Marcin Wolski, Wilk w owczarni. Recenzja.


Alfredo Derossi – zanim stał się Il Cane

Marcin Wolski to człowiek-orkiestra. Pisarz, dziennikarz, felietonista, historyk, radiowiec (przez pół roku pełnił funkcję dyrektora Programu I Polskiego Radia), twórca ponad dwudziestu powieści i kilkunastu zbiorów opowiadań, znakomity satyryk. Współautor słynnego w latach 90-tych programu Polskie Zoo, parodiującego polską scenę polityczną. Właśnie za teksty satyryczne był wielokrotnie nagradzany, w tym także trzy razy nominacją do nagrody Zajdla – za satyryczne utwory science-fiction, m.in. w 2000 roku za „Psa w studni”, gdzie po raz pierwszy pojawił się Alfredo Derossi.

Alfredo Derossi to zaś jego ulubiony bohater, niektórzy powiadają, że alter ego pisarza. Dlatego po przeszło dekadzie znów pojawił się na kartach powieści Wolskiego. Od czasów „Psa w studni” (i późniejszej „Rekonkwisty”) minęło sporo czasu, a „Wilk w owczarni” zapowiadany jest jako zakończenie trylogii. Tytuł zaczerpnięty jest ze słynnego średniowiecznego Dekameronu Giovanniego Boccaccio.

„Wilk w owczarni” podzielony jest wyraźnie na dwie części. W pierwszej śledzimy losy młodego Alfredo, który dojrzewa i wchodzi w dorosłe życie. Na swojej drodze spotyka Il dottore, który staje się jego mistrzem, nauczycielem i życiowym przewodnikiem po XVII-wiecznej Europie. Wprowadza go w świat nauki, podsuwa do czytania klasyczne dzieła, rysuje przed młodzieńcem złożone myśli starożytnych filozofów, ujawnia arkana zakazanej wiedzy, alchemii. Preceptor zwraca się do Derossiego słowami: „Wiesz dostatecznie sporo, aby podejrzewać, że nic nie wiesz”.

Tłem wydarzeń jest renesansowo-barokowa Europa, bohaterowie Wolskiego podróżują po Italii, Helwetii, przemierzają Alpy, Morze Śródziemne. Smakują paryskiego życia, praskich podziemi, a nawet najstarszych tajemnic Egiptu. Ważny motyw stanowią tutaj apokaliptyczne wizje podsuwane oczom bohaterów, jakie mają być konsekwencją rozwoju technologicznego, nie idącemu w parze z rozwojem cywilizacyjnym od strony duchowej.
„Zrazu wszystko będzie wyglądało pięknie. Rozmaici mędrkowie będą badali reguły i mechanikę tego świata. Niektórzy uczynią to w imię Boga, twierdząc, że zamierzają przysporzyć mu jedynie większej chwały, inni po to, by poznawszy jego laboratorium, spróbować go zastąpić. A gdy się to uda (…) – uznają, że Stwórca jest im zbędny. Ogłoszą jego śmierć.” – prowadzi wywód jeden z bohaterów powieści.

WilkW drugiej części Alfredo Derossi, znany jako Il Cane, trafia na ziemie Rzeczypospolitej, w owych czasach państwa wielkiego i potężnego. Zostaje zamieszany w spisek dotyczący życia króla Zygmunta III Wazy. Autor bawi się w tworzenie alternatywnej historii Polski; wskazuje błędy, jakie popełnili Polacy, co w konsekwencji oznaczało późniejszą utratę nie tylko pozycji w Europie, ale przede wszystkim niepodległości.
„Żyli więc Polaczkowie jak u Pana Boga za piecem, spokojni o dziś, pewni jutra, przekonani o stałej, choć raczej nieuzasadnionej opiece Chrysta i jego Matki, zgoła niepomni, jak bolesne bywały doświadczenia innych narodów, wprzódy uważających się za wybrane. Jeśli, zgodnie z proroctwami zwierciadła, miały nadejść na ten kraj okropne termina, to trudno wyobrażać sobie lud równie do nich nieprzygotowany.” – pisze Wolski, pomny przyszłych wydarzeń, jakie wszyscy znamy z podręczników do historii. Efekt delikatnie psuje brak spójności, odniosłem momentami wrażenie, że te dwie historie zostały połączone ze sobą trochę na siłę, niekoniecznie tworząc bezwzględną całość.

„Wilk w owczarni” nie zostanie najlepszą powieścią w dorobku Marcina Wolskiego. Nie oznacza to bynajmniej, że nie warto po nią sięgnąć. Na każdym kroku widać wielką fascynację autora (historyka z wykształcenia) XVII-wieczną historią, co przekłada się na bardzo plastyczne opisy realiów, stylizowany, ale nieuciążliwy podczas czytania, język. Oczywiście jak na wybornego satyryka przystało, przez cały czas towarzyszy nam niewybredny humor – czasem subtelny, inny razem rubaszny.
Marcin Wolski to jeden z tych, nielicznych przecież, przedstawicieli polskiej literatury fantastyczno-naukowej, którzy przebili się do świadomości odbiorców głównonurtowych. Jego książki nadal czyta się bardzo dobrze – po prostu.

Marcin Wolski, Wilk w owczarni, wyd. Zysk i S-ka, Poznań 2010.

Rafał Niemczyk

Adam Roberts, Projekt Stalin. Recenzja.


Ufologia komunistyczna

Historia wygląda tak. Tuż po zakończeniu drugiej wojny światowej, w roku 1946, dyktator Związku Radzieckiego Józef Stalin wzywa do siebie w największej tajemnicy kilku najwybitniejszych rosyjskich pisarzy science-fiction. Zadanie, które im zleca (a będąc bardziej rzeczowym: rozkaz, który im wydaje) zdaje się być kompletnie zwariowane. Mają oni bowiem napisać dzieło, opisujące rychły atak obcych z kosmosu i nieuchronną zagładę, która nadejdzie w razie biernej postawy – nie tylko Sowietów, ale i całego świata.
Misterny plan ma posłużyć zjednoczeniu narodu radzieckiego w powojennym ciężkim czasie, zanim towarzysz Stalin znajdzie kolejny, bardziej realny cel, by poprowadzić następną wojnę. Propaganda ma zacieśnić komunistyczną świadomość obywateli. Pisarze, choć zdumieni, nie mając innego wyjścia – zabierają się do pracy. Po burzliwych dyskusjach powstaje wizja: wojna z kosmicznym najeźdźcą rozpocznie się od ataku na amerykański obiekt latający, po czym przeniesie się na Ukrainę. A ta, jak wiadomo, znajduje się pod protektoratem radzieckim. Po kilku miesiącach prace zostają zakończone, a pisarze pod groźbą śmiertelnej kary, odesłani i zmuszeni do milczenia.

W marcu 1953 roku Stalin umiera. Mroczne widmo, które zrodziło się w wyobraźni literatów, powraca niespodziewanie 33 lata później. Tuż po starcie rozpada się amerykański wahadłowiec Challenger. Do Konstantyna Skworeckiego, jednego z ówczesnych autorów fantastycznej historii, zgłasza się jedyny z żyjących jeszcze kolegów-pisarzy – niejaki Iwan Frenkiel. Twierdzi, że reprezentuje tajny departament KGB, zajmujący się rozpracowywaniem UFO. Oświadcza, że atak obcych się rozpoczął, a następnym celem ma być elektrownia jądrowa w Czarnobylu…

 

Fikcyjne i nierzeczywiste to nie synonimy

Po tak nakreślonym początku opowieści, spodziewać by się można obrazu wojen gwiezdnych, prowadzonych z kosmitami – zamiast rycerzy Jedi – przez walecznych i nieustraszonych braci Rosjan. Ogromnych statków powietrznych, ścierających się z samolotami typu MiG-21 czy Su-20; zielonych, krwiożerczych istot ginących od kul kałasznikowów; Syberii płonącej w ogniu laserowej pożogi. Moi drodzy, nic z tych rzeczy.
„Typowy ludzki błąd. Uważacie się za Frankensteinów, którzy stworzyli potwory. Ale potwory zawsze istniały. Nigdy nie zaszła potrzeba, by je tworzyć” – oznajmia Józef Stalin podczas jednego z monologów.
Choć „Projekt Stalin” zawiera w sobie długimi chwilami atmosferę znaną z klasycznej SF, jest w równoważnej części satyrą obrazującą absurdy realiów komunizmu. „Światy kreowane przez pisarza science-fiction nie zaprzeczają rzeczywistemu światu, one go antytezują” – wyjaśnia autor.

Pieczątka Barei

Konstantyn Andriejowicz Skworecki, pierwszoplanowa postać powieści, jest emerytowanym pisarzem fantastyki naukowej. Fizycznie zniszczony przez używki, psychicznie przez paranoję systemu – w wieku sześćdziesięciu kilku lat dogorywa w swoim mieszkaniu w Moskwie. Zarabia na życie, pracując jako tłumacz w organizacjach rządowych.

Punktem zwrotnym w jego wegetacji degenerata jest dzień, w którym podpalił sobie twarz zapalając papierosa, a katalizatorem okazuje się wódka, cieknąca Skworeckiemu po brodzie. Udaje mu się uniknąć śmierci, gasząc pożar na twarzy w śniegu zalegającym na parapecie. Postanawia, że resztę życia spędzi w bardziej godnym stylu i rezygnuje z picia wódki (papierosy okazują się nie do pokonania). Byłoby z korzyścią dla narodu polskiego, gdyby towarzysz Skworecki zdradził nam tajemnicę swojej przemiany – niestety, tej recepty nie znajdziemy na kartach powieści.

Projekt-Stalin

Ten zabawny, choć gorzki epizod, przytoczyłem, bo „Projekt Stalin” nasycony jest ogromną dawką ironicznego humoru, rodem wprost z filmów Stanisława Barei. Scena przesłuchania, postać Sałtykowa, którego ścisły umysł toczą obsesyjno-kompulsywne „dolegliwości” czy sarkazm, wydający się cechą wrodzoną głównego bohatera. Wszystko to w realiach Związku Radzieckiego czasów pierestrojki, z hasłami głasnosti i uskorienia, tworzy wybuchową mieszankę – literacki koktajl Mołotowa, jeśli już trzymamy się radzieckiej stylistyki. Permanentna inwigilacja, absurdalna biurokracja, kilometrowe kolejki do sklepów, nieustanne ogłupianie społeczeństwa. Trzeba przyznać, że Roberts – choć Brytyjczyk – doskonale poradził sobie z oddaniem immanentnych cech komunistycznej rzeczywistości ZSRR lat 80-tych. Jeśli dodamy do tego dickowski klimat oraz świetnie prowadzone dialogi, które są osią fabuły – dostajemy do rąk utwór literacko pełnowartościowy, słusznie nominowany do nagród Arthura C. Clarka oraz Johna W. Campbella za rok 2010.

Oryginalny tytuł utworu brzmi „Yellow Blue Tibia”, co jeśli weźmie się na wzgląd rosyjską fonetykę, tworzy znaczący i miły dla ucha homonim. Ciekawym proponuję pogłówkować, a czy uda się wpaść na rozwiązanie zagadki, czy nie – szczerze polecam sięgnąć po książkę Adama Robertsa. Miłośnicy wartkiej akcji, inteligentnej postmodernistycznej fikcji połączonej z filozoficznymi rozważaniami, elementami SF, satyrą i groteską napiętnowaną Vonnegutem – nie będą zawiedzeni.

Adam Roberts, Projekt Stalin, tłum. Adrian Napieralski, wyd. Zysk i S-ka, Poznań 2010.

Rafał Niemczyk

China Miéville, Miasto i miasto. Recenzja.


Miasto-i-miasto-okladkaTransgresja rzeczywistości

Miasto – skupisko ludzkie, charakteryzujące się zagęszczoną zabudową, zróżnicowaną strukturą społeczną mieszkańców, utrzymujących się w większości z zajęć nierolniczych — handlu, rzemiosła, przemysłu i usług; definicja ta nie ma wartości uniwersalnej, gdyż z różnymi cywilizacjami łączyły się różne koncepcje miasta. (za Encyklopedią PWN)

Niezwykle rzadko zdarza się, bym recenzję rozpoczynał definicją, zaczerpniętą z encyklopedii. Tym razem zrobiłem wyjątek, ponieważ głównym bohaterem najnowszej powieści China Mieville’a jest… miasto. A właściwie: Miasto. A żeby być jeszcze bardziej ścisłym: dwa Miasta.

Besźel i Ul Qoma

Antal-Berkes-Havas-utcaMieville stworzył w swojej powieści wizję dwóch przenikających się wzajemnie miast-państw. Besźel i Ul Qoma leżą gdzieś na obrzeżach Europy (po występujących w książce terminach można określić ich położenie w okolicach Bałkanów) i zajmują to samo terytorium. Niektóre z miejsc, budynków i ulic są „jednolite”, ich przynależność można przypisać jednemu z miast. Większa część obu Miast jest jednak wspólna, niejednorodna wymiarowo. Takie miejsca nazywane są przeplotami. Granice są rozmyte we mgle niczym gasnący hologram. Największe przestępstwo stanowi złamanie tego swoistego metafizycznego tabu. Nazywane jest ono przekroczeniem – „egzystencjalnym pogwałceniem granic rozdzielających oba państwa”. Nad porządkiem czuwa tajna organizacja, owiana tajemnicą, budząca powszechny respekt i strach obywateli, przy której wpadnięcie w ręce policji jest jak wakacje na tropikalnych wyspach. Ta organizacja to Przekroczeniówka.

Antal-Berkes-Budapest-in-winter-1By uniknąć bezwzględnie zakazanego przekraczania, mieszkańcy szkoleni są w tzw. przeoczaniu – umiejętności niedostrzegania tego, co dzieje się w drugim mieście (często kilka kroków od własnego domu). Przeoczanie dotyczy nie tylko architektury, przedmiotów, pojazdów czy obcych ulic, ale także ludzi, zakazanych ubrań, rozmów, a nawet sposobów chodzenia czy niektórych kolorów!

Władze obydwu Miast robią wszystko, by utrzymać suwerenność i polityczną odrębność. W Besźel i Ul Qomie działają organizacje polityczne, nacjonalistyczne, w podziemiach także  ekstremistyczne, pragnące bezwzględnej władzy dla swojego Miasta-ojczyzny. Możemy natknąć się także na ludzi dążących do zjednoczenia – to unifikacjoniści.

Hiperrealizm Baudrillarda

Świat wykreowany przez Mieville’a luźno opiera się na hiperrealnej filozofii Jeana Baudrillarda. Nie jest on ani rzeczywisty, ani nierzeczywisty, lecz hiperrealny właśnie.
„Nic nie jest do siebie podobne, a holograficzne odwzorowanie, jak wszelkie pragnienie syntezy bądź wiernego wskrzeszenia rzeczywistości (…) nie jest już rzeczywiste, lecz hiperrealne. Nie ma już zatem właściwości odwzorowania (prawdy), lecz zawsze jest symulacją. Nie wierną wszakże, lecz taką, której prawdziwość została już przekroczona, co oznacza, że znajduje się ona już po drugiej stronie prawdy. Co dzieje się po drugiej stronie prawdy, nie z tym, co fałszywe, lecz z tym, co jest bardziej prawdziwe niż sama prawda, bardziej rzeczywiste niż sama rzeczywistość?” – pisze Baudrillard w „Symulakrach i symulacji”.

„Deszcz i dym mieszkają w obu miastach jednocześnie”

China-Mieville (fot. Andrew M. Butler)Miasta Mieville’a, choć początkowo może się to wydawać skomplikowane, dość szybko stają się czytelnikowi bliskie i naturalne. Ul Qoma posiada silniejszą gospodarkę i infrastrukturę na wyższym poziomie, jest lepiej rozwinięta ekonomicznie i technologicznie, a jej obywatele są bogatsi. Besźel jest jak gdyby jej wschodnioeuropejskim, biedniejszym odpowiednikiem. Beszelska policzai dysponuje starszym sprzętem niż ulqomańska militsya. Ul Qoma jest świecka, Besźel to miasto religijne. Do Ul Qomy ludzie wyjeżdżają „za chlebem”, w mieście działa metro, na tle nocy skrzą się neony, a barwy miasta są żywe, bardziej egzotyczne niż w szarym, ponurym, zadymionym, deszczowym i mglistym Besźel.

„Na całej BudapestStrasz pod starymi budynkami rosły krzewy budlei. To typowy miejski chwast w Besźel, ale nie w Ul Qomie, gdzie przycinają ją, gdy tylko się pojawi. Dlatego na Budapeszt Strasz, która była beszańską częścią przeplotu, zaniedbane, niekwitnące o tej porze roku krzaki (…) urywały się nagle na granicy miast. Domy w Besźel były zbudowane z cegły i otynkowane. Z każdego gapiły się na mnie domowe lary, małe, człekokształtne maszkarony o budlejowych brodach. Przed kilkoma dziesięcioleciami ta okolica nie była jeszcze tak podupadła. (…) Teraz zostało tam tylko cmentarzysko żelaznych szkieletów.”

Philip-Marlowe-Humphrey-Bogart-Wielki-senChandler w świecie fantastyki

Intryga rozpoczyna się w momencie odnalezienia w slumsach porzuconego ciała zamordowanej studentki. Sprawę prowadzi inspektor o dźwięcznie i bardzo niehollywoodzko brzmiącym nazwisku – Tyador Borlú z besźelskiego Wydziału Najpoważniejszych Zbrodni. Jako że podejrzewa przekroczenie, ślad prowadzi go do Ul Qomy. Tam łączy siły ze starszym detektywem Qussimem Dhattem i razem próbują rozwiązać skomplikowaną zagadkę. Inspektor Borlú nie jest błyskotliwym detektywem pokroju Sherlocka Holmesa czy Herkulesa Poirot. Choć bystry i metodyczny w swych działaniach, przypomina raczej chandlerowskiego Philipa Marlowe’a. Bo i klimat stworzony przez Mieville’a jest chandlerowski właśnie.

Kafkowska atmosfera w powieści momentami przywodzi na myśl Frantic Romana Polańskiego. Próżno jednak szukać egzystencjalnych przemyśleń bohatera, akcja książki to raczej ciąg przyczynowo-skutkowy, rozpędzający się i z każdą stroną przybliżający nas do finału. Opisy są realistyczne, dokładne, choć autor rzadko posługuje się fajerwerkami językowymi. „Miasto i Miasto” czyta się przez to bardzo szybko, połykając kolejne rozdziały i oczekując na następny zwrot akcji. Fabuła nie jest specjalnie skomplikowana: zabójstwo, prowadzone śledztwo, poszlaki, dowody, potężne korporacje, a wszystko podane w polityczno-społecznym sosie. Gdyby nie fantastyka, byłby to zapewne tylko kolejny sprawnie skonstruowany kryminał. Motyw przeplatających się Miast sprawia jednak, że wiele wątków nabiera nowych znaczeń, tworząc metafizyczną powłokę.

Za „Miasto i Miasto” China Mieville otrzymał w 2010 roku wiele prestiżowych nagród, m.in.: Hugo, Locusa (co niektórych może zdziwi – za najlepszą powieść fantasy) oraz Arthura C. Clarke’a (już po raz trzeci). Jako ciekawostkę dodam, że za tę ostatnią autor otrzymał tym razem honorarium w wysokości… 2010 funtów szterlingów, ponieważ wysokość nagrody zawsze jest taka, jak rok w którym nagrodę przyznano. Czy nie za nisko wycenili autora? Oceńcie sami.

China Miéville, Miasto i miasto, tłum. Michał Jakuszewski, wyd. Zysk i S-ka, Warszawa 2010.

Rafał Niemczyk

%d blogerów lubi to: