Kenzaburo Oe, Sprawa osobista.


Samozałganie

W 1994 roku pewien sąd w Skandynawii, dokładniej w Oslo, powodowany radą i opinią wielu kwalifikowanych ławników, uznał Kenzaburo Oe winnym oraz za siłę i poezję w tworzeniu wyimaginowanego świata, w którym życie i mit składają się na poruszający obraz sytuacji człowieka we współczesnym świecie skazał go na popularność, splendor i chwałę w literackim świecie, a żeby taki wyrok podsądnemu z Japonii osłodzić, postanowił obdarować go drobną nagrodą pieniężną.

Istotnym dowodem rzeczowym w procesie była „Sprawa osobista”, której autor pewnie zastanawiał się, czy taki honor wobec jego osoby powinien przyjąć. Tym bardziej, że równo 30 lat wcześniej, w 1964 roku, jego pisarski idol – Jean Paul Sartre – znalazłszy się w podobnych tarapatach, odmówił nagrody, tłumacząc się tym, że żaden człowiek nie powinien być uwieczniony za życia, dodając z przekąsem, ale i uporem, iż zaszczyty ograniczają wolność… Kenzaburo Oe najwyraźniej nie zgodził się z takim argumentowaniem, gdyż pozwolił Akademii Szwedzkiej nagrodę wręczyć. W specjalnej mowie podziękował za takie jego pisarstwa uznanie, a czyniąc to ostatnie, wspomniał swego syna, Hikariego, który reagował tylko na szczebiot dzikich ptaków, nigdy na dźwięk ludzkiego losu – być może pozdrowił tym samym Sartre’a, wtedy znajdującego się już w zaświatach, których prawdopodobnie – według przeświadczenia obu panów – nie ma.

W ten sposób, jak często w życiu bywa, czyli paradoksalnie, związały się nitki dwóch ludzi: jeden – fundator nagrody – był wynalazcą dynamitu, drugi – ten wyróżniony – zaciekłym aktywistą antynuklearnym. Literatura zaś po raz kolejny udowodniła, że potrafi budować mosty między różnymi poglądami na rzeczywistość i, nawet jeśli są to opinie na temat narzędzi zabijania, mogą to być rozmowy pokojowe.

Pozostawiając żartobliwej uwadze blichtr świata, czyli kwestie sławy, nagród i paradoksów życiowych znanych osób, przyjrzyjmy się bliżej „Sprawie osobistej”, bo to pozycja godna czytelniczego zainteresowania i rzeczywiście, trzymając się wyżej przyjętej terminologii, jest przekonującym dowodem literackiego kunsztu Kenzaburo Oe.

Skandal nienormalnego dziecka

Dwóch noblistów rodem z Azji – Kenzaburo Oe i Mo Yan – na chińskiej farmie tego ostatniego (fot. aMAo, 2005)

Powszechnie uważa się tę książkę za zapis etapu dojrzewania młodego mężczyzny, Ptaka – niezbyt rozgarniętego życiowo korepetytora anglistyki, posiadającego w przeszłości kilka niechlubnych kart, z teraźniejszością radzącego sobie niezupełnie lepiej, a w sprawach przyszłości snującego mrzonki na temat Afryki, języka suahili oraz guźców. Samą postać Ptaka utożsamia się z alter-ego autora lub przynajmniej dostrzega się w niej motywy autobiograficzne, bo Kenzaburo Oe jest również ojcem niepełnosprawnego syna, wspomnianego wyżej Hikariego. Ponadto traktuje się „Sprawę osobistą” jako studium zachowania człowieka, który zostaje ojcem dziecka z przepukliną mózgową, podlejszą nawet od przepukliny rozworu przełykowego, i – przynajmniej początkowo – zupełnie nie wie, co z tym zrobić, a pierwsze, co przychodzi mu do głowy, to uciec, bo zawsze do tej pory w takich momentach uciekał.

Z pewnością jest to prawda, jednak nie cała, bo jest to również rzecz o czymś innym, a jeszcze lepiej o czymś szerzej pojętym – jest to bowiem świetny opis zarówno sytuacji osaczonego, jak i krytyka samego osaczania, bo przecież mówi się tu nie tylko o inności i jej zatrważających konsekwencjach, ale również o potrzebie znęcania się nad słabszym, o wypływającym z tego rozgoryczeniu ofiar, o godności słabszego czy wreszcie o sytuacji jednostki skonfrontowanej z omnipotencją społeczeństwa. Pełno tu samotności, chłodu emocjonalnego, zagubienia, egoizmu pojmowanego jako jedyne możliwe wyjście i będącego oczywistością (Uczucie wstydu było w nim zbyt silne, by mógł okazać zainteresowanie komukolwiek poza sobą).

Rzeczywistość stawia Ptaka w dość niekomfortowych okolicznościach i, jak sardoniczny filozof, zadaje mu pytanie o odwagę. Ci, którzy byli na wojnie, mogą z całą pewnością odpowiedzieć czy są odważni, czy nie; Ptak nie był na wojnie, a musiał odpowiedzieć na to samo pytanie i to raczej twierdząco. Mógł również zełgać, ale musiał to zrobić bardzo umiejętnie, gdyż okłamać musiał także, albo przede wszystkim, siebie, a było to tym trudniejsze, że osobiście uważał się za tchórza.

Kenzaburo Oe (fot. Hpschaefer, 2008)

To niebezpieczny świat, który – jeśli ma się szczęście i siłę – trzeba przetrwać, przeczekać; pełno w nim już nie rozgoryczenia, a właśnie planowych zaniechań i porażek. Cierpienie jest tu tak powszechne, że stało się naturalne i już się go nie dostrzega, nie sarka się na złą rzeczywistość, a jedynie, jeśli jest to możliwe, za wszelką cenę stara się jej nie uświadamiać. Logiki jest tu bardzo dużo, o wiele za dużo, istnieją wyłącznie prozaicznie życiowe związki przyczynowo-skutkowe. Powoduje to bezwzględne konieczności i okropne kategorie myślowe, jak śmierć dziecka będącego na poziomie rośliny pojętą jako najwłaściwsze rozwiązanie.

Brzmi smutno i strasznie, i takie zapewne być musi, bo człowiek znajdujący się sytuacji ostatecznej tak właśnie wygląda, ale pisarstwo Kenzaburo Oe tym różni się od powieści obyczajowych rodem z literatury popularnej, że wykracza poza wspomnianą ohydę i nieszczęście. Taki stan, choć odmalowany wiarygodnie i perfekcyjnie, jest jedynie pretekstem, okolicznością dla zbadania duszy ludzkiej.

Sartre, Kafka, Joyce…

Jest jeszcze coś. „Sprawa osobista” to oddzielny świat, zupełnie odmienny od tego, gdzie byłeś wcześniej, czytelniku: jest okropny, nawet przerażający i bardzo smutny, ale wciąga jak trzęsawisko i uzależnia jak narkotyk – jeśli już w niego wejdziesz, zapomnisz o innej rzeczywistości. Jak to możliwe? Przecież większość z nas, w tym piszący te słowa, nie posiada ulubienia w masochizmie, a wręcz ucieka od takich jednoznacznie czarnych i nieprzyjemnych okoliczności, jeśli nie w życiu, to na pewno w literaturze.

Sprawia to literacka zręczność i sposób pisania Kenzaburo Oe, i za to, przynajmniej moim zdaniem, należał mu się literacki Nobel: za umiejętność stworzenia okoliczności i równolegle prowadzenia właściwej opowieści w dokładnie taki sposób, jaki zaplanował, umiejętnie przy tym utrzymując czytelnika w zainteresowaniu. Jak to robi? Odpowiedź nie jest łatwa, jednak wiele wskazuje na genialne użycie techniki strumienia świadomości. Mamy tu więc narrację subiektywnymi odczuciami, zapis nie rzeczywistości, a uczuć, myśli, w tym zwątpień, wahań i ucieczek myślowych, które rzeczywistość powoduje. Przy czym autor „Sprawy osobistej” rezygnuje z pierwszoosobowej narracji – typowej dla strumienia świadomości – na rzecz narratora wszystkowiedzącego, ale jednocześnie takiego, który również jest nieobiektywny, a jeśli komuś sprzyja, to tym kimś jest Ptak. To wszystko łączy z plastycznym realizmem swojej prozy, niemal pedantycznym, pozwalającym czytelnikowi „zobaczyć” miejsca, w których jest Ptak – nie zapominajmy jednak, że realizm dotyczy wyłącznie scenerii. Te dwa wspomniane wyżej elementy, a w zasadzie ich umiejętne zestawienie, powodują prawdziwość scenerii i fabuły.

Franz Kafka (fot. Atelier Jacobi, 1906)

Czytając książkę, na pewno jej pierwszą część, trudno nie zauważyć analogii z „Procesem” Kafki. Mamy tu osaczenie, opętanie sytuacją narzuconą z zewnątrz, z którą jednostka musi się zmagać, albo właściwie podporządkować, przyjąć komunikat. Dokładnie tego doświadcza Ptak na bezosobowych i nieczułych korytarzach szpitala lub w karetce pędzącej przez miasto na sygnale do kliniki, w której będzie zupełnie tak samo. Role bowiem – wydaje się – zostały rozdane, a Ptak jest osobą znajdującą się na końcu, najniżej w hierarchii, jest tym kimś, kogo się obserwuje, jest petentem, jest w pewnym sensie ofiarą; nie ma prawa głosu, nie posiada wstydu – przynajmniej tego transcendentnego oraz publicznie okazywanego. Ptak to pan K. z „Procesu”, widać to w wielu scenach, np. gdy ma rozpoznać swoje dziecko w sali z niemowlętami. Ptak jest tu w zasadzie nikim, bardziej przedmiotem niż podmiotem – przynajmniej tak traktuje go większość. Nie pyta się go o zdanie, tylko komunikuje. Różnica polega tylko na tym, że o ile u Kafki osaczenie było absurdalne i paranoiczne, to tu nie jest to żadna aberracja – to stan właściwy, realny, a dzięki prozie Kenzaburo Oe na tyle prawdziwy, że podczas lektury wierzymy w takie realia i prawa.

Innym tropem literackim, który dość łatwo odnaleźć w „Sprawie osobistej”, jest pisarstwo Jeana Paula Sartre’a oraz filozofia egzystencjalizmu. Stąd uczucie lęku i beznadziei istnienia bliskie nihilizmowi; stąd fatalizm, pesymizm prozy Kenzaburo Oe. Jednak równie widoczne jest to, że Sartre i egzystencjalizm są jedynie punktem wyjścia, pewną inspiracją, a japoński noblista dokłada tu zarówno coś od siebie, jak i Dalekiego Wschodu, w pewnym stopniu przezwyciężając tragizm myśli powstałej w Europie…

Książka powinna w duszy czytelnika wywoływać obrażenia i choć to równie kontrowersyjna opinia, jak osoba Emila Ciorana, odpowiedzialnego za ten bonmot, to trudno się nie zgodzić, że coś jest na rzeczy. Omawiana tu pozycja nie rani, bo przecież napisał ją pacyfista, który dobrze wiedział, co robi, ale właśnie dzięki swemu nieprzeciętnemu kunsztowi literackiemu spowodował, że na pewno na długo pozostanie w duszy jej czytelnika, o ile oczywiście ten ostatni może się poszczycić jej posiadaniem.

Himiko i jej rozmyślania na temat pluralistycznej koncepcji świata

Świat postaci książki jest raczej niezbyt liczny, co nie oznacza, że ubogi – wręcz odwrotnie. Obok Ptaka, mamy tu w zasadzie jeszcze tylko jedną istotną postać, mianowicie Himiko – ekscentryczną i zagubioną w nieszczęściu kobietę, kochankę Ptaka, która na ogół sypia w dzień, a nocami uprawia wściekle prędką, ryzykowną i pełną wizgów opon jazdę czerwonym MG po opuszczonych ulicach miasta lub zatraca się w przygodnych doznaniach seksualnych z tyleż zdziwaczałymi, co żałosnymi partnerami. Jest również Himiko orędowniczką pluralistycznej koncepcji świata:

Jean-Paul Sartre (1950)

Tak się złożyło, że istniejemy w całkowicie odmiennych formach i w różnych światach, których jest niezliczona ilość. Popatrz: każde z nas znalazło się kiedyś w sytuacji, gdy szanse życia i śmierci były pół na pół. Na przykład w dzieciństwie zachorowałam na dur brzuszny i o mało nie umarłam. Świetnie pamiętam moment, kiedy stanęłam u rozstajnych dróg: mogłam albo zstąpić w otchłań śmierci, albo piąć się w górę – ku życiu. Oczywiście Himiko, która tu z tobą siedzi, wybrała życie. Ale w tym samym momencie inna Himiko wybrała śmierć! I cały świat, pełen ludzi, którzy zachowali krótkie wspomnienie zmarłej Himiko, kręci się wokół moich młodych zwłok rozpalonych gorączką duru. Rozumiesz Ptak? Za każdym razem, kiedy stajesz na rozdrożu życia i śmierci, masz przed sobą dwa światy; z jednym w chwili śmierci tracisz wszelki kontakt; z drugim przez fakt życia ten kontakt zachowujesz. To jest tak, jakbyś zrzucił z siebie ubranie: opuszczasz świat, w którym istniejesz jedynie jako trup, i przechodzisz do świata, w którym żyjesz nadal. Innymi słowy, każde z nas otoczone jest bezmiarem światów jak pień drzewa konarami i liśćmi… Świat, który człowiek umierając, powiedzmy, w bardzo młodym wieku, porzuca, i świat, w którym żyje, nie przestają istnieć, przeciwnie: stale się mnożą.

W drugim, trzecim i kolejnych planach mamy inne postaci, zwykle ledwie zarysowane, za to o mocno skreślonych konturach i charakteryzujące się na pewno konkretnością wizerunku, może nawet małą przesadą. Niemniej ich wyrazistość oraz często malowniczość jest sporą: dla nas – atrakcją czytelniczą, dla autora – pomocą w kreacji scenerii opowieści. Nie zapomnę jeszcze długo pana Delczewa, z zawodu dyplomaty małego bałkańskiego państwa, z ulubienia abnegata i romantycznego kochanka uciekającego w najgorsze przedmieścia przed światem, który oburzył się jego związkiem z nie dość, że sporo młodszą kobietą, to jeszcze Japonką, i za wszelką cenę postanowił takiemu wybrykowi przeciwdziałać; teściowej Ptaka – skrajnie racjonalnej i zimnej kobiety, będącej jakby zaprzeczeniem jakiejkolwiek empatii czy chłopca-studenta, który groteskowo demaskuje syndrom dnia następnego u profesora-Ptaka. Jest oczywiście więcej takich osób, to są smaczki lektury, nie tu pewnie miejsce, aby o nich pisać, są jednak w takim stopniu pyszne, że nie sposób nie wspomnieć przynajmniej jednym zdaniem.

Książkę przełożyła Zofia Uhrynowska i jest to przekład z języka angielskiego, co wyraźnie odczuwa się podczas lektury, np.  kiedy Himiko wita się z Ptakiem: się masz, Ptak! Jest to mankament, ale nieduży, wspominam o nim jedynie ze skrupulatności, gdyż  tłumaczenie jest dobre i płynne.

Kenzaburo Oe, Sprawa osobista, przeł. Zofia Uhrynowska, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1974.

Dominik Śniadek

Haruki Murakami, 1Q84 (tom 3). Recenzja.


Świnie na wietrze

Skończyło się. Dwa księżyce, duży jasny i mniejszy zielonkawy, zeszły się w jeden. Japońskie kyū zamieniło się na powrót w arabską dziewiątkę i rok 1Q84 dobiegł końca. Ktoś zginął, ktoś uciekł, ktoś się ukrył, a ktoś inny odnalazł. Ostatni tom trylogii Murakamiego udzielił odpowiedzi na kilka enigmatycznych Questions, jakie autor postawił w poprzednich tomach. Ale czy są to odpowiedzi dla czytelnika satysfakcjonujące?

Żeby nie rozpisywać się na temat warstwy fabularnej, odsyłam do wcześniejszych recenzji poprzednich tomów „1Q84”: pierwszego i drugiego. Ostatni tom trylogii spina klamrą wiele powieściowych zdarzeń, pozostawia jednak sporymi momentami uczucie znużenia i niedosytu. Zacznę jednak od pozytywnych stron, co by nie zostać zjedzonym przez fan-cluby japońskiego prozaika, w które obrodziło w naszym kraju ostatnimi laty całkiem obficie.

Pojawiła się nowa postać (choć występująca epizodycznie już na kartach środkowego tomu), eksponowana w finałowej części na równi z Aomame i Tengo. To Ushikawa – były prawnik wykluczony z palestry, aktualnie zaś prywatny detektyw, idący tropem naszych bohaterów niczym rasowy pies gończy. Ushikawa jest konsekwentny w działaniach, uparty w dążeniu do wytyczonego celu, doświadczony, opierający się na sprawdzonych przez siebie w praktyce metodach. Ponadto łysieje, ma zdeformowaną głowę, nikt go nie lubi, nie wzbudza w ludziach zaufania, wyrzekła się go rodzina, a żona zabrała dzieci i odeszła od niego wiele lat wcześniej. Ushikawa – godzien z jednej strony potępienia, a z drugiej współczucia – jest niewątpliwie w „1Q84” oddechem świeżości, którego długimi momentami naprawdę brakuje.

Umiejętnie wyprofilowane postacie są mocną stroną trylogii Murakamiego. Pytanie tylko, czy autor aby na pewno potrzebował do ich wykreowania prawie półtora tysiąca stron? Mielenie do upadłego poszczególnych wątków zaczyna chwilami irytować. Nieszczęśliwe dzieciństwo głównych bohaterów Murakami przedstawiał w interesujący sposób, stosując retrospekcje, wspomnienia, ciekawe rozmowy. Niekonieczne było dodawanie kilku łopatologicznych rozdziałów, które fabularnie niewiele wnosząc, sprawiają, że opowieść sztucznie się wydłuża i rozmywa. Do tego dochodzi nadmierne uszczegółowianie, które powoduje, że czytelnik może czasem poczuć się jak obserwator japońskiego reality-show. Uważam, że skondensowanie treści przydałoby „1Q84” więcej lekkości i esencjonalności.

Murakamiemu udało się też długimi chwilami zbudować przygnębiający klimat osaczenia. Uzyskał go nie tyle poprzez wykorzystanie w książce zgranych elementów rasowego thrillera, ale wprowadzając postać upiornego inkasenta NHK. Ten uporczywie terroryzuje jednego po drugim bohaterów powieści, dobijając się do drzwi, których żaden z nich nie może z różnych powodów otworzyć, prowadząc przy tym dwuznaczny, demoniczny monolog. Postać „upiornego inkasenta NHK” mogłaby z powodzeniem zagościć na planie filmowym któregoś z japońskich horrorów.

Japoński pisarz porusza też kilka spraw światopoglądowych, wrzucając je jak smaczne przyprawy do gotującej się zupy. Nie zawsze wnoszą coś wyrazistego, ale sprawiają, że smak powieści staje się bardziej różnorodny. Mamy więc rozważania na płaszczyznach teologicznych, liberalne podejście do miękkich narkotyków wypowiadane ustami sympatycznej dziewczyny, obraz godnego znoszenia nieuchronnej bliskości ludzkiej śmierci czy wspomnienie domu Carla Gustava Junga, słynnej „Wieży” wybudowanej w Bollingen nad Jeziorem Zuryskim. Jeśli ktoś nie miał okazji odwiedzić Szwajcarii, może podziwiać niesamowity pałacyk twórcy psychologii głębi w tym miejscu (krótką podróż śladem szwajcarskiego psychologa ozdabia piękna muzyka włoskiego kompozytora Gianni Ferrio, pochodząca z nieznanej u nas adaptacji „Tajemniczej wyspy” Juliusza Verne’a z 1973 roku, z Omarem Sharifem w roli głównej).

1Q84-book-3Za oknem pierwsze solidne oznaki jesieni. Kończy się rok 2Q11, a ja nie będę ukrywał, że mam ogromny problem z oceną „1Q84” jako całości. Swoista ludyczność prozy Murakamiego sprawia, że jego książki, pomimo wytykanych mu przez krytykę usterek, czyta się bardzo dobrze. Niosą też one ze sobą wartości literackie całkiem nietuzinkowe, czego dowodem niech będzie charakterystyczny, rozpoznawalny na całym świecie styl pisarza. Opinie o tym, czy Murakami zmierza w dobrym kierunku, pozostawiam Wam.

Nie mam w zwyczaju przyznawać w recenzjach wymiernych ocen ani gwiazdek. Robię to czasem na własny użytek, „dla zabawy”, mając świadomość subiektywizmu i niemożności porównywania wielorakich stylów i szkół pisarskich. Zdradzę Wam za to, że gdybym miał ocenić najnowsze dzieło Japończyka, wystawiłbym mu zdecydowane Q/10. W tym przypadku Q niech pozostanie pytajnikiem, a nie „dziewiątką”, „zerem” czy jakąś inną „cyferką” albo „gwiazdką”.

Jeśli zaś idzie o uczucie Tengo i Aomame (zapomniałbym dodać, że poznajemy w końcu jej pierwsze imię), to zamiast wpatrywać się ze zjeżdżalni na placu zabaw w niebo (co oczywiście jest czynnością nader romantyczną), powinni dla odmiany posłuchać gdzieś na odludziu „Pigs on the Wing” Pink Floydów. Wczytawszy się w słowa Rogera Watersa, „zerkając na siebie poprzez strugi deszczu, zastanawiając się, którego z tych kretynów obwinić, patrząc na latające świnie”.

Haruki Murakami, 1Q84 (tom 3), przełożyła z japońskiego Anna Zielińska-Elliott, wyd. MUZA, Warszawa 2011.

Rafał Niemczyk

%d blogerów lubi to: