Ota Pavel, Bajka o Rašce i inne reportaże sportowe. Recenzja.


bajka-o-raszce-okladkaSport zobaczyć w ziarenku piasku

Sport nie sport, czy to nie wszystko jedno?
Najważniejsze: wysłowić coś nowego,
pisać jakoś inaczej o tym dziwnym świecie.

Ota Pavel

Dla wielu ludzi niezrozumiałe jest, że można z własnej woli przez 16 dni siedzieć po nocach, śledząc transmisje z Igrzysk Olimpijskich w Rio albo tenisowego Australian Open. Ta książka powinna rzucić nieco światła na tę sprawę. Ota Pavel, pisarz, który zasłynął m.in. poruszającym tomem opowiadań „Śmierć pięknych saren”, był jednocześnie sprawozdawcą sportowym Czechosłowackiego Radia oraz autorem reportaży-opowiadań o tematyce sportowej. Zamiłowanie do literatury pięknej pozwoliło mu uczynić z tych ostatnich perełki: połączenie sportowych historii, puentowanych nienachalnym morałem, z psychologicznymi aspektami rywalizacji, obrazem swojej epoki i portretami sportowych bohaterów. Wielkich i mniejszych. Dla Pavla bowiem sport był dziedziną życia, w której liczyła się przede wszystkim droga na szczyt, niekoniecznie jego zdobycie. To, co najpiękniejsze – pisał – tkwiło w tych miesiącach walk i rozczarowań, a nie w zdobytych medalach.

Jiří Raška - mistrz olimpijski w skokach narciarskich z Grenoble '1968. Pierwszy czechosłowacki złoty medalista IO.

Jiří Raška – mistrz olimpijski w skokach narciarskich z Grenoble 1968. Pierwszy czechosłowacki złoty medalista igrzysk olimpijskich.

Zbiór otwiera słynna „Bajka o Rašce” – utwór, który Pavel ukończył na rok przed śmiercią (1972), a który przyniósł mu później popularność. Przypowieść o losach najsłynniejszego czechosłowackiego skoczka narciarskiego łączy w sobie urok bajki, bogatą symbolikę, poetycką wrażliwość Pavla i wyczucie językowe doświadczonego sprawozdawcy sportowego. Historia ubogiego szewskiego syna z kraju o niewielkich tradycjach narciarskich, który wystrugał sobie narty i wymarzył, że będzie latał jak gawrony, chwyta za serce także dlatego, że jest prawdziwa. Jiří Raška zdobył złoty i srebrny medal olimpijski na IO w Grenoble w 1968 roku; był pierwszym czechosłowackim sportowcem, który tego dokonał.

Dla posmakowania stylu Pavla fragment opisujący skocznię w Holmenkollen:

Pojął, że dla Norwegów Holmenkollen znaczy jeszcze więcej niż dla Czechów derby Sparta – Slavia. Dla narciarza znaczyło: zobaczyć Holmenkollen i umrzeć. Skocznia nie była daleko od Oslo, jakoś tak jak wieża widokowa na Petřínie od Wacławaka.  Ale już z oddali Jirka dostrzegał wysoką do nieba, smukłą skocznię z torem najazdowym; przypominała monumentalny pomnik jakiegoś zwycięstwa albo nawet wielkiego pokoju. Była piękna niczym stająca dęba łania bądź jak biały bocian, który w dziobie trzyma czerwoną flagę Norwegii przepasaną niebieskim krzyżem skandynawskim.

Eva Bosákova - czterokrotna medalistka olimpijska. Zdobyła złoty medal na IO w Rzymie '1960 w ćwiczeniach na równoważni.

Eva Bosákova – czterokrotna medalistka olimpijska. Zdobyła złoty medal na IO w Rzymie 1960 w ćwiczeniach na równoważni.

Kolejne utwory są utrzymane w nieco mniej lirycznej tonacji. Bardziej niż bajkami stają się przypowieściami, nośnikami uniwersalnych sportowych prawd i wartości. Takie są historie: czechosłowackich alpinistów (para Radovan Kuchař i Zdeno Zibrín), którzy zdobyli alpejski Eiger, wchodząc nań od północnej ściany, najtrudniejszym przejściem; czechosłowackiej mistrzyni olimpijskiej w gimnastyce, Evy Bosákovej, która przed startem na IO w Rzymie miała problem z wytrenowaniem „najprostszego” salta w tył; a wreszcie legendarnego biegacza Emila Zátopka, „Czeskiej lokomotywy” – jedynego lekkoatlety, który na tych samych IO wywalczył złote medale na dystansach 5 i 10 km, a także w maratonie (Helsinki ‘1952).

Emil Zátopek - "Czechosłowacka lokomotywa". Jedyny biegacz, który na jednych IO wywalczył złote medale na 5 km, 10 km i w maratonie (Helsinki '1952).

Emil Zátopek – „Czechosłowacka lokomotywa”. Jedyny biegacz, który na jednych IO wywalczył złote medale na 5 km, 10 km i w maratonie (Helsinki 1952).

Jan Veselý - zwycięzca kolarskiego Wyścigu Pokoju z 1949 roku.

Jan Veselý – zwycięzca kolarskiego Wyścigu Pokoju z 1949 r.

O samych sportowcach Pavel pisze z czułością. Jest dla nich wyrozumiały, nie wypomina błędów, momentów brawury i niedoskonałości. Wie, że bohaterami sportowych aren byli jedynie przez chwilę, po czym wracali do normalnego życia. A życie to nie było usłane różami, sławą i pieniędzmi, jak życie wielu współczesnych gwiazd sportu. Tak było choćby z kolarzem Janem „Honzą” Veselim, triumfatorem Wyścigu Pokoju z 1949 roku, którego po nieudanym starcie osiem lat później uznano za zdrajcę narodu i odebrano przywileje oraz tytuł Zasłużonego Mistrza Sportu.

Ladislav Bezák - mistrz świata w akrobacjach lotniczych. W 1971 roku wraz z żoną i czwórką dzieci uciekł komunistycznemu reżimowi na pokładzie skonstruowanego przez siebie samolotu.

Ladislav Bezák – mistrz świata w akrobacjach lotniczych. W 1971 roku wraz z żoną i czwórką dzieci uciekł komunistycznemu reżimowi na pokładzie skonstruowanego przez siebie samolotu.

W to samo południe buja się na ugiętych kolanach na dalekim skraju lotniska jeden z młodziutkich pilotów. Od czasu do czasu podnosi ręce do rozczochranych włosów, wygląda to, jakby mały chłopiec bawił się w samoloty, aż dziw, że nie biega w kółko z rozpostartymi jak skrzydła rękoma – pisze Pavel o czechosłowackim pilocie Ladislavie Bezáku, mistrzu świata w lotnictwie akrobatycznym z 1960 roku, który jedenaście lat później zbuduje swój samolot i, ostrzelany po drodze przez czechosłowackie lotnictwo wojskowe, wywiezie na jego pokładzie żonę i czwórkę dzieci z komunistycznego reżimu do Norymbergi, a następnie ułoży sobie życie w Kanadzie.

Dla Pavla ważne są również aspekty czysto sportowe. Ze znawstwem potrafi rozwodzić się nad techniką biegu, rolą peletonu w wyścigu kolarskim, gimnastycznymi figurami na równoważni, meczem hokeja na lodzie i piłki ręcznej. Kto siedzi w temacie głębiej, z pewnością doceni wiedzę czechosłowackiego pisarza.

František Tikal - hokeista, brązowy medalista IO w Innsbrucku. Jego brat, Zdenek (Steve) Tikal wyemigrował pod koniec lat 40. do Australii. Bracia spotkali się po kilkunastu latach na lodowisku olimpijskim w Squaw Valley (USA).

František Tikal – hokeista, brązowy medalista IO w Innsbrucku. Jego brat, Zdenek (Steve) Tikal wyemigrował pod koniec lat 40. do Australii. Bracia spotkali się po kilkunastu latach na lodowisku olimpijskim w Squaw Valley (USA).

Pozostałym polecam utwór pt. „Dwaj bracia” – prawdziwą historię rodzeństwa Franty i Zdenka Tikalów. Ten drugi wyemigrował pod koniec lat 40. do Australii i przez kilkanaście lat nie miał możliwości na spotkanie z rodziną. W 1960 roku bracia zagrali naprzeciw siebie w USA, podczas IO w Squaw Valley. Franta reprezentował Czechosłowację, Zdeno Australię. Wynik był sprawą oczywistą, ale drugorzędną. Sport połączył ludzi, jak to powinien robić.

Bohdan Tomaszewski, legendarny polski dziennikarz, sprawozdawca sportowy i autor kilku książek, mawiał, że sport to najważniejsza dziedzina życia spośród tych najmniej ważnych. Ota Pavel na pewno by się zgodził.

Ota Pavel, Bajka o Rašce i inne reportaże sportowe, przeł. Justyna Wodzisławska, Dowody na Istnienie, Warszawa 2016.

Rafał  Niemczyk

* Zdjęcia pochodzą z archiwów Czechosłowackiej Telewizji.

Eduard Bass, Jedenastka Kłapząba. Sprawozdanie.


jedenastka-klapzaba-okladkaO jedenastu takich, co rozgromili Barcelonę

Nie darowałbym sobie, gdybym nie napisał o tej książce. Chciałem to zrobić w czasie EURO 2016, kiedy to „jedenastka” Adama Nawałki dzielnie stawiała czoła najlepszym, odpadając z turnieju po wyrównanym meczu z przyszłymi mistrzami Starego Kontynentu dopiero po rzutach karnych. Później zdominowany przez igrzyska w Rio odłożyłem książkę, ale gdy w międzyczasie mistrz Polski po ćwierćwieczu awansował do Ligi Mistrzów, zdecydowałem się wreszcie dokończyć niniejszy tekst. Czymże jest bowiem 0:6 Legii z Borussią Dortmund przy K.S. Jedenastce Kłapząba, która rozgromiła Barcelonę 31:0?

Książka Eduarda Bassa – czeskiego pisarza, dziennikarza, reportażysty i humorysty, tworzącego głównie w latach międzywojennych („Jedenastka Kłąpząba” pochodzi z 1922 r.) – to baśniowa przypowieść o ubogim rolniku i jego jedenastu synach, z których tytułowy Kłapząb komponuje piłkarską jedenastkę. Sam natomiast zostaje trenerem lokalnej drużyny, która wspina się po kolejnych szczeblach na szczyt czechosłowackiej ligi, a później wyrusza na podbój Europy i innych kontynentów. Kłapząb, choć to człek prosty, jest oczywiście uosobieniem najpiękniejszych tradycyjnych sportowych wartości: pracy nad sobą, pasji, wytrwałości, uczciwości i przestrzegania zasad fair play. Ów kanon sportowej moralności, w czasach Bassa jeszcze nie całkiem przegniły, dziś wydaje się realny jak pogrom Barcelony przez drużynę Kłapząbów. To właśnie konfrontacja ze „światem zewnętrznym” i weryfikacja ideałów jest kluczem do odczytania morałów płynących z tej książki. Pisze o tym pięknie Ania z Literackich skarbów świata całego – tam doczytacie o bajkowej stronie „Jedenastki Kłąpząba”, inspiracji, jaką był Bass dla Oty Pavla i kilku innych fajnych wątkach. Ja zajmę się w następnych akapitach aspektami czysto futbolowymi.

Futbol przedpotopowy?

Wydawać by się mogło, że bajka dla dzieci sprzed stu lat, napisana w czasach kiedy piłkarski mundial nie został nawet wymyślony (pierwsze MŚ w piłce nożnej to rok 1930), może mieć tyle wspólnego z rzeczywistym futbolem, co ludzie niepiśmienni z grą w scrabble. A jednak. Opowiastka Bassa to dowód na to, że piłka nożna w gruncie rzeczy niewiele się zmieniła. Zawodnicy biegają dziś po boisku szybciej, strzelają mocniej, efektowniej symulują, a trenerskie strategie są być może bardziej zawiłe (fani trenera Gmocha, do których sam się zaliczam, coś o tym wiedzą), lecz mechanizm samej gry pozostaje podobny, piłkarze popełniają te same błędy i ulegają tym samym pokusom. „Jedenastka Kłapząba” co rusz zaskakuje futbolowym smaczkiem, który z bajki dla dzieci czyni lekturę obowiązkową dla piłkarskiego kibica. Serio.

klapzub-trening

Ostatni zakłada siatkę!

12 celnych strzałów w „Jedenastce Kłapząba”

Uwaga: w poniższym akapicie zdradzam pewne szczegóły dotyczące treści książki. Jeśli ktoś jeszcze nie czytał, powinien chyba najpierw to zrobić.

1:0 Po kapitalnej rozmowie Kłapząba-seniora z brytyjskim królem (str. 46-53), obfitującej w ideologiczne bon moty (demokracja vs monarchia), do drużyny Kłapząbów dołącza „stranieri” – książę Walii (str. 63-64), niewątpliwie któryś z przodków Ryana Giggsa czy Garetha Bale’a.

klapzub-rozmowa

„Najlepszy król to taki, który ma najmniej lokajów. Choć oczywiście brak króla jest lepszy niż nawet najlepszy król” (stary Kłapząb)

1:1 Pan Wincenty Macoszka (str. 44 i dalej) z siecią swoich kontaktów i zdolnościami menedżerskimi jako żywo przypomina Pana Zdzisława K. z naszego podwórka, który również zawsze potrafił wszystko wszystkim załatwić.

2:1 Rozważania na temat roli trenera-motywatora w sporcie i podejścia do sportu w USA kończą się motywem piłkarza-celebryty: do Bukwiczek Dolnych (rodzinna wioska Kłapząbów) swoimi grubymi buciorami dociera światowa Sława.

2:2 Kolejni przeciwnicy Kłapząbów jednoczą się w myśl odwiecznej sportowej zasady „Bij mistrza!” (s. 88):

Nie było najmniejszych szans, żeby kiedykolwiek ktoś mógł pokonać Kłapząbów, ale wieczne i nieustające pragnienie osiągania celów nieosiągalnych, które jest najpiękniejszą cechą sportowej rywalizacji, zmuszało wszystkie drużyny do podejmowania coraz to nowych prób. 

2:3 Popularność Jedenastki Kłapząba zmierzała do apogeum, a przeciwnicy proponowali im pieniądze za samą możliwość rozegrania meczu (str. 88). To praktyka obecnie dość powszechna – Reale, Barcelony czy Bayerny jeżdżą sobie w sezonie ogórkowym na tournée po Azji czy Ameryce, promując za pieniądze kontrahentów swoją markę. Sprzedają przy tym tony koszulek wygłodniałym swoich idoli Japończykom czy Chińczykom, zaszczycając strzeleniem kilku bramek ich lokalne drużyny.

klapzub-dzieciaki

„My gramy o honor, a wy o pieniądze! Nie chcę mieć z wami nic wspólnego”

3:3 Po serii sukcesów przychodzi czas na odpoczynek po sezonie, ale Kłapząbów dopada znany piłkarski kac: „głód gry” (str. 90). Dalej mamy „scenkę jak spod bloku” (str. 91) – motyw idoli, których pojawienie się wywołuje wśród kopiących piłkę dzieciaków entuzjazm i chęć wykazania się przed Prawdziwymi Piłkarzami. A jednak zawsze znajdzie się jeden mądry, być może przyszły Ronaldo, który miał w sobie dużo młodzieńczej buty, która nie mogła pogodzić się z tym, żeby przerwać mecz z powodu pojawienia się kilku dorosłych.

Tenże butny młodzieniec wyjaśnia zaraz, że Kłapząbowie są zawodowcami i nie możemy z wami grać. My gramy o honor, a wy o pieniądze! Nie chcę mieć z wami nic wspólnego. Po czym w myśl podblokowej zasady „moja piłka”, zabiera futbolówkę pod pachę, dając słynnym kolegom wiele do myślenia.

3:4 Szpileczka okazuje się bardzo bolesna, przychodzi czas na sportowe wypalenie (str. 97):  Kłapząbowie są zmęczeni własną doskonałością.

4:4 Po okresie zdołowania następuje jednak otrząśnięcie. Oto nasi bohaterowie pojmują, że – jak mawiał nasz nieodżałowany Bohdan Tomaszewski – sport jest najważniejszą rzeczą na świecie spośród tych… mniej ważnych. Bass opisuje to tak (str. 105):

Nagle dostrzegli, że życie jest dużo bogatsze i ciekawsze niż to, co znali dotychczas, oraz że młody mężczyzna ma dużo więcej obowiązków, i to dużo poważniejszych, niż byli to sobie w stanie wyobrazić. W chwili, kiedy sport przestał być ich pracą, a stał się tym, czym naprawdę jest, czyli zdrową zabawą, przyjemnością i uzupełnieniem życia społecznego, zrozumieli, że najważniejsza w życiu jest praca, a nie gra.

Problem gry wyłącznie dla kasy, skrajnego gladiatorstwa, które często stoi w opozycji do prawdziwego ducha sportu, jest w książce poruszany wielokrotnie. Tu rzeczywiście świat i szlachetne poglądy Bassa różnią się znacznie od tych wpajanych nam współcześnie.

4:5 Nie mogło też zabraknąć nieśmiertelnego antyfeministycznego manifestu głoszącego, że „dziewczyny nie znają się na sporcie” (str. 104), a w ogóle to najlepiej, gdy piłkarz nie znajdzie sobie dziewczyny, bo w przeciwnym razie dla drużyny byłby stracony (str. 121).

klapzub-statek

Paaarostatkiem w piękny rejs…

5:5 Podróż statkiem na mecz piłkarski, którą Kłapząbowie odbywają, aby zmierzyć się o mistrzostwo świata z… Australią (dlaczego akurat z Australią, przyznam szczerze, nie rozkminiłem do tej pory), brzmi dzisiaj jak science fiction. A jednak na pierwszy mundial do Urugwaju europejskie ekipy dotarły właśnie drogą morską. Wikipedia, cytując źródła FIFA, pisze na ten temat:

„Zespół rumuński wypłynął z włoskiej Genui liniowcem Conte Verde, na którego pokład 21 czerwca 1930 roku w porcie Villefranche-sur-Mer wsiedli też Francuzi; w Barcelonie na statek dołączyli Belgowie. Statkiem tym popłynął także Jules Rimet wraz z pucharem oraz trzech desygnowanych europejskich sędziów: Belgowie – John Langenus i Henry Christophe oraz Paryżanin angielskiego pochodzenia – Thomas Balway. 29 czerwca w Rio de Janeiro dosiedli się Brazylijczycy, a 7 lipca liniowiec dopłynął do Montevideo. Ekipa jugosłowiańska podróżowała parowcem pocztowym Florida z Marsylii”.

6:5 Rozmowa starego Kłapząba z pułkownikiem armii indyjskiej (– Mewa. – Yes. – The Delfin. – Yes.) odbywająca się na statku (str. 127) przypomina momentami przywiązanie do ojczystego języka i niechęć do zachodnich języków, które w okresie swojej prezesury wykazywał również polski król strzelców z mundialu w 1974 r.:

klapzub-tubylcy

Ekipa Birimarataoa – objawienie nowej edycji Ligi Mistrzów?

6:6 Mecz przeciwko ludożercom z plemienia Birimarataoa (str. 171), cóż… Świat piłkarski widział różne cuda i może jeszcze wszystko przed nami.

Mamy zatem remis 6:6, rzutów karnych nie będzie. Wynik bardziej hokejowy niż piłkarski, ale kto by się tam przejmował. Podobnie jak drobnymi niedoskonałościami technicznymi książki (potknięcia przy składzie i redakcji), które wymieniam jedynie z kronikarskiego obowiązku. Piłkarzy doskonałych nie ma i nigdy nie było, choć staruszkowie w Bukwiczkach Dolnych mogą sądzić inaczej.

klapzub-gol

Eduard Bass, Jedenastka Kłapząba, tłum. Mirosław Śmigielski, ilustr. Josef Čapek, wyd. Stara Szkoła, Wołów 2016.

Relacjonował ze stadionu w Bukwiczkach Dolnych:

Diego Armando Rafi

Kateřina Tučkova, Boginie z Žítkovej. Recenzja.


Boginie-z-Zitkovej_okladkaBoginie i agenci

Mariaż literatury popularnej i historycznej ze szczyptą realizmu magicznego oraz na poły prawdziwe, bo oparte na rzeczywistych aktach, dokumenty gestapowskich i komunistycznych aparatów bezpieczeństwa w oparach folkloru i tradycji odludnych okolic Białych Karpat – oto przepis na sukces, który odniosła Kateřina Tučková. Boginie z Žítkovej sprzedały się w Czechach w nakładzie bliskim stu tysięcy egzemplarzy, czyniąc z Tučkovej najpoczytniejszą współczesną czeską pisarkę.

Bogowanie – magia a religia

Tytułowe boginie kryją się gdzieś w samotnych chatach, porozsiewanych na wzgórzach Žítkovej, wsi położonej nieopodal Starego Hrozenkova, w Białych Karpatach – na granicy zachodniej Słowacji i wschodnich Moraw. Tu, na cywilizacyjnym odludziu, zakrapiany śliwkową wypalanką czas płynie zupełnie inaczej, a hermetyczna lokalna społeczność rządzi się własnymi prawami. To prawa natury, których okiełznanie staje się możliwe dzięki połączeniu ludowych przesądów, bogobojności (boginie żyją w zgodzie z tradycją chrześcijańską), znajomości podstaw medycyny i tradycyjnych receptur, a także ludzkich przekonań, zahamowań i trosk, jednym słowem ludzkiej duszy, ponieważ boginie leczą nie tylko ciało, ale i ducha. Potrafią przy tym zaglądać zarówno w przeszłość, jak i w przyszłość, co nie zawsze podoba się petentom przychodzącym po poradę. Umieją zaradzić problemom sercowym i rodzinnym. Są wśród nich także kobiety parające się czarną magią, zdolne napsuć człowiekowi wiele krwi, sprowadzając na niego nieszczęście, a te najpotężniejsze – nawet śmierć. Zgodnie z naszą tradycją byłyby to wiedźmy, czarownice, szeptuchy – w zakamarkach Białych Karpat są boginiami, a ich wyczyny to „bogowanie”. O fenomenie „bogowania” jako syntezy religii z magią czytamy:

Niemniej jednak w celu zarysowania problematyki tzw. bogiń z Žitkovej konieczne jest posługiwanie się tymi kategoriami, a także konsekwentne odróżnianie religii od magii. Dopiero wówczas będziemy w stanie zrozumieć syntezę obu tych zjawisk w procesie magicznej działalności bogiń, które do swoich rytuałów włączyły także chrześcijańskiego Boga. Od tego zresztą pochodzi nazwa całego procesu wróżenia, z którym wiąże się późniejsze udzielanie rad, stawianie diagnozy itp. Proces ten nazywany jest bogowaniem i oznacza prośbę do Boga o objawienie tego, czego dany podmiot pragnie się dowiedzieć. Pośredniczki tego objawienia nazywane są boginiami.

Gdzieś tu, nieopodal Starego Hrozenkova, na morawskiej granicy w Białych Karpatach, urzędują tytułowe boginie (wiele ciekawostek na temat regionu znajdziecie tutaj: http://www.staryhrozenkov.cz/)

Oczywiście wszystko, co niewpisane w szarą egzystencję człowieka, prędzej czy później mści się na ludziach wyjątkowych, dlatego boginie niemal od zawsze były prześladowane. Najstarszy ślad, na który natykamy się w powieści Tučkovej, pochodzi z połowy XVII w. Dotyczy on procesu o czary i herezję, z przebiegu którego dowiadujemy się o prześladowaniu i torturach, jakim poddawano ówczesne boginie (tym bardziej interesująca jest religijna zagorzałość, która przetrwała wśród bogiń do samego końca). Na przełomie XIX i XX w. mocno „udzielał” się w tym względzie niejaki Josef Hofer, który oczerniał i piętnował boginie w swoich utworach z pobudek osobistych i ambicjonalnych. W zbiorze Hofera pt. Kopanickie opowieści każda z historii kończy się „przykładnym ukaraniem bogiń”.

Ludowa uzdrowicielka (fot. www.naludowo.pl)

Ludowa uzdrowicielka (fot. http://www.naludowo.pl)

Właściwe wydarzenia w powieści skupiają się jednak na wieku XX, w którym rolę Kościoła katolickiego przejmują najpierw naziści, a później komuniści. Rozwikłanie zagadkowego życiorysu bogini Surmeny, która zakończyła żywot w szpitalu psychiatrycznym w CSRS, stanowi główny wątek fabularny powieści. Śledztwo podejmuje główna bohaterka książki, Dora Idesová, która wychowana przez Surmenę czuje się w obowiązku dotarcia do prawdy. Dora jest autorką pracy naukowej o boginiach, pracuje w Instytucie Etnografii i Folklorystyki Akademii Nauk w Brnie. Mamy więc do czynienia z nie do końca klasycznym konfliktem: restrykcyjne spojrzenie naukowca i romantyczny sentyment determinują bowiem bohaterkę równocześnie, z dwóch stron. Przy czym pochodzi ona z karpackich zboczy, gdzie była naocznym świadkiem niejednego dziwu. O owym dualizmie mówi Kateřina Tučkova w rozmowie z Łukaszem Badulą:

Katerina-TuckovaPierwotnie zakładałam, że podejdę do tego zjawiska wyłącznie jako badacz, pragmatycznie. Zainteresował mnie fakt, że kobiety te żyły na pograniczu Moraw i Słowacji od pokoleń i że ich sztuka zanikła dopiero, gdy komuniści zamknęli ostatnią z bogiń w szpitalu psychiatrycznym […]. Właśnie ta strona problemu na początku interesowała mnie najbardziej. Fakt, w jaki sposób my, Czesi, zniszczyliśmy tak cenny fenomen etnograficzny. Ale kiedy wgłębiłam się w tę sprawę i zaczęłam jeździć w miejsca, gdzie żyły boginie, moje początkowo bardzo pragmatyczne i czysto opisowe podejście trochę osłabło. Poczułam ogromną chęć wciągnięcia do książki całej tej magii.

Bardzo długo zastanawiałam się, gdzie postawić w swojej powieści granicę, jak połączyć te dwa obszary. Nie chciałam napisać ani reportażu, ani powieści w klimacie realizmu magicznego, starałam się więc połączyć te dwa światy. Umożliwiły mi to postaci niektórych z bogiń, pewne opisane w książce sprawy opisuję z ich perspektywy. Nie chciałabym przesadzać, ale kiedy słuchałam osób, którym boginie pomogły, biła od nich niesamowita, wręcz namacalna wiara i wdzięczność. Choć opowiadali o sprawach, które wydarzyły się dość dawno […].

Státní bezpečnost – wierzenia ludowe a treści socjalistyczne

Najmocniejszą stroną powieści Tučkovej jest (para)dokumentacja historyczna. Choć autorka przyznaje, że dokumenty wykorzystane w książce nie są autentyczne, to jednak stworzyła je w oparciu o materiały rzeczywiście istniejące. W ogromie przegrzebanych archiwów (słowackich, czeskich i polskich) pisarka odnalazła teczki byłych agentów StB – aparatu bezpieczeństwa Czechosłowackiej Republiki Socjalistycznej (odpowiednik naszego SB), a w nich nieprawdopodobne historie, kłamstwa i donosy, które doskonale znamy z własnego podwórka. Na ich kanwie nie tylko ukuła znaczną część fabuły swojej książki, ale sportretowała przy okazji budzącą grozę komunistyczną rzeczywistość. Nie tylko pracę tajnych służb, ale na przykład „opiekę” w państwowych szpitalach psychiatrycznych.

Státní bezpečnost - akta agentów

Státní bezpečnost – akta agentów (fot. http://www.novinky.cz)

Percepcja komunistycznego zagrożenia, skądinąd w polskiej i światowej literaturze mocno wyeksploatowana, nabiera nowego kolorytu poprzez zestawienie jej z niesamowitym obiektem śledztwa: tytułowymi wiedźmami. Na kartach Bogiń z Žítkovej dochodzi więc do „polowania na czarownice” ad verbum: służalcy totalitarnego ustroju dwoją się i troją, aby uznać boginie za wrogów systemu. Nie chcę w tym miejscu zdradzać powodów tychże działań, ale równie ciekawe są sposoby ich realizacji, zwłaszcza zaś profile agentów. Wśród nich znajdują się zarówno szeregowi „towarzysze”, jak i „kandydaci nauk, potępiający wierzenia ludowe i magię, by gloryfikować prawdziwą kulturę, czyli będącą narodową w swej formie i socjalistyczną w treści”. Wiejskie szeptuchy ścigane przez komunistyczne służby – ten groteskowy wydźwięk kojarzy się z PRL-owskimi komediami, ale nie ma w nim humoru. Cała historia jest dość ponura, naznaczona traumatycznym dzieciństwem głównej bohaterki (a także jej chorego na zespół Aperta brata) i jej dorosłym nieuporządkowanym życiem, stłamszonym wpierw przez bezsilność wobec aparatu państwowego w czasach CSRS, a po aksamitnej rewolucji w 1989 r. przygniecionym sekretami, które przyniosła lustracja. Dora to „zwykła” dziewczyna, żadna bogini, fascynująca nie sama w sobie, lecz poprzez wydarzenia, które odkrywa lub w których bierze udział.

Zło o kilku twarzach

W Boginiach z Žítkovej prawda miesza się z fikcją, religia z magią, a starosłowiańskie wierzenia z komunistyczną i postkomunistyczną rzeczywistością. Ale to przede wszystkim opowieść o ludzkiej słabości, zawiści, nienawiści i zdradzie. O tym, jak daleko człowiek jest w stanie się posunąć, aby zrealizować swoje pragnienia. Opowieść o ludzkim złu.

Z plejady czarnych bohaterów na pierwszy plan zdecydowanie wysuwają się dwie postacie. Josifčena Mahdalka to skrzywdzona przez własną matkę okrutna bogini, która rzuca klątwę na własną rodzinę. Epickie zło, które uosabia, przywodzi na myśl straszliwą czarownicę z bajki – jest metafizyczne, choć namacalne, nie wierzymy w nie, a jednak zbiera swe plony. To metafora zła nieomal mitologicznego, „systemowego”, które wyrastając z ludzkich korzeni, pożera swojego nosiciela i całe jego otoczenie. To zło, któremu trudno się przeciwstawić. Na drugim biegunie macha do nas serwilista obu systemów totalitarnych (służy wpierw faszystom, a później komunistom) – bezwzględny Jindřich Švanc, który skompromitowany za młodu i pozostawiony na pastwę losu przez miłość swojego życia, staje się schwarzcharakterem totalnym. W jego istnienie łatwo uwierzyć, przez co jest postacią nieco zbyt stereotypową – parszywiec jakich mało, ale jednowymiarowy. W powieści Tučkovej uosabia zło w ideologiach totalitarnych, które przez fanatyków było usprawiedliwiane jako siła napędowa dziejów i fundament do zbudowania lepszego świata.

Okolice Starego Hrozenkova i Kopanic - tam rozpoczyna się powieść i tam się też kończy (fot. Petr Kaisler, www.idnes.cz)

Okolice Starego Hrozenkova i Kopanic – tam rozpoczyna się powieść i tam się też kończy (fot. Petr Kaisler, http://www.idnes.cz)

Boginie z Žítkovej Kateřiny Tučkovej to smakowity kąsek, który mieści się na pierwszej karcie menu literatury środka ostatnich kilku lat. Szkatułkowa w nowoczesnym rozumieniu konstrukcja książki (opowieści bogiń, relacje świadków, dokumenty StB, listy nazistów itp.), podszyta sensacją fabuła, tajemnicza historia, kilka zgranych motywów z jednej strony, a z drugiej ogrom zebranego materiału, ekscytująca nuta folkloru (scena pogrzebu!) i wyrazisty klimat zaszczucia – to więcej, niżby można wymagać od mainstreamowego bestsellera.

Kateřina Tučkova, Boginie z Žítkovej, przeł. Julia Różewicz, wydawnictwo Afera, Wrocław 2014.

Rafał Niemczyk

* Tekst został napisany dla Magazynu Wakat, gdzie można przeczytać wiele innych ciekawych artykułów.

Document1

Petra Hůlová, Plastikowe M3, czyli czeska pornografia. Recenzja.


Plastikowe-M3-okladkaSeks, digikryzja i tatuś w stroju Rumcajsa

Prawdziwe mamusiojebaki mają w domach dramatyzmu aż nadto, a jebalnia jest dla nich jak kołyska lulanego dzidziusia, bo czym jest orgazm, nakładły ich żonom do głów te niewydarzone sceny erotyczne multipleksowych filmów, na których mój wtykacz pierdzi w siedzenie, a ja mogłabym przy nich jęczeć, jak już mówiłam, tylko dla zupełnie całkiem własnego mężczyzny, któremu by się to podobało i na siedzeniu obok nabrałby ochoty na małe głaskanko w półmroku i gdyby moje jęki tak jak i mnie całą, no tak, po prostu by mnie… (wstaw brakujące słowo – rozwiązanie w ostatnim akapicie recenzji)

Łatwo jest niesłusznie zaszufladkować tę książkę. Mamy tu pornografię w tytule, od pierwszego akapitu atakują nas „raszple” i „wtykacze” (odpowiednio: penisy i waginy), w rolę narratorki wciela się doświadczona praska prostytutka, telewizyjny znak czerwonego kwadracika na okładce. A w środku… digiświat w całej okazałości: konsumpcjonistyczny, plastikowy, facebookowo-cyfrowy, czyli taki, w jakim większość z nas żyje. Książka Petry Hůlovej, choć pikantna, prowokacyjna i napisana z przymrużeniem oka, stawia pod lupą kondycję współczesnego digispołeczeństwa – pokolenia pięknych mieszkań z ikei, w których gnieżdżą się stada zakupoholiczek, cyberfilozofów, podtatusiałych podrywaczy, mędrkujących pseudointeligentów i fałszywych kobiet wyzwolonych.

Petra Hůlová (fot. http://www.kultura.idnes.cz)

Palmę pierwszeństwa przyznać jednak należy językowi i już na wstępie podkreślić, że „Plastikowe M3” to rzecz napisana brawurowo. Na monolog naszej bohaterki składają się serie mniej lub bardziej poważnych historii, anegdot i przemyśleń na tematy dotyczące codzienności w digiświecie, przeplatanej pikantnymi szczegółami na temat seksualnego zawodowego życia kurtyzany w średnim wieku oraz jej klientów. Ów monolog narratorka prowadzi w języku świata, który z emfazą krytykuje, choć sama stanowi jego część (lecz powoli staje się w nim skamieliną, spychana na margines przez czas, plastikowe lalki i cyberpornografię). Hůlova częstuje nas 150 stronami digisieczki – połączeniem seksslangu, neologizmów, hiperbolicznych fraz, słów-cięcia-gięcia, przeplatanką zdań rytmicznie długaśnych z krótkimi, które tworzą przebojową kompozycję. To miejska melodia, symfonia digiświata, napisana językiem często dobrze nam znanym, lecz którym nie zawsze potrafimy się posługiwać. To proza w swoim pozornym chaosie wręcz niepoprawnie rytmiczna. Brawa dla autorki, brawa dla tłumaczki.

Pod płaszczykiem wesołego szczebiotania Hůlová dotyka również poważniejszych problemów digiświata: wszechobecnej hipokryzji, szowinizmu, mobbingu, maskowanej pedofilii. Nie mamy tu do czynienia z żadnym moralitetem – autorka ani na chwilę nie zjeżdża z cynicznego tonu, ale właśnie dzięki temu ostro przyprawione mięso, podrzucane nam niby mimochodem, jest bardzo smaczne, choć zdarza mu się zajeżdżać kebabowym sosem.

Plakat do głośnego filmu „Seks, kłamstwa i kasety video” Stevena Soderbergha

„Czasami trudno bronić wartości – peroruje na ten przykład nasza prostytutka – skoro punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, a czemu by się nie dać zainspirować, skoro mamy digiświat, który zapożycza skąd się da, sama noszę kaszmirowy szal z jakichś górskich owiec i nie widzę w tym nic dziwnego, to czemu by nie rżnąć dwunastki?”. Postawieni przed sławetnym dylematem „śmiać się czy płakać?” – raczej się śmiejemy. Taki humor, dla pewnych grup gorsząco awangardowy, ma tutaj rację bytu jak mało gdzie. Dlaczego? Ponieważ wpisuje się w konwencję zafałszowanego świata, w którym wzorowi tatusiowie przychodzą do plastikowego M3 zapłacić za nieosiągalną dla nich we własnej sypialni przyjemność, przynosząc w reklamówce zabawkowe kajdanki albo strój Rumcajsa.

Gospodyni plastikowego M3 to kobieta rezolutna, błędem byłoby brać ją za niezbyt bystrą. Jest samowystarczalna, idealnie „skrojona” pod obowiązujące zasady, podobnie jak mieszkanko, w którym podejmuje swoich klientów. Nie mazgai się, w przeciwieństwie do swoich sąsiadek emerytek-hipokrytek – ma zasady, może nie żelazne, ale takie, których da radę się trzymać. Ciężko osiągnąć efekt utożsamienia czytelnika z główną bohaterką książki, jeśli jest ona prostytutką. To prawda, ale mieszanina wybornego poczucia humoru i rzadko spotykanej bezpretensjonalności sprawia, że czeskiej pisarce nieomal (a momentami faktycznie) się to udaje.

Książka została po raz pierwszy wydana w 2006 roku, jej wymowa jeszcze więc zyskała na znaczeniu, bo od tamtej pory świat stał się jeszcze bardziej digi. Interesujące, jak „Plastikowe M3” wyglądałoby dziś – osiem lat w digiświecie to kupa czasu. Jestem wam jeszcze winien rozwiązanie zagadki: w cytacie ze wstępu brakuje słowa „kochał”. Znajduje się ono na 94 stronie książki i jest jedynym takim słowem w całym utworze, przez co rzuca się w oczy i łatwo je zapamiętać. Co z tym zrobicie, wasza sprawa.

Petra Hůlová, Plastikowe M3, czyli czeska pornografia, przeł. Julia Różewicz, Wyd. Afera, Wrocław 2013.

Rafał Niemczyk

Ota Pavel, Śmierć pięknych saren.


Jak i po co otwiera się okienko z błękitnym niebem

Jeśli urodziłeś się przed wojną a umarłeś po, to – nie ma siły – masz w sobie zadrę, i będziesz nosił ją przez całe życie. To smutne prawo, prawo wyobraźni. Możesz oczywiście próbować ucieczki, możesz nie pamiętać, ale swojej wyobraźni nie oszukasz. Do końca swych dni pozostaniesz ofiarą, taką lub inną, możesz krzywdzić innych, możesz dać skrzywdzić siebie lub w pewnym momencie po prostu stanąć z boku i odmówić dalszej współpracy zarówno z pamięcią, jak i ze światem.

Ota Pavel, reporter sportowy, dostał pomieszania zmysłów na igrzyskach olimpijskich w Innsbrucku w 1964 roku. Jak sam pisze, „mózg mu się zaćmił… zobaczył pewnego pana jako diabła o spróchniałych zębach, [który kazał mu] podpalić zabudowania wiejskie, żeby rozproszyć mgłę”, a stało się tak, bo jego najsilniejszą i najsłabszą zarazem stroną była wrażliwość. Potem był szpital psychiatryczny, wielkie piguły, cierpienie jeszcze większe, walka bardziej zacięta niż na najbardziej brutalnym bokserskim ringu, i na końcu zwycięstwo. Los chciał, że wystarczające ledwie na to, aby napisać, co miał (musiał?) napisać. Potem znowu „spłynęła mgła z Alp”, zamknęło się okienko z błękitnym niebem i było już po wszystkim, a najbardziej po pewnym reporterze sportowym.

Dlaczego o tym piszę, skoro to takie smutne i nie brzmi najlepiej? I jeśli wiadomo, że smutek jest, jeśli nie brzydki, to niepopularny w naszym kolorowym, wygodnym i w zasadzie beztroskim świecie? Z dwóch powodów. Po pierwsze, nie można o tym nie napisać, bo „Śmierć pięknych saren” – na który składają się dwa tomy opowiadań – jest prozą stricte autobiograficzną, nie można więc nie odnieść się do jej głównego bohatera.

Ota Pavel (fot. http://www.radio.cz)

Drugi powód jest nieco innej natury i zdecydowanie trudniej go przedstawić. Chodzi mianowicie o to, że w omawianej książce nie ma ohydy wojny, a przynajmniej nie ma jej w takim wyobrażeniu, jakie zazwyczaj towarzyszy temu tematowi. Jest wprost przeciwnie, odnajdujemy tu raczej dość dobre obrazy, mało tu śmierci a wiele życia, i to takiego jasnego i pogodnego; życia, w którym szuka się radości małych i tych większych. Inaczej, oba zbiory opowiadań przenoszą swych czytelników do jaśniejszej strony świata, pozwalają zobaczyć go przez kolorowe szkiełko i wcale nie są fatamorganą. Tworzą rzeczywistość niemal bajeczną, w pewien sposób magiczną lecz – to ważne – nadal realną i prawdziwą. Tu właśnie znaleźć można największy smak książki – w połączeniu tego specyficznego sposobu patrzenia na rzeczywistość z prawdą o tym świecie. Taki rodzaj sprawozdania z rzeczywistości tłumaczy w jakiś sposób osoba autora i to, czego doświadczył w swoim życiu.

To wszystko razem wzięte daje ten rodzaj smutnego piękna, gdy smutek, ze strachu przed przeszłością, jest niewypowiedziany, a piękno liryczne, choć na pierwszy rzut oka może się wydać nieco sentymentalne i infantylne. Ale inaczej być nie może, kolorowe szkiełka są sentymentalne, co najmniej tak samo, jak jaśniejsza strona świata bywa infantylna. Ale czy w takim wypadku warto tam sięgać? To już jest indywidualne pytanie, na które Pavel odpowiada zdecydowanie twierdząco.

Na książkę składają się dwa zbiory opowiadań, „Śmierć pięknych saren” oraz „Jak spotkałem się z rybami”, których tłumaczenia dokonali odpowiednio: Andrzej Piotrowski oraz Józef Waczków. Pierwszy tom, od którego tytuł posiada cała książka, w przeważającej części dotyczy czasów przedwojennych i w dużej mierze osnuty jest na dziejach życia najbliższej rodziny i otoczenia autora. Na miejsce szczególne wybija się tu postać ojca, w tekście nazywanego „tatusiem”, nic dziwnego, bowiem Leon Popper był postacią nie tylko wdzięczną do opisu ale rzeczywiście, z całym dobrodziejstwem swych zalet i wad nadawał się do roli autorytetu dla syna-wrażliwca. Dość powiedzieć, że był to rekordzista świata w sprzedaży odkurzaczy, światowej rangi wędkarz, człowiek żyjący z pasją i wyobraźnią, często popadający w różne niezręczne sytuacje, czasem przy okazji takiego położenia nieco krzywdzący rodzinę, ale umiejący zdobyć się również na to, aby z tych tarapatów wychynąć – najczęściej przy pomocy żony Herminy. Spotkamy tu również innego pierwszoplanowego bohatera, mianowicie Karola Proszka, gospodarza wiejskiego, który udzielił rodzinie autora gościny na czas ucieczek z Pragi, tych wakacyjnych wilegiatur i takich przyjazdów na chwilkę w innych porach roku; jest to człowiek charyzmatyczny, zapalony rybak (co w tej książce oznacza zawsze wędkarza) i kłusownik, ale w obu przypadkach po pierwsze wysokiej klasy specjalista, a po wtóre człowiek z pewnymi żelaznymi zasadami, czasem przez to trudny, lecz na pewno piękny i ciekawy.

Autor przy pracy (fot. http://www.ceskatelevize.cz)

Mamy tu także sporo przedwojennej Pragi, a w niej lekko opowiedziane życie społeczne, w tym wypadku szczególnie polecam Państwa uwadze epizod z malarzem Nechlebą i żoną dyrektora generalnego, czeskiego oddziału „Elektroluxa” Irmą (opowiadanie „W służbie Szwecji”), a także historię zakupu stawu (opowiadanie otwierające książkę „Najdroższa w Europie środkowej”). Jest tu wiele, nawet bardzo wiele opowieści i historii, i niemal wszystkie wciągają, śmieszą, a nade wszystko przenoszą w ten dawny, zdawałoby się, zapomniany świat. Pojawiają się również „czasy pogardy”, lecz Pavel nie epatuje wojną, a raczej jak tylko może unika tego tematu. Jest to, być może, tym bardziej zatrważające, bo zło tamtych czasów przybiera postać jedynie okoliczności, jest jakby tylko scenerią, czymś co jest i z czym trudno walczyć, bo kwestionować rzeczywistość to wariactwo…

Drugi tom opowiadań, „Jak spotkałem się z rybami”, jest znacznie bardziej osobisty, jeśli w ogóle jest to możliwe. Dzieje się tak przynajmniej w kontekście treści opowiadanych przez Pavla. W większej lub dominującej mierze dotyczy jego życia, a nie jak wcześniej życia osób z jego otoczenia, choć te osoby nadal pozostają postaciami występującymi w opowieściach. Zmienia się tylko języczek u wagi, dość to zrozumiałe, bo gdy w pierwszym tomie dominowało dzieciństwo, tak w drugim palmę pierwszeństwa posiadają czasy dorosłości Pavla. Mamy tu opis włóczęgi z czasów młodości, pobytu z żoną w Bułgarii, miły, zapewne, czytelnikom z naszego kraju, wątek polski (wizyta na łodzi podwodnej) oraz opowieść o „złotych węgorzach”, bardzo zmyślnie w fabule ułożoną. Większa część opowiadań dotyczy czasów powojennych, ale zarówno w tej części książki, jak i pierwszej, autor nie trzymał się ściśle tego podziału. I dobry to zamysł, bo przecież nie o czas pogardy chodzi, ani o czas w ogóle żaden, a o pewien specyficzny sposób obserwacji świata, i pewną umiejętność życia, którą Pavel chce nam przekazać.

Na rybach (fot. http://www.radio.cz)

W obu zbiorach opowiadań rzeczą najpopularniejszą są ryby, jeziora, rzeki i wędkowanie w obu znanych ludzkości opcjach, czyli legalne i kłusowanie. To, wydaje się, jest alfą i omegą pokazanego tu świata – a już na pewno jest tak, jeśli chodzi o świat mężczyzn. To świadectwo pasji i ulubienia autora oraz jego bliskich, ale może jest to coś więcej. Mianowicie rodzaj przenośni, która miałaby czytelnika informować, że dobro ukryte jest w prostych i naturalnych rzeczach i relacjach, i że właśnie tam trzeba sięgać, dla swojego i innych szczęścia.

„Śmierć pięknych saren” jest też pewnego rodzaju pieśnią o wolności, lecz pojmowanej niezbyt idealistycznie, za to realnie i w sposób budzący zaufanie czytelnika. Wolność – na stronicach wspomnień Pavla – jest tym czymś, czego nigdy całkowicie się nie zdobędzie, lecz tym bardziej należy o nią zabiegać i wykazywać radość, gdy uchwyci się choćby jej spłachetek, bo to tak jakby sięgnęło się nieba albo miało krótką rozmowę z aniołem. To rzecz nieczęsta, wymagająca wielu starań, ale przez to jeszcze bardziej cenna.

Świat przedstawiony w książce w jakiejś mierze jest na pewno satyrą na społeczeństwo, może nawet groteską, ale pozostaje przy tym tego świata apoteozą. Taki jest właśnie Pavel, taka jest jego proza; obfita w szczegółowe i wiarygodne opowieści, kunsztownie zbudowane, napisane z pewnego rodzaju humorem zawierającym w sobie dość znaczny element krytyki, ale w przesłaniu objawia się nam: życie jest fajne, ciesz się światem, ludźmi, i nie kombinuj za bardzo.

W całej książce narracja jest prowadzona w pierwszej osobie, przez co opowieść jest jeszcze bardziej wiarygodna. W pewnej części ta pierwsza osoba jest dzieckiem, mamy więc czasem pewną infantylność, jednak za sprawą kunsztu literackiego Pavla, a jeszcze chyba więcej jego empatii, nie przeszkadza to w lekturze. Owa perspektywa dziecięca jest chytrym zabiegiem literackim, dzięki niej rzeczywistość może być uproszczona, pozostając prawdziwą, a być może nawet nieco piękniejszą.

Jeśli opowiadania Pavla niosą jakieś przesłanie to brzmi ono mnie więcej tak: na pewno gdzieś za zakrętem czai się smutek, takie jest już życie, ale można stanąć, chociaż na chwilkę, na samym szczycie szczęścia i jest to naprawdę fajne. Brzmi jak truizm, podany w sosie sentymentalnym z infantylnymi przyprawami, lecz podczas lektury wcale nie wydaje się być takim.

Nie jest to proza ani wielka, ani kompletna, zwłaszcza literacko. Ale to książka świetna i godna polecenia. Pełno tu ciepłych emocji, pewnych pokrzepiających metafor i obrazów tyleż szczerych, co pięknych. W lekturze lekka i przyjemna, choć dotyka, wspomnianych wyżej, niełatwych tematów. A Ota Pavel? Cóż, dzięki tym wspomnieniom otworzył swe okienko i wygrał z chorobą, przynajmniej na chwilę, i chyba chciał nam podarować i tę metodę, i tę lepszą część swojej historii. Co zrobić z taką schedą? Wypada przeczytać i podziękować…

Ota Pavel, Śmierć pięknych saren, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1978.

Dominik Śniadek

%d blogerów lubi to: