Grégoire Delacourt, Lista moich zachcianek. Recenzja.


Niepocałunek

W czasach, gdy literatura popularna jest słodka i mimo to wciąż pozostaje lekka, nie tak łatwo napisać literaturę piękną – czytywaną i popularną, a nie wzgardzoną w powszechnej czytelniczej uwadze przez jej ciężar. Najłatwiej byłoby napisać o „Liście moich zachcianek”, że książka dobrze szła, płynnie i malowniczo, a w momencie gdy Delacourt odważył się na bardzo zuchwałą kulminację, straciła impet albo pomysł na dalszą fabułę i runęła z wysokości na twardy trotuar, tam wzbudzając sporą sensację wśród przygodnych przechodniów jako coś małego zdobywającego się na tak wielki i głośny zgrzyt. Bo można zarzucić autorowi, że mając gotowe opowiadanie, całkiem solidne, postanowił je za wszelką cenę przerobić na małą powieść. Takie są pierwsze po lekturze interpretacje. Lecz co łatwe nie musi być ani dokładne, ani prawdziwe.

Może tak było w istocie, niewykluczone, jest jednak jeszcze jedna możliwość – przewrotna interpretacja. Być może Delacourt postanowił połączyć dalekie sobie żywioły i napisał minipowieść jednocześnie popularną i mającą swe miejsce w literaturze pięknej. To stronniczy punkt widzenia, sprzyjający autorowi „Pisarza rodzinnego”, ale sprawiedliwy, wykluczający okoliczności łagodzące. Spróbuję w ten ostatni sposób zinterpretować omawianą książkę.

Rozpoczynamy zgodnie z regułami realizmu magicznego – przeniesionego na grunt europejski – w niewielkim francuskim miasteczku Arras, określanym nowocześnie przez liczbę hiper- i supermarketów. Mamy tu i staroświecką pasmanterię, gdzie przędzie się historie o lamówkach, kordonkach i sutaszkach, której właścicielką, za cenę posegregowania i posprzątania ośmiu tysięcy guzików różnego gatunku, stała się Jo, czyli Jocelyn – główna bohaterka i zarazem narratorka powieści. Jest to kobieta już stateczna, po pewnych przejściach, dobiegająca pięćdziesiątki, przy tym zaradna i zapobiegliwa.

To świat, poza prowincjonalnością, definiujący się kobiecością, stabilizacją i… kompleksami. Świat zbudowany z „tak wyszło”, czyli średniości, kompromisów, ale także marzeń, upragnionych słów (zarówno wypowiedzianych, jak i tych tylko pomyślanych), a to wszystko spaja dość ryzykowne lepiszcze: kłamstwo. Dominuje tu barwa szara, czasem rozjaśniana różem – jak się wydaje – niegroźnych oszustw i skrótów. To świat nieustannych drobnych kar, bo popełniono tu mnóstwo takich samych, niewielkich zbrodni. Żyje się tu codziennie, bardziej z przyzwyczajenia niż świadomie, raczej bez wyskoków, czasem tylko pozwalając sobie na jakąś małą ekspresję wyobraźni (znakomita i obrazowa scena, gdy Jo stoi przed lustrem naga). Mężczyźni są tu mocni w gębie i słabi w uszach, za to często przyziemni, bywa, że brutalni, wymagający opieki, niezaradni, zagubieni. Dzieci – gdy tylko podrosną – uciekają w świat, byle dalej. Rodzice i krewni, są w taki lub inny sposób nieobecni. Często wraca się tu do przeszłości, lecz są to na ogół wspomnienia dość traumatyczne, w najlepszym razie dotyczące niespełnienia. Ostatecznie ucieka się w lekturę „Oblubienicy Pana”, książki o miłości, o życiu, ale przede wszystkim o radości spełnienia.

To wszystko, jak język pisarza od reklam, da się wypowiedzieć w prostych, trafnych i akuratnych zdaniach. Jest to obraz może i smutny, lecz wiarygodny, zwłaszcza charakterystyka Jocelyn przekonuje, co więcej: budzi czytelniczą sympatię. Sposobem prozy Delacourta na trywialność jest obezwładniająca szczerość, ciepła, ludzka, zwyczajna, a przez to bliska, naturalna i przekonywająca do siebie. Świetnym rozwiązaniem języka narracji jest połączenie wrażliwości i zaradności kobiety w średnim wieku. Słyszymy: świat jest zły, lecz cała siła marzeń i sztuka pięknego życia polega na tym, że czasem przestaje być takim. Dla tych chwil, dobrych i jasnych, warto się starać, choć ostatecznie nie o staranie chodzi, a o jasną stronę świata i uśmiech na twarzy (nieważne przy tym, jaką chwilę przeżywa się aktualnie).

A potem wydarza się coś, co mogłoby ten świat odmienić. Nie zdradzam szczegółów, aby nie zepsuć Państwu lektury. Dość powiedzieć, że Jocelyn dostaje jedną szansę na siedemdziesiąt milionów i… ukrywa ją w starym bucie. Ponadto robi wszystko, aby zarówno jej świadomość jak i innych tego nie odkryła. Wcale nie zmienia swego życia, boi się najwyraźniej takiego postępowania. Ostatecznie czarna rzeczywistość dopada i tę kobietę, i świat iluzji, jaki sobie wytworzyła. Krótko i kolokwialnie mówiąc: Jocelyn dostaje brutalnego kopa akurat w momencie, gdy najbardziej w swe kłamstewka uwierzyła.

Świetna kulminacja, godna dawnych mistrzów i klasyków powieści. Tu, wydawałoby się, rozpoczyna się opowieść właściwa. Ale następujące po niej wydarzenia są nikłe, jak się zdaje bez znaczenia, zupełnie nie korespondujące z tym, co Delacourt nam wcześniej opisał. Ten, przedtem kunsztownie konstruowany, portret psychologiczny głównej bohaterki pęka i jak lustro zatraca się fałszywej grze drobnych, rządzących się chaosem skrawków refleksów. Jedynym logicznym wyjaśnieniem tej psychologicznej niekonsekwencji jest uznanie tego uprzednio pokazanego świata za nieprawdziwy, bo skonstruowany na kłamstwie. Lektura „Oblubienicy Pana” nic nie dała, nie ośmieliła… Jocelyn była kobietą niespełnioną i taką już na zawsze pozostanie. Nie potrafiła ani wcześniej, ani później wziąć swego losu we własne ręce. Jej życie to właśnie taki niepocałunek, jaki miał miejsce podczas pamiętnego festynu z okazji 14 lipca przy dźwiękach „L’ete Indien” Joe Dassina. Nie bez powodu pierwsze zdanie książki brzmi: Ludzie zawsze się okłamują.

Niewesoła to interpretacja, jedyna jednak broniąca książkę, w innym przypadku byłaby to płytka opowieść o tym, że pieniądze niszczą szczęście, na której sentymentalizm żachnąłby się nawet Dickens.

Jest jeszcze jedno, Delacourt świetnie konstruuje postaci drugoplanowe. Ojciec Jo, który po wypadku funkcjonuje w temporalnych sekwencjach życiowych trwających dokładnie 6 minut i posiadających tę właściwość, że każde nowe życie jest odmienne; Bliźniaczki jeżdżące bliźniaczymi „Miniakami” (od Mini Morrisa – najbardziej na świecie kobiecego auta) i marzące o facecie, którego mogłyby dzielić, co umożliwiłoby im zarazem spełnienie i bycie razem czy postać lokaja sprawiającego wrażenie, że posiada fortunę swojego pana wraz z psycholożką zupełnie nie umiejącą wejść w sytuację podopiecznej. To wszystko sprawia, że świat prozy autora „Listy moich zachcianek”, choć niezbyt obszerny i rozległy, potrafi być pozytywnie spektakularny i kolorowy w efektowności.

Grégoire Delacourt, Lista moich zachcianek, tłum. Krzysztof Umiński, Drzewo Babel, Warszawa 2013.

Dominik Śniadek

Sylvain Tesson, W syberyjskich lasach. Recenzja.


Pustelnictwo jest elitarne, czyli wszystko, co zostanie z mojego życia, to notatki…

Sylvain Tesson – czterdziestolatek, Francuz, podróżnik, pisarz, a nade wszystko wrażliwy człowiek – postanawia wziąć pół roku urlopu od życia w okolicznościach współczesnych; wyłączyć siebie i w trybie ostrożnego czuwania podładować baterie. Wynajmuje prostą, bez wygód chatę gdzieś na trzy razy końcu świata i znika tam dla świata, jednocześnie powstając dla papieru. Jakkolwiek by taka opcja nie wydawała się romantyczna lub bajkowa, okazuje się nie tylko możliwa, ale i realna, a także względnie łatwa do przeprowadzenia. „W syberyjskich lasach” jest diariuszem tego doświadczenia. Dodajmy udanym zapisem i zdobywającym się na swoje miejsce w literaturze pięknej.

Pacyfistyczna anarchia

Tesson od lutego do lipca 2010 roku mieszkał w syberyjskim sposobem wybudowanej chacie nad brzegiem Bajkału; czytał, myślał, pił wódkę, w chwilach szczególnych nie odmawiał sobie przyjemności wypalenia cygara, rąbał drewno, łowił ryby, wędrował po tajdze, prowadził „długie rozmowy z oknem”, wystrzegał się w miarę możliwości nieproszonych gości. A jak mu się znudziło takie życie – szedł po lodzie kilka dni wzdłuż brzegu w prawo lub lewo od swojej chyży, nocując w zagubionych w bezkresie przestrzeni chatach strażników parku, rybaków lub innych indywiduów – pijąc z nimi wódkę, próbując zrozumieć ich kraj, sposób myślenia albo milcząc i czytając Jungera. Przy okazji odkrywając kilka starych, nieco już zapomnianych prawd i dochodząc do zaskakujących i paradoksalnych konkluzji. Jak ta, że gdy człowiek, bądź co bądź cywilizowany, z centrum XXI-wiecznej kultury postanawia pomieszkać w barbarzyńskiej tajdze – jak XIX-wieczny romantyk-myśliciel – przy małej pomocy intelektu, dużej dozie wrażliwości oraz sporym udziale empatii dla przyrody odkrywa w zdumieniu, że to on jest barbarzyńcą w cywilizacji lasu.

Książka bez wątpienia jest dziennikiem, lecz tyleż światopoglądowo-filozoficznym, co literackim. Uboga i nieurozmaicona fabuła (w zasadzie streściłem ją wyżej), przy jednostajnej scenerii jest tu pewnego rodzaju wybawieniem, drzwiami percepcji i owym otworem, przez który niczym Alicja w Krainie Czarów przedostać można się do miejsca, gdzie zrozumienie i płynące z niego samookreślenie znacznie łatwiej osiągnąć – proces ten dotyczy zarówno autora, jak i czytelników.

Sylvain Tesson w chacie na Syberii

Pytanie o cel takiej peregrynacji, odwieczne pytanie malkontentów: po co? Jest niezasadne. Ten rodzaj świadomości i taka potrzeba wyłączenia się z cywilizacji albo jest oczywista i jako taka nie wymaga wyjaśnień, albo zupełnie niezrozumiała. Dla jednych będzie to wyzwolenie, wyciszenie, uspokojenie, sprecyzowanie myśli, światopoglądu, odpoczynek, a dla drugich szereg bezsensownych niewygód, poświęceń, wyrzeczeń okraszonych doznaniem zimna, samotności i wyposażonych w znaczne ryzyko niebezpieczeństw czyhających zdecydowanie zbyt często. „W syberyjskich lasach” napisał człowiek z pierwszej kategorii i dla ludzi takich samych jak on.

„Byłem wolny, bo bez drugiego człowieka wolność nie zna granic”

Zostawiając Tessona-eremitę i kierujące nim pobudki, trzeba zauważyć Tessona-pisarza. Tu odkrywamy renesans pewnych form dosyć już staromodnych i poniechanych w literaturze, jak: opis przyrody, personifikacja tej ostatniej; w przypadku relacji z drugim człowiekiem znaczny stopień generalizacji i uogólnienia; jak mikro eseje egzystencjonalno-filozoficzne czy wreszcie dialog wewnętrzny będący początkiem i końcem zarazem.

W książce jest kilka tematów głównych, do których autor powraca co jakiś czas w rozważaniach, wśród nich: samotność, wolność, relacja jednostki ze społeczeństwem i odwrotnie, kultura. Bezcelowe wydaje się przedstawianie tu poglądów autora, tym bardziej, że wykłada on je w sposób arcyciekawy. Warto jednak zaznaczyć, że jak nic nie jest oczywiste, to wszystko jest warte przemyślenia, a kierując się takim założeniem można dojść do intrygujących rezultatów.

Brawo dla Tessona, że nie wpadł był na idiotyczny pomysł ozdobienia swojej książki zdjęciami, bo chociaż przyroda jest warunkiem sine qua non, tworzy amfiteatr i naturalną scenerię dla jego prozy, to tak naprawdę pełni rolę statysty, bowiem nie jest to literatura sensu stricte podróżnicza ani memorialna. Gatunkowo najbliżej książce Tessona do literatury pięknej, która rozpoczyna się wtedy, gdy pięknie pisać można o rzeczach codziennych, zwykłych, nie nadzwyczajnych – choć pisać nadzwyczajnie, magicznie, przy tym miarowo i precyzyjnie. A dystans przestrzeni w połączeniu ze skwapliwością i oszczędnością zapisywanych słów pozwala unikać i patosu, i afektacji. Jest w tym pewien środek umożliwiający opis zabawy w harcerzyka, Robinsona Crusoe czy myśliciela-eremitę bez wzbudzania u obserwatorów-czytelników poczucia śmieszności i nadający takiej sytuacji zarówno sens, jak i znaczenie nieco poważniejsze niż kaprys niedorosłości.

Syberia, jezioro Bajkał

Nie sposób uniknąć porównań do „Walden” Thoreau czy „Przypadków Robinsona Crusoe” Defoe – lecz nie tędy droga. Forma tożsama, okoliczności podobne, ale jakże inny czas i kontekst kulturowy. W przypadku tamtych dwu pozycji alienacja była sposobnością do transcendentnej obserwacji; dla Tessona odosobnienie jest potrzebne do rekonstrukcji zarówno siebie jako jednostki, jak i kultury – jest to proces ponownej kreacji, internalizacji i uzyskiwania tożsamości.

Jest tu również inny trop literacki. Przecież Tesson jest przedstawicielem kultury francuskiej, admirującej Rosję równie długo, co niezrozumiale. I tak samo jak Markiz de Custine w „Listach z Rosji”, Tesson daje nam opis fascynacji kulturą rosyjską, ale jednocześnie niewygodne zakłopotanie względem twardej prozy życia Rosjan, ich ludyczności, niezbyt wygórowanych estetycznie potrzeb, a bywa że prostactwa i chamstwa. Być może właśnie w takiej ambiwalencji oraz problemie zrozumienia ukrywa się przyczyna tej miłości.

Reasumując, warto powiedzieć, że jest to książka nietypowa, bo napisana nie w perspektywie czytelniczej, a autorskiej. Proza przesycona wartościami indywidualizmu, wolności, prawa do samodzielnego myślenia i konstruowania świata. Książka pozbawiona „efekciarskich” trików, lecz chyba właśnie przez to bardzo efektowna. Na pewno adresowana dla pewnej tylko części czytelników, za to potrafiąca zaspokoić nawet wygórowane ich oczekiwania – co, przyznam szczerze, przydarzyło się mnie.

„Byłem wolny, bo bez drugiego człowieka wolność nie zna granic” (wszystkie fotografie: (c) Sylvain Tesson)

Język narracji „W syberyjskich lasach” jest wedle kolejności: szczery, oszczędny, przemyślany, precyzyjny, piękny. To wszystko razem wzięte sprawia, że opowieść jest wiarygodna, fascynująca i, co tu dużo mówić, wciągająca.

I jeszcze słowo o najbardziej niedocenianych ludziach parających się pisaniem. Tłumaczenia dokonała Anna Michalska, i jest to przekład świetny, a na pewno nie był łatwy, wziąwszy pod uwagę „męski” sposób pisania Tessona, charakter życia w lesie oraz kategorie myślowe, którymi posługuje się zazwyczaj autor.

Sylvain Tesson, W syberyjskich lasach, przeł. Anna Michalska, Noir sur Blanc, Warszawa 2013.

Dominik Śniadek

Gregoire Delacourt, Pisarz rodzinny. Recenzja.


Pisarz-rodzinny-okladkaW życiu jak w restauracji – ważne, aby radość biesiady osłodziła gorycz rachunku

„Pisarz rodzinny” to książka o tym, jak przeżyć w świecie niechybnej zagłady. Jak ocaleć wśród hekatomby przeciwności i niczym nieuzasadnionych milionów złośliwości losu. Jak przeżyć, zachowując zarówno swój egoizm, jak i iluzję przekonania, że tak do końca nie jest się wielkim dupkiem.

Opowieść rozpoczyna się w Valenciennes, niewielkim francuskim miasteczku. W czasach szczęśliwych, dobrych, gdy świat jest bezpieczny, obliczalny, ludzie wokół przyjacielscy, a stosunki między nimi ciepłe. Główny bohater i zarazem narrator, Edouard, wówczas siedmioletni chłopiec, pisze swój pierwszy wiersz. Skłonność do rymów ma się okazać zarówno przekleństwem, jak i błogosławieństwem jego życia.  Niedługo potem pojawiają się pierwsze pęknięcia i szczeliny, które ostatecznie doprowadzą do całkowitej ruiny sielankowego świata. To proces tyleż powolny, co nieodwołalny.

Dlaczego? Bez powodu. Albo z równą winą wszystkich zainteresowanych. Dlatego, że bieg rzeczy nieuchronnie prowadzi do katastrofy. Małymi kroczkami lub wielkimi skokami. To właśnie ta świadomość boli najbardziej. Dlatego płacze się z tęsknoty za niewinnością przeszłego, dziecięcego życia.

To powieść o dorastaniu, ale to tylko część prawdy. Bo to również powieść o życiu dorosłym. Dzieciństwo jest tu punktem wyjścia, pewnym układem odniesienia, z którym później trzeba się zmierzyć. A nie jest to łatwe.

Dorastanie deprawuje. Dorastanie kazi. Dorastanie zabija.

Edouard najpierw doświadcza rozpadu małżeństwa rodziców, zaś potem sam, już jako dorosły, przegrywa na tym polu. Nigdy jednak nie przestaje szukać miłości.

Trzeba być twardym, inaczej nie można. Lecz błędem byłoby zapominanie o swojej wrażliwości. Czymś jeszcze gorszym jej całkowite wyparcie. Wrażliwość powoduje, ze jesteśmy słabi i naiwni. Lecz ostatecznie właśnie w naiwności odnajdujemy ocalenie.

Historia jest opowiedziana słowami i duszą mężczyzny. Stronnicza, nieobiektywna, ale to jest jej siłą i walorem, nie wadą i mankamentem. To obraz tego, jak i dlaczego mężczyźni kochają lub nie; dlaczego potrafią być w związku lub z tego związku uciekają. To bardzo francuski portret bardzo współczesnego faceta, który całkiem dobrze radzi sobie z rzeczywistością i jest równocześnie skazany na przegraną w życiu emocjonalnym, uczuciowym.

Kiedy człowiek wie, że kocha? Wieczorem czy rano? Kiedy jeszcze jest czas czy kiedy jest już za późno? Nie kochałem Moniki; wiedziałem to od razu. Na lekcjach filozofii przerabiałem Sartre’a. Twierdził, że miłość to przede wszystkim chęć bycia kochanym. Tak samo Gide. Nie chcę być kochanym, pisał słynny pederasta, chcę być preferowanym. Być kochanym, być preferowanym, jeden pies. Jedno tchórzostwo. Wszyscy karmimy się pragnieniem, które żywi wobec nas ta druga osoba. To nie miłość. To tylko żądza bycia pożądanym przez drugiego. Ale co począć. Nasze tchórzostwo triumfuje. Nasza przeklęta spuścizna wychodzi na wierzch.

To powieść pełna dymu nikotynowego. Tu pali każdy, i robi to nieustannie, nałogowo i mechanicznie. Bo melancholia personifikuje się w czarownie iluzorycznej i pełnej kokieterii grze dymu nikotynowego i światła dziennego. A gdy zaświeci słońce, jest w tym tyle prestidigitatorskiego piękna, że igrające w promieniach słonecznych kłębuszki i obłoczki dymu przy odrobinie dobrej woli pomylić można z nadzieją.

Grégoire-DelacourtDelacourt debiutuje tą książką, później napisał jeszcze „Listę moim zachcianek” (polska premiera w marcu 2013). Wcześniej, podobnie jak Edouard, pracował w reklamie. Język jego prozy jest przejrzysty, czytelny, lecz nie pozbawiony liryzmu, bywa ironiczny, czasem dowcipny. Zdania na ogół nie są długie, wielokrotnie złożone; to oszczędne i subtelne kreski czynione rysikiem, za to niezwykle dopracowane i dokładne. To autor na wskroś współczesny. Posługujący się kategoriami zaczerpniętymi raczej z rzeczywistości medialnej i społecznej niż z klasyków literatury. Przez to jego proza jest nam bliska, zrozumiała. To obiecujący debiut. Intuicja podpowiada rosnącą popularność Delacourta. Skąd wiem? Z tego fragmentu:

W ciągu trzech dni mój brat dostał nową pielęgniarkę, nowy pokój i nowego towarzysza. Czwartego wyskoczył przez okno. Chciał rozpostrzeć skrzydła. Nie otworzyły się. Ciało bez skrzydeł runęło w dół. Nie wydało żadnego dźwięku. Tylko dźwięk skrzydeł. Piętnaście metrów niżej rozbiło się, uderzając w kręgi szyjne przykucniętego dziecka, które przy użyciu patyczka torturowało dżdżownicę.

Książkę tłumaczył Krzysztof Umiński. Dokonał tego w sposób bardzo dobry. Ukonstytuował tamten, francuski z natury świat w języku polskim. Umożliwił zrozumienie.

W ostatnim słowie warto powiedzieć, że choć książka napisana jest z męskiej perspektywy i takąż optykę posiada, to dotyka kwestii uniwersalnych. Innymi słowy mówiąc: jeśli jesteś mężczyzną przeczytaj i zobacz, że inny facet myśli podobnie. A jeśli jesteś kobietą, przeczytaj tym bardziej – zrozumiesz swojego partnera i być może po tej lekturze jego zgorzknienie wcale nie wyda ci się li tylko zgorzknieniem…

Gregoire Delacourt, Pisarz rodzinny, tłum. Krzysztof Umiński, Wydawnictwo Drzewo Babel, Warszawa 2012.

Dominik Śniadek

Georges Simenon, Paryski ekspres. Recenzja.


Studium przypadku w szarych odcieniach chłodu i niepewności

Georges Simenon to pisarz-maszyna, znany szerszej publiczności jako twórca kryminałów z komisarzem Maigretem – postacią nazywaną czasem „francuskim Sherlockiem Holmesem”. O przenikliwym komisarzu Simenon napisał stos książek – nie ma możliwości, by początkujący młody czytelnik nie natknął się naturalnym tropem na którąś z książek jego autorstwa. Tworzył on bowiem książki w przeciągu zaledwie kilku dni; napisał ich ponad 400 (połowę pod własnym nazwiskiem i drugie tyle pod różnymi pseudonimami), dorobek uzupełnia 150 opowiadań i 25 tekstów autobiograficznych. To jednak nie same kryminały zjednały sobie Simenonowi pochlebne recenzje krytyki, a także uznanie takich literackich sław jak Camus, Faulkner czy H. Miller. Perłami w twórczości Simenona stały się wielopłaszczyznowe dramaty psychologiczne, których bohaterami czynił zazwyczaj ludzi naznaczonych piętnem nieprzyjaznego środowiska, złych emocji, negatywnej energii. Gdy tylko postawić ich w sytuacji przesilenia, dać im zbyt mocny impuls – w afekcie są oni w stanie doprowadzić do najstraszliwszej tragedii. „Paryski ekspres” to próba wnikliwej rekonstrukcji psychiki takiego człowieka.

Georges-Simenon-Szwajcaria-1979

Kees Popinga to przykładny Holender, reprezentant silnej średniej klasy mieszczańskiej. Ma kochającą żonę, dwójkę dorastających dzieci, dobrze płatną pracę na wysokim stanowisku, willę, która wyposażona jest w sprzęty „pierwszej jakości”, a nawet własny jacht. Początkowo możemy zaobserwować lekki kryzys wieku średniego, który mu niewątpliwie doskwiera. Ponieważ Simenon to wytrawny obserwator, analizuje skomplikowane mechanizmy myślowe Popingi także w codziennych, rutynowych zachowaniach (poranne pobudki, kolacje z rodziną, sądy na temat innych ludzi, szachowe zadania). Impulsem, który obnaża najciemniejsze strony Holendra, jest w tym wypadku utrata pracy. Tok myślenia mężczyzny od tej pory nie będzie miał już nic wspólnego z psychiką przeciętnego mieszkańca Groningen. Popinga wyjedzie do Amsterdamu, by spełnić swoje seksualne fantazje z niejaką Pamelą, a koniec końców – wyszydzony przez kobietę – udusi ją i ucieknie do Paryża. Skrępowany dotychczas przez kajdany poukładanego życia i odgrywanej w nim roli, będzie smakował niczym nieskrępowanej wolności, w kierunku której wedle siebie samego podążył.

W Paryżu lat 30. przyjdzie nam spędzić resztę powieściowego czasu, towarzysząc Popindze w chorej, ale w pewien sposób wyrafinowanej grze, jaką morderca zaczyna prowadzić z policją i miejscową prasą. Kees Popinga z upływem czasu staje się pewny siebie – bezkarność dodaje mu pychy i odwagi, mimo iż każdy dzień zamienia się w walkę o przetrwanie, a zniewolony przez nienazwane demony umysł każe mu bać się samotnych, bezsennych nocy.
„Paryski ekspres” niesamowity klimat zawdzięcza scenerii, jaką krótkimi, ale sugestywnymi kreskami rysuje przed nami pisarz. Zimne, grudniowe wieczory na oświetlonych jedynie lampami gazowymi francuskich ulicach, paryskie kawiarnie, kluby i bistra pełne ludzi wszelakiej maści i pochodzenia (od miejskich radców i uczciwych kelnerów, po naciągaczy, oszustów, handlarzy narkotyków, złodziei samochodów i prostytutek), poszarzałe dworce, prowincjonalne stacje benzynowe czy zakłady przemysłowe z mnóstwem słabo oświetlonych okienek. Paryż Simenona nie jest stolicą cyganerii artystycznej, kultury i luksusu; jego ciemne uliczki są raczej pułapką, w którą prędzej czy później człowiek musi dać się złapać.

Urodzony w Belgii pisarz portretuje zbrodniarzy w niezwykle wyrachowany sposób. Ukazuje ich jako przeciętnych ludzi, którym często jesteśmy skłonni okazywać współczucie, nie zawsze zasłużone. Osobiście z trwogą złapałem się na tym, że niejednokrotnie „kibicowałem” Popindze, mając po drugiej stronie barykady rutynowanego komisarza policji, uganiające się bez skrupułów za tanią sensacją gazety, czy bandę bezwzględnych przestępców. Cała maestria tego utworu polega na przeciwstawieniu psychopatycznemu mordercy otoczenia wielkiego miasta, europejskiego symbolu rozmachu i kultury. Bo Georges Simenon świetnie zdawał sobie sprawę, że jego mroczne zakamarki nie są ani krztę jaśniejsze od ciemnej strony chorego umysłu Keesa Popingi.

Georges Simenon, Paryski ekspres, tłum. Krzysztof Teodorowicz, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2011. 

 Rafał Niemczyk

%d blogerów lubi to: