, że powstaje osobny świat, bardzo obrazowy i malowniczy – dodajmy. Doktor mieszka w baraku, jest to pustelnia, pewnego rodzaju miejsce dobrowolnego odosobnienia. Niedaleko jest zmurszały świerk, dalej żwirowisko w lesie, w którym powiesił się samobójca Siller; jest jeszcze oberża „Mściciel” – miejsce, gdzie można w środę grać w karty. Na całkowitych antypodach jest papiernia, rzeka Traun dla topielców i to już w zasadzie cały wszechświat. Istnieje świadomość czegoś innego, jest ona jednak tylko wspominana i to niezbyt dobrze, jak w przypadku sanatorium: „…i wiadomo, że cmentarze w uzdrowiskach są największe. Leżą tam sami tacy, którzy z daleka przybyli do uzdrowiska, by poprawić swój stan zdrowia”. Mało? Mogłoby się wydawać, że tak, ale tu wystarcza. Autor bowiem nie ma pretensji, aby opisać cały świat, interesuje go wyłącznie rzeczywistość Doktora, który żyje w świecie robotników fabryki papieru, nauczyciela i Furmana. Mantra: zmurszały świerk, żwirowisko, a w środę partyjka kart jest alfą i omegą tego świata. To raczej rzeczywistość permanentnie niespełnionej potencji niż powszechna historia szaleństwa.

 „…choroba umysłowa, którą muszę określić jako zdecydowane przeciwieństwo tępoty”

Jest to realizm, jeśli można tak powiedzieć, dramatyczny, bo z pewnością bliżej mu do teatru niż powieści. Kontury rzeczywistości służą tylko wzmocnieniu ekspresji kwestii wypowiadanych słowami Doktora i jako takie całkowicie są podporządkowane charakterowi aktora; są oszczędne, a nawet ubogie, choć pedantyczne, wyraźne i dokładne, co nie przeszkadza tkwić im w przesadzie. W ten sposób Bernhard staje się pisarzem właściwości, pisarzem substancjalnym, a wspomniany wyżej realizm otwiera bramę irracjonalności marzeń. Tak zdefiniowany realizm dramatyczny daje czytelnikowi skąpą fabułę i bardzo obrazowe sceny, postaci. Wobec tego konstatacja rzeczywistości, choć ubrana w konkrety, rozmywa się w syntetycznej refleksji, gdyż oszczędza się szczegóły, hołubiąc priorytety.

„Grający w karty” – obraz olejny Paula Cézanne’a z lat 1893-1896 nawiązujący do scen chłopskich braci Le Nain [ciekawostka: cena obrazu osiągnęła w 2012 r. 250 mln dolarów, co czyni go najdroższym płótnem świata]

Minimalizm fabuły jest tu potrzebny dla analizy sytuacji jednostki, zbadania owego aberracyjnego indywidualizmu. Przeraża szczerość, prawdziwość oraz pozorna spójność i logika monologu Doktora; przeraża jak życie, które przecież nie posiada sensu, przynajmniej to życie świadome, przemyślane i pełne. Kategoria obłędu jest zarazem realna, jak i metaforyczna; opisuje stan faktyczny, jednocześnie dając sprytną odpowiedź dla zagubienia. Lecz czy jest to droga właściwa? Chyba nie, bo jak pisze Bernhard: „Ciągłe stawianie pytań oznacza ciągły obłęd”. Są jednak ludzie, którzy przestać pytać nie umieją. Taki jest Doktor i – zdaje się – pisarz, który go do życia powołał. Być może jest to droga donikąd, lecz wielce prawdopodobna, ponadto dla pewnych osób jedyna. Uniwersum nie jest znaczące, gdyż go nie ma: „Otoczenie jednak milczy, to jest istotą otoczenia…”. Mimo to „Partyjka” dotyczy zagadnienia ogólnoludzkiego, sięga bowiem abstrakcji życia, które w swych zasadniczych przejawach ostatecznie wszędzie bywa takie same.

To, co napisałem wyżej, jest tylko pewnym zarysem, bo „Partyjka” daje więcej. Ma prostą i klarowną kompozycję, lecz często nie dopowiada lub szaleństwem tropy zakrywa. Można analizować sensy inne, interpretować postać Furmana, odgadywać związki i przyczyny, lecz tu napisać należy o najważniejszych problemach, resztę pozostawiając czytelniczej uwadze.

Thomas Bernhard jeszcze przed literackim debiutem
(fot. Helmut Baar, 1957)

Wreszcie najlepsza – przynajmniej dla mnie – rzecz w omawianej książce: język. Niesłychany wręcz rytm zdań, magia powtórzeń, ekwilibrystyka interpunkcji, podprogowe komunikaty, a to wszystko bardzo schludne, pedantyczne i poprawne. Mieszanka nieprawdopodobna, trzeba przyznać, lecz równie zaskakująco pyszna. Bernhard pisze logicznie i treściwie, czyli z sensem, a jednak i treść, i sens pozostawia w planie drugim, sedno zawierając w rytmie.

To zabawa słowem, ale również sztuka, dlatego że aby tego dokonać, trzeba wirtuozerii pióra i synchronizacji procesu myślowego z odczuciami. W efekcie otrzymujemy w wymiarze pierwszym – najbardziej oczywistym, choć nie najważniejszym – wiarygodną i solidną opowieść, uzasadnioną osobą i charakterem głównego bohatera, a w aspekcie drugim – subtelniejszym, trudniejszym dla recepcji, lecz bardziej istotnym – podświadomy komunikat uczuć, klimatem bliższy poezji niż mowie niewiązanej. Trudno to wytłumaczyć, jeszcze pewnie trudniej zrozumieć, wypada więc książkę przeczytać, bo to sprawa empatii, nie intelektu. Zaskakujący to wniosek, biorąc pod uwagę precyzję i pedantyzm warsztatu Bernharda, jednak chyba najbliższy prawdzie…

Thomas Bernhard, Partyjka, przeł. Gabriela Mycielska, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1980.

Dominik Śniadek

Thomas Bernhard, Korekta.


Paradoks szklanki wody, czyli perfekcyjna niedoskonałość

Tekst ten należałoby rozpocząć od porządkowania i segregowania, a zakończyć śmiercią, ale wszyscy tak robią i byłoby to nudne, dlatego zaczynam od paradoksu. Paradoksalnie bowiem, książka o doskonałości jest bardzo niedoskonała, ba!, „Korekta” nie doczekała się nawet porządnej korekty. Winien takiego stanu rzeczy jest głównie sam autor, który odwlekając przez kilka lat oddanie Siegfriedowi Unseldowi, swojemu wydawcy, manuskryptu książki, sprawił, że ani redaktorzy, ani korektorzy nie mieli czasu i ochoty, by przedzierać się przez gąszcz gargantuicznych zdań. Wskutek tego ponad 300-stronicowa książka (składająca się z dwóch zaledwie akapitów) pojechała do drukarni bez rzetelnego opracowania redaktorskiego i edytorskiego. Paradoksalnie (znowu): niezachowanie wydawniczych standardów dodało temu dziełu jeszcze jeden poziom, poziom, nazwijmy go, minus jeden. „Korekta to zadanie matematyczne, dopiero wtedy, gdy wszystko zostanie całkowicie rozwiązane, stanie się literaturą piękną” – mówił Bernhard.

Tłumacz Marek Kędzierski wskazuje na obecność w „Korekcie” wielu zdań, „w których nie ma czasownika posiłkowego albo istnieje niezgodność podmiotu w zdaniu podrzędnym, w których brak zakończenia albo zachodzi wyraźna sprzeczność logiczna, a nawet takich, w których gubi się poruszany wątek”. Narracji ukończonej w 1975 r. „Korekty” bliżej jest do słownej ekspresji malarza Straucha z „Mrozu” (pierwszej powieści Bernharda z 1963 r.), a także do wielkiego „Kalkwerk” (1970). W tym ostatnim czytelnik poznaje losy bohatera z wielogłosu jego sąsiadów, nigdy nie mając pewności co do prawdziwości relacji, zanurzony w różne perspektywy obserwatorów i krojoną z nieugiętą konsekwencją narrację w mowie zależnej.

W „Korekcie” bezimiennym narratorem jest profesor matematyki w Cambridge, który przybywa na „Hoellerowską mansardę”, do domu preparatora zwierząt, wybudowanego w przełomie rzeki Aurach nieopodal Gmunden w Górnej Austrii, aby posegregować obszerne notatki swojego przyjaciela Roithamera, a tym samym poznać mroczną historię, która doprowadziła do jego samobójstwa.

Wittgenstein i Roithamer

Stożek (fot. focus.de)

Kędzierski w posłowiu przytacza fragment listu wysłanego przez Bernharda wiosną 1974 r. do zniecierpliwionego wydawcy, w którym odkrywa zarys fabularny książki, a także sylwetkę głównego bohatera:

Roithamer, czterdziestodwuletni Austriak, matematyk i fizyk mieszkający w Cambridge, konsekwentnie utrzymując wszystko w tajemnicy, wzniósł dla swojej siostry, po trzech latach planowania tudzież trzech latach budowania, które pochłonęły całkowicie jego zasoby umysłowe, pośrodku Kobernausserwald, na leśnym terenie o szerokości 70 km, a długości 90 km, budowlę stuprocentowo jej odpowiadającą – Stożek.

Tematyką tej powieści jest abstrakcyjne pytanie o pojęcie prawdy w naukach, filozofii i metodologii poznania – intensywną zmysłową konkretność tekstu należy tutaj rozumieć jako dialektyczną odpowiedź.

Już w tym liście zawierają się wskazówki co do inspiracji dla postaci Roithamera, którym był austriacki filozof Ludwig Wittgenstein. Zawierającemu się w definicji atomizmu logicznego poglądowi zakładającemu możliwość wyjaśnienia prawdy o świecie w oparciu o obserwację naukową, wymyślonemu przez Bertranda Russella, hołdował i Wittgenstein. Z kolei jego „Traktat logiczno-filozoficzny” był w założeniu próbą ustalenia relacji, w zasadzie miał być obaleniem granic, między perfekcyjnie logicznym językiem a rzeczywistością (światem). Dzieło dowiodło czegoś zupełnie przeciwnego: że przy zachowaniu pierwotnych założeń, system jest niemożliwy do skonstruowania.

Ludwig Wittgenstein (fot. Ben Richards, 1947)

Ludwig Wittgenstein (fot. Ben Richards, 1947)

Wittgenstein, podobnie jak Roithamer, wybudował wymarzony (we własnym mniemaniu) dom dla siostry. Wittgenstein – w centrum Wiednia, Roithamer – w geometrycznym środku lasu Kobernausserwald. Budowlą wzniesioną przez Wittgensteina były trzy połączone prostopadłościany w modernistycznej formie, Roithamer zaprojektował mityczny Stożek. „Praca architekta – pisze Kędzierski – nie różniła się dla niego od pracy filozofa, była przede wszystkim pracą nad sobą samym. Pracą nad własnym rozumieniem. Nad tym, jak człowiek widzi rzeczy…”. Różnica w reakcji obu sióstr (rzeczywistej – Wittgensteina i fikcyjnej – Roithamera) nie jest tak oczywista, jak się wydaje. Ta pierwsza wreszcie ulega i po początkowym niezdecydowaniu zamieszkuje w domu sprezentowanym przez brata. Odmowa tej drugiej przybiera postać ostateczną, samobójczą („zaprowadziłem ją w sam środek lasu, a tym samym zabiłem, jednocześnie ukończywszy Stożek (7 kwietnia), słowa Roithamera”). Podwójne samobójstwo, siostry i brata, ma być, wedle tłumacza, zakamuflowanym sygnałem miłości kazirodczej. Niektóre źródła podają, że sam Wittgenstein ukrywał z kolei własną homoseksualność.

Istnieje więcej zbieżności pomiędzy rzeczywistym i fikcyjnym filozofem: majętni ojcowie, akademickie powiązania z Cambridge, stosunek do odziedziczonej fortuny (Wittgenstein większość rozdał, Roithamer po wybudowaniu Stożka rozważał przekazanie pieniędzy byłym „lokatorom” zakładów karnych), bezkompromisowość dla własnej twórczości (niezadowolenie i niespełnienie), wreszcie nieuporządkowane notatki, które obaj po sobie zostawili.

Lustro w cieniu

Thomas Bernhard (fot. BE&W, 1971)

Thomas Bernhard (fot. BE&W, 1971)

Czy wobec tego Roithamer jest Wittgensteinem albo odwrotnie? Wydaje się, że nie w większym stopniu niż sam Bernhard jest (mimowolnym?) odbiciem narratora opowieści – porządkującym i korygującym notatki po Roithamerze/Wittgensteinie. Jest jeszcze Hoeller, którego dom (jego sposób budowania, nie architektura) staje się inspiracją dla Roithamera. Spoglądamy zatem w lustro potrójne: Hoeller-Roithamer, Roithamer-Wittgenstein i bezimienny narrator-Bernhard.

A trzeba wspomnieć również o Konradzie z Kalkwerk, do którego nie sposób nie nawiązać. Podobieństwa między nim a Roithamerem dotykają nie tylko medytacji w dążeniu do doskonałości, która polaryzuje na całe życie bohaterów. Obaj są geniuszami, naukowcami, filozofami, łączą ich ponadto inne przypadłości: bezsenność, poczucie osaczenia i stagnacji, nawyk chodzenia tam i z powrotem, stosunek do rodziców, stan uwięzienia. Obaj odcinają się od świata, nie mogąc go jednak (nie chcąc?) pozostawić za sobą. Nie jest przypadkiem, że niemożność przełamania przez Konrada impasu, bezruchu kończy się taką samą tragedią, jak pasja i dokonanie dzieła przez Roithamera. „Najwyższe szczęście bowiem jest tylko w śmierci, słowa Roithamera. Okrężną drogą poprzez naukę do najwyższego szczęścia, śmierci, słowa Roithamera”.

Pod pancerzem rozprawy o dążeniu do doskonałości (nauka/sztuka) rozgrywa się dramat ludzki. Relacje człowieka uznanego za szaleńca z otoczeniem, patologiczną rodziną, rozliczenia z dzieciństwem i dojrzewaniem (Roithamer jest autorem pracy naukowej „O Altensam i wszystkim, co ma związek z Altensam, ze szczególnym uwzględnieniem Stożka”, w której opisuje mroczne oblicze znienawidzonej rodzinnej posiadłości). Uwagi domagają się również Bernhardowe obsesje: przybierająca nierzadko formy pokazowego pastiszu nienawiść do ojczyzny (emigracja, na którą wysyła swoich bohaterów, najczęściej posiada takie podłoże), rodzinne traumy (postać matki), hamujący i destruktywny wpływ szkoły, wszechobecne „tępe twarze”.

Finalne dzieło, z pozoru najważniejsze, postawione w świetle nigdy niegasnącej lampy wspomnień, pozostaje w cieniu – na pierwszym planie, ale jednak w cieniu. To lustro odbijające perfekcyjną, i zabójczą, niedoskonałość.

Thomas Bernhard, Korekta, przeł. Marek Kędzierski, Czytelnik, Warszawa 2013.

Rafał Niemczyk

%d blogerów lubi to: