Doris Lessing, Lato przed zmierzchem.


Trwa lato, ciemności jeszcze nie okryły życia

Po tym, jak w 1973 Nagrodę Nobla w kategorii literatury dostaje Patrick White, Sándor Márai notuje w dzienniku: „Literackiej Nagrody Nobla już od jakiegoś czasu nie dostają pisarze, tylko państwa. W tym roku otrzymał ją młodzieńczy, rozwijający się kontynent: Australia. Wcześniej otrzymały ją Gwatemala, Islandia, Chile, Jugosławia i Nelly Sachs. Mauretania i Albania jeszcze czekają na swoją kolej; ale to tylko kwestia alfabetu”. Ciekawe, co miałby do powiedzenia o laureatce Doris Lessing? W końcu Lessing nie jest autorką z jakiegoś małego/nowego kraju. W końcu nie jest autorką kilku książek, a kilkunastu. Była pisarką pełną gębą (Gombrowicz się kłania). Pani Iwona Torbicka napisała:
„W powieściach Lessing odnajdziemy znakomitą rekonstrukcję psychiki kobiet. I właśnie dlatego powinni je czytać mężczyźni, którzy deklarują, że kobiet nie rozumieją”. Nie twierdzę, że nie rozumiem kobiet, staram się je rozumieć bardziej, lepiej, pewnie dlatego zdecydowałem się przeczytać tę książkę.

Bohaterką książki Lessing jest czterdziestopięcioletnia kobieta – Kate Brown. Żona Michaela, wziętego lekarza neurochirurga, którego poznała na studiach w Oxfordzie i za którego wyszła nie ukończywszy studiów: literatury i języków romańskich. Została za to matką, matką czwórki dzieci: Stephena, Eileen, Jamesa i Tima. „Gdyby nie wyszła wtedy za mąż, chyba stałaby się kimś cenionym w swojej dziedzinie. Może wykładowcą? Kobiety rzadko zostają profesorami. Ale te myśli nie nachodziły jej często: nie uważała dzieci za rzecz nużącą”.

Doris Lessing w 1957 roku (fot. Warner)

Poznajemy ją, jak stoi na schodach prowadzących z kuchni do ogrodu. Latem. Stoi i czeka z założonymi rękami. Na co czeka? Aż zagotuje się woda, ale równie dobrze mogłaby czekać na to, co przyniesie jej zbliżające się lato i, w pewnym sensie, możemy powiedzieć, że właśnie na to czeka. Ponieważ ma to być pierwsze od dwudziestu kilku lat lato, które będzie miała spędzić sama. Sama, bez męża, który razem z córką wyjeżdża na cztery miesiące do Stanów, do Bostonu. Sama, bez pozostałych dzieci, gdyż Stephen jedzie do Maroka i Algierii, James do Sudanu, a Tim do Norwegii. I oto kobieta, która przez prawie całe swoje dorosłe życie krzątała się („Wszystkie, każda z nich, przeszły długą edukację w jednej rzeczy – krzątanie. (…) Oto do czego doprowadziły wszystkie te lata nabywania cnót: ona i jej rówieśniczki stały się maszynami nastawionymi na jedną czynność: na kierowanie, aranżowanie, regulowanie, przewidywanie, nakazywanie, zanudzanie, martwienie się i organizowanie. Słowem, na krzątaninę”.) w domu przy mężu i dzieciach, zostaje, w wyniku zbiegu kilku okoliczności, postawiona w zupełnie nowej dla niej sytuacji, w której musi się odnaleźć. Musi coś ze sobą zrobić przez najbliższe miesiące.

Być może nie jest to dla niej sytuacja graniczna, jednak na tyle nowa (i jak się potem okazuje ważna), że musi się wobec niej, wobec siebie, określić. Role społeczne: matki, żony, głowy domu, które pełniła przez ostatnie lata, okazują się bezużyteczne. Jest zmuszona, przez sytuację zewnętrzną, do przyjęcia na siebie nowych ról, gdyż, aby posłużyć się kategorią socjologiczną zaczerpniętą z interakcjonizm symbolicznego, kluczowa rola głównej bohaterki zostaje zawieszona. W sukurs przychodzi jej mąż, a dokładnie jego znajomy, który oferuje jej pracę tłumacza konferencyjnego w międzynarodowej instytucji „Żywność dla Świata”, którą, z wahaniem wynikłym z wiary w swoje siły i zdolności, przyjmuje. Jej/ich dom na czas wakacji zostaje wynajęty obcym ludziom, a ona sama przeprowadza się do wynajętego mieszkania w Londynie.

Doris Lessing z Nagrodą Nobla (fot. Shaun Curry/AFP)

Należy zauważyć, że te sytuacje nie wynikają z działań samej Kate Brown, raczej zgadza się na to, co jest jej proponowane. Nie uzyskała jeszcze pełnej podmiotowości, która w dalszej część książki będzie tak ważna, dla nowego określenia siebie głównej bohaterki. Po kilku tygodniach pracy dostaje awans, który znów wiąże się z krzątaniem, zaczyna organizować, dzwonić, ustalać, umilać, decydować. Jednak z większą świadomością tego faktu. Organizuje konferencję w Konstantynopolu, podczas której w hotelu poznaje młodszego od siebie mężczyznę Jeffreya, który proponuje jej wyjazd, wakacje w Hiszpanii. Kate Brown, szanowana matka, żona, tłumaczka, organizatorka, koleżanka, przyjaciółka, decyduje się wyjechać na drugi koniec kontynentu europejskiego z obcym, młodszym mężczyzną, by przeżyć miłe chwile (szalony romans?).

Decyduje się właśnie dlatego, by zapomnieć, by odciąć się od tych wszystkich ról wymienionych powyżej, by w końcu zrobić coś dla siebie, choćby miało to być coś tak nierozsądnego, jak ów wyjazd. I w tym momencie książka się rozkręca, nabiera tempa, nabiera rumieńców, zaczynamy widzieć i rozumieć zmiany, jakie zachodzą w Kate, „Dlaczego jednak nie oznajmić rodzinie, że ma zamiar się zmienić, że jest w trakcie zmieniania się?”. Dwie strony dalej jest zdanie, jedno z kluczowych dla tej książki: „Mogłaby wędrować tak, gdzie zechce, i wrócić do domu za dwa miesiące, spędzając ten okres naprawdę sama, to znaczy jak ktoś, kto kieruje się własnym wyborem”, jak ktoś, kto jest wolny – chciałoby się dopowiedzieć.

Dla mnie jest to właśnie książka o dochodzeniu do wolności, o dochodzeniu do zrozumienia/pojmowania wolności w związku, w rodzinie, w życiu. Nie będę zdradzał dalszych elementów fabuły. Tego, czy romans był płomienny, czy konieczny był rozwód, czy dzieci płakały, tego czy czasem po powrocie do Anglii życie Kate Brown toczyło się dalej wcześniej wyznaczonymi torami. I tego kim jest Maureen, i jak wpłynęło na Kate poznanie jej, i jakie miało to spotkanie ostatecznie skutki. W końcu wciąż trwa lato, lato przed zmierzchem, ciemności (wciąż jeszcze) nie okryły życia…

Doris Lessing, Lato przed zmierzchem, tłum. Barbara Radkiewicz-Sadowska, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2008.

Maciej Gierszewski
Kopiec Kreta

John Steinbeck, Na wschód od Edenu. Recenzja


Możesz

Pewnej nocy, nocy gorzkiej jak musztarda, nocy, która była wczorajszą, zjawiła się dobra myśl i osłodziła ciemność, kiedy odchodził dzień. I ta myśl trwała od gwiazdy wieczornej aż po Niedźwiedzicę zapóźnioną na skraju pierwszego brzasku – o której mówili mądrzejsi od nas.

Kanwą „Na wschód od Edenu” jest historia ranczerskiej rodziny Trasków, która w drugiej połowie XIX w. osiedliła się na farmie na zachodnim wybrzeżu USA, w dolinie rzeki Salinas – największej rzeki Kalifornii. Kiedy rozpoczyna się saga, Adam Trask – główny bohater spajający trzy pokolenia – dopiero ma przyjść na świat. Jego dzieciństwo, trudne relacje z ojcem i z bratem Karolem, stają się punktem wyjścia dzieła, które ukończył John Steinbeck na swoje 50-te urodziny, oddając zarazem hołd ziemi, na której się wychowywał i dorastał.

„Salinas była rzeką sezonową. Nie była wcale piękna, ale nie mieliśmy innej, więc chełpiliśmy się nią – tym, jaka jest niebezpieczna podczas wilgotnej zimy, a jaka wyschnięta w letnią suszę. Chełpić się można każdą rzeczą, jeżeli jest ona wszystkim, co mamy” – pisze na początku Steinbeck. Przez całą książkę przewijał się będzie motyw jałowej ziemi, która daje marne plony, w przeciwieństwie do miejsc, gdzie osiedlili się ludzie bogatsi albo po prostu ci, którzy mieli więcej szczęścia – dla nich los i ziemia okazały się łaskawsze.

Przedstawicielem tych, z których los nieco zadrwił był Samuel Hamilton – potomek Irlandczyków, cechujący się dobrodusznością, pracowitością, ciepłem, otwartą duszą i poczuciem humoru. To marzyciel, wytrwale topiący swoje oszczędności w patentowaniu kolejnych rewolucyjnych pomysłów, które ostatecznie i tak paliły na panewce lub zostały mu podkradzione przez ludzi bardziej „obrotnych”, czyli po naszemu nieuczciwych. „Nawet pobity może skraść odrobinę zwycięstwa, śmiejąc się z klęski” – tłumaczył Samuel, konsekwentnie realizując kolejne pomysły.

„Trzeba czegoś pożądać, żeby być nieuczciwym” – napisał Steinbeck, a Samuel Hamilton ani nie narzekał na złe fatum, ani nie pożądał cudzej ziemi („ranczo było w jego oczach jakby krewnym”) i żył tak, jakby jego najgorszy w świecie koń był najpierwszym rumakiem. Nazwał go Doksologia, „bo takie niewydarzone stworzenie zasługiwało, żeby mieć przynajmniej jedną rzecz wspaniałą” (w przypadku fajtłapowatego konia o dodatkowo złym charakterze było to imię). A jednak potrafił Samuel uderzyć w stół, kiedy było trzeba, pięknie przemówić, snuć barwne historie, wstrząsnąć swoimi przyjaciółmi, chowając się tylko przed żoną-dewotką, którą pomimo wszystkich uciążliwości kochał i ochraniał. Samuel Hamilton jest ukazany w opozycji do ludzi, którzy mając o niebo lepsze warunki rozwoju – bezrefleksyjnie je marnotrawili.

Na-wschod-od-Edenu-1Adam Trask przez długie lata był takim właśnie człowiekiem, co mogło momentami frustrować, nawet biorąc pod uwagę jego traumatyczne przeżycia z czasów dzieciństwa i tragiczną historię z żoną-diablicą. Adam wychowany wraz z bratem Karolem na farmie w Connecticut przez surowego ojca, który dzięki krętactwom i konfabulacji zrobił karierę wojskową, pozostawiając synom w spadku majątek. Z bratem łączyły go trudne relacje – to właśnie tutaj po raz pierwszy spotykamy motyw mitu Kainowego piętna. Szukający ciepłego uczucia i ojcowskiego uznania Karol, nie odnalazłszy go, wyrósł na krnąbrnego gagatka. Pomiatał Adamem i bił go, znajdując w agresji ujście dla swojej rozpaczy, a jednocześnie kochał brata i był do niego przywiązany, co okazało się, gdy ten kilka lat później wyjechał w świat. Przewrotny ojciec posłał jednak na służbę wojskową Adama, co znacząco determinuje późniejsze zdarzenia.
„Żołnierza zasypuje się upokorzeniami ażeby, gdy przyjdzie czas, nie brał zbytnio do serca tego ostatecznego upokorzenia: bezsensownej i nędznej śmierci” – tłumaczył synowi, gdy ten z całych sił bronił się przed wyjazdem. Po śmierci ojca to jednak Karol będzie skłonny zająć się rozwojem farmy i ciężką pracą, zaś Adam, dotknięty życiowym dramatem, długo nie będzie w stanie odnaleźć własnej drogi.

Kluczową rolę w powieści odgrywa narrator, który urodził się mniej więcej wtedy, kiedy bliźniacy Adama Traska, jako syn Johna Ernsta Steinbecka i Oliwii Hamilton. Był więc Samuel Hamilton dziadkiem małego Johna, który pół wieku później opisał losy swojej familii w „Na wschód od Edenu”. Cała historia ze wszystkimi ostro zarysowanymi postaciami odkrywana jest  sukcesywnie, kawałek po kawałku, dopasowując się do zmieniającej się w zawrotnym tempie amerykańskiej rzeczywistości u wrót uprzemysłowienia i kapitalizmu. Sam Steinbeck pojawia się w powieści jako mały chłopiec w kilku mniej ważnych epizodach, przyglądający się wydarzeniom zza pleców dorosłych, mając oczy i uszy szeroko otwarte – już wtedy tak na dobrą sprawę urodził się pomysł „Na wschód od Edenu”, który dojrzewał w umyśle i sercu pisarza, wychodząc na światło dzienne w 1952 roku.

John Steinbeck to klasyczny, ale bardzo wszechstronny narrator. Czule opowiada o przyrodzie kalifornijskiego wybrzeża, o jej zapachach, kolorach, ziemi i przyrodzie. Bardzo często pobudza do przemyśleń, czy to słowami bohaterów (tutaj prym wiedzie Li – sympatyczny chiński służący burzący wszelkie stereotypy; charyzmatyczny, o dużej wiedzy, którego marzeniem jest otwarcie własnej księgarni), czy też własnymi dopiskami, gdzieś na marginesie, ale zawsze odnosząc się do fundamentalnych wartości. Narrator pomiędzy snutą ze swadą opowieścią, potrafi przemienić się w nauczyciela, udzielającego lekcji historii. Opowiada o nastrojach społecznych i politycznych w ówczesnej Ameryce, o uruchamianiu starych automobili, o noszeniu „gotowych” sukien, o wojnie, w którą zaangażowano wbrew ich woli tyle młodych istnień; przywołuje we wspomnieniach postać Forda czy „Black Jacka” Pershinga. W końcowych partiach utworu dokonuje szczerego rozliczenia z mającą dopiero przybrać najkosztowniejsze szaty legendą Ameryki.

Braterska miłość Toma i Dessie czy ciepło rodzinnej farmy Hamiltonów, gdzie „ranek jest lekki jak puch”, przypomina może sentymentalną twórczość Trumana Capote’go, który we wczesnych opowiadaniach z dziecięcym uczuciem opiewał fale dzieciństwa.
Z drugiej strony mamy starcie demonicznej Kate, łajdaczki, oszustki i egoistki podporządkowującej sobie ludzi, z Adamem (sugestywna scena w burdelu), a wiele lat później także z własnymi dziećmi. Straszne to sceny, uzmysławiające jak ambiwalentne byty jest w stanie pomieścić człowiek we własnym, nawet najbardziej ciasnym otoczeniu.
„Więcej jest piękna w prawdzie, nawet jeżeli to piękno jest straszne. Bajarze spod miejskich bram przekręcają życie tak, że wydaje się słodkie trutniowi, głupcowi i człowiekowi słabemu, a to jedynie potęguje ich ułomności, nie uczy niczego, nie leczy niczego i sercu nie pozwala się wznieść” – wspominał słowa chińskiego ojca Li, tłumacząc Adamowi, dlaczego powinien ujawnić synom mroczny sekret ich rodziny.

Na-wschod-od-Edenu-James-DeanW drugiej połowie sagi na pierwszy planie pojawiają się synowie Adama: Kaleb i Aron. Aron to pozornie romantyczna dusza, chłopak o złotym sercu i dobrym usposobieniu. Jego powierzchowność prowadzi go do nadmiernego wyidealizowania świata i życia. Kal nosi w sobie skazę, która czyni go bardziej „ludzkim” i prowadzi do braku autoakceptacji. Gloryfikowany przez ojca Aron pójdzie do college’u, choć to Kal jest z bliźniaków lotniejszym umysłem. Pomiędzy nimi jest jeszcze Abra – piękna, inteligentna dziewczyna, w której obaj się kochają. Przy czym miłość Arona, właśnie dlatego, że wyidealizowana i „zakonnicza”, staje się dla Abry zbyt nienaturalna. Kontynuacja alegorii do mitu Kaina i Abla wybrzmiewa tutaj bardziej dramatycznym tonem. Gdy rozpaczliwe próby uszczknięcia skrawka ojcowskiej miłości przez Kala spalają na panewce, piętno chłopca przeradza się w gniew.

„Moim zdaniem to jest najbardziej znana historia na świecie, ponieważ jest historią każdego człowieka. Uważam ją za symboliczne dzieje duszy ludzkiej (…) Największą zmorą dziecka jest obawa, że może nie być kochane, a odtrącenie jest piekłem, którego się lęka (…) A z odtrąceniem przychodzi gniew, z gniewem jakaś zbrodnia czy zemsta, ze zbrodnią zaś wina – i oto jest historia ludzkości” – zawyrokuje Li podczas jednego z filozoficznych popołudni.

Na-wschod-od-Edenu-Kal-AbraNajważniejsze przesłanie powieści Steinbeck zawarte jest w tajemniczym hebrajskim słowie „timszel”, użytym w biblijnej opowieści o kainowym grzechu. Oznacza ono: „możesz”. „Timszel” daje ci prawo wyboru, ponieważ MOŻESZ panować nad grzechem. Przenosi odpowiedzialność z boskich wyroków i zaklęć przeznaczenia na barki człowieka. Bowiem jeżeli „możesz”, to także „możesz nie”. Steinbeck dowodzi, że zło nie jest przenoszone w genach, nie lęgnie się ani w patologicznych korzeniach rodzinnych, ani w toksycznym powietrzu, jakim niektórzy ludzie zmuszeni są oddychać. Czyni go to podobnym do Faulknera, który w powieści „Stary” ukazuje więźnia pomagającego w ewakuacji ludzi podczas najbardziej niszczycielskiej powodzi w Stanach Zjednoczonych – nad Missisipi w 1927 roku.

„Na wschód od Edenu” to przejmująca powieść o miłości i jej braku, stracie, odtrąceniu, odrzuceniu, odkrywaniu siebie, kreowaniu własnego świata. Obyczajowa saga ze świetnymi elementami dreszczowca, kryminału, a także subtelnego moralitetu. Ale przede wszystkim opowieść o walce z wewnętrznymi demonami, którym nie wystarczy raz spojrzeć w twarz, żeby je pokonać. „Nie można zrobić konia wyścigowego ze świni” – zakpi Adam w rozmowie z Samuelem. „Nie. Ale można z niej zrobić bardzo szybką świnię” – odpowie z uśmiechem dziadek Johna Steinbecka. A trzeba Wam wiedzieć, że był to bardzo mądry dziadek.

John Steinbeck, Na wschód od Edenu, przeł. Bronisław Zieliński, wyd. Prószyński i S-ka, Warszawa 2011.

Rafał Niemczyk

* Na motywach powieści „Na wschód od Edenu” powstały dwie produkcje filmowe. W 1955 roku premierę miał pełnometrażowy film w reżyserii Elii Kazana z nominowanym do Oscara Jamesem Deanem w roli Kala. Doskonałą kreację Kate stworzyła Jo Van Fleet, która dostała statuetkę za najlepszą rolę drugoplanową. Nominacjami uhonorowano też reżyserię oraz scenariusz (choć ten spłycono i odarto z subtelności, szczególnie w zakończeniu). W 1981 roku nakręcono 3-odcinkowy serial telewizyjny (trailer u góry), a za kamerą stanął znany jako reżyser przygód porucznika Columbo – Harvey Hart. Okazało się to strzałem w dziesiątkę, ponieważ prawie 8-godzinna produkcja pozwoliła na szerszą interpretację dzieła Johna Steinbecka. Jako Kate wystąpiła, znana z popularnego „Dr Quinn”, Jane Seymour. Zarówno aktorka, jak i cały serial zostały uhonorowane Złotymi Globami, spotkał się także z ciepłym przyjęciem krytyki.

Philip Roth, Upokorzenie. Recenzja.


W sprawie godnego starzenia się, czyli jak zejść ze sceny (nie)pokonanym

Co może sprawić, że nieuchronnie starzejący się aktor, były gwiazdor, utraciwszy nagle swoje artystyczne talenty, odzyska wiarę w poukładanie sobie pozostałego mu życia i odnajdzie motywację do dalszej pracy? Bohater powieści Philipa Rotha odbędzie krótką, ale burzliwą wędrówkę po labiryncie własnych słabości, co krok potykając się o korzenie rozchwianej psychiki, zanim dozna tytułowego upokorzenia w chwili, kiedy w durnej naiwności przyjdzie mu uwierzyć, że człowiek jego pokroju ma szansę na drugie życie.

Simon Axler to typowy dla Philipa Rotha bohater – wyzwolony reprezentant środowiska żydowskiego w XX-wiecznej Ameryce. Niegdyś jeden z czołowych teatralnych (a czasem filmowych) aktorów, święcący triumfy aż do końca lat 90. Potrafi wcielić się zarówno w szekspirowskiego Falstaffa czy Makbeta, w Peera Gynta Henryka Ibsena czy z werwą zaprezentować na scenie pokręcone losy z „Wujaszka Wani” Czechowa. Od dziecka „czuł się postacią w sztuce”, miał wrodzony talent, który wykorzystywał również po to, by zjednywać sobie kobiety. W wieku dwudziestu lat stał się zawodowcem i piął się w górę, osiągając gwiazdorski status.

Ale odkąd skończył 60 lat, „jego talent był martwy”.

Aktor jest świadomy kryzysu, który szybko zaczyna go unicestwiać. Załamanie przychodzi nagle, ale jest silne i nieustępliwe. Gdyby Axler miał pociąg do alkoholu, zapewne pogrążyłby się w pijaństwie. On przeżywa jednak swój dramat w pełni świadomie, nie uciekając ani w środki odurzające, ani w życie rozrywkowe. Choć ma na to pieniądze i z łatwością mógłby „ukryć się” przed światem w jego mrocznych zakamarkach. Nie chce się też zabić, bo samobójstwo nazbyt kojarzy mu się z rolą, którą niechybnie by spartaczył. W młodości przeżył tragiczną śmierć rodziców w wypadku samochodowym, ale z prozą życia radził sobie całkiem doskonale – nie był okazem, który łatwo było złamać. Podczas pobytu w szpitalu psychiatrycznym opuszcza go żona – nieporadna, chwiejna emocjonalnie kobieta, która sama wymagała opieki.

Wątpliwości i samokrytycyzm byłego aktora prowadzą do rozważań na temat przemijania i starości. „Człowiek staje się powolniejszy, zaczyna tracić do siebie zaufanie” – pisze Roth. Axler już nigdy nie będzie mężczyzną w sile wieku, który jest w stanie realizować ze swoim potencjałem najambitniejsze cele.

Kiedy kryzys wydaje się nie do zwyciężenia, Axler poznaje 40-letnią Peggen – kobietę wyzwoloną, atrakcyjną i energetyczną, lesbijkę po przejściach, z którą wchodzi w dziwaczny, skazany na pożarcie przez otoczenie, związek. „Przecież on niedługo będzie siedemdziesięcioletni starcem, być może będzie jeździł na wózku inwalidzkim” – przemówią głosem rozsądku rodzice. Pegeen stanie się dla aktora niejako restytucją za utraconą bezpowrotnie młodość, za jej pomocą rozpaczliwie złapie się on brzytwy, próbując uratować dla siebie sens dalszego życia. Jako opiekun Pegeen będzie mógł je zapewnić dostatek materialny, ale czy również emocjonalny?

Philip-Roth-2Autor „Kompleksu Portnoya” także i w „Upokorzeniu” uderza mocno w sferę ludzkiej seksualności. Motyw starzejącego się mężczyzny, z którego życiodajne soki wysysa kobieta-modliszka wielokrotnie był podnoszony w literaturze. Tutaj mamy wyrafinowane gry erotyczne, gadżety, trójkąty, świństewka szeptane sobie w łóżku do ucha. „Zużyty” we własnych oczach mężczyzna jest w stanie uciec się do fantazyjnych miraży, by za wszelką cenę utrzymać związek oraz podnieść swoją samoocenę.

„Upokorzenie” krytykowane jest za powierzchowność i brak autoironii, które skutkują w pewnych momentach emocjonalnym wypłaszczeniem. Ale czy można krytykować przewidywalność i ukazanie lęku przed starością dojrzałego człowieka za pomocą ogranych mechanizmów? Pewnie i można, ale Roth w „Upokorzeniu” jest dość przekonujący. Bo według amerykańskiego pisarza nawet imponujące życie może zakończyć się schematycznym „uschnięciem”.

Genialny trębacz Tomasz Stańko w jednym z wywiadów powiedział, że „starość ma swoje wspaniałe strony, przede wszystkim spokój”. Philip Roth odpowiada swoją książką, że nie każdy człowiek jest w stanie wywalczyć ów spokój na własność. Natomiast pisarz Eustachy Rylski bez ceregieli wywodzi: „Nie, nie widzę żadnego sensu, piękna ani żadnej prawdy w starości, chorobie, przemijaniu, biedzie, jaka się do nich dołącza. Nie potrafię w niej dostrzec niczego poza nieodległym i przewidywalnym końcem, który jest zawsze katastrofą”.
Gdziekolwiek nie leżałaby prawda, o przemijaniu będziemy zapewne czytać do końca świata i jeden dzień dłużej.

Philip Roth, Upokorzenie, przeł. Jolanta Kozak, Wydawnictwo Czytelnik, Warszawa 2011.

Rafał Niemczyk

Vladimir Nabokov, Kęs życia i inne opowiadania. Recenzja.


Zaczarowany wilk Nabokova

Vladimir Nabokov mówił, że pisarz powinien łączyć w sobie trzy cechy: gawędziarza, nauczyciela i czarodzieja, przy czym z całej tej triady, dominująca powinna być postać czarodzieja. To wszakże umiejętność odprawiania czarów czyni pisarza wielkim. Nabokov w niektórych kręgach uważany był za zarozumiałego. Wytrwale wierzył zarówno w nieśmiertelność swoich bohaterów, jak i w duchowe, nieuchwytne, ale i nie mające sobie równych oddziaływanie literackiego geniuszu. W literaturę jako skarbiec dziecięcych wspomnień, jako akwarelę platonicznych i przeżytych miłości czy leśną polanę na końcu drogi, gdzie, gdy sięgnąć wzrokiem wokół, rozciąga się widok na szlaki przeszłości. Dla autora słynnej „Lolity” równie ważne są wzniosłe krajobrazy życia, jak i te szare, budujące codzienność. Ot, wspomnę tutaj na szybko widok z pędzącego pociągu, nocne latarenki rzucające co noc nowe promienie na koślawe budynki starej kamienicy, zabawę w chowanego czy portret szwajcarskiej guwernantki.

„Kęs życia i inne opowiadania” to zbiór przeszło czterdziestu opowiadań napisanych po rosyjsku i angielsku, jakie powstały w latach 1930-50. W 1940 roku pisarz popłynął transatlantykiem do USA, gdzie zamieszkał. Przyjmuje się, że wtedy też zaczął tworzyć w języku angielskim (co, będąc dokładnym, nie do końca jest prawdą, bo Nabokov już w 1920 opublikował na łamach The English Review krótki liryk pt. „Remembrance” plus kilka utworów w czasie międzywojennym). Odnajdziemy w „Kęsie życia…” doświadczenia i obrazy z podróży twórcy po Europie (Rosja, Francja, Wielka Brytania, Niemcy), jak i elementy związane z życiem w USA.

Nabokov-Wyklady-o-literaturzeKiedy przegląda się notatki, które sporządzał Nabokov rozkładający na czynniki pierwsze „Ulissesa” Jamesa Joyce’a (rozrysowany dokładnie plan irlandzkich ulic i domów), „Panią Bovary” Flauberta czy „Przemianę” Kafki (w trakcie lektury powstał szkic Nabokova, obrazujący owada z opowieści Kafki) nie ma wątpliwości, że ma się do czynienia z perfekcjonistą. Każde opowiadanie Rosjanina to nowa magiczna formuła, w której możemy doszukiwać się drugiego dna, zastanawiając się: co tym razem przeoczyliśmy? A może ten dialog ma głębszą lub inną wymowę, niż nam się pierwotnie wydawało?
Niezapomniane chwile, spędzone z krótką formą prozy Nabokova, przepełnione są oprócz tego elegancją i literackim pięknem. Mało które z nich ma „opowiadacką” formę, wszędzie są zakręty i językowe perełki. Nabokov pisze o rzeczach, o których wielu z nas nie ma pojęcia, mimo, iż są często tak blisko – tuż obok nas.

Spora część opowiadań pochłania losy rosyjskich emigrantów w międzywojennym Berlinie. W „Spotkaniu” oglądamy scenę, w której po kilku latach rozłąki, spotykają się dwaj bracia: Serafin (działacz polityczny w ZSRR) odwiedza w Niemczech Lwa (naukowca nie odnoszącego większych sukcesów na emigracji). Tytułowe spotkanie przebiega w ciężkiej i niezręcznej atmosferze. Bracia nie potrafią ze sobą rozmawiać, uciekają się do wybiegów i prozaicznych czynności, by jakoś zabić czas, który niemiłosiernie się dłuży. Tak czasami wygląda przypadkowe spotkanie w autobusie z byłym znajomym z dzieciństwa, każdy z nas musiał doświadczyć w życiu takich sytuacji. Czy powinno tak wyglądać spotkanie dwóch braci, a jeśli tak, to gdzie leży tego przyczyna?

„Usta ku ustom” to historia pisarzyny, który zwodzony komplementami dotuje emigracyjną gazetę. Do czego człowiek jest w stanie się posunąć, w jakie kłamstwa uwierzyć, żeby zaspokoić poczucie własnej wartości, by zapełnić wirtualnym nadzieniem swoje ego? Z kolei w „Nowinie” trzeba przekazać starszej pani tragiczną wiadomość, że jej syn poniósł śmierć na emigracji w Paryżu. Kto ma to uczynić, jak to zrobić, by serce kobiety nie stanęło z żalu?

Nabokov wiele miejsca poświęca także sprawom politycznym, którymi interesował się, choć twierdził, że nie powinny miksować się ze sztuką. Dwa rozdziały z nieukończonej powieści („Ultima Thule” i „Solus Rex”) przemianowane na odrębne opowiadania, łączą w sobie rozważania na temat „istoty rzeczy” i życia pozagrobowego, z wizją utopijnego, wyspiarskiego państwa. W „Unicestwieniu tyranów” mamy do czynienia z próbą obalenia despotycznego przywódcy za pomocą literatury. Narrator zna dyktatora od dzieciństwa (wiele wskazuje na to, że jest nim Stalin), obserwuje kolejne kroki stawiane przez niego na drodze politycznej kariery, a ostatecznie konsekwencje zgubnego wpływu, jaki wywierał na społeczeństwo, które posiadł. Jego nienawiść do dyktatora wzrasta z każdą stroną, na kartach swojej opowieści snuje on plany, co do sposobu w jaki zakończy niecne rządy tyrana.

„Leonardo” to upiorna wizja prześladowań prowadzących do okrutnego mordu. Dokonuje go dwójka braci z robotniczej dzielnicy, do której wprowadza się pewien jegomość sprawiający początkowo wrażenie uczonego. Fakt, że na końcu okazuje się on fałszerzem pieniędzy, wystarczy braciom, jako usprawiedliwienie zabójstwa – ba, są oni nawet w stanie uznać swój postępek za czyn godny pochwały. Nabokov krytykuje ustrój, społeczne zacofanie bohaterów, ich ordynarność i tępotę, konfrontując ich z fragmentem świata zewnętrznego.

VanGogh-Gwiazdzista-noc„Obłok, jezioro, zamek” to obraz piękny i przerażający zarazem. Nabokov w poruszającym stylu opisuje imponderabilia ukryte w zakamarkach ludzkiej duszy. Anonimowość i piękno krajobrazu, niemożność stwierdzenia „dokąd prowadzi ta ścieżka?”, obserwowana z okna pędzącego pociągu. W końcu obrazek złożony z tytułowych elementów: stary, malowniczo położony nad uroczym jeziorem zamek, nad którym unosi się zmieniający w niedostrzegalny sposób swoje kształty obłok. Tło utworu jest podszyte metafizyką – odnajdując w pobliżu gospodę Wasilij Iwanowicz powie: „Wie pan, wynajmę go na całe życie”. Być może takiego właśnie miejsca poszukuje wrażliwy człowiek, być może to tutaj zaczyna się spokojniejszy świat. Iwanowiczowi nie jest dane tego sprawdzić, bo brutalnie zostaje z powrotem zawrócony przez kierownika wycieczki, której stał się uczestnikiem. Musi podporządkować się do sztywnych, ostrych reguł rządzących grupą ludzi, w której się znalazł. Słuchać rozkazów, nakazów, a w końcu szyderstw i wyzwisk. To ciemna strona opowiadania, które Nabokov naznaczył wyraźnymi śladami faszyzmu.
Bezpośrednio czyni to zaś w utworze „Obrazek rodzajowy, 1945”, gdzie pojawia się inny charakterystyczny znak – motyw sobowtóra, który dobrze znamy choćby z twórczości Borgesa. Na skutek dziwnej pomyłki, związanej właśnie z istnieniem sobowtóra bohatera opowieści, trafia on na budzący grozę zjazd emigrantów-nazistów urzędujących w USA.

Vladimir Nabokov wiele miejsca w swojej twórczości poświęcił na wspomniany motyw ludzkiego istnienia po śmierci. „Nie sposób nie zauważyć, że zagadka śmierci i przeczucia dotyczącego spraw, które wykraczają poza zakres ludzkiego poznania i doświadczenia, mają w zróżnicowanej tematycznie twórczości Nabokova miejsce uprzywilejowane” – napisał w posłowiu Leszek Engelking, wybitny tłumacz i znawca twórczości pisarza.
Naznaczone wieloma stygmatami takich rozważań jest opowiadanie „Sygnały i symbole”, uznane przez badaczy literatury za jedno z najlepszych w całym dorobku Nabokova. W tym krótkim utworze dwoje rodziców wychowuje chorego psychicznie syna, ogarniętego bardzo rzadkim rodzajem psychozy, „manii aluzyjnej”. To prawdziwy majstersztyk, naszpikowany ukrytymi tropami, wskazówkami, grą słów. Kto nie ma czasu przebijać się przez siedemset stron opowiadań Nabokova, niech przeczyta choćby te osiem, a później zajrzy do opracowania Leszka Engelkinga. Artysta czy prestidigitator? Jedno i drugie tworzy przecież geniusza.

Vladimir-Nabokov-2W „Siostrach Vane”, które autor uważa za swoje szczytowe dokonanie, mamy do czynienia z czymś jeszcze innym. Nabokov posuwa się o wiele dalej, tworząc niełatwe do odnalezienia przesłanki dowodzące jednoznacznego wskazania na obecność głosów z zaświatów. Wywołuje wspomnienia, skojarzenia, ostatecznie naprowadza czytelnika za pomocą słownych manipulacji w formie kończącego opowiadanie akrostychu, który jest zaklęciem zdejmującym zasłonę z całego utworu. Stosowanie ewokacji jest jednym z wielu zabiegów wskazujących na to, jak bardzo Nabokov świadomy jest swojej literackości. Ucieka się do anomalii narracyjnych, aliteracji, parodii, antyiluzjonizmu (bo pisarz przeczył samodzielnemu istnieniu rzeczywistości przedstawionej); stylistyki tak różnej, że czasami nie chce się wierzyć, że może ona być tak zróżnicowana.
W słynnej „Lolicie” pojawia się nazwisko Vivian Darkbloom, które jest niczym innym jak anagramem pisanego z angielska nazwiska pisarza. W ostatnim ze swych poetyckich zbiorów „Poems and Problems”, udało mu się zaś połączyć wiersz z zadaniem szachowym (był entuzjastą królewskiej gry i zadań szachowych). Wszystko to potwierdza, jak ważne dla Nabokova były same słowa, a także ich kompozycje i zbudowane z nich zdania. Jak napisał Lech Budrecki w szkicach o nowej prozie amerykańskiej, największą wartość artystyczną u Nabokova stanowi zespolenie wartości estetycznej z autentycznym bytem. „Osiągnąć go można jedynie za sprawą wyobraźni. Zespolenie się z „bytem prawdziwym” uświęci więc literaturę” – możemy przeczytać na końcu szkicu poświęconego Nabokovowi.

Vladimir Nabokov opowiedział kiedyś o narodzinach i funkcji literatury w formie zabawnej anegdoty, którą pozwolę sobie na koniec zacytować w niezmienionej formie.
„Literatura narodziła się nie tego dnia, kiedy chłopiec, wołając „Wilk, wilk!”, przybiegł z neandertalskiej doliny, ścigany przez wielkiego, szarego wilka. Literatura narodziła się wtedy, kiedy chłopiec nadbiegł, wołając „Wilk, wilk!”, a wilka nie było. Fakt, że biedaczek został w końcu zjedzony przez prawdziwego wilka, bo kłamał zbyt często, to już sprawa mniej istotna. Ale jest w tej historii coś naprawdę ważnego. Pomiędzy wilkiem w bujnej trawie i wilkiem z bujnej wyobraźni chłopca jest pewien roziskrzony łącznik. Ów łącznik, ów pryzmat jest sztuką literatury.”
I wiecie co? Wilk Nabokova ma straszne zęby, gryzie i żyje w wielu światach.

 Vladimir Nabokov, Kęs życia i inne opowiadania, przełożyli Leszek Engelking i Michał Kłobukowski, Muza SA, Warszawa 2011.

 Rafał Niemczyk

Lew Tołstoj, Sonata Kreutzerowska. Recenzja.


Sonata A-dur op. 47 Beethovena zwana „Kreutzerowską” zawdzięcza swoją nazwę dedykacji dla Rodolphe’a Kreutzera – słynnego skrzypka, który wraz z Pierre’em Rodem i Pierre’em Baillotem uznawany jest za założyciela francuskiej szkoły skrzypcowej. Oryginalny wstęp z solową partią skrzypiec, wielopłaszczyznowość muzyczna, pełne ekspresji rozwinięcie i mocne finałowe presto składają się na wirtuozerię utworu.

„Zdumiewające, jak zupełne bywa złudzenie, że piękno jest dobrem”

Lew Tołstoj nieprzypadkowo zapożyczył tytuł sonaty Beethovena, której tonacja jest energiczna, niepokojąca, szarpana. Wieszczy zły koniec. „Sonata Kreutzerowska” Tołstoja to opowieść, którą snuje podczas podróży pociągiem starszy mężczyzna, niejaki Pozdnyszew. Momentami jego historia przekształca się w dialog z narratorem na temat XIX-wiecznej obyczajowości, zagadnienia małżeństwa, życia płciowego i moralności. Spowiedź Pozdnyszewa to wspomnienia paranoicznego związku, który doprowadził tego człowieka, zaślepionego zazdrością o względy żony, do zasztyletowania swojej połowicy.

Historia jest tutaj pretekstem do rozważań o upadku moralności, utracie godności. Tołstoj, znany z kontrowersyjnych, czasem radykalnych poglądów, prowadzi tu swoistą grę z czytelnikiem. Z jednej strony opisuje rozpustne życie mężczyzn, wykorzystujących kobiety dla zaspokajania swoich żądz – obwinia ich o kształt relacji międzypłciowych. Uważa miłość za pusty slogan, służący do zamaskowania prawdy o płytkości związków. Miesiąc miodowy porównuje do widowiska jarmarcznego, na którym zobaczyć można kobietę z brodą i psa morskiego. Niewiasta z brodą okazuje się być jednak mężczyzną, przebranym w damski kostium, a „pies morski” foką, na grzbiet której naciągnięto psią skórę. Z drugiej strony zarzuca kobietom, że korzystając ze swoich wdzięków do usidlania mężczyzny, podobne są „do Żydów, którzy mszczą się na swoich wrogach za pomocą pieniędzy”.

Czasami Tołstoj balansuje za pomocą słów swoich bohaterów na granicy mizoginii. Złudne to jednak wrażenie, wszak to postać Pozdnyszewa budzi w nas większą niechęć – jest on ukazany jako człowiek niezrównoważony psychicznie, przekonany o swoich racjach i własnej nieskazitelności. Tołstoj pozostawia też czytelnika w niepewności – nie jest dopowiedziane, czy romans żony Pozdnyszewa ze skrzypkiem Truchaczewskim ma naprawdę miejsce, czy jest tylko złudzeniem popadającego w obłęd męża.

Lew-Tolstoj-w-swoim-domu (AFP)Niech rzuci kamieniem, kto bez winy

Utwór podejmuje też wątek posiadania i wychowywania dzieci oraz trudnych relacji małżeńskich. Ciąża kobiety, karmienie, choroby dziecka, nieustanna opieka i zamartwianie się stawiane są na szali wobec macierzyńskiej miłości i pociechy z potomków. Domowe zacisze, które powinno być oazą spokoju i bezpieczeństwa, zamienia się w poligon, na którym małżonkowie prowadzą ze sobą otwartą wojnę, nie bacząc na konsekwencje i nie przebierając w środkach. Złość, rozdrażnienie, szargane nerwy, urywane rozmowy, przeradzające się w histeryczne kłótnie. A mimowolnymi świadkami tego wszystkiego stają się niewinne dzieci. Tołstoj ukazuje nawet, jak małżonkowie wykorzystują swoje dzieci do wyperswadowania drugiej stronie własnych racji. Mąż ma swoje „ulubione dziecko”, żona „ukochanego synusia”. Przeciągnięcie któregoś z dzieci na swoją stronę wiąże się automatycznie z ochłodzeniem uczuć do tych „z przeciwnej frakcji”. Bywa i tak, że prowadzi to do nienawiści. Tołstoj nazywa to „biciem się dziećmi”. Czy żaden z nas nie był nigdy świadkiem podobnych praktyk w otaczającym nas środowisku? Czy świat tak bardzo zmienił się po przeszło stu latach, czy poszedł naprzód, umoralnił się, stał się lepszy?

„Sonata Kreutzerowska” Lwa Tołstoja to gorzki moralitet, w trakcie czytania którego niejednokrotnie skrzywimy się oburzeni. Są pewnie i tacy, którzy po kilkunastu stronach będą mieli ochotę zamknąć książkę i trzasnąć nią o ścianę. Nikt nie ucieknie jednak od własnej gorzkiej pigułki, którą prędzej czy później przyjdzie mu w końcu przełknąć. Kiedy, schowana pod językiem, zacznie się rozpuszczać, a gorycz zacznie palić w język i stanie się nie do zniesienia.

Lew Tołstoj, Sonata Kreutzerowska, tłum. Maria Leśniewska, wyd. Znak, Kraków 2010.

Rafał Niemczyk

%d blogerów lubi to: